it's hard to forget your past when it's written all over your body
: pt paź 23, 2026 11:19 pm
Najpierw pokażesz, że potrafisz współpracować. Potem porozmawiamy o twojej siostrze.
Wszystko zależało teraz od niej.
Od tego, czy się spisze.
Mężczyznę siedzącego po drugiej stronie sali zauważyła dopiero wtedy, kiedy ktoś odsunął się z linii jego spojrzenia. Był starszy. Siwe włosy miał starannie zaczesane, na palcu miał ciężki, badziewny sygnet, którym stukał o szkło.
Opuściła wzrok.
Kiedy podniosła go ponownie, nadal patrzył.
Nie wiedziała, dlaczego tak trudno było jej przełknąć ślinę. W gardle miała sucho, pomimo wody, którą kazano jej wypić, a podłoga przy każdym drobnym przesunięciu ciężaru zdawała się ustępować trochę za późno; później niż normalnie.
Może powinna była coś zjeść.
Po drugiej stronie sali mężczyzna z sygnetem rozmawiał teraz z tym, który rano przekazywał jej warunki współpracy. Obaj spojrzeli w jej stronę. Ten drugi uśmiechnął się lekko, pierwszy powiedział coś jeszcze, nachylając głowę. Wkrótce tego drugiego nie było, zniknął gdzieś dalej i zostawił ją z tym bezlitosnym spojrzeniem śledzącym każdy jej ruch.
Obraz rozmazał się na krótką chwilę. Chyba to była chwila? Chwila, po której najpierw poczuła rękę jednego z ochroniarzy na swoim łokciu; chwyt który zmusił ją do ruszenia z miejsca. Świat zawirował po pierwszym kroku, a nagle poczuła pod nogami schody.
Nie pamiętała pierwszego stopnia; przy następnym musiała mocniej zacisnąć palce na poręczy. Starszy mężczyzna szedł tuż za nią, wystarczająco blisko, żeby usłyszała jego oddech wśród cichnącej w tyle muzyki. Przez krótką chwilę próbowała przypomnieć sobie, czy zabrano jej torebkę, czy sama gdzieś ją odłożyła.
Powinna była zapytać.
Świat znów przez chwilę składał się ze zlepionych odcieni, pozbawionych wyraźnych krawędzi.
W pokoju, gdy zamknęły się za niądrzwi, muzyka została już tylko głuchym, odległym tętnieniem pod podłogą. Była kanapa, nisko ustawiona lampa i ciężkie zasłony, pomiędzy którymi nie potrafiła odnaleźć okna. Ochroniarz powiedział coś mężczyźnie ponad jej głową. Usłyszała własne imię, później cichy śmiech.
Potem przez chwilę znów muzykę, nieco wyraźniej, a następnie szczęk zamka. Świat znów zawirował, kiedy spróbowała odwrócić głowę w stronę drzwi.
— No, chodź tutaj. — Mężczyzna wyciągnął do niej rękę, jakby jedynie się ociągała. — Przecież nie będziesz tak stała cały wieczór.
Chciała powiedzieć, że źle się czuła. Że potrzebowała chwili. Że świat znów zadrgał w jej oczach, a kontury przedmiotów rozchodziły się odrobinę przy każdym mrugnięciu, jakby nie potrafiła już zatrzymać na nich wzroku dostatecznie mocno, żeby pozostały na swoim miejscu. Ale jego palce zamknęły się na jej ramieniu, zanim zdążyła zdecydować, od którego z tych zdań należało zacząć.
Ciepłe, nieco wilgotne opuszki przywarły do skóry i orzez chwilę czuła każdą z nich osobno; pięć niewielkich miejsc, od których rozchodziło się palenie; płytkie na początku, niemal możliwe do zignorowania, dopóki nie spróbowała nabrać powietrza i nie poczuła, że wraz z nim weszło głębiej pod skórę. Miała ochotę zetrzeć z siebie jego dłoń, przetrzeć to miejsce rękawem, wodą, czymkolwiek, ale już wiedziała, że dotyk pozostanie również wtedy, kiedy palce się przesuną. Jak po czymś żrącym, co zdążono usunąć z powierzchni, choć nadal pracowało pod nią.
Nie potrafiła zatrzymać tego uczucia w granicach własnego ramienia. Rozchodziło się dalej; rozpływało się po ciele rozlane pod jej skórą.
Ta dłoń, ten dotyk oderwał od niej płat, który budował jej ufność; ta niewielka, nieporadna jeszcze część, którą tak długo próbowała przekonać, że mogła zostać we własnym ciele również wtedy, kiedy ktoś znajdował się blisko. Że dotyku można było chcieć. Że czasami wystarczyło wyciągnąć rękę i później nie żałować tego przez resztę wieczoru.
Pamiętała przecież nierówną skórę przy cudzych, tych konkretnych, knykciach, własny kciuk przesuwający się po niej bez konieczności pilnowania każdego ruchu. Zwyczajność tego gestu; tę krótką, niemal przeoczoną chwilę, w której dotknęła, zanim zdążyła się zastanowić, czy potrafiła.
Teraz próbowała przytrzymać ją rozpaczliwie w pamięci.
Palce mężczyzny zacisnęły się mocniej, a ona poczuła, jak wspomnienie ustępuje pod nimi, rozmywa się i przepada bezpowrotnie. Coraz trudniej było przypomnieć sobie, jak to właściwie było znajdować się tak blisko kogoś i nie musieć panicznie doszukiwać się intencji.
Przyciągnął ją bliżej, drugą rękę układając przy talii. Materiał sukienki przesunął się po skórze, a jej ciało napięło się pod nim gwałtownie, Chciała zostawić pomiędzy nimi choć odrobinę miejsca; ale nie walczyła.
— Taka ładna dziewczyna. — Pochylił twarz ku jej twarzy. — Uśmiechnij się trochę.
Jego ciężki od alkoholu i papierosów oddech osiadł na jej policzku. Poczuła go również przy ustach i odruchowo przestała oddychać; odwróciła głowę o tyle, o ile pozwoliło napięcie w karku, ale on podążył za tym ruchem, zupełnie nim niezrażony.
Usta musnęły skórę przy skroni. Coś w niej szarpnęło się gwałtownie, żołądek wywrócił się na drugą stronę, choć na zewnątrz nie wydarzyło się nic.
Jej własny głos odrywał się od niej jako następny.
Miała go jeszcze przed chwilą, układała przecież całe zdania; teraz próbowała znaleźć drogę dla jednego słowa i nie potrafiła przecisnąć go przez zaciśnięte boleśnie gardło. Nie było w niej całkowicie kompletne, znajome i oczywiste. Rozchyliła usta, ale wydostało się z nich tylko powietrze, za ciche, żeby ktokolwiek mógł wziąć je za sprzeciw.
Mężczyzna powiedział coś jeszcze. Nie zrozumiała. Jego palce przesunęły się po jej karku i z każdym kolejnym centymetrem trudniej było jej odnaleźć w sobie tę samą kobietę, która potrafiła pleść przez własne zdania miękkie zaczepki z przekonaniem, że właśnie to był jej język. Wszystko osuwało się w niej; zapadało. Równało ze zgliszczami, którymi było nie tak dawno temu.
Chciała, żeby przestał. Ta myśl była w niej rozpaczliwie żywa, ale jednocześnie bez znaczenia; zapadała się z całą resztą, która wcześniej, jak błędnie myślała, miała prawo istnieć.
Przy kolejnym dotyku, porównywalnym do rozlania wrzątku po jej skórze, zacisnęła oczy. Upór, poderwał się w niej ostatni raz desperackim impulsem; podsunął obraz klamki, odległości, którą mogłaby pokonać, gdyby tylko odzyskała nogi. Przez chwilę niemal widziała siebie po drugiej stronie. Z dłońmi przyciśniętymi do własnych ramion, oddechem, który należałby już wyłącznie do niej.
Upór puścił boleśnie, kiedy spotkał się w jej umyśle z przestraszoną twarzą siostry, która tygodniami nie mogła zasnąc.
Odklejał się powoli, razem z tym drobnym, zawziętym przekonaniem, że powinna jeszcze móc siebie ochronić. Każde przesunięcie obcych palców zabierało jej własną wolę, odruch cofnięcia, to naiwne przekonanie, że musiało przecież istnieć coś, co nadal zależało od niej. Czuła, jak traciła je po kawałku.
Mężczyzna coś mówił. Jego dłoń nadal się poruszała się po jej skórze, zostawiając za sobą piekący ślad, a ona próbowała utrzymać w sobie obraz salonu, w którym na kanapie była bluza przerzucona niedbale przez podłokietnik, o którą za każdym razem się denerwowała. Nie pamiętała teraz jej koloru. Ta drobna niemożność przestraszyła ją bardziej, niż powinna; sięgnęła po coś jeszcze, po głos z drugiego pokoju, ale cudzy oddech znów dotarł do jej twarzy i wszystko zaczęło rozchodzić się na boki.
Bała się, że za chwilę nie zdoła przypomnieć sobie również twarzy.
Że zostanie tutaj bez niczego, czym mogłaby zasłonić się od środka.
Że zapadnie się całkowicie.
i dissolve into my other selves
Wszystko zależało teraz od niej.
Od tego, czy się spisze.
Mężczyznę siedzącego po drugiej stronie sali zauważyła dopiero wtedy, kiedy ktoś odsunął się z linii jego spojrzenia. Był starszy. Siwe włosy miał starannie zaczesane, na palcu miał ciężki, badziewny sygnet, którym stukał o szkło.
Opuściła wzrok.
Kiedy podniosła go ponownie, nadal patrzył.
Nie wiedziała, dlaczego tak trudno było jej przełknąć ślinę. W gardle miała sucho, pomimo wody, którą kazano jej wypić, a podłoga przy każdym drobnym przesunięciu ciężaru zdawała się ustępować trochę za późno; później niż normalnie.
Może powinna była coś zjeść.
Po drugiej stronie sali mężczyzna z sygnetem rozmawiał teraz z tym, który rano przekazywał jej warunki współpracy. Obaj spojrzeli w jej stronę. Ten drugi uśmiechnął się lekko, pierwszy powiedział coś jeszcze, nachylając głowę. Wkrótce tego drugiego nie było, zniknął gdzieś dalej i zostawił ją z tym bezlitosnym spojrzeniem śledzącym każdy jej ruch.
Obraz rozmazał się na krótką chwilę. Chyba to była chwila? Chwila, po której najpierw poczuła rękę jednego z ochroniarzy na swoim łokciu; chwyt który zmusił ją do ruszenia z miejsca. Świat zawirował po pierwszym kroku, a nagle poczuła pod nogami schody.
Nie pamiętała pierwszego stopnia; przy następnym musiała mocniej zacisnąć palce na poręczy. Starszy mężczyzna szedł tuż za nią, wystarczająco blisko, żeby usłyszała jego oddech wśród cichnącej w tyle muzyki. Przez krótką chwilę próbowała przypomnieć sobie, czy zabrano jej torebkę, czy sama gdzieś ją odłożyła.
Powinna była zapytać.
Świat znów przez chwilę składał się ze zlepionych odcieni, pozbawionych wyraźnych krawędzi.
W pokoju, gdy zamknęły się za niądrzwi, muzyka została już tylko głuchym, odległym tętnieniem pod podłogą. Była kanapa, nisko ustawiona lampa i ciężkie zasłony, pomiędzy którymi nie potrafiła odnaleźć okna. Ochroniarz powiedział coś mężczyźnie ponad jej głową. Usłyszała własne imię, później cichy śmiech.
Potem przez chwilę znów muzykę, nieco wyraźniej, a następnie szczęk zamka. Świat znów zawirował, kiedy spróbowała odwrócić głowę w stronę drzwi.
— No, chodź tutaj. — Mężczyzna wyciągnął do niej rękę, jakby jedynie się ociągała. — Przecież nie będziesz tak stała cały wieczór.
Chciała powiedzieć, że źle się czuła. Że potrzebowała chwili. Że świat znów zadrgał w jej oczach, a kontury przedmiotów rozchodziły się odrobinę przy każdym mrugnięciu, jakby nie potrafiła już zatrzymać na nich wzroku dostatecznie mocno, żeby pozostały na swoim miejscu. Ale jego palce zamknęły się na jej ramieniu, zanim zdążyła zdecydować, od którego z tych zdań należało zacząć.
Ciepłe, nieco wilgotne opuszki przywarły do skóry i orzez chwilę czuła każdą z nich osobno; pięć niewielkich miejsc, od których rozchodziło się palenie; płytkie na początku, niemal możliwe do zignorowania, dopóki nie spróbowała nabrać powietrza i nie poczuła, że wraz z nim weszło głębiej pod skórę. Miała ochotę zetrzeć z siebie jego dłoń, przetrzeć to miejsce rękawem, wodą, czymkolwiek, ale już wiedziała, że dotyk pozostanie również wtedy, kiedy palce się przesuną. Jak po czymś żrącym, co zdążono usunąć z powierzchni, choć nadal pracowało pod nią.
Nie potrafiła zatrzymać tego uczucia w granicach własnego ramienia. Rozchodziło się dalej; rozpływało się po ciele rozlane pod jej skórą.
Ta dłoń, ten dotyk oderwał od niej płat, który budował jej ufność; ta niewielka, nieporadna jeszcze część, którą tak długo próbowała przekonać, że mogła zostać we własnym ciele również wtedy, kiedy ktoś znajdował się blisko. Że dotyku można było chcieć. Że czasami wystarczyło wyciągnąć rękę i później nie żałować tego przez resztę wieczoru.
Pamiętała przecież nierówną skórę przy cudzych, tych konkretnych, knykciach, własny kciuk przesuwający się po niej bez konieczności pilnowania każdego ruchu. Zwyczajność tego gestu; tę krótką, niemal przeoczoną chwilę, w której dotknęła, zanim zdążyła się zastanowić, czy potrafiła.
Teraz próbowała przytrzymać ją rozpaczliwie w pamięci.
Palce mężczyzny zacisnęły się mocniej, a ona poczuła, jak wspomnienie ustępuje pod nimi, rozmywa się i przepada bezpowrotnie. Coraz trudniej było przypomnieć sobie, jak to właściwie było znajdować się tak blisko kogoś i nie musieć panicznie doszukiwać się intencji.
Przyciągnął ją bliżej, drugą rękę układając przy talii. Materiał sukienki przesunął się po skórze, a jej ciało napięło się pod nim gwałtownie, Chciała zostawić pomiędzy nimi choć odrobinę miejsca; ale nie walczyła.
— Taka ładna dziewczyna. — Pochylił twarz ku jej twarzy. — Uśmiechnij się trochę.
Jego ciężki od alkoholu i papierosów oddech osiadł na jej policzku. Poczuła go również przy ustach i odruchowo przestała oddychać; odwróciła głowę o tyle, o ile pozwoliło napięcie w karku, ale on podążył za tym ruchem, zupełnie nim niezrażony.
Usta musnęły skórę przy skroni. Coś w niej szarpnęło się gwałtownie, żołądek wywrócił się na drugą stronę, choć na zewnątrz nie wydarzyło się nic.
Jej własny głos odrywał się od niej jako następny.
Miała go jeszcze przed chwilą, układała przecież całe zdania; teraz próbowała znaleźć drogę dla jednego słowa i nie potrafiła przecisnąć go przez zaciśnięte boleśnie gardło. Nie było w niej całkowicie kompletne, znajome i oczywiste. Rozchyliła usta, ale wydostało się z nich tylko powietrze, za ciche, żeby ktokolwiek mógł wziąć je za sprzeciw.
Mężczyzna powiedział coś jeszcze. Nie zrozumiała. Jego palce przesunęły się po jej karku i z każdym kolejnym centymetrem trudniej było jej odnaleźć w sobie tę samą kobietę, która potrafiła pleść przez własne zdania miękkie zaczepki z przekonaniem, że właśnie to był jej język. Wszystko osuwało się w niej; zapadało. Równało ze zgliszczami, którymi było nie tak dawno temu.
Chciała, żeby przestał. Ta myśl była w niej rozpaczliwie żywa, ale jednocześnie bez znaczenia; zapadała się z całą resztą, która wcześniej, jak błędnie myślała, miała prawo istnieć.
Przy kolejnym dotyku, porównywalnym do rozlania wrzątku po jej skórze, zacisnęła oczy. Upór, poderwał się w niej ostatni raz desperackim impulsem; podsunął obraz klamki, odległości, którą mogłaby pokonać, gdyby tylko odzyskała nogi. Przez chwilę niemal widziała siebie po drugiej stronie. Z dłońmi przyciśniętymi do własnych ramion, oddechem, który należałby już wyłącznie do niej.
Upór puścił boleśnie, kiedy spotkał się w jej umyśle z przestraszoną twarzą siostry, która tygodniami nie mogła zasnąc.
Odklejał się powoli, razem z tym drobnym, zawziętym przekonaniem, że powinna jeszcze móc siebie ochronić. Każde przesunięcie obcych palców zabierało jej własną wolę, odruch cofnięcia, to naiwne przekonanie, że musiało przecież istnieć coś, co nadal zależało od niej. Czuła, jak traciła je po kawałku.
Mężczyzna coś mówił. Jego dłoń nadal się poruszała się po jej skórze, zostawiając za sobą piekący ślad, a ona próbowała utrzymać w sobie obraz salonu, w którym na kanapie była bluza przerzucona niedbale przez podłokietnik, o którą za każdym razem się denerwowała. Nie pamiętała teraz jej koloru. Ta drobna niemożność przestraszyła ją bardziej, niż powinna; sięgnęła po coś jeszcze, po głos z drugiego pokoju, ale cudzy oddech znów dotarł do jej twarzy i wszystko zaczęło rozchodzić się na boki.
Bała się, że za chwilę nie zdoła przypomnieć sobie również twarzy.
Że zostanie tutaj bez niczego, czym mogłaby zasłonić się od środka.
Że zapadnie się całkowicie.
i dissolve into my other selves