you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated
: pn paź 26, 2026 2:50 pm
1.
Czuła się obserwowana.
Od kilku dni, gdy tylko opuszczała cztery ściany swojego mieszkania, przez jej kręgosłup przechodził charakterystyczny dreszcz. Tak jakby w tłumie zmizerniałych ludzi, których mijała, znajdował się jeden drapieżnik stanowiący niebezpieczeństwo.
Nigdy nie wiedziała, czy dreszcz to po prostu intuicja, wyostrzone zmysły, a może opatrzność, do której zwykł zwracać się jej ojciec. Wiedziała natomiast jedno — nigdy się nie mylił.
Żwawym krokiem przemierzała kolejne ulice, czując ciężar naładowanej broni, wcześniej schowanej w specjalnie przystosowanej do niej kieszeni w wewnętrznej stronie skórzanego płaszcza. Co jakiś czas rozglądała się na boki; niby nonszalancko, od niechcenia. W rzeczywistości każdy jej ruch był sumiennie zaplanowany. Zapisywała w pamięci zmęczone twarze przechodniów, ich podejrzany, nierówny chód czy numery rejestracyjne aut, które poruszały się odrobinę zbyt wolno.
Nic jednak nie wskazywało na to, że ktoś ją śledzi. Wypuściła wstrzymywane dotąd powietrze spomiędzy spierzchniętych od chłodu warg.
Czas spędzony w Toronto był jej osobistym piekłem. Sunąc przez meandry nowych realiów nie raz pomyślała, że dokładnie tak wyobraża sobie zaświaty dla osób, które od lat zajmowały się rzeczami nieprzyzwoicie wręcz złymi. Każdy dzień stanowił mieszaninę nijakich interakcji. Każde spotkanie, randka i matcha pilates powodowały u niej odruch wymiotny, który powstrzymywała jedynie w imię stwarzania pozorów i budowania nowej tożsamości.
Charlie Newman. Lat 31. Singielka, ale otwarta na nowe. Kreatywna freelancerka, pracuje w branży reklamowej. Wesoła, rozgadana, wrażliwa na krzywdę.
Przy zdrowych zmysłach utrzymały ją tylko dwa fakty. Pierwszy — miała naprawdę dobry powód, aby tu być. I drugi — nic nie trwa wiecznie.
Po ostatniej akcji nie mogła zwracać na siebie uwagi. Ucieczka do Kanady – kraju, który mimo bliskości USA wydawał się mniej oczywistym kierunkiem – wydawała się najrozsądniejszym wyjściem. Zazwyczaj miała więcej czasu na analizę możliwości, wtedy jednak musiała działać sprawnie. Z Kanady chciała przedostać się dalej, do Zurychu, następnie do Pragi. Plan był oczywisty — uciec jak najdalej od świetnie operującego na terenie Ameryki Północnej CIA. Czekała w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na Toronto Pearson Airport, ściskając w dłoni fałszywy paszport, kiedy jej ojciec podjął ostateczną decyzję o jej pozostaniu na terenie Kanady.
Nie pozostawiono jej przestrzeni na dyskusję. Wkurwiła zbyt wiele osób. Frank chciał lub musiał ją chronić.
Kiara Walston codziennie powtarzała tę samą, denną rutynę. Do czasu, kiedy w końcu dostała nowe zlecenie, które przywróciło jej umysł na odpowiednie tory.
O czwartej dziesięć wracała już do mieszkania w zawsze pachnącej świeżą pitą dzielnicy Greektown. O czwartej trzydzieści cztery przekręciła klucz w zamku. Za oknem panował mrok, gdzieniegdzie muskany światłem ulicznych latarni. O czwartej trzydzieści pięć odłożyła torbę na pobliską komodę i przejrzała się w lustrze. Dotknęła palcami fioletowego siniaka, który powoli formował się pod jej prawym okiem. O czwartej trzydzieści sześć zorientowała się, że coś jest nie tak.
I wtedy zobaczyła kontur postaci majaczącej w dalszej części salonu. Dłoń Kiary z precyzją chwyciła pistolet, odbezpieczyła go i wycelowała prosto w nieznajomą sylwetkę. Zapadła cisza, przerwana dopiero słowami Walston:
— Nie wiem, kim jesteś i czego tu szukasz, ale zapewniam cię, że nie mogłeś trafić w gorsze miejsce.
the agent
Czuła się obserwowana.
Od kilku dni, gdy tylko opuszczała cztery ściany swojego mieszkania, przez jej kręgosłup przechodził charakterystyczny dreszcz. Tak jakby w tłumie zmizerniałych ludzi, których mijała, znajdował się jeden drapieżnik stanowiący niebezpieczeństwo.
Nigdy nie wiedziała, czy dreszcz to po prostu intuicja, wyostrzone zmysły, a może opatrzność, do której zwykł zwracać się jej ojciec. Wiedziała natomiast jedno — nigdy się nie mylił.
Żwawym krokiem przemierzała kolejne ulice, czując ciężar naładowanej broni, wcześniej schowanej w specjalnie przystosowanej do niej kieszeni w wewnętrznej stronie skórzanego płaszcza. Co jakiś czas rozglądała się na boki; niby nonszalancko, od niechcenia. W rzeczywistości każdy jej ruch był sumiennie zaplanowany. Zapisywała w pamięci zmęczone twarze przechodniów, ich podejrzany, nierówny chód czy numery rejestracyjne aut, które poruszały się odrobinę zbyt wolno.
Nic jednak nie wskazywało na to, że ktoś ją śledzi. Wypuściła wstrzymywane dotąd powietrze spomiędzy spierzchniętych od chłodu warg.
Czas spędzony w Toronto był jej osobistym piekłem. Sunąc przez meandry nowych realiów nie raz pomyślała, że dokładnie tak wyobraża sobie zaświaty dla osób, które od lat zajmowały się rzeczami nieprzyzwoicie wręcz złymi. Każdy dzień stanowił mieszaninę nijakich interakcji. Każde spotkanie, randka i matcha pilates powodowały u niej odruch wymiotny, który powstrzymywała jedynie w imię stwarzania pozorów i budowania nowej tożsamości.
Charlie Newman. Lat 31. Singielka, ale otwarta na nowe. Kreatywna freelancerka, pracuje w branży reklamowej. Wesoła, rozgadana, wrażliwa na krzywdę.
Przy zdrowych zmysłach utrzymały ją tylko dwa fakty. Pierwszy — miała naprawdę dobry powód, aby tu być. I drugi — nic nie trwa wiecznie.
Po ostatniej akcji nie mogła zwracać na siebie uwagi. Ucieczka do Kanady – kraju, który mimo bliskości USA wydawał się mniej oczywistym kierunkiem – wydawała się najrozsądniejszym wyjściem. Zazwyczaj miała więcej czasu na analizę możliwości, wtedy jednak musiała działać sprawnie. Z Kanady chciała przedostać się dalej, do Zurychu, następnie do Pragi. Plan był oczywisty — uciec jak najdalej od świetnie operującego na terenie Ameryki Północnej CIA. Czekała w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na Toronto Pearson Airport, ściskając w dłoni fałszywy paszport, kiedy jej ojciec podjął ostateczną decyzję o jej pozostaniu na terenie Kanady.
Nie pozostawiono jej przestrzeni na dyskusję. Wkurwiła zbyt wiele osób. Frank chciał lub musiał ją chronić.
Kiara Walston codziennie powtarzała tę samą, denną rutynę. Do czasu, kiedy w końcu dostała nowe zlecenie, które przywróciło jej umysł na odpowiednie tory.
O czwartej dziesięć wracała już do mieszkania w zawsze pachnącej świeżą pitą dzielnicy Greektown. O czwartej trzydzieści cztery przekręciła klucz w zamku. Za oknem panował mrok, gdzieniegdzie muskany światłem ulicznych latarni. O czwartej trzydzieści pięć odłożyła torbę na pobliską komodę i przejrzała się w lustrze. Dotknęła palcami fioletowego siniaka, który powoli formował się pod jej prawym okiem. O czwartej trzydzieści sześć zorientowała się, że coś jest nie tak.
I wtedy zobaczyła kontur postaci majaczącej w dalszej części salonu. Dłoń Kiary z precyzją chwyciła pistolet, odbezpieczyła go i wycelowała prosto w nieznajomą sylwetkę. Zapadła cisza, przerwana dopiero słowami Walston:
— Nie wiem, kim jesteś i czego tu szukasz, ale zapewniam cię, że nie mogłeś trafić w gorsze miejsce.
the agent