Strona 1 z 1

Live, laugh, lord give me strength

: ndz paź 25, 2026 7:20 pm
autor: Casper Bellerose
1
Odpięty z jednej strony pasek jeansowych ogrodniczek dzwonił o guzik tylnej kieszeni przy każdym pospiesznym kroku Casa między zaparkowanym przy krawężniku pick-upem a drzwiami wejściowymi domu Tremblay'ów. Znajdująca się pod spodem biała koszulka widziała lepsze dni, z paroma śladami po wycieraniu palców z ziemi o brzeg materiału oraz zielonymi paskami od noszenia roślin zbyt blisko ciała, co robił cały czas z naręczem pojedynczych, ściętych kwiatów dociskanych do piersi. Bynajmniej nie była to pora roku na bieganie na krótkim rękawku, a zwłaszcza w Kanadzie, jednak Bellerose nie pomyślał o tym przed wyjściem z kwiaciarni i z gęsią skórką na ramionach dobił na ganek swojego partnera biznesowego. Łokciem nacisnął na dzwonek i poprawił parę astrów uciekających mu bokiem z różnokolorowej górki roślin. Wbrew pozorom nie przyniósł ze sobą całej kwiaciarni, zaledwie kilka opcji w ramach demonstracji.
Ostatnio odwiedzał to miejsce w nieco odmiennej sytuacji, o której nie zamierzał za szybko zapominać. Kto by pomyślał, że kilka kieliszków wina i wspólnie zażegnany kryzys są w stanie wykonać lepszą robotę niż jego wielomiesięczny podryw wysokich lotów, ale nie planował na to narzekać. Zrobili krok w ciekawą stronę i bynajmniej nie zamierzał tego niwelować robiąc następny wstecz, zamiast tego korzystał z szansy na ponowne zobaczenie się z mężczyzną twarzą w twarz. Ustalanie wszystkiego telefonicznie było wygodne, ale nie dawało mu tej samej satysfakcji, stąd pofatygował się tam osobiście. Bez ostrzeżenia. Podobnie bez ostrzeżenia otworzył jadaczkę jak tylko zobaczył w drzwiach Bruno.
- No więc róże wydają mi się zbyt poważne, myślałem o cyniach, ale nie mogę obiecać, że będzie z nimi łatwo jak zacznie się robić zimno. Mam tu raczej typowo jesienne opcje w kilku wersjach kolorystycznych, tak najbardziej pasujących do okazji, bo... Trafiłem z różem i fioletem czy kompletnie nie ta mańka? - dopytał, dopiero teraz biorąc oddech i kwestionując na ile małe dziewczynki faktycznie wciąż lubiły czuć się jak księżniczki Disneya na swoich imprezach urodzinowych. Nawet jego własne siostry nie dały mu w tym temacie jasnych wzorców, więc zbierając się do wyjścia zwyczajnie improwizował.
- Tak czy siak, trochę dzisiaj piździ to sprawdzimy przy okazji, które wytrzymają. Nowa koszula? Podkreśla ci oczy - wmieszał komplement między kwiatowy monolog, lekko mrużąc powieki zerkając oceniająco na wspomniany element garderoby, a później z uśmiechem na twarz mężczyzny. Odrobinę zbyt zadowolony z siebie by miał być całkowicie niewinny. Oczywiście, pierwszym i głównym tematem był biznes, urodziny córki i inne takie, jednocześnie nie zamierzał odpuszczać sobie szansy na drobny flirt z mężczyzną, który w końcu dał mu zielone światło. I to bardzo ciężkie do przegapienia, intensywnie oślepiające zielone światło.

Bruno Tremblay

Live, laugh, lord give me strength

: ndz paź 25, 2026 9:50 pm
autor: Bruno Tremblay
#1

Kolorowe kredki leżały rozsypane na dywanie, a Bruno co parę chwil rzucał okiem na córkę, znad zlewu pełnego piany. Zdążył wytrzeć ręce, gdy rozległ się dźwięk dzwonka. Nie czekał dzisiaj na nikogo, nie umawiał się na żadne spotkanie.
Wymijając Mię, która radośnie machała nogami leżąc na brzuchu i malowała coś na wielkim rozłożonym kartonie podszedł do drzwi.
Żołądek mu się lekko ścisnął, gdy zobaczył, kto stoi na progu.
Nie to, aby uważał tamten wieczór za błąd, ale … To zdecydowanie nie powinno się zdarzyć. Na szczęście cały słowotok, który w następnej sekundzie wypadł z ust Caspera trochę wyrwał go z tej gonitwy myśli.
Zamrugał szybko przeskakując wzrokiem z kwiatów na jego twarz i znów na trzymane w rękach rośliny. Mimowolnie cofnął się o krok, robiąc miejsce, aby ten mógł wejśc do domu. Znał go, wiedział, że gdy coś postanowi nie sposób go zatrzymać, a przetrzymywanie gości w progu było niezbyt kulturalne.
- Trafiłbyś z każdym kolorem, prócz czarnego. - zrobił pauzę ściszając nieco głos.
- Kraina jednorożców, takie padło życzenie. - organizowanie imprez dla najmłodszych wcale nie należało do najłatwiejszych, biorąc pod uwagę moc dziecięcej wyobraźni, a poprzeczka dodatkowo szła w górę, gdy solenizantką była Twoja własna czterolatka, której pomysły nie podlegały negocjacji.
Dość celowo zignorował uwagę o koszuli i podkreśleniu oczu. Wciąż czuł się dość nieswojo, a może nawet lekko zakłopotany.
- Na sali powinno być dość ciepło, nie chce, aby jakieś dziecko przypłaciło zabawę przeziębieniem, czy czymś podobnym. - mówił wchodząc w głąb domu i wskazując ręką na stół w salonie, gdzie to jego gość mógł odłożyć przyniesione rośliny.
- Zależy mi na tym, aby wszystkie były na tyle bezpieczne, że jeśli któryś z małych gości postanowi spróbować jak smakują nie skończymy imprezy przyjazdem karetki. Zaznaczył tylko szybko.
- Ale główny decydent leży tam. Kiwnął głową w stronę dziewczynki, która zaaferowana swoim dziełem nawet nie zwróciła uwagi na to, że ktoś przyszedł.
- Ale ostrzegam nie jest najłatwiejszym klientem. Ostrzegł jeszcze ze śmiechem, po czym trochę zbyt długo zatrzymał wzrok na sylwetce mężczyzny, aż w końcu dostrzegł gęsią skórkę na jego ramionach.
- Napijesz się czegoś ciepłego? Albo czegokolwiek? Obawiam się, że może nie pójść zbyt szybko. - zagadnął jeszcze robiąc krok w stronę kuchni.

Casper Bellerose

Live, laugh, lord give me strength

: pn paź 26, 2026 1:36 am
autor: Casper Bellerose
Zniżony głos mężczyzny stanowił pierwszą wskazówkę co do miejsca pobytu jego córki. Do tego momentu Casper nawet nie brał tego pod uwagę, zbyt zajęty swoją misją i samym Bruno nie przewidział spotkania twarzą w twarz z przyszłą solenizantką. Ciekawsko zajrzał ponad ramieniem gospodarza w głąb domu, wychylając się w bok jakby mógł z tego miejsca upewnić się na własne oczy, że nie byli sami.
- Jest w domu? - spytał konspiracyjnym szeptem. W tym momencie potrzebował czytelnych sygnałów by określić na ile przygotowania do imprezy miały pozostać niespodzianką dla młodej oraz na ile Tremblay chciał dopuścić go do bezpośredniego kontaktu ze swoją córką. Kolejną problematyczną kwestią był fakt, że w tej chwili florysta miał pewną nadzieję na wyproszenie za próg albo możliwość wykonania odwrotu taktycznego. Nie był do końca pewny czy on chciał mieć bezpośredni kontakt z córką Bruno. Otrzymawszy zaproszenie do środka i dalsze pokierowanie w głąb przybytku, wycofał się w stronę drzwi by domknąć je plecami i po skopaniu uwalonych ziemią trampek podążył za mężczyzną do salonu.
- Na sali może tak, ale starczy chwila na chłodzie żeby wszedł szok termiczny - przyznał na wpół skupiony na rozmowie, a bardziej na utrzymaniu kwiatów wymykających się z pokaźnego naręcza. Na miejscu bezceremonialnie upuścił je na stolik przy kanapie, po czym spojrzał krzywo na bujającą się w pobliżu biodra, czerwoną różę zaczepioną o materiał ogrodniczek kilkoma kolcami. Mamrocząc pod nosem coś o tym, że specjalnie nie brał ze sobą róży, zabrał się za odhaczanie kwiatu.
- Okej, czyli jadalne, a przynajmniej nie-od-razu-trujące - podłapał decyzję, od razu wykluczając w głowie kilka opcji. To spotkanie już wydawało mu się bardziej owocne niż większość ogólnikowych ustaleń na odległość. Po oderwaniu róży od ciuchów wygładził jej płatki i znalazł wzrokiem Bruno, uśmiechając się w sposób jaki ten znał zapewne aż za dobrze - robił tę minę zawsze jak wpadał na kolejny genialny plan na uwiedzenie go.
- To dla ciebie - poinformował go, wyciągając różę w jego kierunku, zupełnie jakby wszystko to było misternie zaplanowane i wcale nie przyniósł jej tam przypadkowo.
Pytanie o zamówienie z kuchni spotkało się z szybkim otwarciem ust tylko po to by zatrzymać się zanim zdążyłby palnąć coś głupiego. Zerknął w stronę kolorującej na podłodze dziewczynki i trzeźwo zdecydował ugryźć się w język. Zamknął usta, przesunął językiem w ich kąciku i skinął głową.
- Herbata. Ziołowa jak masz - doprecyzował, a kiedy Bruno ruszył w stronę kuchni pomaszerował za nim. Nie zamierzał dać zostawić się sam na sam z dzieckiem. - Jak idą przygotowania? - zagadnął, na miejscu opierając się biodrem o pierwszy z brzegu blat.

Bruno Tremblay

Live, laugh, lord give me strength

: wt paź 27, 2026 2:35 am
autor: Bruno Tremblay
Uniósł tylko nieznacznie brwi do góry.
- A gdzie niby miałaby być o tej godzinie? - odparł pytaniem na pytanie. I nie, wcale nie chciał być w tej chwili nieuprzejmy, czy coś w tym rodzaju, zwyczajnie automatyczna reakcja.
- Okej.- skomentował krótko informacje o szoku termicznym. No nie znał się na tym, a skoro Cas tak stwierdził, to zapewne tak właśnie było i nie widział sensu w jakimś głębszym rozwijaniu tematu w tym momencie.
Mimowolnie zatrzymał wzrok na rzuconych na stolik kwiatach.
- Tak, no właśnie coś w tym stylu. - przeniósł wzrok na pasażera na gape, zaplontanego w jego spodnie.
- I w sumie może też bez kolców… Wiesz, tak na wszelki wypadek. - jeden z kącików ust powędrował mu lekko do góry.
Posłał mu spojrzenie, zdecydowanie zbyt wyraźnie pytające ”serio?”, gdy wyciągnął w jego stronę tę jedną, wyraźnie niepożądaną tutaj, róże i pokręcił głową rozbawiony. W sumie to nawet w jakiś sposób podziwiał to, w jak prosty i niewymuszony sposób ten radzi sobie z takimi nieoczekiwanymi sytuacjami, nawet jeśli były tak błahe, jak zaczepiony o spodnie kwiatek.
Gdy usłyszał na co miał ochotę tylko skinął i wycofał się w stronę kuchni, pierwszym co tam zrobił było chwycenie jakiejś szklanki, napełnienie jej wodą i wstawienie tam otrzymanego prezentu.
Nie miał absolutnie nic przeciwko temu, aby jego gość został sam na sam z małą, a nawet nawiązał z nią jakiś kontakt, czy krótką rozmowę. Niby dlaczego miałby mieć? Znali się już dość długo, współpracowali, nie podejrzewał go, o żadne niecne plany. Mało tego, sam chwile wcześniej zasugerował mu, że może z nią porozmawiać o kwiatkach.
- Całkiem dobrze, w sumie zostało kilka ostatnich szczegółów i małych spraw do dopięcia i wszystko powinno być gotowe, tak myśle. - zerknął na niego. Jasne, zawsze było ryzyko, że coś się sypnie w ostatnim momencie, pójdzie nie tak, ale nie nakręcał się i nie martwił tym zbytnio w tym momencie. Gdyby co miał przecież wprawę z zażegnywania kryzysów.
Kilka chwil później przesunął w jego stronę nakrapiany kubek.
- Proszę.

Casper Bellerose

Live, laugh, lord give me strength

: śr lis 04, 2026 8:59 pm
autor: Casper Bellerose
Sam nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego tak angażował się w temat imprezy urodzinowej dziecka, które spotykał na żywo praktycznie pierwszy raz w życiu i to przypadkowo. Oczywiście starał się jak mógł dla wszystkich klientów, chyba że ktoś od wejścia zaszedł mu za skórę i prosił się o pójście na łatwiznę, jednak zwykle nie zbierał połowy swojego asortymentu na wizytę domową. Mógłby zrzucić to na fakt, że Bruno był jego zaufanym kontrahentem i wzięcie na poważnie czegoś istotnego dla niego zacieśniało relacje biznesowe, niemniej doskonale wiedział że okłamywałby sam siebie. Starał się dla niego, personalnie i prywatnie, przy czym wbrew pozorom nie chodziło nawet o próbę zyskania w tym układzie czegoś dla siebie. Starał się o jego uwagę i bezwstydnie okazywał swoją właściwie od początku ich znajomości, a przykładając się nieco bardziej do jego zamówień w pewnym sensie podkreślał swoją sympatię, jednak nie wszystko co robił było zawoalowaną próbą dobrania mu się do spodni. Tylko większość.
- Jakieś niespodzianki czy młoda wszystko wie i koordynuje? - dopytał, czując się nieco swobodniej te kilka metrów od miejsca, w którym zainteresowana kolorowała obrazek. - Nie chcę czegoś wypaplać, wiesz - dodał w ramach wyjaśnienia, licząc na konkretne wytyczne, jako że nie znał się na dzieciach. Wchodząc do środka nie spodziewał się spotkać solenizantki, jednak tak czy siak został zaproszony z kwiatami, więc chyba nie musiał udawać, że dostarcza je bez powodu. Zwłaszcza, że miał dogadać kolory z nią samą.
- Dzięki - mruknął, palce jednej dłoni zwijając wkoło ucha, a drugiej przytrzymując sobie kubek kiedy postanowił go podnieść, przez co poparzył sobie opuszki palców na gorącym naczyniu i cicho syknął. Spojrzał na zaczerwienione palce jakby te właśnie personalnie go uraziły, po czym lekki uśmiech pociągnął kącik jego ust w górę. - Podmuchasz? - rzucił, wyciągając otwartą dłoń w stronę mężczyzny z rozbawionymi ognikami w oczach. Nie był w stanie się powstrzymać, takie drobne zaczepki były jego chlebem powszednim.
- I ile nam tego właściwie trzeba? Myślę, że można ozdobić trochę stoły i krzesło solenizantki, nie będę szalał z bukietami ślubnymi, myślę, że pojedyncze albo w trójkach będą wyglądały najdelikatniej i to na krótkich łodyżkach albo całkowicie bez, ewentualnie jakieś do wazonów jak chcesz - wyliczył, wracając do tematu, przez który się tam pojawił. Po chwili wydął wargi, zerknął w stronę salonu i ponownie na Bruno, po czym zniżył ton. - Mam zrobić jednorożca z kwiatów?

Bruno Tremblay