Strona 1 z 1

i can't help but sink into that hole I dug for you

: czw paź 22, 2026 12:26 am
autor: Vincent Monroe
i'm seeing faces at the bottom of the bottle
they look like you
Violet Haze nie była niepowtarzalna.
W zasadzie to była całkiem przeciętna.
Nie była szczególnie wysoka, a przy jej wzroście nie brakowało kobiet o równie wąskiej talii czy krągłych biodrach. Jej włosy były długie, ale ciemne, tak samo zresztą jak brązowe oczy - znacznie bardziej pospolita mieszanka od chociażby niebieskookich blondynek. Nie miała w sobie niczego, czego nie widziałby już wcześniej u dziesiątek innych.
Pełne usta, bystry wzrok, odrobina piegów.
Żadna pieprzona rewelacja.
Znajdował ją przecież każdego dnia.
Nie od razu. Pierwsze doby okresu po, po tym gdy utkwiła w jego plecach zakrzywiony nóż, rozpoczynały się wnętrzem znajomego samochodu i ciemnością, która wsiadła do jego wnętrza wraz z nim. Trudno było określić mu, gdy przytomność myślenia dołączyła do bólu, który nieustannie palił jego zakończenia nerwowe - z pewnością nie wtedy, gdy wylądował w sterylnym pomieszczeniu ani nie wtedy, gdy w magiczny sposób przetransportował się do wnętrza swojego mieszkania z podstawionym opakowaniem mocnych leków przeciwbólowych.
Może do pewnego stopnia nigdy go nie opuściła - jak ta mapa twarzy należącej do Violet Haze, na zawsze wypalona w jego podświadomości choć miejsce, w którym powinna tkwić obok jej nieumiejętności gwizdania i miłości do pterodaktyli, już dawno nie miało istnieć.
Ciemność nie zmazała jej przerażonego spojrzenia i drżących warg. Sterylny zapach nie wypędził jej perfum, którymi w jakiś podstępny sposób przesiąknął. Opioidy nie wytłumiły tego, co chowało się pod lawiną wszystkich, negatywnych emocji - tego, co przysłaniała złość, gorycz, zawód, poczucie zdrady i bezsilności jednocześnie.
Nie potrafił się jej pozbyć, a zarazem nie potrafił jej zastąpić - choć nie z braku szukania.
Jego wymagania zmieniały się, ewoluowały w miarę, gdy ból w żebrach stawał się łatwiejszy do zniesienia, lecz ten za mostkiem rwał nieustannie. Z początku wystarczyła pierwsza kobieta, której długie, ciemne włosy dostrzegł przy barze Rapture i ku którym skierował się bezwiednie, po to, by rozczarować się gdy odwróciła się w jego stronę.
Zalał to rozczarowanie alkoholem, lanym drżącymi dłońmi barmana, którego manager uprzedził, by pod żadnym pozorem nie pozwolić mu łamać zaleceń lekarza.
Później szukał czegoś bardziej konkretnego.
Znajdował jej usta, rozciągnięte w zaczepnym uśmiechu gdy kobiece dłonie śmiało sięgały w jego kierunku. Jej drobny, prosty nos, rzucający podobny rodzaj cienia na policzek pod wpływem neonowego światła. Rozrzucone po skórze piegi, które zakryłby każdy, mocniejszy makijaż, którego posiadaczka nie nakładała zbyt wiele.
Nie potrafił znaleźć jej oczu, lecz zadowolił się tym samym odcieniem - głębokim, ciemnym, chowającym w środku wszystkie, prawdziwe intencje.
Do pewnego stopnia były wystarczające. Były pod ręką, były ładne, zgrabne, zainteresowane i chętne. Śmiały się wtedy, gdy powinny, nosiły ubrania, które opinały je we właściwych miejscach. Każda nosiła jakąś cechę, do której rwało się jego ciało, jakby z ich pomocą mógł złożyć układankę, którą stanowiła Violet Haze.
Zwykle był też zbyt naćpany, by dostrzegać różnicę.
Czy bardziej - zbyt naćpany, by ta różnica sprawiała mu istotny problem.
Zbyt stało się słowem, które padało zdecydowanie zbyt często w jego otoczeniu. Na przykład jego żebra wciąż zbyt go bolały by pozwalać mu na powrót do pracy. Jego zachowanie było zbyt nieodpowiedzialne, a ilość wchłanianych używek zbyt duża i zbyt intensywna. Przeżywał to zbyt intensywnie, a w swoich próbach odreagowania ostatnich wydarzeń robił się zbyt lekkomyślny i zbyt autodestrukcyjny.
Jego manager, a zarazem najbliższy przyjaciel, nie rozumiał, że on wcale nie uciekał.
On po prostu szukał j e j, przekonany, że w pewnym momencie ją znajdzie.
Każdy dzień wypełniony głośną muzyką, wiadrem alkoholu i długimi, białymi strużkami tkwiącymi na blacie stołu, każdy urozmaicany ładną kobietą, która coś miała w sobie z pierwowzoru, był zwyczajnie miłą odskocznią po całym gównie, które uderzyło go bardziej, niż powinno.
Miłym efektem ubocznym.
Dzisiejszego dnia Rapture pękało w szwach, co nie przeszkodziło mu w wyrzuceniu ludzi z loży, do której w związku z tym obłożeniem się wsunęli - j e g o loży. Loży, w której wkrótce pojawił się w akompaniamencie nudnej czarującej młodej kobiety imieniem Amber, lub Anne, nie był do końca pewny, ale na pewno było ono na "A".
Miała ciemne włosy spływające kaskadą z pleców i pieprzyk na policzku - w innym miejscu, niż być powinien, ale nie było to nic, czego nie mógłby zalać alkoholem. Jej głos brzmiał podobnie, gdy się śmiała - wtedy, gdy tłumiła go głośna muzyka klubu, fałszując prawdziwe brzmienie. Dzięki temu Amber - lub Anne - bardzo awansowała na liście wszystkich jego towarzyszek ostatniego czasu.
Amber - lub Anne - nie miała też szczególnie problemu z przestrzenią osobistą. Może wręcz zbyt chętnie wsunęła się na jego kolana, gdy on jeszcze był wciąż połowicznie trzeźwy. Może niepotrzebnie w reakcji na to ściągnął ją z siebie, z niewiadomym przypływem irytacji, oferując złoty środek - jej nogi, ledwie zasłonięte przez kusą sukienkę przerzucone przez jego kolana.
- Szefie. - nieśmiałe chrząknięcie, które wydostało się zza kotary oddzielającej go od pospólstwa uszło jego uwadze całkowicie, nawet wtedy, gdy twarz jednego z jego ludzi została wetknięta między kotarę a ścianę w próbie zwrócenia na siebie uwagi. - Szefie, zgarnęliśmy kogoś przed wejściem.
Był na to zdecydowanie za trzeźwy, a jego źrenice były dopiero w połowie docelowego rozmiaru, który czynił życie znośniejszym. Jego głowa odwróciła się gwałtownie w stronę głosu, rozwalone na wszystkie strony przydługie kosmyki włosów zafalowały w tym ruchu. Pomiędzy nimi, gdzieś na boku jego głowy tkwiła brzydka blizna zostawiona przez świeżo zdjęte szwy.
- I postanowiłeś, że to mi spierdolisz w tej chwili wieczór? - syknął, jego dłoń oderwała się od kobiecego uda, sięgnęła po wystający krawat pochylonego przy loży mężczyzny. - Od takiego gówna jest twój menadżer, nie ja.
Dostrzegł to.
Odległą iskierkę strachu, schowaną gdzieś w jego pieprzenie pospolitych, brązowych oczach. Zbyt gwałtowny, zbyt nieobliczalny - a jednak ten przełknął ślinę i, nie prostując się, sięgnął po kotarę.
- Avis nazwał ją pana problemem - wydusił z siebie, tkwiąc w tej żałosnej pozycji, wciąż trzymany za krawat.
Odsłaniając jednak kotarę, która wyłoniła tkwiący po drugiej stronie pierwowzór.

don't need the real thing, i find you everywhere i go