welcome home
: pn paź 26, 2026 2:42 pm
Tęsknota była okropnym uczuciem, bez względu na to skąd pochodziła i jakie było jej źródło. Nie leczył jej czas, bo nie miało większego znaczenia czy tęskniło się za kimś, kogo się kochało, czy za kimś, kogo nienawidziło. Uczucia potrafiły być równie uparte w obu przypadkach, a świadomość, że nie powinno się za kimś tęsknić wcale nie sprawiała, że robiło się to łatwiejsze.
Margo znajdowała się gdzieś pomiędzy. Gdzieś blisko tego ciepła rozlewającego się w sercu i żaru palącego krew w żyłach. Mimo upływu czasu wciąż t o czuła - jednego dnia bardziej zbliżała się do krawędzi, gdzie jej głupie i zdradzieckie serce chciało wyrwać się do przodu w poszukiwaniu odpowiedzi, innego zaś wyrzucała wszystkie pamiątki i we własnych wyobrażeniach polewała je benzyną, rozpalając wielkie ognisko za domem, który mieli kupić wspólnie, a który teraz należał tylko do n i e j.
Minęły miesiące. Dokładnie potrafiła powiedzieć ile, choć przed wszystkimi udawała, że już dawno przestała liczyć. Znała na pamięć datę, w której Rhys zniknął z jej życia, pamiętała ostatnie słowa rzucone w gniewie w jego stronę i spojrzenie, którego wtedy nie rozumiała, a które z perspektywy czasu stało się dla niej jasnym przekazem. Po wydarzeniach związanych z blackoutem wszystko potoczyło się szybko - sprawy Ventresci zaczęły się rozpadać, kolejne nazwiska znikały z listy osób, których należało się obawiać, a Sergio Carbone, człowiek przez lata pociągający za sznurki, sam w końcu stracił kontrolę. Jego śmierć opisano jako nieszczęśliwy wypadek, choć każdy kto znał mafię choć trochę nie był na tyle głupi, żeby wierzyć w takie zbiegi okoliczności. Według oficjalnej wersji doszło do ataku serca, po którym mężczyzna utonął w wannie i w tym miejscu postawiono kropkę, nie doszukując się drugiego dna.
Pierwsze tygodnie bez niego były pieprzonym piekłem. Szukała go w s z ę d z i e, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej bojąc się, że w końcu znajdzie odpowiedź, na którą nie była gotowa. Każdy telefon sprawiał, że na moment wstrzymywała oddech, a nieznany numer budził w niej nadzieję, której nienawidziła równie mocno, co potrzebowała. Próbowała docierać do ludzi, którzy mogli cokolwiek wiedzieć, sprawdzała kontakty, wracała do miejsc, w których mogła znaleźć choćby najmniejszy ślad. Wszystkie drogi prowadziły jednak donikąd.
W końcu zwróciła się do Morettiego. Do tego skurwiela, którego miejsce było za kratami i doskonale o tym wiedziała, a który teraz był jedną z niewielu osób mogących mieć informację o tym, co stało się z Maddenem. B ł a g a ł a go, żeby cokolwiek jej powiedział, wskazał adres, dał jej choćby jeden punkt zaczepienia, dający jej odetchnąć, zamknąć oczy w nocy i odpocząć zmęczonemu umysłowi. Była gotowa ponownie sprzedać duszę diabłu, byle tylko go odnaleźć i tylko dzięki jego pomocy zrozumiała, że nie chodziło o to, iż Rhys nie może wrócić. On po prostu nie chciał tego zrobić.
Zrozumiała, co oznaczała jego ucieczka - bezpieczeństwo, które próbował jej zapewnić było kolejną decyzją podjętą za jej plecami. Uznał, że tak będzie lepiej, jakby nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że n i g d y nie prosiła go o takie poświęcenie.
W końcu odpuściła, gdy strach ustępował miejsca złości, a miłość zaczęła mieszać się z nienawiścią. Ta pierwsza wciąż trzymała ją w miejscu - za tym samym biurkiem, nakazując robić to, co kochała, bo przecież to on podarował jej możliwość. Druga pchała ją naprzód, zmuszając do zmian.
Kupiła dom - dokładnie ten, w którym mieli wspólnie urządzać pokoje, kłócić się o kolor ścian i zastanawiać, czy na podwórku będzie wystarczająco dużo miejsca dla psa. Poznawała ludzi, wychodziła na kolacje i próbowała oszukiwać siebie, że to było dla niej wystarczające. W końcu trafiła na mężczyznę, który był zupełnie z innej bajki. Był miły, zabawny i całkiem przyjemnie spędzało się z nim czas, najważniejsze jednak, że nie musiała się zastanawiać, czy następnego dnia wciąż będzie żył.
Robiła to wszystko dla siebie i przede wszystkim jemu na złość, udowadniając, że mogła bez niego osiągnąć w s z y s t k o. Nie mógł tego zobaczyć, nie znał prawdy o tym, ile razy zmuszała się do zrobienia kroku, ale jej złamana duma i serce w jakiś sposób zaznawały dzięki temu spokoju. Nie potrzebowała go, nie potrzebowała jego zgody ani obecności, żeby przeżyć kolejny dzień.Przynajmniej tak sobie powtarzała.
Tego wieczoru spędzała czas w barze ze znajomymi - rozmawiali, śmiali się, a ona chociaż przez kilka godzin nie musiała wracać myślami do rzeczy, które od miesięcy próbowała zostawić za sobą, co niestety nie zawsze jej wychodziło.
Kiedy w końcu wyszła na zewnątrz zapalić, chłodne powietrze od razu uderzyło ją w twarz, a wiatr nieprzyjemnie zakradał się pod materiał płaszcza. Zaciągnęła się papierosem, opierając się o ścianę budynku i na moment przymknęła oczy. Właśnie wtedy poczuła ten znajomy i m p u l s. Trudny do wytłumaczenia, a jednak tak dobrze jej znany, że nie musiała nawet zastanawiać się, co oznacza. Pojawiał się niemal z a w s z e, gdy Madden znajdował się w pobliżu.
Otworzyła oczy i spojrzała w stronę parkingu - stał tam oparty o samochód, jakby nie zniknął na kilka miesięcy, jakby nie zostawił jej z listą nieodebranych połączeń i pytaniami, na które nigdy nie zamierzał dać jej odpowiedzi.
Zdradzieckie serce szarpnęło w piersi, a ciało mimowolnie skierowało się w jego stronę. Ten sam impuls, który kazał jej unieść spojrzenie i go odnaleźć, pchał ją teraz naprzód, choć każda rozsądna część jej umysłu podpowiadała, żeby zawróciła, wróciła do środka i zostawiła go dokładnie tam, gdzie się pojawił. - Skurwiel - mruknęła pod nosem, czując jak narasta w niej wściekłość.
Podchodząc do auta od strony pasażera, szarpnęła za klamkę, po czym trzasnęła drzwiami z taką siłą, że echo rozniosło się po okolicy. To nie przyniosło jej ulgi, nie odczuła jej w żadnej komórce swojego spiętego ciała, więc niesiona kolejnym i m p u l s e m, sięgnęła do kieszeni po klucze od domu, który miał należeć do n i c h, i bez większego wahania przeciągnęła nimi po całym boku samochodu.
Metaliczny zgrzyt był nieco bardziej satysfakcjonujący.
Cofając rękę, obejrzała efekt swojej pracy, a potem wreszcie przeniosła spojrzenie na Rhysa. - Witaj w domu - rzuciła chłodno, dochodząc do szybkiego wniosku, że czas zdecydowanie nie leczył ran.
Rhys Madden
Margo znajdowała się gdzieś pomiędzy. Gdzieś blisko tego ciepła rozlewającego się w sercu i żaru palącego krew w żyłach. Mimo upływu czasu wciąż t o czuła - jednego dnia bardziej zbliżała się do krawędzi, gdzie jej głupie i zdradzieckie serce chciało wyrwać się do przodu w poszukiwaniu odpowiedzi, innego zaś wyrzucała wszystkie pamiątki i we własnych wyobrażeniach polewała je benzyną, rozpalając wielkie ognisko za domem, który mieli kupić wspólnie, a który teraz należał tylko do n i e j.
Minęły miesiące. Dokładnie potrafiła powiedzieć ile, choć przed wszystkimi udawała, że już dawno przestała liczyć. Znała na pamięć datę, w której Rhys zniknął z jej życia, pamiętała ostatnie słowa rzucone w gniewie w jego stronę i spojrzenie, którego wtedy nie rozumiała, a które z perspektywy czasu stało się dla niej jasnym przekazem. Po wydarzeniach związanych z blackoutem wszystko potoczyło się szybko - sprawy Ventresci zaczęły się rozpadać, kolejne nazwiska znikały z listy osób, których należało się obawiać, a Sergio Carbone, człowiek przez lata pociągający za sznurki, sam w końcu stracił kontrolę. Jego śmierć opisano jako nieszczęśliwy wypadek, choć każdy kto znał mafię choć trochę nie był na tyle głupi, żeby wierzyć w takie zbiegi okoliczności. Według oficjalnej wersji doszło do ataku serca, po którym mężczyzna utonął w wannie i w tym miejscu postawiono kropkę, nie doszukując się drugiego dna.
Pierwsze tygodnie bez niego były pieprzonym piekłem. Szukała go w s z ę d z i e, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej bojąc się, że w końcu znajdzie odpowiedź, na którą nie była gotowa. Każdy telefon sprawiał, że na moment wstrzymywała oddech, a nieznany numer budził w niej nadzieję, której nienawidziła równie mocno, co potrzebowała. Próbowała docierać do ludzi, którzy mogli cokolwiek wiedzieć, sprawdzała kontakty, wracała do miejsc, w których mogła znaleźć choćby najmniejszy ślad. Wszystkie drogi prowadziły jednak donikąd.
W końcu zwróciła się do Morettiego. Do tego skurwiela, którego miejsce było za kratami i doskonale o tym wiedziała, a który teraz był jedną z niewielu osób mogących mieć informację o tym, co stało się z Maddenem. B ł a g a ł a go, żeby cokolwiek jej powiedział, wskazał adres, dał jej choćby jeden punkt zaczepienia, dający jej odetchnąć, zamknąć oczy w nocy i odpocząć zmęczonemu umysłowi. Była gotowa ponownie sprzedać duszę diabłu, byle tylko go odnaleźć i tylko dzięki jego pomocy zrozumiała, że nie chodziło o to, iż Rhys nie może wrócić. On po prostu nie chciał tego zrobić.
Zrozumiała, co oznaczała jego ucieczka - bezpieczeństwo, które próbował jej zapewnić było kolejną decyzją podjętą za jej plecami. Uznał, że tak będzie lepiej, jakby nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że n i g d y nie prosiła go o takie poświęcenie.
W końcu odpuściła, gdy strach ustępował miejsca złości, a miłość zaczęła mieszać się z nienawiścią. Ta pierwsza wciąż trzymała ją w miejscu - za tym samym biurkiem, nakazując robić to, co kochała, bo przecież to on podarował jej możliwość. Druga pchała ją naprzód, zmuszając do zmian.
Kupiła dom - dokładnie ten, w którym mieli wspólnie urządzać pokoje, kłócić się o kolor ścian i zastanawiać, czy na podwórku będzie wystarczająco dużo miejsca dla psa. Poznawała ludzi, wychodziła na kolacje i próbowała oszukiwać siebie, że to było dla niej wystarczające. W końcu trafiła na mężczyznę, który był zupełnie z innej bajki. Był miły, zabawny i całkiem przyjemnie spędzało się z nim czas, najważniejsze jednak, że nie musiała się zastanawiać, czy następnego dnia wciąż będzie żył.
Robiła to wszystko dla siebie i przede wszystkim jemu na złość, udowadniając, że mogła bez niego osiągnąć w s z y s t k o. Nie mógł tego zobaczyć, nie znał prawdy o tym, ile razy zmuszała się do zrobienia kroku, ale jej złamana duma i serce w jakiś sposób zaznawały dzięki temu spokoju. Nie potrzebowała go, nie potrzebowała jego zgody ani obecności, żeby przeżyć kolejny dzień.
Tego wieczoru spędzała czas w barze ze znajomymi - rozmawiali, śmiali się, a ona chociaż przez kilka godzin nie musiała wracać myślami do rzeczy, które od miesięcy próbowała zostawić za sobą, co niestety nie zawsze jej wychodziło.
Kiedy w końcu wyszła na zewnątrz zapalić, chłodne powietrze od razu uderzyło ją w twarz, a wiatr nieprzyjemnie zakradał się pod materiał płaszcza. Zaciągnęła się papierosem, opierając się o ścianę budynku i na moment przymknęła oczy. Właśnie wtedy poczuła ten znajomy i m p u l s. Trudny do wytłumaczenia, a jednak tak dobrze jej znany, że nie musiała nawet zastanawiać się, co oznacza. Pojawiał się niemal z a w s z e, gdy Madden znajdował się w pobliżu.
Otworzyła oczy i spojrzała w stronę parkingu - stał tam oparty o samochód, jakby nie zniknął na kilka miesięcy, jakby nie zostawił jej z listą nieodebranych połączeń i pytaniami, na które nigdy nie zamierzał dać jej odpowiedzi.
Zdradzieckie serce szarpnęło w piersi, a ciało mimowolnie skierowało się w jego stronę. Ten sam impuls, który kazał jej unieść spojrzenie i go odnaleźć, pchał ją teraz naprzód, choć każda rozsądna część jej umysłu podpowiadała, żeby zawróciła, wróciła do środka i zostawiła go dokładnie tam, gdzie się pojawił. - Skurwiel - mruknęła pod nosem, czując jak narasta w niej wściekłość.
Podchodząc do auta od strony pasażera, szarpnęła za klamkę, po czym trzasnęła drzwiami z taką siłą, że echo rozniosło się po okolicy. To nie przyniosło jej ulgi, nie odczuła jej w żadnej komórce swojego spiętego ciała, więc niesiona kolejnym i m p u l s e m, sięgnęła do kieszeni po klucze od domu, który miał należeć do n i c h, i bez większego wahania przeciągnęła nimi po całym boku samochodu.
Metaliczny zgrzyt był nieco bardziej satysfakcjonujący.
Cofając rękę, obejrzała efekt swojej pracy, a potem wreszcie przeniosła spojrzenie na Rhysa. - Witaj w domu - rzuciła chłodno, dochodząc do szybkiego wniosku, że czas zdecydowanie nie leczył ran.
Rhys Madden