Strona 1 z 1

you can hide but you can't stay gone

: śr paź 21, 2026 9:57 pm
autor: Corinne Pierce
trigger warning
zatrważająca ilość słów i liczba NPC przyprawiająca o pomieszanie zmysłów
You can hide but you can't stay gone
She'll find you, won't take her long
And she'll come on back with every dawn
And drag your ass where you belong

Dziewiętnaście dni.
To tyle czasu minęło od momentu, kiedy z duszą na ramieniu, papierosem w ustach i skradzionym kapeluszem na głowie przekroczyła granicę z Kanadą. Choć samochodowe radio milczało, w głowie grała ciągle ta sama muzyka; jak pierdolona, zacięta płyta, akompaniując roztrząsanym raz po raz wspomnieniom feralnej nocy sprzed niemal pół roku. Cholerna chrypa Stevie Nicks wkręcała się w skołowany mózg i pod skórę równie mocno, jak dobrze znajomy łobuzerski błysk w oku słabe echo ostatnich słów, które usłyszała od Kidy.
Jestem tuż za tobą, C.
— Pies by to jebał!
Uderzenie w kierownicę nie było ani niczym nowym na drodze gniewu, obranej przez pisarkę z bożej łaski, ani niczym szczególnie kojącym nerwy. Po prostu kolejny sposób na wyrzucenie z siebie wściekłości — na samą siebie, na podążającego ślepo za założeniami Davenporta, na cholerną, kochaną Suzy i przede wszystkim — na upartą Szoszonkę, która w wielkim stylu postanowiła wykręcić numer życia. Dopiero kiedy z pewnym zdziwieniem odkryła łzę, toczącą się w dół bladego policzka, zrozumiała swój błąd.
To nie wściekłość. To strach.
Bo chociaż z uporem maniaczki powtarzała w myślach zapamiętany adres — jedyny trop, od którego mogła w ogóle zacząć szukać — zdrowy rozsądek czasami przebijał się przez niezachwiane poczucie celu, sugerując najgorsze, ale i najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. Brak kontaktu nie musiał wynikać z tego, że Kida uciekła, zapomniała o bożym świecie i radośnie wcina teraz naleśniki z syropem klonowym, oglądając mecze hokeja. Wręcz przeciwnie — największa szansa była na to, czego Pierce obawiała się najbardziej, a utrzymująca się od miesięcy wymuszona trzeźwość wcale nie ułatwiała sprawy.
Pierwsze tygodnie spędziła z syndromem odstawienia, a przeskok z ciągłego stanu podchmielenia do kompletnej czystości kosztował ją i jej dwoje pielęgniarzy ogrom nerwów i sił. Majaki przychodziły wraz z rosnącą gorączką, a w delirium czasami widziała szczupłą, kobiecą postać o oliwkowej skórze. Nigdy ze szczegółami, ale często tam była; czaiła się gdzieś na obrzeżach pola widzenia z twarzą ukrytą w cieniu rzucanym przez rondo kapelusza. Gdy gorączka spadała, a zmęczona głowa spoczywała w końcu spokojnie na poduszkach, do Pierce docierało, że to tylko nakrycie głowy, leżące tuż obok niej jak artefakt utraconej po raz kolejny szansy.
Nie było więc już morza alkoholu, który zagłuszyłby wyrzuty sumienia, uspokoił galopujące w stronę katastrofy myśli i spłaszczył dławiące ją emocje. Był tylko "pożyczony" samochód, pospiesznie spakowana torba, niekończąca się wstęga drogi i przenikliwy ból w kostce, powracający do niej po godzinach spędzonych w niewygodnej pozycji, do której nie była przecież przyzwyczajona.
I była myśl, że gdyby nie straciła czujności, być może zostałaby tam z nią.
I była determinacja, którą niektórzy nazwaliby pewnie szaleństwem.
I był komunikat w słuchawce, który sprawiał, że miała ochotę cisnąć telefon przez okno, a mimo tego wybierała znajomy numer raz na jakiś czas o losowych porach, jakby próbowała złapać przyjaciółkę z zaskoczenia.
Wybrany abonent jest niedostępny. Proszę spróbować później.
Mogła zgubić lub popsuć komórkę. Mogła wyjąć kartę SIM. Mogła zmienić numer. Mogła…
Mogła już nie żyć i gryźć ziemię na rozległych terenach wokół Colorado Vice.
Choć plan wydawał się całkiem prosty w założeniach, po czasie dopiero dotarło do niej, jak wielu scenariuszy nie wzięły pod uwagę. Czy może — to ona ich nie wzięła pod uwagę, przekonana o tym, że ich złota zasada Trzy Razy R może zdać egzamin również w tych warunkach. Niestety, kasyno na węźle międzystanówki, naszpikowane monitoringiem i ochroną, okazało się trudniejsze do okradnięcia niż zapyziały sklepik w Cottonwood Falls. Tam wystarczyło, by szesnastoletniej Pierce przypadkiem zsunęło się ramiączko bluzki, a podstarzały Robert Cresswell momentalnie tracił zainteresowanie wszystkim innym, co działo się między półkami — w tym zwinnymi paluszkami śniadej dziewczyny o długich, czarnych włosach, której w innym przypadku pilnowałby z odległości pół metra. Niechęć do rdzennych raczej rzadko manifestowała się brutalnie i wprost, chyba że po alkoholu — to w takich drobnych zmianach tonu w rozmowie, w podejrzliwości i mrukliwości można było dopatrywać się niewygaszonego przez lata konfliktu. Nic dziwnego, że większość zostawała w rezerwacie i korzystała z nielicznych udogodnień w miasteczku tylko od wielkiego dzwonu.
Trzy Razy R. Rozeznanie, rekonesans, rozpierdol. Z wielkiej trójcy udało im się tylko to ostatnie — i to, niestety, nie na ich własnych zasadach.

∗∗∗

Przejazd tunelem Detroit-Windsor potrwał zaledwie piętnaście minut.
Zatrzymała się w jakimś motelu, marząc tylko o jednym. Prysznic, łóżko, może podła, lurowata kawa i jajecznica, która mogła smakować tylko ludziom, którzy nie mieli już absolutnie żadnych oczekiwań od życia. Chciała myśleć o sobie właśnie w taki sposób — że jej wszelkie oczekiwania roztrzaskały się wraz z kością strzałkową po upadku z okna Colorado Vice, że utonęły w hektolitrach potu, który zostawiła na cierpliwie zmienianych prześcieradłach w mieszkaniu Suzy, że po prostu przepadły razem z Kidą i teraz Pierce była gotowa na wszystko, co los rzuci jej pod nogi, ale wcale tak nie było.
Uporczywa myśl o tym, że Kida na pewno gdzieś tam jest, była jedynym, co ściągało ją z łóżka bladym świtem. Zawadiacko przekrzywiony na głowie kapelusz kompletnie nie pasował do wydumanego stylu, który C. przez lata dopracowywała, a jednak zdecydowanie sprawiał wrażenie, jakby „był na swoim miejscu” — dodawał jej otuchy, kiedy w lustrze widziała zdeterminowaną, ale zabójczo zmęczoną kobietę na granicy szaleństwa.
— Nie umarłaś, nie umarłaś, nie umarłaś — mruczała do siebie jak mantrę, piorąc ciuchy w popękanej umywalce.
Gdzieś tam jesteś, ty kuloodporna suko, ty głupia, głupia, kurewsko głupia dziewucho. A ja cię znajdę i wystrzelam cię po mordzie za to, że zniknęłaś, jak mogłaś, po tym wszystkim…

N i e._. u m a r ł a ś.

Ale jeśli tak…
— Weź się, kurwa, w garść, Pierce — warknęła do swojego odbicia, wypuszczając z rąk przesiąknięty wodą i mydłem materiał. Dopuszczenie do siebie tej myśli chociaż na chwilę gwarantowało atak paniki, a ona nie mogła się teraz posypać. Nie miała przywileju czasu. Zmarnowała go ogrom na wymuszony odwyk, drugie tyle — na trudną i bolesną rekonwalescencję po złamaniu. Jej przenikliwy zwykle umysł, planujący z wyprzedzeniem, kalkulujący najlepszą opcję, naginający rzeczywistość i ludzi wokół do własnych pragnień — zawodził ją teraz. Wnioski wcale nie były pocieszające, bez względu na to, w jakim stanie je wyciągała.
Gdy górował zdrowy rozsądek i chłodna kalkulacja, wniosek był jeden. Po wypchnięciu Pierce przez okno Kida nie miała wiele czasu na własną ucieczkę. Dopadli ją. Nie chciała nawet myśleć o tym, co ludzie Adelsteina i Curtisa postanowili z nią zrobić, żeby tylko dać jej bolesną lekcję tuż przed tym, jak…
Gdy próbowała się oszukiwać, prędko dochodziła do wniosku, że Kidy prawdopodobnie dawno już nie ma w Kanadzie. Nawet jeśli owiany tajemnicą i nieciekawą sławą motel Ho-Oh faktycznie stanowił jej pierwszą bazę wypadową, to minęło przecież wiele miesięcy. Po tym czasie równie prawdopodobnie mogła układać sobie życie w Gwatemali, co w okolicach Toronto.
Od czegoś jednak C. musiała zacząć. Opuściła obskurny pokój w iCheck Inn Motel krótkiej i niezbyt odświeżającej drzemce.
Do Mississaugi miała jeszcze siedem godzin jazdy.

∗∗∗

Przekrzywioną tabliczkę „Zakaz palenia” trudno było dostrzec przez wiszący w niewielkiej recepcji dym. Podświetlony licznymi neonami wyglądał wręcz mistycznie, wrażenie to psuła jednak odłażąca tapeta, łuszcząca się z grzejnika czerwona farba i rozkładane metalowe krzesła, wszystko tandetne, tanie i poustawiane jedno na drugim. Wszechobecna czerwień jednocześnie przykuwała wzrok i go męczyła, a mnogość durnostójek na kontuarze, półeczkach, szafeczkach i stoliczkach przytłaczała już od wejścia. Było jednak w tym wszystkim coś, co stwarzało wrażenie pewnej „przytulności”.
— Witamy w motelu Ho-Oh. Imię i nazwisko.
Zajęło jej chwilę, by dopasować monotonny głos do postaci. Kobieta w obszernej bluzie i nasuniętej na oczy czapce bejsbolowej siedziała za kontuarem, rozwalona na fotelu, który zdecydowanie pamiętał lepsze czasy. Dłubała zawzięcie w jakimś rozbebeszonym ustrojstwie — na pierwszy rzut oka ciężko było powiedzieć, co to dokładnie było. Wzrok recepcjonistki nie uniósł się nawet na chwilę.
— Szukam kogoś — powiedziała od razu Pierce, podchodząc do lady. Zdała sobie sprawę z błędu dopiero po chwili.
Za szybko.
Po raz pierwszy od miesięcy przypominała dawną siebie. Bladość i niewyspanie skryła pod oszczędnym makijażem, usta pociągnięte krwistą czerwienią nie zwracały uwagi swoją suchością, a proste ubrania, wybierane podczas całej podróży przez Stany, zastąpiła bardziej dopasowanym strojem. Co nie dopowie, to dowygląda — ta zasada sprawdzała się przez całe życie, więc czemu teraz miałaby się zdezaktualizować?
Odpowiedziała jej tylko cisza.

∗∗∗

Nie mogła wtedy wiedzieć, że młodziutka Yuxin, sprzątająca w tej samej chwili pokój numer trzynaście, właśnie wyrzucała do kosza papierosowego jeżyka bliźniaczo podobnego do tych, które zdobiły buddyjskie ołtarze w Black Dog. Każdy filtr jeszcze kilka godzin wcześniej przytrzymywały te same wargi, które na parkingu pod parkiem handlowym w Cody sparzyły się popiołem.
Te same wargi, które rzuciły fałszywe zapewnienie.
Jestem tuż za tobą, C.

∗∗∗

Cisza przeciągała się do tego stopnia, że Pierce zaczęła się irytować.
— To bardzo ważne. Powiedziałabym, sprawa życia i śmierci.
— Od osiemdziesięciu dolarów za noc, ręczniki i sprzątanie poza godzinami wynikającymi z harmonogramu są dodatkowo płatne. Bar po lewej, knajpa w oficynie. Polecamy…
— Kobieta, mniej więcej mojego wzrostu, szczupła. Śniada cera, krótkie czarne włosy, pełne usta z blizną — przerwała jej, przywołując z niemałym bólem wszystkie szczegóły rysopisu, które miała od lat wypalone na siatkówce. — Wzrok wkurwionego bazyliszka.
— …sajgonki z warzywami oraz mango sticky rice. Na życzenie dostarczymy do pokoju, ale należy wcześniej złożyć zamówienie w recepcji.
— Wow — sarknęła Pierce, mierząc szczupłą kobietę wściekłym spojrzeniem. — Naprawdę doceniam pani profesjonalizm, ale ja muszę ją znaleźć. Może… — Wygrzebała z portmonetki kilka banknotów. — Jakoś się dogadamy?
Recepcjonistka nie dawała po sobie poznać, że jakkolwiek rusza ją wchodzenie jej w słowo. Rzuciła okiem na pieniądze, a potem — z równą obojętnością co wcześniej — wróciła do grzebania w elektronice.
— Mam w tym momencie — na moment uniosła wzrok, spoglądając na wiszącą za nią tablicę z rzędami wieszaków — pięć wolnych pokojów. We wszystkich trwa serwis. Trzeba poczekać.
— Proszę mi odpowiedzieć na pytanie. Czy widziała pani taką kobietę? Zatrzymała się tutaj? Mogę podać nazwisko, chociaż… — Ugryzła się w język, ale nie musiała tego dopowiadać. Uciekająca Kida na pewno przedstawiłaby się zmienionym nazwiskiem. — Rysopis powinien być dość jednoznaczny. Jest Szoszonką. Nosi kowbojki, kopci jak parowóz…
— Cztery wolne pokoje.
— Co? Myślisz, że to zabawne?
— Trzy wolne pokoje. — Śrubokręt zgrzytnął nieprzyjemnie na metalu.
— W porządku! — Pierce uniosła dłonie w obronnym geście, wypuszczając głośno powietrze. Czyli nie spierdoliła całkowicie swojej szansy. — Zrozumiałam. Tak, potrzebuję pokoju.
— Imię i nazwisko.
Ciężka księga gości z łupnięciem wylądowała na kontuarze.
— Co-… Corinne Pierce — zająknęła się na moment przy imieniu, po czym wróciła do nerwowego skubania zapięcia portmonetki. Cholerny Jake wybierał jej nowe personalia i chyba bał się, że będzie miał problem z ich zapamiętaniem.
— Czytelny podpis i odcisk kciuka. Płatność z góry za cały pobyt?
— Nie wiem, ile tu zabawię.
— Doba kończy się o dziesiątej. Jeśli przedłuży pani pobyt w porę, nie będzie problemu.
Drżącą ręką złożyła podpis.
— Pokój numer trzynaście powinien być niedługo gotowy. Tymczasem zapraszam do poczekalni — skinęła głową w stronę składanych krzeseł — lub do motelowego baru. Witamy w Ho-Oh. Mamy nadzieję, że pobyt tu przyniesie pomyślność i zapoczątkuje wieczne szczęście.

∗∗∗

Musiał minąć jeden cały dzień, by szokujący kolor leżącego na podłodze tygrysa przestał robić na niej takie wrażenie. Trzy, by zrozumiała, że milczenie może zapewnić jej dużo więcej informacji, niż ciągłe kłapanie dziobem i dopraszanie się rozmów. Pięć, by zorientować się, że coś tu było kurewsko nie tak — tylko nie była w stanie wskazać tego czegoś palcem.

∗∗∗

Najszybciej, bo jeszcze tego samego wieczoru, którego się zameldowała, przyszedł do niej słuszny wniosek — jeśli chce się czegokolwiek dowiedzieć, musi pójść tam, gdzie przepływ informacji jest najluźniejszy i najbardziej naturalny. Innymi słowy musiała wejść prosto do paszczy lwa. Jeszcze innymi — odwiedzić motelowy bar.
Świadomie unikała takich miejsc przy wcześniejszych próbach utrzymania abstynencji. Teraz… czuła jeszcze większy ścisk w przełyku, kiedy tylko myślała o rzędach przykurzonych butelek i wszechobecnym zapachu whisky. Przełknęła z trudem ślinę, pudrując czoło i przyglądając się ranom na dolnej wardze. Co rano budziła się z posmakiem krwi w ustach, musiała przygryzać je podczas snu, co wcale jej nie dziwiło.
Koszmary nie odpuszczały.
Nie przespała bez nich ani jednej nocy od momentu, w którym rozstały się z Kidą.

∗∗∗

Bar motelowy korespondował wystrojem z całą resztą przybytku. Na lepkim od rozlanych drinków barze przycupnął maneki-neko, zaśniedziałe lustra odbijały blask licznych neonów, a wiszący w pomieszczeniu dym z dziesiątków papierosów wgryzał się w gardło i osnuwał wszystkich zgromadzonych tajemniczym woalem. Popękana skóra na hokerach, krzesłach i nielicznych kanapach wciśniętych pod ściany zdradzała, że od urządzenia tego miejsca minęło już trochę lat. I wbrew temu — jak i wbrew niezbyt przyjaźnie nastawionej recepcjonistce — interes najwidoczniej doskonale się kręcił.
Pierce zwróciła na siebie uwagę.
Jak zawsze.
Starając się nie zatrzymywać wzroku na żadnej z obcych twarzy, ruszyła z udawaną pewnością w stronę baru. W kącie sali grupa Chińczyków przekrzykiwała się po mandaryńsku nad kartami. Pod ścianą stała młoda dziewczyna przepasana fartuszkiem, zapewne pokojówka podczas przerwy lub już po pracy. Potężny barman przecierał szklanki brudną szmatą, gawędząc bez przekonania z kobietą w szarym futrze.
Pierce usiadła w odległości jednego hokera od niej.
— Bii, nieładnie ignorować nowych gości — padło z prawej po dwóch czy trzech minutach.
— Chce zamówić, to mówi. Nie chce, to nie mówi. Ja nie wróżka.
Cora drgnęła i zerknęła na nich ostrożnie. Bii, barczysty mężczyzna, stał do niej plecami. Obca kobieta nie patrzyła nawet w jej kierunku. Grzebała bez pośpiechu w malutkiej, staroświeckiej torebce zamykanej na zatrzask. Wydobyła z niej bogato zdobioną, srebrną papierośnicę i bez słowa wyciągnęła ku sąsiadce.
— Och, ja? Ja… Nie chciałam jeszcze zamawiać. Chciałam się zastanowić.
— Pani się zastanawia, a wieczór nie młodnieje.
— Dostanę tutaj coś — przełknęła ślinę, czując wzmagającą suchość w ustach, zmieniającą język w kołek i blokującą mowę — bez alkoholu?
— Woda — sapnął Bii i wymamrotał coś po swojemu pod nosem, szykując szklankę.
— Z lodem, destylatem z jałowca i odrobiną soku z gorzkich pomarańczy będzie smakować prawie jak gin. Wygląda pani na koneserkę ginu.
— A pani wygląda jak ktoś, kto zupełnie tu nie pasuje.
Paloma Cortés uśmiechnęła się drapieżnie.
— Bardzo się pani myli.
Krótki small talk urwał się po tym komentarzu zupełnie naturalnie. Wypalona w ciszy fajka porozumienia wystarczyła, by znosić swoją obecność bez zbędnych ceregieli; tym bardziej, że Pierce nie szukała nowych przyjaciół.
Szukała dawnej przyjaciółki, którą — jeśli odnajdzie żywą — zamorduje.
Zamiast rzucać pustymi uwagami, rozejrzała się po pomieszczeniu — tym razem bez wcześniejszej nerwowości. Wzrok prześlizgiwał się gładko po kolejnych twarzach, słuch wyłapywał pojedyncze zdania. Starała się wyłuskać coś, co mogłoby pomóc jej jakkolwiek. I chociaż odpowiedzi nie leżały na złotej tacy, to…

∗∗∗

Pierwszego ranka po zameldowaniu znalazła wiszący na klamce pakunek. Zawierał leki przeciwbólowe i jakąś maść, chyba na zmniejszenie widoczności blizn.
Odniosła dziwne znalezisko do recepcji, gdy wychodziła na przeszpiegi.
— Proszę wybaczyć. Pomyłka.

∗∗∗

— No, zaraz wychodzę — rzuciła młoda blondynka, którą Pierce widziała już kilkukrotnie w różnych częściach motelu. Teraz, z fartuszkiem zmiętym w dłoni, opierała się o bar, za którym stała — wyjątkowo — mrukliwa recepcjonistka w bejsbolówce. — Skoczę jeszcze do trzynastki ze stałym zamówieniem i się zmywam, nikt inny nie może teraz podejść, a chyba nie chcemy zadymy. Nalejesz mi podwójny gin? — Wskazała na charakterystyczną, zieloną butelkę Gordon’s.
Ciężko było dostrzec dokładnie moment, w którym atmosfera się zmieniła, ale wszystkie trzy kobiety nagle znalazły się w bańce oddzielonej zupełnie od reszty baru. Mogło to być tylko złudzenie, ale recepcjonistka rzuciła jej przelotne, trwające krócej niż sekundę spojrzenie, zanim odezwała się do pokojówki.
— Nieaktualne.
— No co ty, Ren? Nie pamiętasz, jak Yuxin odpowiadała za room service i zapomniała o tym drinku? — Dziewczyna aż gwizdnęła.
— Nie przypominam sobie, żebym zamawiała podwójny gin do pokoju — odezwała się Pierce, zanim ugryzła się w język.
— Pani mieszka w trzynastce? A co się stało z…?
— Z kim?
— Idź już do domu, Sally.
Z zaplecza wychylił się mężczyzna w średnim wieku. Nie wyglądał na barczystego barmana ani jednego z jego braci. Kucharz? Raczej manager; przestraszona blondynka, kajając się chaotycznie i kłaniając, usunęła się zaraz z widoku. Podobnie zresztą mężczyzna. Być może to był Gara, o którym szeptała część personelu.
— Czyżby pechowy pokój numer trzynaście miał szczęście do trudnych lokatorów?
Nie spodziewała się innej odpowiedzi niż cisza, ale musiała zapytać.

∗∗∗

Zlokalizowała słabe ogniwo; teraz wystarczyło je tylko przycisnąć na tyle mocno, by całkiem pękło.
Wiedziała jednak, że będzie się to prawie na pewno wiązało z wydaleniem z motelu, gdyby ogniwo pękło za głośno. Trzeba więc było poczynić pewne przygotowania.
Grafik pokojówek leżał w recepcji. Pierce widziała go kilka razy, gdy przychodziła przedłużyć pobyt, dopytać o coś zupełnie nieistotnego lub wybierała się na obiad do Miss Saigon. Miała już serdecznie dosyć kurczaka w pięciu smakach i sajgonek z sosem słodko-kwaśnym, ale nie chciała oddalać się za bardzo od Ho-Oh. Potrzebowała otwartych szeroko oczu, planu i odrobiny szczęścia. I zdjęcia grafiku, które w końcu udało jej się zrobić.
W najbliższy piątek Sally kończyła pracę o dwudziestej pierwszej.
Dziewczyna była świeżym nabytkiem, pracowała zaledwie od kilku miesięcy i wydawało się, że jest najsłabiej wyszkolona z całego personelu. Barmani odnosili się do niej szorstko, a gdy popełniła jakiś błąd, była bardzo ostro rugana. Wniosek? Nie nadążała jeszcze za zasadami panującym w Ho-Oh, a które nawet na pierwszy rzut oka były bardzo specyficzne. Przy uważniejszej obserwacji pracowników można było dostrzec cały język drobnych gestów, którymi się porozumiewali; nawet jeśli nie dało się domyślić znaczenia.
Mimo nieopierzenia, Sally była w stanie powiedzieć kilka ciekawych rzeczy, gdy w jednej z ciemnych uliczek Missassaugi poczuła na szyi chłód metalu.
Podobno ostatni gość pokoju numer trzynaście zabawił w motelu jakieś cztery miesiące, a wyniósł się zaledwie kilka godzin przed przyjazdem niejakiej Corinne Pierce.
— Jak wyglądała?
— N-nie… nie pamiętam — pisnęła Sally, ale czubek noża wbijał się coraz mocniej w miękkie ciało tuż pod brodą.
— To ciekawe — zauważyła cierpliwie Pierce, wpatrując się w dziewczynę poprzez ciemność — nie pamiętasz, jak wyglądała, ale pamiętałaś, że zrobiła zadymę? Coś kręcisz.
Przy koniuszku ostrza napęczniała kropla krwi.
— Indianka — wyszeptała Sally, próbując stanąć na palcach i wyciągnąć szyję, byle tylko oddalić się od noża. Ten jednak bezlitośnie podążał za nią. — Zamawiała tylko najtańszy gin i regularnie ogrywała Wietnamczyków w kości. Naprawdę straszne były czasem te burdy…
— Wiesz, gdzie jest teraz?
— Nic już nie wiem!
— Sally… — głos Pierce zabrzmiał spokojnie, prawie przyjaźnie, ale oczy kobiety lśniły równie metalicznie — równie bezlitośnie — jak jej broń. — Potnę cię, jeśli coś jeszcze ukrywasz.

∗∗∗

Spakowaną torbę już wcześniej wyrzuciła przez okno pokoju. Nie chciała ryzykować, że po tak brutalnej konfrontacji z Sally będzie musiała raz jeszcze wejść do Ho-Oh; nie miała przecież gwarancji, że zdoła stamtąd potem bezpiecznie wyjść. Zabrała jej komórkę, ale jeśli przerażona dziewczyna znalazła inny sposób na kontakt, to Pierce była już kompletnie spalona.
Czegoś się jednak dowiedziała.
Podczas przesłuchania Sally nie padło żadne nazwisko, ale wyrwane z kontekstu szczegóły, które przedstawiła, składały się w obiecującą całość. Rysopis szczupłej awanturniczki w kowbojkach różnił się w pewnych drobiazgach, a wzmianki o regularnie przemycanych do pokoju lekach brzmiały dość niepokojąco, zwłaszcza w zestawieniu z opowieściami o drinkach i plotkami o innych wspomagaczach. Dla niej jednak najważniejsza była jedna konkluzja, wybijająca ponad wszystkie pytania i niepokoje.
Nie umarłaś, Halstead. Ty cholerna kretynko, znajdę cię.
O b i e c u j ę.
Nie musiała mieć namacalnego dowodu, że chodziło o nią, wystarczyło przeświadczenie, zakorzenione gdzieś głęboko w zlodowaciałym sercu. Wystarczył jej kolejny trop, który chociaż mogła sprawdzić — znajomy Gary w jakiejś dziurze kilkaset kilometrów na północ. Kilka haseł, które obiecywały ponowne spotkanie…
…i możliwość spytania tej cholernej idiotki, co ona sobie właściwie myślała, kiedy wypychała ją przez okno Colorado Vice.

∗∗∗

Jestem tuż za tobą, K.
Już p r a w i e czuję zapach tych twoich śmierdzących fajek. P r a w i e widzę ten durny półuśmiech cwaniaczka, który jest pewien, że wystrychnął cały świat na dudka, ale nie, Kiddy. Nie ze mną te numery.

∗∗∗

Mattawa leżała niecałe cztery godziny drogi na północ od Mississaugi. W mruczącym ordynarnie Jaguarze i przy naginaniu zasad ruchu drogowego — trochę ponad trzy.
Pierce dotarła więc na miejsce krótko przed pierwszą w nocy, kiedy zdecydowana większość domów pogrążona była w ciszy. Mroczne okna wyglądały nieprzystępnie. W pierwszej chwili wydawało jej, że miasteczko jest kompletnie wymarłe.
Pojechała tam bez większego planu, a już zwłaszcza na taką godzinę. Nie było przecież szans na rozpytanie miejscowych, kiedy wszyscy spali…
Zatrzymała się na pustym parkingu pod jakimś małym sklepem spożywczym. Październikowa noc była chłodna — rześkie powietrze uderzyło ją w twarz gdy tylko otworzyła drzwi samochodu. Potrzebowała rozprostowania kości — noga zdążyła jej już porządnie zesztywnieć.
W ciszy zakłócanej tylko przez szum pobliskiej rzeki i szczekanie psów gdzieś w oddali dało się słyszeć coś jeszcze. Pierce zmarszczyła lekko brwi, próbując niejako dostroić się do dźwięku, a zanim zdążyła podjąć świadomą decyzję — ruszyła w stronę jego źródła.
Przeszła ze sto metrów, gdy zdała sobie sprawę, co to za dźwięk. Przybliżająca się coraz bardziej muzyka i gwar podniesionych głosów. Co jakiś czas rubaszny śmiech, jakiś brzęk szkła, zwykłe barowe odgłosy. Nie musiała iść daleko, gdy w końcu zza winkla wyłonił się jeden budynek z rozświetlonymi ciepłym, żółtym blaskiem oknami.
Przełknęła ślinę.
Przecież równie dobrze mogła przeczekać tam.
Nie zdążyła jednak podejść do drzwi malutkiego pubu, kiedy te nagle otworzyły się z łoskotem i rozpaczliwym dźwiękiem powieszonego nad nimi dzwonka, a ze środka wypadła ciasno zbita plątanina ludzkich kończyn, a potem kilku wyraźnie podchmielonych mężczyzn, skandujących jakieś hasła. Nie zwrócili uwagi na skrytą w cieniu kobietę, widocznie zbyt zaaferowani trwającą bójką.
Ktoś uchylił okno. Z wnętrza — o ironio! — oprócz pomruku obserwatorów i nielicznych śmiechów dobiegały nieco trzeszczące dźwięki przeboju Procol Harum.

I was feeling kinda seasick,
but the crowd called out for more,
the room was humming harder
as the ceiling flew away…

— Dawaj ją, Josh! — zawołał jeden z mężczyzn, wznosząc prawie pusty kufel ku górze.
— Suka się w końcu doigra za te lewe kości!
— Zobaczcie, wstają!
Istotnie — obie postaci, wcześniej splątane ze sobą niczym walczące koty — podniosły się nie bez problemu i odbiły w dwie strony. Drobniejsza z nich, najwyraźniej kobieta, odturlała się aż pod niewielki budyneczek z butwiejących desek. Zwinnym ruchem stanęła na nogi, a jej twarz, choć pozostała w cieniu głębi podwórza, wyraźnie zwrócona była ku przeciwnikowi.
Josh, jak wołali do niego koledzy, był wysoki i chudy. Haczykowaty nos i postępująca łysina nadawały mu wyraz podstarzałego sępa, podobnie jak paskudny uśmiech, który rozlał się na jego wargach. Cora w mgnieniu zrozumiała, dlaczego.
Obok wejścia do pubu stało i leżało sporo pustych butelek po piwie i innych trunkach. Szyjkę jednej z nich Joshua właśnie ściskał ciasno w dłoni, a rozbiegany wzrok szukał miejsca, w którym mógłby…
Brzdęk!
— Teraz sobie zatańczymy, jebana dzikusko.
Znalazł leżącą na uboczu stertę połamanych cegieł. Ostre krawędzie szklanego tulipana błysnęły słabo w poświacie rzucanej przez rozjarzone okna. Przez grupkę gapiów poniósł się szmer podekscytowanych, ale i zaniepokojonych głosów, kiedy z głębi podwórka też dał się słyszeć dziwny odgłos. Coś wyraźnie chrupnęło.
— No to, kurwa, pokaż mi, jak tańczysz.
W smudze światła z otwartych nagle drzwi stał nie kto inny, tylko chudsza, bledsza i bardziej niewyraźna od własnego cienia Kida Halstead.
W prawej ręce ściskała wyrwaną z pniaka siekierę.

And so it was that later,
as the miller told his tale,
that her face, at first just ghostly,
turned a whiter shade of pale…

Kida Hemingway