I might barely know you, but still
: pt paź 23, 2026 4:27 pm
Sally Dykman zawsze upierał się przy stwierdzeniu, że istniało na świecie wyjątkowo mało rzeczy, których nie dałoby się wytłumaczyć przy pomocy nauki. Sam wszechświat, choć nieprzyzwoicie rozległy i wciąż pełen nieodkrytych tajemnic, pozostawał przecież w pewnym stopniu przewidywalny: ciała niebieskie poruszały się po określonych orbitach, materia podlegała prawom fizyki, a nawet najbardziej spektakularne katastrofy kosmiczne można było opisać za pomocą odpowiednich równań (i, co za tym idzie, czasem także przewidzieć na czas). Sal poświęcił większą część swojego życia próbom zrozumienia tych właśnie mechanizmów, a potem, zdecydowanie mniej skutecznie, tłumaczenia ich nastolatkom, których zainteresowanie astrofizyką kończyło się zwykle tam, gdzie zaczynała się konieczność wykonania jakichkolwiek zadań domowych.
Istniały jednak z j a w i s k a skutecznie wymykające się wszelkiej naukowej klasyfikacji. Jednym z takowych zjawisk zdecydowanie była jego kuzynka, Andrea: kobieta obdarzona cierpliwością wystarczającą do wychowania trzech chłopców i determinacją, która pozwoliła jej przetrwać cztery ciąże, niezliczone nieprzespane noce oraz rodzinne spotkania, podczas których każdy miał zwyczajowo coś do powiedzenia na temat jej metod wychowawczych. Była przy tym również - obok jego własnej, szesnastoletniej latorośli - osobą, której Salomon nigdy nie nauczył się skutecznie odmawiać. Chociaż zapierał się, że przecież próbował.
— Nie ma mowy — powiedział na przykład, kiedy zadzwoniła do niego raptem parę godzin wcześniej.
— Sally, przecież jeszcze cię o nic nie poprosiłam. - Rozległo się po drugiej stronie słuchawki.
— Mhm - Odparł, starając się brzmieć asertywnie i niemal cierpko, i natychmiast ponosząc w tym kontekście fiasko - Właśnie dlatego próbuję wyprzedzić rozwój wydarzeń...
Jak można było się spodziewać, nie zadziałało.
Andrea potrzebowała przysługi. Niewielkiej, jak zapewniała, niemal symbolicznej, niewymagającej od niego żadnych szczególnych kompetencji poza posiadaniem prawa jazdy i wolnego popołudnia.
Chodziło o Prudence. Prudence, której nazwisko znał, choć wciąż musiał zastanawiać się przez chwilę, zanim przypomniał sobie twarz (szczupłą, prawie ascetyczną w geometrii rysów okolonych kaskadą ciemnych pukli). Prudence, o której Hunter wspomniał mu zaledwie raz czy dwa, w jednej z tych coraz rzadszych rozmów telefonicznych, jakie odbywali w ostatnich latach, a która teraz była w ciąży z jego dzieckiem. Prudence, której Hunter nigdy już nie zobaczy.
Andrea dotychczas towarzyszyła jej podczas wizyt lekarskich, ale tym razem nie mogła. Sally słuchał jej wytłumaczeń nieuważnie, rejestrując chyba co o tym, że jej malutka córka wymagała jej obecności, albo o tym, że któryś ze starszych chłopców sprawiał kłopoty wychowawcze i Andrea akurat musiała stawić się w szkole. Nie pomogło, że Dykman próbował kuzynce wytłumaczyć całą sekwencję racjonalnych powodów, z racji których absolutnie nie nadawał się do roli, do której próbowała go aktualnie zaangażować. Ani to, że próbował jej uświadomić, że przecież umiejętność przedstawienia zasad dynamiki Newtona grupie szesnastolatków nie przekładała się automatycznie na kompetencje w zakresie wspierania ciężarnych kobiet po śmierci ich partnerów. Jak grochem o ścianę. Andrea uparła się, że sam fakt, iż Sal uczył biologii, a w dodatku był ojcem nastoletniej córki, doskonale kwalifikował go do obowiązków...
Sam w zasadzie nie wiedział kogo.
Ostatecznie wmówił sobie, że uległ w końcu nie tyle przez wzgląd na zaciętość Andrei, a raczej niemal braterską lojalność względem Huntera (ignorując myśl, że może oprócz wierności, rolę pełniło tu również nieznośne poczucie winy). Kiedy byli chłopcami, Hunter chodził za nim krok w krok, zadając niekończące się pytania, na które Sal, jako starszy i rzekomo mądrzejszy kuzyn, czuł się w obowiązku odpowiadać. To właśnie Hunterowi po raz pierwszy próbował wyjaśnić, dlaczego Księżyc nie spada na Ziemię, dlaczego gwiazdy migoczą i co właściwie stałoby się z człowiekiem, gdyby ten znalazł się poza polem grawitacji.
A potem stało się między nimi to, co zwykle dzieje się z dziecięcymi więziami: osłabły one pod naporem dorosłości, zaniedbane w pogoni za sukcesami i koniecznością płacenia podatków. Najbardziej w gruncie rzeczy oddalili się od siebie w ostatnich paru latach, bez określonego dramatu albo teatralnego zerwania relacji. Telefony po prostu stały się rzadsze, krótkie wiadomości na Messengerze zastąpiły wielogodzinne spotkania. "Musimy się kiedyś wreszcie zobaczyć na dłużej" stało się wygodną wymówką do przekładania terminów na później.
A potem Hunter zrobił tę jedną rzecz, której Sal nigdy się po nim nie spodziewał. Umarł. I nagle okazało się, że nie było już żadnej możliwości, by dopisać jakikolwiek kolejny rozdział do ich wspólnej historii.
Naprawdę nie był pewien co tak naprawdę poczuł na myśl, że Hunter nie pozna także swojego jedynego dziecka. Przemknęła mu przez myśl jakaś smutna fantazja, jakby to było odnowić ich dawną więź, tym razem zamiast na pytania o kosmos, odpowiadając na te o ojcostwo. Potem przypomniał sobie, że mężczyzny już nie było. Pozostała tylko nieznajoma, nosząca pod sercem niezaprzeczalną pamiątkę o tym, że Hunter Wright kiedykolwiek istniał.
Kręcąc głową i załamując ręce nad własnym brakiem granic, przyjechał pod wskazany mu przez kuzynkę adres na czas, co samo w sobie stanowiło już wielkie osiągnięcie, biorąc pod uwagę jego tendencję do spóźnialstwa. Po drodze zatrzymał się jeszcze na stacji benzynowej, gdzie kupił kawę i paczkę miętowych landrynek, choć żadna z tych rzeczy nie wydawała się szczególnie potrzebna. Kawa była kiepska, miętówki zbyt słodkie. On sam natomiast zastanawiał się, czy powinien był założyć na tę specjalną okazję coś lepszego od pary wymiętych nieco jeansów, wysłużonej skórzanej kurtki i flanelowej koszuli, która z wieszakiem ostatni raz widziała się wisząc jeszcze, przed laty, w sklepie ubraniowym.
Zaparkował paralelnie do niskiego krawężnika, wyłączył silnik i przez chwilę siedział nieruchomo, przyglądając się budynkowi przez przednią szybę samochodu. Mówiąc szczerze, zwyczajnie nie wiedział czego się spodziewać (choć nie przyszłoby mu do głowy, że Andrea miała na tyle tupetu, aby w ogóle nie poinformować Prue o nagłej podmianie szofera). Lepszy taki, niż żaden. Przynajmniej był trzeźwy, i o czasie. Hunter byłby pod wrażeniem.
Ta ostatnia myśl przyszła niespodziewanie, a wraz z nią znajomy, bolesny uścisk pod mostkiem. Sal zignorował go, i wysiadł wreszcie z auta, obchodząc samochód, i opierając się o maskę w oczekiwaniu na spotkanie z Prudence.
prudence lane
Istniały jednak z j a w i s k a skutecznie wymykające się wszelkiej naukowej klasyfikacji. Jednym z takowych zjawisk zdecydowanie była jego kuzynka, Andrea: kobieta obdarzona cierpliwością wystarczającą do wychowania trzech chłopców i determinacją, która pozwoliła jej przetrwać cztery ciąże, niezliczone nieprzespane noce oraz rodzinne spotkania, podczas których każdy miał zwyczajowo coś do powiedzenia na temat jej metod wychowawczych. Była przy tym również - obok jego własnej, szesnastoletniej latorośli - osobą, której Salomon nigdy nie nauczył się skutecznie odmawiać. Chociaż zapierał się, że przecież próbował.
— Nie ma mowy — powiedział na przykład, kiedy zadzwoniła do niego raptem parę godzin wcześniej.
— Sally, przecież jeszcze cię o nic nie poprosiłam. - Rozległo się po drugiej stronie słuchawki.
— Mhm - Odparł, starając się brzmieć asertywnie i niemal cierpko, i natychmiast ponosząc w tym kontekście fiasko - Właśnie dlatego próbuję wyprzedzić rozwój wydarzeń...
Jak można było się spodziewać, nie zadziałało.
Andrea potrzebowała przysługi. Niewielkiej, jak zapewniała, niemal symbolicznej, niewymagającej od niego żadnych szczególnych kompetencji poza posiadaniem prawa jazdy i wolnego popołudnia.
Chodziło o Prudence. Prudence, której nazwisko znał, choć wciąż musiał zastanawiać się przez chwilę, zanim przypomniał sobie twarz (szczupłą, prawie ascetyczną w geometrii rysów okolonych kaskadą ciemnych pukli). Prudence, o której Hunter wspomniał mu zaledwie raz czy dwa, w jednej z tych coraz rzadszych rozmów telefonicznych, jakie odbywali w ostatnich latach, a która teraz była w ciąży z jego dzieckiem. Prudence, której Hunter nigdy już nie zobaczy.
Andrea dotychczas towarzyszyła jej podczas wizyt lekarskich, ale tym razem nie mogła. Sally słuchał jej wytłumaczeń nieuważnie, rejestrując chyba co o tym, że jej malutka córka wymagała jej obecności, albo o tym, że któryś ze starszych chłopców sprawiał kłopoty wychowawcze i Andrea akurat musiała stawić się w szkole. Nie pomogło, że Dykman próbował kuzynce wytłumaczyć całą sekwencję racjonalnych powodów, z racji których absolutnie nie nadawał się do roli, do której próbowała go aktualnie zaangażować. Ani to, że próbował jej uświadomić, że przecież umiejętność przedstawienia zasad dynamiki Newtona grupie szesnastolatków nie przekładała się automatycznie na kompetencje w zakresie wspierania ciężarnych kobiet po śmierci ich partnerów. Jak grochem o ścianę. Andrea uparła się, że sam fakt, iż Sal uczył biologii, a w dodatku był ojcem nastoletniej córki, doskonale kwalifikował go do obowiązków...
Sam w zasadzie nie wiedział kogo.
Ostatecznie wmówił sobie, że uległ w końcu nie tyle przez wzgląd na zaciętość Andrei, a raczej niemal braterską lojalność względem Huntera (ignorując myśl, że może oprócz wierności, rolę pełniło tu również nieznośne poczucie winy). Kiedy byli chłopcami, Hunter chodził za nim krok w krok, zadając niekończące się pytania, na które Sal, jako starszy i rzekomo mądrzejszy kuzyn, czuł się w obowiązku odpowiadać. To właśnie Hunterowi po raz pierwszy próbował wyjaśnić, dlaczego Księżyc nie spada na Ziemię, dlaczego gwiazdy migoczą i co właściwie stałoby się z człowiekiem, gdyby ten znalazł się poza polem grawitacji.
A potem stało się między nimi to, co zwykle dzieje się z dziecięcymi więziami: osłabły one pod naporem dorosłości, zaniedbane w pogoni za sukcesami i koniecznością płacenia podatków. Najbardziej w gruncie rzeczy oddalili się od siebie w ostatnich paru latach, bez określonego dramatu albo teatralnego zerwania relacji. Telefony po prostu stały się rzadsze, krótkie wiadomości na Messengerze zastąpiły wielogodzinne spotkania. "Musimy się kiedyś wreszcie zobaczyć na dłużej" stało się wygodną wymówką do przekładania terminów na później.
A potem Hunter zrobił tę jedną rzecz, której Sal nigdy się po nim nie spodziewał. Umarł. I nagle okazało się, że nie było już żadnej możliwości, by dopisać jakikolwiek kolejny rozdział do ich wspólnej historii.
Naprawdę nie był pewien co tak naprawdę poczuł na myśl, że Hunter nie pozna także swojego jedynego dziecka. Przemknęła mu przez myśl jakaś smutna fantazja, jakby to było odnowić ich dawną więź, tym razem zamiast na pytania o kosmos, odpowiadając na te o ojcostwo. Potem przypomniał sobie, że mężczyzny już nie było. Pozostała tylko nieznajoma, nosząca pod sercem niezaprzeczalną pamiątkę o tym, że Hunter Wright kiedykolwiek istniał.
Kręcąc głową i załamując ręce nad własnym brakiem granic, przyjechał pod wskazany mu przez kuzynkę adres na czas, co samo w sobie stanowiło już wielkie osiągnięcie, biorąc pod uwagę jego tendencję do spóźnialstwa. Po drodze zatrzymał się jeszcze na stacji benzynowej, gdzie kupił kawę i paczkę miętowych landrynek, choć żadna z tych rzeczy nie wydawała się szczególnie potrzebna. Kawa była kiepska, miętówki zbyt słodkie. On sam natomiast zastanawiał się, czy powinien był założyć na tę specjalną okazję coś lepszego od pary wymiętych nieco jeansów, wysłużonej skórzanej kurtki i flanelowej koszuli, która z wieszakiem ostatni raz widziała się wisząc jeszcze, przed laty, w sklepie ubraniowym.
Zaparkował paralelnie do niskiego krawężnika, wyłączył silnik i przez chwilę siedział nieruchomo, przyglądając się budynkowi przez przednią szybę samochodu. Mówiąc szczerze, zwyczajnie nie wiedział czego się spodziewać (choć nie przyszłoby mu do głowy, że Andrea miała na tyle tupetu, aby w ogóle nie poinformować Prue o nagłej podmianie szofera). Lepszy taki, niż żaden. Przynajmniej był trzeźwy, i o czasie. Hunter byłby pod wrażeniem.
Ta ostatnia myśl przyszła niespodziewanie, a wraz z nią znajomy, bolesny uścisk pod mostkiem. Sal zignorował go, i wysiadł wreszcie z auta, obchodząc samochód, i opierając się o maskę w oczekiwaniu na spotkanie z Prudence.
prudence lane