Happy anniversary
: pt paź 23, 2026 5:57 am
#
2We share a childhood, but somewhere along the way, we stopped sharing our lives
Rodzinny spęd był ostatnią rzeczą, w której miała ochotę dzisiaj uczestniczyć. Miniony tydzień był wyjątkowo intensywny, organizowała dużą sprzedaż a to wiązało się z całym mnóstwem obowiązków i brakiem nawet jednego wolnego dnia, w którym mogłaby odpuścić sobie robienie czegokolwiek produktywnego na rzecz siedzenia na kanapie z jedzeniem na wynos i oglądania jakichś głupot. Była zmęczona, przebodźcowana i miała serdecznie dość przebywania wśród ludzi, zwłaszcza takich, przy których musiała przywdziać na twarz sztuczny uśmiech i udawać, że jakoś się trzyma. Problem w tym, że rocznica ślubu dziadków była jedną z tych imprez, których nie mogła ot tak po prostu sobie odpuścić - od lat miała z nimi lepszy kontakt, niż z rodzicami, to właśnie dziadkowie mieli największy wkład w jej wychowanie. Andra wiedziała, że zależy im na jej obecności, więc postanowiła poświęcić się w imię wyższego dobra, choć skręcało ją na samą myśl, że będzie musiała spędzić wieczór w gronie całej rodziny, prowadząc kurtuazyjne pogawędki o niczym i udając, że jej życie wcale nie jest niekończącym się pasmem nieszczęść.
Spała dziś fatalnie, ale dzięki odpowiedniej warstwie makijażu udało jej się doprowadzić twarz do stanu używalności i jako-tako ukryć wszystkie oznaki przemęczenia. Ubrała się schludnie, ale bez przesadnej elegancji - ciemne spodnie, koszula, prosta marynarka... była zbyt zmęczona, żeby silić się na jakiś bardziej wyszukany outfit. Przed wyjściem z domu wzięła dodatkową tabletkę uspokajającą, modląc się, żeby jakkolwiek jej to pomogło, po czym wsiadła do samochodu, odpaliła spotify, podkręcając głośność niemal na maksa i wyjechała z parkingu, usilnie walcząc ze sobą, żeby się nie rozmyślić i nie odwołać swojego przyjazdu w ostatniej chwili.
W domu dziadków pojawiła się jako pierwsza, przywożąc ze sobą sernik baskijski domowej roboty i nadprogramowego uczestnika imprezy, Mochi - czterdziestokilową, owczarkopodobną kulkę futra, która przez ostatni tydzień nasiedziała się sama tyle czasu, że Andra nie miała serca zostawić jej w domu. Wątpiła, by ktokolwiek miał coś przeciwko. Mochi przyjeżdżała z nią do dziadków regularnie, zostawała pod ich opieką, kiedy wyjeżdżały z Chloe na wakacje, a gdy Bellerose przez kilka tygodni leżała w szpitalu, to właśnie babcia troskliwie opiekowała się swoją czworonożną prawnuczką.
Zanim weszła do domu, przysiadła na starym, ogrodowym krześle, stojącym przy drzwiach wejściowych odkąd sięgała pamięcią i odpaliła papierosa. Andra sprzed wypadku w życiu nie narażałaby swoich płuc na wiążące się z paleniem powikłania, ale teraz, kiedy po jej sportowej karierze pozostało ledwie piękne wspomnienie, było jej już wszystko jedno. Palenie od kilku lat było jej stałym rytuałem uspokajającym, a dziś zdawała się potrzebować tego bardziej niż zwykle. W międzyczasie pogładziła Mochi, która wiernie przydreptała za nią, usiadła przy krześle i położyła łeb na jej kolanach, jednak po chwili jej ręka machinalnie przeniosła się z czarnego futra na złotą obrączkę, zawieszoną na cienkim łańcuszku i zaczęła bawić się nią w jakimś nerwowym odruchu. Robiła to niemal bezwiednie, za każdym razem, kiedy szczególnie mocno brakowało jej Chloe.
Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała, żebyś tu dzisiaj była.
Cree Bellerose Casper Bellerose Vila Bellerose