Strona 1 z 1

now we are strangers

: pt paź 23, 2026 11:58 pm
autor: Autumn Ashford
Życie w Kanadzie czasami wydawało się być spełnieniem jej marzeń, choć nigdy nie ukrywała, że tęskniła za Szkocją. Nie zrezygnowałaby ze swojego obecnego życia, ale wiedziała, że to właśnie rodzinny kraj jest jej ulubionym miejscem na ziemi. Gdyby sytuacja była inna i gdyby jej rodzina była nieco bardziej normalna, nie zdecydowałaby się na wyjazd. Dokończyłaby weterynarię i zostałaby ze swoją miłością życia… chłopakiem spotkanym przypadkowo, choć zdecydowanie jego obecność w jej codzienności nie miała być żadnym przypadkiem. Po latach wychodziła z założenia, że nie powinna go tak nazywać, głównie dla swojego własnego komfortu oraz zdrowia psychicznego, bo czasami świadomość, że straciła tę przeznaczoną dla siebie osobę, strasznie ją przytłaczała. Nie były to myśli, które dręczyły ją na co dzień, jednak zdarzało się, że czasami czuła się po prostu gorzej.

Dzisiaj był właśnie taki dzień, czuła to praktycznie od momentu, w którym się obudziła. Poszła na poranną zmianę do kliniki, na dwa zaplanowane zabiegi i później wizyty czworonożnych pupili, którzy potrzebowali mniej lub bardziej nagłej pomocy. Jej praca była dla niej jak balsam dla duszy, bo uwielbiała zwierzęta i wychodziła z założenia, że futrzaści przyjaciele najlepiej potrafią poprawić humor. Może właśnie dlatego wróciła do domu i postanowiła zaszyć się w czterech kątach mieszkania z własnym kotem, chowając się pod koc i urządzając maraton z mini serialem, który wczoraj znalazła podczas scrollowania. Cieszyła się, że po ciężkich tygodniach, Toronto wraca do swojej świetności (dosłownie), bo niektóre sceny były wręcz dantejskie — Autumn z obawą obserwowała wiadomości i dostosowała się do zaleceń, nie wychodząc z domu w nocy oraz wieczorem, a nawet oszczędzając swoje wyjścia również za dnia. Ograniczała je do minimum, a teraz zdawało się, że wszystko ma wrócić do rzeczywistości… dlatego też rozpieściła się zamówionym jedzeniem, odbierając je w drzwiach od kuriera, kiedy wydarzyło się coś niemożliwego. Snowy ruszyła dzidą przed siebie, wybiegając na klatkę i zbiegając schodami w dół. Autumn pozostało odebrać jedzenie, rzucić je szybko na komodę przy wejściu i ruszyć za kotem, który wykorzystał okazję i czmychnął między nogami sąsiadki, która właśnie wchodziła do klatki. Wymieniła z kobietą zdezorientowane spojrzenie i realnie zaczęła błagać wszechświat, aby jej kot nie wpadł pod jakieś auto.

Los chciał, że mieszkała tuż obok parku. Kot przebiegał między alejkami, finalnie wdrapując się na drzewo, pod którym Ashford stanęła i zadzierając głowę do góry, patrzyła na kotkę siedzącą na gałęzi. — Snowy, złaź na dół, kici kici — zawołała ją, nawet kucając i lekko stukając paznokciami o chodnik, jakby miało to ją jakoś bardziej zachęci; jednak bez szans. Podniosła się na równe nogi, przeczesując dłonią blond włosy i nie spuszczając spojrzenia ze zwierzaka. — Spadniesz stamtąd i będziesz chodzić w kołnierzu albo jeszcze gorzej! — krzyknęła do białej śliczności i miała nadzieję, że ją zrozumie i zlituje się, potulnie schodząc na dół. — Sprzedam cię, przysięgam! — rzuciła w jej kierunku, wystawiając ku górze palec wskazujący. — Chociaż nie wiem, kto by chciał cię kupić, musiałabym jeszcze do ciebie dopłacić. Może lepiej jest cię przerobić na pasztet. — Była wręcz przekonana, że usłyszała jej fuknięcie z góry. Przykładna pani weterynarz właśnie groziła swojemu kotkowi; komedia w biały dzień. Dobrze, że przynajmniej postanowiła spierdzielić za dnia, bo nie wyobrażała sobie stać tutaj wieczorem lub w nocy, zwłaszcza jeśli kilka tygodni temu, w którymś z parków, znaleziono zwłoki kobiety… nie mogła o tym myśleć, już miała wystarczający problem na głowie.

Zaraz przechodził obok niej mężczyzna, którego postanowiła zaczepić, bo nawet nie wzięła ze sobą telefonu, aby zadzwonić na cholerną straż pożarną, która pomogłaby ściągnąć kota z drzewa. Było jej wstyd zawracać im głowę taką pierdołą, kiedy miasto potrzebowało ich pomocy w innych obszarach… no ale co mogła innego uczynić? — Przepraszam, czy ma pan może przy sobie telefon? Mój głupia kotka wybiegła z mieszkania i nie mam jak zadzwonić po pomoc — zagadnęła, licząc, że mężczyzna nie zignoruje jej, przechodząc dalej. Nawiązała z nim kontakt wzrokowy i po samym jego spojrzeniu czuła, że był dobrym człowiekiem, a jednocześnie… coś ją ścisnęło.

Zupełnie jakby nie pierwszy raz patrzyła w te oczy.

stranger?

now we are strangers

: ndz paź 25, 2026 12:48 am
autor: Maggio Winters
Bywały poranki, podczas których człowiek przeczuwał, że wydarzy się coś ważnego, co miało mieć wpływ na dalsze życie. Może spotkanie, może nietypowa sytuacja, może krótka rozmowa. Jakiś dźwięk lub zapach, które miały odcisnąć się w pamięci, przypominając o sobie za kilka lat, kiedy niczego nieświadomy posiadacz wspomnień zajmował się swoją nową codziennością.
Maggio miał wrażenie, że takim porankiem był ten dzisiejszy. Ledwo otworzył oczy, a ogarnęło go uczucie, którego nie potrafił wyjaśnić, a które nie miało niczego wspólnego z Elvirą, która ten nocy spała u jego boku, obawiając się pogrążonego w mroku i chaosie miasta. Wintersowi zależało na jej bezpieczeństwie i nie pozwoliłby jej teraz siedzieć samej wiedząc, jak wiele złego czaiło się na ulicach, nad którymi nie potrafiła zapanować policja.
Czuł się niemal jak zdrajca, kiedy delikatnie gładząc dziewczynę po policzku myślami uciekał zupełnie gdzie indziej. Daleko mu było do jej pełnych ust, do delikatnie poruszających się powiek, które były oznaką snu zaprzątającego jej umysł. Nie, on podążył za przeczuciem, które powiodło go ku wspomnieniom lat, o których pamiętanie nadal bolało. Wystarczył fragment, by serce zapiekło go próbując nie wyrwać się z piersi i tego dziwnego żalu, który nie opuszczał go ani na trochę. Maskował go, próbował ukryć, ale wiedział, że tam był i miał być zawsze. jeśli bowiem kochało się coś tak mocno, tak brutalnie, tracąc to później, człowiek nigdy nie mógł wrócić do normalności.
Bo serce pamiętało.
Westchnął, podnosząc się z łóżka. Przygotował śniadanie pozwalając by jego ukochana pospała jeszcze trochę przed pracą, do której miała się udać. Kolejna egoistyczna myśl nawiedziała jego umysł - naprawdę nie miał niczego przeciwko, że zostanie na chwilę sam. Za bardzo czuł się pogubiony, żeby dać jej to, czego być może potrzebowała. nie teraz, kiedy najpierw musiał wyjaśnić przyczynę emocji, która się czaiła.
Pocałował ją delikatnie, a kiedy ostatecznie pożegnali się obietnicą, że wieczorem znów się zobaczą, Maggio zerknął na Szyszkę, która patrzyła na niego niemal z dezaprobatą. Był niemal pewien, że ten pies czytał w jego myślach i wiedział, co takiego działo się w głowie biochemika.
-Ach, Szyszy, niczego nie wiesz. Twoje piękne psie serce nie zrozumie - westchnął, opadając na kanapę, oddając się bezproduktywnej przyjemności wpatrywania się w ścianę. mógł sięgnąć po książkę, mógł chociażby rozwiązywać krzyżówki - zamiast tego po prostu siedział zatapiając się w myślach. Z tego stanu wyrwało go ciche skomlenie psa, który domagał się spaceru. No tak, to była jego pora!
Chwycił za smycz, przepraszając suczkę chyba z piętnaście razy zanim ostatecznie znaleźli się na zewnątrz. I tu nic nie zapowiadało jakichkolwiek problemów, chociaż uczucie z poranka zostało, teraz intensywniej dając o sobie znać. Ewidentnie potrzebował skupić się na czymś innym. Może nowe hobby? To podobno pomagało, chociaż nie grzeszył zbyt dużą ilością wolnego czasu.
W parku, w którym się znaleźli, rozpętało się niemal piekło, które miało namieszać w życiu blondyna jeszcze bardziej. Szyszka szarpnęła smyczą wyrywając się i biegnąc w tylko sobie znanym kierunku. Maggio w obawie, że ponownie zgubi psa, szybkim krokiem ruszył za nią. W ten sposób minął dziewczynę stojącą pod jednym z drzew, nie poświęcając jej żadnej uwagi. Do czasu, w którym wydarzyły się równocześnie dwie rzeczy - poczuł zapach, który uderzył w niego intensywnością wspomnień oraz nie usłyszał błagania w jej głosie, kiedy się do niego zwracała.
Przystanął nagle, starając się wrócić do siebie. Co to miało być? Czemu nagle zbombardowała go wizja pięknej twarzy, pięknych oczu i uśmiechu, za który oddałby wszystko?
Obrócił się w stronę kobiety, mierząc ją spojrzeniem, ostatecznie zatrzymując się na jej oczach, które były znajome, a jednak dziwnie obce. Czy aż tak zaczęła mu się mieszać przeszłość z teraźniejszością?
Zdając sobie sprawę, że przygląda jej się zbyt długo i zbyt intensywnie, odwrócił spojrzenie, zaraz sięgając do kieszeni.
-Oczywiście, chociaż nie jestem pewien, czy jakakolwiek pomoc się zjawi. miasto niby wraca do normalności, ale służby nadal mają sporo roboty. Może ja mogę jakoś pomóc? kotka gdzieś utknęła? - zainteresował się odczuwając irracjonalną potrzebę wymuszenia na kobiecie odpowiedzi, jakby podświadomość pragnęła słuchać jej głosu.
Popadał w paranoję.

A familiar stranger