if we burn, you burn with us
: pt paź 23, 2026 12:04 am
#
082.Dystrykt 6.
Centrum transportowe Panem. Produkuje i obsługuje pociągi oraz poduszkowce. Mocno zbombardowany podczas Mrocznych Dni, kiedy Koalicja Dystryktów zbuntowała się przeciwko totalitarnemu Kapitolowi
Centrum transportowe Panem. Produkuje i obsługuje pociągi oraz poduszkowce. Mocno zbombardowany podczas Mrocznych Dni, kiedy Koalicja Dystryktów zbuntowała się przeciwko totalitarnemu Kapitolowi
Tego ranka zaczęła od rozkręcenia zacinającego się zamka w drzwiach do warsztatu ojca. Potem przez kwadrans szukała klucza, który, jak się okazało, cały czas miała w kieszeni spodni, a następnie musiała wysłuchać tyrady brygadzisty na temat tego, że dzisiaj nie było czasu na jej samowolne naprawy, bo wszystko miało być gotowe przed południem. Wszystko, czyli w praktyce połowa infrastruktury, której nie udało się doprowadzić do porządku przez ostatnie trzy miesiące, a którą teraz należało ogarnąć w ciągu jednego poranka, bo przedstawiciele Kapitolu mieli zaszczycić ich swoją obecnością. Zabawne. Goście z Kapitolu i tak nie odróżniliby sprawnego mechanizmu od takiego, który trzymał się kupy wyłącznie dzięki modlitwie i kawałkowi drutu.
— Jeśli jeszcze raz usłyszę, że mam się pospieszyć, to przysięgam, że wsadzę komuś tę śrubę w dupę — wymamrotała, pochylając się nad otwartą obudową przekaźnika.
— Słyszałem to, Darling — mruknął brygadzista. Walter Strickland był mężczyzną przed sześćdziesiątką. Miał krzaczaste brwi i strasznie wysokie czoło. Kreował się na groźnego, ale w rzeczywistości był łagodny jak baranek.
— To dobrze. Czyli przekaźnik działa, a przynajmniej jedno z nas ma sprawny słuch — uśmiechnęła się szeroko.
Brygadzista rzucił jej spojrzenie, które w innych okolicznościach mogłoby pewnie uchodzić za ostrzeżenie, ale Teddy była zbyt zajęta wyciąganiem przepalonego przewodu, żeby zrobić sobie przyjemność i odpowiedzieć mu równie wymownym grymasem. W gruncie rzeczy lubiła faceta. Był jednym z tych ludzi, którzy mieli wystarczająco dużo rozumu, żeby nie oczekiwać od niej cudów, a jednocześnie za mało odwagi, żeby przyznać, że czasami te cuda naprawdę były potrzebne.
Kiedy wreszcie zatrzasnęła obudowę, przekaźnik zaskoczył za pierwszym razem. Teddy aż się wyprostowała, bardzo zadowolona ze swojego dzieła. Otarła dłonie o szmatę, zostawiając na niej kolejne czarne smugi i spojrzała na zegar. Do południa zostało niewiele czasu. Na zewnątrz miasto już dawno weszło w tryb nerwowego poruszenia. Ulice prowadzące do placu zapełniały się ludźmi, przy głównych skrzyżowaniach pojawiały się dodatkowe patrole, a głośniki, które przez resztę roku służyły przede wszystkim do ogłaszania zmian w rozkładach transportu i komunikatów o awariach, teraz miały przypominać mieszkańcom o obowiązku stawienia się na ceremonii.
Jakby ktokolwiek mógł o tym zapomnieć.
Nie pamiętała jednak Mrocznych Dni. Była za mała, żeby wiedzieć, jak wyglądał Dystrykt 6, zanim bomby rozorały jego dzielnice, zniszczyły część infrastruktury i zamieniły niektóre ulice w stosy gruzu. Znała je z opowieści i z urywanych rozmów dorosłych. Za to doskonale wiedziała, jak wyglądało życie po wszystkim. Naprawiano i odzyskiwano cokolwiek, co nadawało się do ponownego wykorzystania. Nauczyła się nie wyrzucać rzeczy tylko dlatego, że były stare albo wyglądały na bezużyteczne. W większości przypadków wystarczyły odpowiednie narzędzia. No i może odrobina zapału.
Kiedy wyszła z warsztatu, słońce stało już wysoko, a powietrze nad torowiskami drżało od ciepła. Z oddali dobiegł sygnał lokomotywy. Darling odruchowo spojrzała w stronę torów. Dwóch pracowników krążyło wokół podwozia, sprawdzając mocowania. Przy bramie warsztatu zatrzymała się na moment, wyciągając z kieszeni zmiętą chustkę. Przetarła twarz, a potem spojrzała na swoje dłonie. Czarne od smaru paznokcie, drobne skaleczenie na kciuku, stara blizna przy nadgarstku. Nic nadzwyczajnego. Zwykły dzień w zwykłym miejscu, gdyby nie fakt, że za kilka godzin ktoś miał wylosować nazwiska dwójki dzieciaków, które zostaną wysłane na arenę, żeby zabijać się ku uciesze ludzi, którzy nigdy nie musieli martwić się o to, czy w ich domu wystarczy jedzenia do końca tygodnia.
Miała ochotę coś rozwalić.
Najlepiej coś drogiego. A w ogóle najlepiej coś należącego do Kapitolu. Zacisnęła więc tylko szczękę, wsunęła szmatę do kieszeni i ruszyła w stronę domu. Po drodze minęła grupę dzieciaków, które szły w stronę placu pod opieką kobiety w szarym uniformie. Jeden chłopak, może dwunastoletni, kopnął kamyk tak mocno, że ten odbił się od krawężnika i wpadł prosto pod koła zaparkowanego wózka. Teddy obserwowała go przez chwilę, a potem odwróciła wzrok. Nie lubiła patrzeć na dzieci w dniu dożynek.
Gdzieś daleko trzasnęły drzwi wagonu. Ktoś krzyknął, żeby się pospieszyć. Z głośnika na rogu ulicy popłynął kolejny komunikat, przypominający o obowiązku uczestnictwa w ceremonii i o tym, że każdy obywatel powinien z godnością wypełniać swoje powinności wobec Panem. Nie mogła powstrzymać się od pogardliwego prychnięcia.
Dom był pusty. Rodzice musieli już udać się na plac. Darling pospiesznie wzięła zimny prysznic i włożyła czystą sukienkę, którą przygotowała dla niej matka. Zanim wyszła na zewnątrz, jeszcze przejrzała się w lustrze i przesunęła dłońmi po wyprasowanym materiale. Wyglądała schludnie. Błękitne rękawy zasłaniały szerokie ramiona. Idealna sukienka do grobu.
Zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Pomyślała o tych wszystkich dzieciach z Dystryktu 6, które niedługo staną na placu w swoich najlepszych ubraniach, z sercami tłukącymi się w piersiach tak mocno, że pewnie nie usłyszą nawet własnych myśli. O tych, które będą próbowały wyglądać na odważne. O tych, które będą płakać. I o tych, które będą udawały, że wcale się nie boją, bo może wtedy strach stanie się trochę mniej prawdziwy.
Bunny Carver