Strona 1 z 2

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: pn paź 26, 2026 2:50 pm
autor: Kiara Walston
1.
Czuła się obserwowana.
Od kilku dni, gdy tylko opuszczała cztery ściany swojego mieszkania, przez jej kręgosłup przechodził charakterystyczny dreszcz. Tak jakby w tłumie zmizerniałych ludzi, których mijała, znajdował się jeden drapieżnik stanowiący niebezpieczeństwo.
Nigdy nie wiedziała, czy dreszcz to po prostu intuicja, wyostrzone zmysły, a może opatrzność, do której zwykł zwracać się jej ojciec. Wiedziała natomiast jedno — nigdy się nie mylił.
Żwawym krokiem przemierzała kolejne ulice, czując ciężar naładowanej broni, wcześniej schowanej w specjalnie przystosowanej do niej kieszeni w wewnętrznej stronie skórzanego płaszcza. Co jakiś czas rozglądała się na boki; niby nonszalancko, od niechcenia. W rzeczywistości każdy jej ruch był sumiennie zaplanowany. Zapisywała w pamięci zmęczone twarze przechodniów, ich podejrzany, nierówny chód czy numery rejestracyjne aut, które poruszały się odrobinę zbyt wolno.
Nic jednak nie wskazywało na to, że ktoś ją śledzi. Wypuściła wstrzymywane dotąd powietrze spomiędzy spierzchniętych od chłodu warg.
Czas spędzony w Toronto był jej osobistym piekłem. Sunąc przez meandry nowych realiów nie raz pomyślała, że dokładnie tak wyobraża sobie zaświaty dla osób, które od lat zajmowały się rzeczami nieprzyzwoicie wręcz złymi. Każdy dzień stanowił mieszaninę nijakich interakcji. Każde spotkanie, randka i matcha pilates powodowały u niej odruch wymiotny, który powstrzymywała jedynie w imię stwarzania pozorów i budowania nowej tożsamości.
Charlie Newman. Lat 31. Singielka, ale otwarta na nowe. Kreatywna freelancerka, pracuje w branży reklamowej. Wesoła, rozgadana, wrażliwa na krzywdę.
Przy zdrowych zmysłach utrzymały ją tylko dwa fakty. Pierwszy — miała naprawdę dobry powód, aby tu być. I drugi — nic nie trwa wiecznie.
Po ostatniej akcji nie mogła zwracać na siebie uwagi. Ucieczka do Kanady – kraju, który mimo bliskości USA wydawał się mniej oczywistym kierunkiem – wydawała się najrozsądniejszym wyjściem. Zazwyczaj miała więcej czasu na analizę możliwości, wtedy jednak musiała działać sprawnie. Z Kanady chciała przedostać się dalej, do Zurychu, następnie do Pragi. Plan był oczywisty — uciec jak najdalej od świetnie operującego na terenie Ameryki Północnej CIA. Czekała w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na Toronto Pearson Airport, ściskając w dłoni fałszywy paszport, kiedy jej ojciec podjął ostateczną decyzję o jej pozostaniu na terenie Kanady.
Nie pozostawiono jej przestrzeni na dyskusję. Wkurwiła zbyt wiele osób. Frank chciał lub musiał ją chronić.
Kiara Walston codziennie powtarzała tę samą, denną rutynę. Do czasu, kiedy w końcu dostała nowe zlecenie, które przywróciło jej umysł na odpowiednie tory.
O czwartej dziesięć wracała już do mieszkania w zawsze pachnącej świeżą pitą dzielnicy Greektown. O czwartej trzydzieści cztery przekręciła klucz w zamku. Za oknem panował mrok, gdzieniegdzie muskany światłem ulicznych latarni. O czwartej trzydzieści pięć odłożyła torbę na pobliską komodę i przejrzała się w lustrze. Dotknęła palcami fioletowego siniaka, który powoli formował się pod jej prawym okiem. O czwartej trzydzieści sześć zorientowała się, że coś jest nie tak.
I wtedy zobaczyła kontur postaci majaczącej w dalszej części salonu. Dłoń Kiary z precyzją chwyciła pistolet, odbezpieczyła go i wycelowała prosto w nieznajomą sylwetkę. Zapadła cisza, przerwana dopiero słowami Walston:
— Nie wiem, kim jesteś i czego tu szukasz, ale zapewniam cię, że nie mogłeś trafić w gorsze miejsce.

the agent

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: wt paź 27, 2026 12:43 am
autor: Preston Voss
Charlie Newman, lat 31.
Według swojego profilu na linkedinie - jakże istotnej podkładki do zatrudnienia pozbawionej w wygodny sposób zdjęcia - freelancerka w branży kreatywnej, co brzmiało na zawód równie wymyślony jak cała jej tożsamość. Posiadaczka karnetu do studia pilates, zobowiązującego ją do miesięcznych płatności na okres dwóch lat. Stały bywalec małej kawiarenki słynącej z najlepszej matchy w tej części miasta - jak na jego oko całkiem gównianej, więc poprzeczka nie była ustawiona zbyt wysoko.
Nieszczególnie aktywne profile w mediach społecznościowych.
Ot, całkowite minimum by zapytana przez kogoś ze znajomych nie wyszła na całkowitego dziwaka. Żadnych zdjęć, żadnych faktów, które mógłby powiązać z osobą, która wyryła się w jego wspomnieniach. Nowa tożsamość, nowe życie, nowe zainteresowania, nowi ludzie.
Nowe mieszkanie.
Nieszczególnie zmienione ze stanu oryginalnego ogłoszenia. Te same meble w tym samym układzie, jałowe obrazy, które nawet dla jego niewprawionego oka nie przedstawiały wartościowej sztuki. Żadnych pamiątek, żadnych zdjęć, przedmiotów osobistych, które mogłyby ją wyróżnić - ot, damskie kosmetyki w łazience, miękki koc przerzucony przez oparcie kanapy, książki pełniące funkcję dekoracyjną na kawowym stoliku.
Nie była pierwszą kobietą, ku której skierował swoje podejrzenia i mógł założyć się, że nie będzie też ostatnią. Dobrze więc, że nie pojawił się w tym przeklętym, do bólu nudnym kraju w celach hazardowych.
Jako pierwsze rozpoznał jej perfumy.
Wyczuł ich nutę gdy tylko wkroczył do łazienki, odzianym w kurtkę ramieniem włączając światło. Ich zapach był odległy, subtelny, stłumiony drewnem, za którym były schowane - a jednak rozpoznałby je wszędzie.
Przywodziły na myśl jej skropioną potem skórę, gorącą noc tak dokładnie wyrytą w jego wspomnieniach.
Perfumy były jednak czymś małym, ogólnym. Były popularne, noszone przez wiele kobiet - o czym przekonywał się niejednokrotnie, wyczuwając je w tłumie. Stanowiły jednak pierwszy element układanki, po którym dostrzegł następne.
Kubek po kawie zostawiony obok zlewu, jakby odłożenie go we właściwe miejsce kosztowało ją zbyt wiele energii rano. Drobnostka, pierdoła.
Szczotka do włosów tkwiąca na szafce przy łóżku, zostawiona tam w roztargnieniu. Coś znajomego, co robiło wiele osób.
Z każdą drobnostką zagłębiał się coraz mocniej w życie Charlie Newman. Otwierał szafki w jej mieszkaniu - zbyt puste, pozbawione chaosu codziennego życia. Zaglądał do lodówki, znajdując gotowe do podgrzania jedzenie kobiety, która nigdy nie lubiła gotować. Oglądał jej biżuterię, odnajdując kolczyki, które ostatnim razem widział zagubione w pościeli.
Każdą z tych rzeczy skrupulatnie odstawił na swoje miejsce.
Wystarczyłby mu pierwszy raz - moment, w którym wychodziła z mieszkania następnego dnia, obserwowana z wnętrza zaparkowanego przez niego samochodu. Może drugi, gdy tkwiła przed drzwiami kawiarni zapatrzona w swój telefon, a on stał po drugiej stronie ulicy oparty o latarnię, przyglądając jej się pod pozorem własnego zamyślenia.
Tak naprawdę miał tysiące okazji by do niej podejść, jednak wiedział, że nie mógł tego zrobić.
Kiara Walston, którą znał i pamiętał, była daleka od obrazu tej uśmiechniętej blondynki prowadzącej swoje miałkie życie. Była ostrożna, była uzbrojona i była zawsze przygotowana na ucieczkę na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.
Dziś on był tym nie tak.
Po sprawdzeniu każdej osoby, z którą zamieniła swój kontakt. Po podłożeniu podsłuchu w jej mieszkaniu i włamaniu się na jej komputer z pomocą złośliwego oprogramowania na którym i tak nic nie znalazł, pieprzona profesjonalistka. Po upewnieniu się, że magicznie w konwersacji Kiara Walston nie wspomni komuś o tym, co zrobiła z jednym, tajemniczym dyskiem pierdolone dwa lata temu nim zniknęła na tym końcu świata znanym Kanadą.
Po bezskutecznej próbie dowiedzenia się, co właściwie tu robiła.
O trzeciej piętnaście znów znalazł się w jej mieszkaniu, zamek - jak poprzednio - ustąpił odpowiedniemu narzędziu nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Zamknął je od środka, przeszedł się po raz ostatni po jej mieszkaniu chłonąc to, co mogło się w nim zmienić - oczywiście, że nic - po czym zasiadł na fotelu w jej salonie w przeraźliwie długim oczekiwaniu.
Był cierpliwy.
Na tyle, że gdy o czwartej trzydzieści pięć zamek przekręcił się w drzwiach, nawet nie drgnął. Chłód pistoletu w jego dłoni działał uspokajająco, choć nie potrafił stłumić adrenaliny, która wstąpiła do jego ciała na myśl, że znalazła się obok.
A potem ją ujrzał. Nie całkiem - zaledwie błysk wycelowanej w niego broni, za którym podążył znajomy głos.
- Jest jakieś gorsze miejsce w tym skurwiałym kraju?

the spy

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: wt paź 27, 2026 3:14 pm
autor: Kiara Walston
Ten głos.
Wszędzie rozpoznałaby jego barwę. Głęboką, z nutą nonszalancji i – niekiedy – pasji, która posiadała nietypową supermoc; powodowała, że Kiara mogła słuchać go bez końca.
Preston Voss.
Przeszywające spojrzenie niebieskich tęczówek. On i ona, dwa przyspieszone oddechy, wariujące tętno, nadłamany blat szafki, na której ją posadził, strącona na ziemię śnieżnobiała pościel. Wreszcie ich dłonie splecione nad jej głową. Zapach wody kolońskiej, wymieszany z wonią jego skóry. Opuszka jego palca leniwie zataczająca kręgi wokół jej sutka.
Był tu. Namacalny i prawdziwy. Wszystko w jej ciele krzyczało: opuść broń. Jedynie umysł, choć częściowo zamroczony zaskoczeniem, nakazywał jej wciąż celować bronią wprost w jego klatkę piersiową.
Domyślała się, że nie odwiedził ją ze względów sentymentalnych. Popełniła zbrodnię, której się nie wybacza; nadwyrężyła jego zaufanie. Oszukała go, jego współpracowników, przełożonych – całe jebane CIA. Uciekła z informacjami, które mogłyby być destrukcyjne, jeżeli nie dla całego świata, to na pewno dla konkretnej nacji. Sumienie, wcześniej uciszone, wtedy bezwzględnie wrzeszczało, w nieustannych próbach zwrócenia na siebie uwagi. Zderzyła się z największym okrucieństwem stworzonym przez człowieka zaklętym w małym, niczym niewyróżniającym się dysku. Przez kilka miesięcy dzieliła się z Prestonem wszystkim, ale tę informację pozostawiła dla siebie. Był lojalny wobec swojego kraju.
Chyba, bo w rzeczywistości nigdy tego nie sprawdziła.
Upłynęło kilka chwil, zanim zdecydowała się zrobić krok ku jego sylwetce. Jeden, drugi, trzeci, aż w końcu twarz mężczyzny rozświetliła poświata ulicznych latarni. Nie zmienił się. Zresztą czego się spodziewała – minęły zaledwie dwa lata. Kanada i jej mierność sprawiały, że czas płynął tu wolniej. Ostra linia szczęki wciąż porastała ciemnym zarostem, wargi wciąż zaciskały się w cienką linię, ciało wciąż napinało każdy mięsień – gotowe do tego, aby błyskawicznie zareagować. Oboje trzymali siebie na muszce. Wygra ten, kto okaże się szybszy i sprawniejszy. Ona sama nie była jednak pewna, czy potrafiłaby pociągnąć za spust; za tę słabość wielokrotnie się kajała.
– Powątpiewam – nie było. Nie dla niego i nie dla niej. Jej mieszkanie, mieszkanie Charlie Newman – nudne i bezbarwne, było ostatecznym kręgiem piekła, w którym prędzej czy później czyjaś krew splami drewniane panele. - Nie spodziewałam się, że wyślą tu akurat ciebie - jej ramiona zadrżały. Wmawiała sobie, że to z zimna; zostawiła otwarte okna. Chłodny, jesienny wiatr co jakiś czas poruszał zasłonami i wypełniał pomieszczenie świeżym powietrzem. – Bo to, że ktoś w końcu się pojawi, było jasne - dodała i z cichym świstem wypuściła powietrze z ust.
Frank Walston kazał jej siedzieć na dupie, a ona grzecznie posłuchała, chociaż czuła, że ta strategia obróci się przeciwko niej. Nigdy nie spędziła tyle czasu w jednym miejscu. W jej zawodzie stałe przemieszczanie się było kluczowe dla pozostania nieujętym. Człowiek przestawał być materią, zbiorem cząsteczek i komórek, a zaczynał egzystować jako cień – nieuchwytny.
Ale było za późno. Wraz z pojawieniem się Prestona Vossa w jakże uroczej dzielnicy Greektown, Charlie Newman przestała istnieć. Teraz to Kiara Walston musiała przetrwać.
– To jak? Czego konkretnie oczekujesz? Mam dać się zakuć w kajdanki i grzecznie wejść na pokład samolotu? – podeszła jeszcze bliżej i pochyliła się. Lufa jej pistoletu wbiła się w jego koszulę, podczas gdy zimny metal jego broni musnął brzuch Kiary. Z ustami tuż przy płatku jego ucha powiedziała:
– Przecież wiesz, że nigdzie z tobą nie pójdę.

Preston Voss

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: wt paź 27, 2026 5:10 pm
autor: Preston Voss
Dwa lata było kurewsko długim okresem czasu, jednak najwyraźniej niewystarczającym.
Z taką łatwością rozpoznał jej perfumy i drobne przyzwyczajenia. Z taką ekscytacją wyczekiwał na mrozie przed drzwiami do jej apartamentowca bloku pośród wszechobecnych zapachów jedzenia przyrządzanego w tkwiących obok food truckach.
Z taką wprawą przesunął spojrzenie po znajomych krzywiznach sylwetki, po doskonale znanych mu rysach twarzy gdy ta wpadła wreszcie w krąg światła wpadającego do wnętrza pomieszczenia.
Mógłby przysiąc, że kiedyś byli ze sobą bliżej.
Zdecydowanie bez udziału dwóch naładowanych pistoletów, choć biorąc pod uwagę temperament Walston, nie wykluczał, że kiedyś i tak skończyliby w podobnej sytuacji.
Różnica polegała na tym, że dwa lata temu potrafiłby przewidzieć jej następny ruch nawet nie patrząc na to, jak ostrożnie stawiała kroki i w którą stronę umykały jej tęczówki. Znał ją. Znał jej ciało, znał przyzwyczajenia, znał drobne gesty zdradzające zdenerwowanie, którego nigdy nie przyznałaby się doświadczać. Wiedział, kiedy kłamała, kiedy próbowała go sprowokować, kiedy wolała milczeć i dlaczego.
A przynajmniej tak mu się, kurwa, wydawało.
Prawda okazała się dużo mniej wygodna, a Kiara Walston - dużo mniej otwartą książką niż ta, za którą ją uważał.
Błąd, który zamierzał naprawić.
- Wolałabyś zobaczyć kogoś innego, love? - westchnął, z całą, dostępną mu ironią, którą nasycił ostatnie słowo. Jego głowa przekrzywiła się nieco, patrząc, jak podchodziła bliżej. - Bardzo mi przykro z tego powodu.
Nie poruszył się, gdy skróciła dzielący ich dystans. Pozwolił jej podejść wystarczająco blisko, by mógł dostrzec znajome szczegóły jej twarzy, skąpane w bladym świetle wpadającym przez okno. Przez krótką chwilę nie słuchał nawet tego, co mówiła. Wodził spojrzeniem po jej policzkach, ustach, linii żuchwy, odnajdując pośród tych wszystkich znajomych elementów coś, czego wcześniej tam nie było.
Siniak.
Drobny, fioletowy ślad pod prawym okiem, który niegdyś wywołałby w nim napięcie szczęki i przemożną potrzebę sprawdzenia kto ją nim uraczył.
Dziś nie wywołał w nim nic.
Jedynie podryg zainteresowania, chowający się w jego klatce piersiowej pośród całej tej chłodnej satysfakcji wywołanej tym, że w ogóle ją znalazł.
- Kajdanki? - dodał zaczepnie, zadzierając głowę gdy z zadowoleniem odnotował, że była skłonna podejść nawet tak blisko, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki. Błąd. Ogromny błąd. - To nie nasza pierwsza randka, Walston.
Lufa broni przystawiona do jego koszuli nie wywołała w nim przerażenia, które powinna. Nie w sytuacji, w której w jego własnej dłoni tkwił analogiczny kawałek metalu. Palec tkwił w okolicy spustu jego własnej broni gdy ta zetknęła się z kobiecym brzuchem, a on odruchowo dostosował jej położenie tak, by zmaksymalizować potencjalne szkody.
Nie dało się wyplenić przyzwyczajenia.
- Co robisz w Kanadzie? - zapytał wprost, tonem nieznośnie niezobowiązującym jak na tkwiącego w rogu pomieszczenia słonia w postaci jednego, drobnego aktu zdrady, którego dokonała.
Jak na dwa pistolety, którymi mierzyli się jak najbardziej zawzięci wrogowie.
- Zawsze wolałaś cieplejsze kraje. Chyba, że i to było drobnym kłamstewkiem z twojej strony - kontynuował bezczelnie, pozwalając, by jego druga dłoń zabębniła o podłokietnik fotela w wyrazie udawanego komfortu w tej sytuacji. - Ładny siniak - dodał, ruchem podbródka wskazując jej twarz. - To od nowego chłopaka?

Kiara Walston

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: wt paź 27, 2026 7:21 pm
autor: Kiara Walston
Nie zabije jej.
Gdyby miał to zrobić, już dawno pociągnąłby za spust. Czuła to, bo przecież go znała. I zdawała sobie sprawę, co przywiodło go na kanadyjskie terytorium.
Martwa nie byłaby w stanie go do tego doprowadzić.
Przez miesiące wspólnej pracy nauczyli się działać jak dobrze naoliwiona maszyna. Kiara nie istniała bez Prestona. Preston nie istniał bez Kiary - napędzała jego karierę, chociaż mówił, że wcale mu na niej nie zależy. Sprzedawała nazwiska jednych z najbardziej intratnych klientów ojca, chroniąc tym samym swój własny tyłek przed więzieniem federalnym.
Przy Vossie gubiła się w swoich kłamstwach i manipulacjach. Uporczywie wmawiała sobie, że każde muśnięcie jego dłoni, nad stertą rozrzuconych na stole dokumentów, było starannie zaplanowanym ruchem. Tak samo jak posyłane w jego stronę przydługie spojrzenia; podskórnie czuła, że nie potrafi oderwać od niego wzroku. Materiał sukienki, podwinięty niby bezwiednie i odsłaniający bladość uda, miał być przemyślaną zasadzką – owocem lat szkolenia i zimnej praktyki.
Nic z tego nie było prawdą.
I w s z y s t k o było prawdą.
Uwodziła, a jednocześnie tonęła we własnej obłudzie, pozwalając mu się uwodzić.
Obskórne mieszkanie wynajęte przez CIA z biegiem czasu stało się jej azylem, miejscem, w którym uprawiała bezwstydny eskapizm.
Teraz, gdy dzieliły ich zaledwie centymetry, przez jej umysł przemknęła natrętna myśl – czy nienawidziła Toronto, bo stało się jej więzieniem, czy dlatego, że obok nie było Prestona Vossa.
– Po prostu jestem zdziwiona, że to dla mnie pojawiłeś się w tym zapomnianym przez boga miejscu – bawiła się słowami, próbując wyprowadzić go z równowagi, tak jakby było to trywialnie proste.
Przycisnęła mocniej broń do jego klatki piersiowej. Jednocześnie czuła niebezpieczne umiejscowienie jego własnego pistoletu na swoim brzuchu. Jej boleśnie napięte mięśnie zwiastowały nieuniknione – musi uciekać. Chłodna kalkulacja zadecydowała o zakończeniu tej szopki.
Dlatego chwilę później odsunęła się, budując między nimi z d r o w y dystans. Zrobiwszy kilka kroków w tył, oparła się o ścianę, a dłoń, która wciąż dzierżyła pistolet, mimowolnie opadła wzdłuż jej ciała.
– Co robię w Kanadzie… – powtórzyła pytanie, jakby potrzebowała czasu na skonstruowanie satysfakcjonującej odpowiedzi. – Doszłam do wniosku, że ciepłe kraje są przereklamowane. A ja potrzebowałam wolnego. Nie uważasz, że w Nowym Jorku za dużo pracowaliśmy? Ćwiczę pilates, jestem wziętą freelancerką. Poznałam wiele c i e k a w y c h osób – kącik jej ust powędrował ku górze w akcie udawanego rozbawienia. – Ale ty już to wiesz, prawda? - dodała, a jej ton głosu zmienił się; nuty powagi zwiastowały koniec tańca pozorów. Wlepiła spojrzenie w jego twarz, która nie zdradzała żadnych emocji.
Dreszcz nigdy się nie mylił. Dreszcz znów miał rację – drapieżnik czaił się w tłumie, zbierał informacje, szukał idealnego momentu na uderzenie. Przygotował się i zastawił precyzyjną pułapkę, w której sidła wpadła niczym prosta nowicjuszka. Prawdopodobnie nie był to pierwszy raz, kiedy rezydował w tym fotelu; zbyt wygodnie się w nim rozsiadł. Wstyd zalał jej trzewia, jak za każdym razem, kiedy coś nie szło po jej myśli.
Frank zbeształby ją za brak ostrożności.
– Powiedzmy – cisza wypełniła pomieszczenie, przez co napięcie wiszące w salonie stało się niemal namacalne. Siniak szedł w parze z pulsującym bólem głowy. Mocno oberwała, zanim udało jej się wykonać zlecenie i zrobić zdjęcie blednącym już zwłokom postawnego mężczyzny. Wysłała je do ojca i wyrzuciła zniszczony telefon do jeziora Ontario.
– Preston – wypowiedziała jego imię tak, jak dawniej; miękko, lecz z wyczuwalną determinacją. – Nie masz pojęcia, co na nim było.
Nie kłamała, ale nie planowała też dzielić się z nim całą prawdą. Grała na czas. Próbowała skupić jego uwagę na temacie, który w tym momencie stanowił jej jedyną przewagę, ale też sprawił, że przed laty rozpłnęła się w powietrzu. Kątem oka jednak spoglądała w stronę torebki leżącej na komodzie. W środku znajdował się smartfon z numerem alarmowym.

have mercy on me

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: śr paź 28, 2026 2:04 am
autor: Preston Voss
Kącik jego ust drgnął ku górze na dźwięku słów dla mnie.
Rzeczywiście, dla n i e j pojawił się w tym zapomnianym przez boga kraju, odbiciem jego ojczystego w jakimś krzywym zwierciadle - podobnym, a jednocześnie zupełnie innym. Dla n i ej przez niespełna dwa lata sprawdzał różne poszlaki, tropił różne osoby - różne blondynki o zgrabnych figurach z naturalnym drygiem do oszustwa i niespodziewaną łatwością do morderstwa.
W przeciwieństwie do jej własnej, dłoń Vossa nie zmieniła położenia. Broń pozostawała skierowana w stronę kobiety, choć teraz dzielił ich dystans wystarczający, by z łatwością oddzielić wspomnienie dawnych pieszczot od chłodnej rzeczywistości.
Obserwował, jak przemieszcza się w stronę ściany, jak jej palce rozluźniają się na rękojeści pistoletu i jak wraz z każdym kolejnym słowem odzyskuje odrobinę pewności siebie, którą z nią utożsamiał.
Nieszczególnie się zmieniła.
Lubił myśleć, że on zmienił się bardzo. Że teraz wiedział, na co powinien zwracać uwagę, teraz tkwił skupiony na swoim celu, ślepy na ludzi tkwiących pozornie po tej samej stronie.
Ślepy na zadzierane sukienki i wyrywkowe spojrzenia.
- Cieszę się, że odnalazłaś swoje prawdziwe powołanie - odrzucił niedbale, ten uniesiony kącik ust wygiął je w jeszcze większym uśmiechu zabarwionym sarkazmem. - Powiedz, Charlie, czy te c i e k a w e osoby wiedzą, ile osób już zamordowałaś?
Siedzisko fotela ugięło się pod przesuwanym na nim naciskiem. Podniósł się, powoli, nieśpiesznie. Czekał na nią ponad godzinę i odczuwał to w jego zastałych mięśniach, odrętwiałych kończynach.
Nie miało to żadnego znaczenia. W końcu ją znalazł.
Cichy pomruk wydostał się z jego gardła na dźwięk własnego imienia, wypowiedzianego w ten sam sposób, w który wypowiadała je zawsze. Była w tym całkiem dobra. W odgrywaniu różnych ról i wtapianiu się w nie w zależności od tego, która z nich była aktualnie potrzebna.
Wiedział to, ponieważ on sam miał własne.
- Kiara - wycedził w odpowiedzi, stawiając pierwszy krok w jej stronę. Odległość, którą wyznaczyła, była zbędna - broń w ich dłoniach skutecznie zapobiegała zrobieniu czegoś nierozsądnego.
Nie rozumiał, dlaczego próbowała uciekać. Ani tym bardziej dlaczego jej wzrok skierował się w stronę torebki, jakby cokolwiek w niej mogło w tym momencie pomóc jej bardziej niż trzymany pistolet.
- Jestem pewien, że cokolwiek to było, bardzo ci się opłaciło - zauważył, ironia sączyła się w jego głosie. Kolejny krok, kolejne paręnaście centymetrów, które zbliżało go do tkwiącej pod ścianą kobiety. - Za ile baniek go opchnęłaś, Walston?
Następny krok. Jego wzrok wodzący po pomieszczeniu wokół, po beżowych ścianach, beżowych meblach, beżowym dywanie, beżowym ż y c i u, które prowadziła w tym zapyziałym mieście.
Cmoknął z niezadowoleniem.
- Spodziewałem się, że kupisz sobie za to trochę ciekawsze życie, Charlie. Jestem prawie rozczarowany. - zatrzymał się w odległości, która znów była zbyteczna. Odległości, w której do jego nozdrzy dotarł jej zapach, w której widział każdy detal jej twarzy, niezdolnej do zniknięcia w odmętach wspomnień.
Kiedyś taka odległość byłaby intymna.
Teraz miała w sobie więcej z potrzeby odcięcia jej drogi na wypadek, gdyby rzuciła się do biegu. Teraz jej celem było trzymanie jej na wyciągnięcie ręki - szczególnie, że tak chętnie sama w ten dystans wkroczyła.
- Przejdźmy się - zadecydował, pochylając się nad kobiecą sylwetką. Jego dłoń uniosła się w jej stronę, zatrzymując gdzieś pomiędzy nimi w kulturalnej ofercie, którą miało zastąpić mniej kulturalne chwycenie jej ramienia gdyby postanowiła odmówić. - Mamy dużo do nadrobienia.
Całe dwa lata.

your old tricks don't work on me anymore

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: śr paź 28, 2026 1:57 pm
autor: Kiara Walston
Czy rozumiał istotę ukrywania się?
Czy naprawdę uważał, że pobyt w Toronto traktowała jak wakacje all inclusive na Lazurowym Wybrzeżu?
Kiara nie m i a ł a w y j ś c i a. Każdego dnia coraz bardziej się dusiła; czuła, jak niewidzialna pętla, centymetr po centymetrze, mocniej zaciska się na jej szyi. Zdrowy rozsądek i ojciec nakazywali jej pozostanie w bezpiecznym miejscu, w kryjówce, o której nikt nie miał pojęcia i z tożsamością, która nie wzbudzała wątpliwości, ale ona… Ona chciała ż y ć.
Kiedy więc zderzyła się z jego rozbawieniem, z trudem powstrzymała impuls podejścia odrobinę b l i ż e j. Mogłaby złapać go za włosy, szarpnąć głową do tyłu; nie za mocno, tylko tak, aby jej szczupłe palce skorzystały z lepszego dostępu do jego krtani.
Nie chciała zrobić mu krzywdy, a jednak przez jedną, ulotną chwilę świat skurczył się dla niej wyłącznie do tego pragnienia.
Równowaga.
Nie da się z niej wyprowadzić. Odrzucił ofertę pozornego rozejmu; bez mrugnięcia okiem złamał gałązkę oliwną w postaci kilku słów wypowiedzianych w eter, więc musiała grać w jego grę.
Na szczęście tę misterną sztukę już opanowała.
– Nie byliśmy ze sobą aż tak blisko – wytłumaczyła spokojnie i bez przejęcia. Nie umiałaby policzyć, ilu osobom odebrała życie; w ile par martwych, pustych oczu wpatrywała się tuż po wykonaniu zlecenia. Dorastała w domu, w którym nikt nie bał się mówić o śmierci. Gdy umierał ich zwierzak, razem z ojcem wykopywali dół w ogrodzie. Frank, organizacja, otaczający ją pracownicy sięgający dwóch metrów w czarnych spodniach i woskowanych kurtkach – wszystko to oswoiło ją z sensem zabijania i przekonało, że niektórzy zwyczajne sobie na to zasłużyli.
Poza nim.
Wzrokiem śledziła każdy jego ruch.
Był dokładny. Zupełnie jak tropiciel polujący na swoją ofiarę. Tropiciel, któremu wydaje się, że ma ją w garści.
To dziwne uczucie, chociaż na kilka chwil znaleźć się po drugiej stronie. Nie osaczać, a być osaczaną. Finalnie Preston robił dokładnie to, za co jej wielokrotno płacono ogromne sumy pieniędzy. Poruszał się z ujmującą lekkością, jakby mieszkanie w Greektown było jego własnością.
Kącik jej ust powędrował ku górze, kiedy skupiła się na jego twarzy. Zachowywał pozory rozbawienia, ale wiedziała, że gdzieś pod maską przygotowaną specjalnie na ten występ, kłębiły się inne emocje.
Musiała tylko dotrzeć dostatecznie głęboko.
– Och, czyli nie masz jeszcze dostępu do moich kont? – odpowiedziała wymijająco i przycisnęła plecy do ściany. Stał niebezpiecznie blisko; czuła jego oddech na swoich policzkach i znajomy zapach skóry. Dwa lata temu wtuliłaby nos pomiędzy zagłębienie między jego uchem a szyją i zaczepnie je ugryzła. Dziś nie poruszyła się nawet o milimetr.
– Ciekawsze życie zazwyczaj zwraca na siebie większą uwagę. Spodziewałam się, że akurat ty będziesz to wiedział – zadarła podbródek. – Jestem prawie rozczarowana – dodała jeszcze, ironizując jego słowa.
W torebce na komodzie znajdował się telefon.
W telefonie zapisała numer do osoby, której specjalnością były nagłe ucieczki. Błyskawicznie organizowała fałszywe dokumenty i szereg lotów, który miał zdezorientować poszukiwaczy i zmniejszyć ryzyko.
Preston Voss był jednak świetnie przygotowany. Przeanalizowała każdą możliwość ucieczki, ale on z dbałością odciął je wszystkie. Nie pozostawało jej nic innego, jak chwycić jego dłoń i dać poprowadzić się ku wyjściu.
– Umieram z ciekawości – jej głos przeplótł się z trzaskiem zamykanych drzwi.
Chłód wczesnego i wyjątkowo mroźnego poranka ponownie okalał jej policzki. Na ulicach panowała względna cisza. Mieszkańcy Toronto jeszcze spali i tylko nieliczni, niczym żywe trupy z podkrążonymi oczami, zmuszali się do stawiania kolejnych kroków. Kiara i Preston szli obok siebie. Być może wyglądali jak para. Być może jak skłóceni kochankowie. Ona zdawała sobie sprawę, że kierują się w stronę jeziora Ontario.
Czy Voss również o tym wiedział?
Czy głębokie wody jeziora miały być ostatnim, co zobaczy Walston?
Naprawdę to stanowiło jego plan?
– Zamierzasz podzielić się swoimi zamiarami? Czy chcesz, żebym najpierw oprowadziła cię po mieście? – zapytała z przekorą.

you don’t yet know what I’m capable of

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: śr paź 28, 2026 9:51 pm
autor: Preston Voss
Nigdy nie był w stanie odmówić jej humoru - dotrzymywał jej towarzystwa również teraz, tak charakterystyczny dla niej, przesiąknięty jej osobowością nawet w tej beznadziejnej chwili, w której znalazła się na muszce jego broni.
Dwa lata poszukiwań, dziesiątki fałszywych tropów, tysiące przejechanych kilometrów by znaleźć się w tym kurwidołku i Kiara Wallace zachowywała się dokładnie tak, jakby nie minął ani jeden dzień.
Poprawka - zachowywała się tak, jak na samym początku ich znajomości. Nie później, gdy zdołał zaznajomić się z zapachem jej skóry, gdy poznał gładkość jej skóry i miejsca, w których lubiła, gdy zatrzymywały się jego usta.
Zachowywała się jakby wcale nie zniknęła pewnego dnia wraz z dyskiem, którego zawartość najwyraźniej była tak wartościowa, że z łatwością wymieniła jego obecne otoczenie na pieniądze.
Jakby nie zrobiła z niego pieprzonego idioty.
- Spokojnie, kochanie - wycedził w odpowiedzi, jego zęby błysnęły gdy wyczuł kobiecą dłoń na własnej, jej znajomą fakturę w kontakcie ze swoimi palcami. - Na umieranie jeszcze nie przyjdzie pora.
Było w tym coś wysoce abstrakcyjnego.
Kierowanie się do wyjścia z kobietą, której od dwóch lat poszukiwał na dwóch kontynentach, trzymając ją za rękę. Musiał jednak wyciągnąć ją z tego mieszkania i jakkolwiek pragnął dalej sprawdzać, do czego zdolna była się posunąć pod muszką jego broni, obecnie nie było to najbardziej optymalnym rozwiązaniem.
Wsunął broń wraz z ręką do kieszeni płaszcza. Lufa w środku wciąż była zdolna odwrócić się w stronę idącej z nim Walston, nie usuwając w pełni zagrożenia, lecz chowając je przed potencjalnymi obserwatorami.
Gdy zimne, Kanadyjskie powietrze uderzyło w jego policzki, rozejrzał się wokół. Jego wzrok zatrzymał się na samochodzie tkwiącym po drugiej stronie ulicy. Zwykła, szara toyota nie rzucała się w oczy. Wyglądała zresztą tak samo, jak auto należące do sąsiadki Walston, pomieszkującej obok.
Z jedną, drobną różnicą litery w przysłoniętej liściem tablicy rejestracyjnej.
Nie wiedział, jak długo ją obserwowali. Podejrzewał, że nie było to szczególnie długim okresem, mógłby o Kiarze powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to, że była nierozważna. Zorientowałaby się wcześniej gdyby ktoś przyglądał jej się z zainteresowaniem.
Gdy ją znalazł, z początku widział wyłącznie ją - chodzącą na pilates, wracającą do domu, pijącą napar z trawy, za który płaciła zdecydowanie zbyt wiele. Dopiero później dostrzegł coś więcej.
Innych, przyglądających jej się z podobnych pozycji, które on obierał.
Czasem mężczyzn, czasem kobiety. Z pewnością szpiegów, takich jak on, takich jak ona - posługujących się dokładnie tymi samymi schematami postępowania. W dodatku kurewsko dobrych, biorąc pod uwagę to, że sam odkrył ich wyłącznie dlatego, że szpiegowali tą samą osobę.
- Dlaczego Toronto? - zagadnął, nie zatrzymując swojego spojrzenia na samochodzie na zbyt długo. Wyglądali jak dwójka spacerujących ludzi, nie zamierzał burzyć tego wrażenia jawnym poszukiwaniem oczu, które mogłyby im się przyglądać. - Łatwiej byłoby ci zniknąć w Europie. Może w Ameryce Środkowej.
Unikał jej pytania, przynajmniej na razie. Nie robił tego w zbyt subtelny sposób, ale subtelność była ostatnim, na czym mu zależało teraz.
Wystarczyło, że ją wyprowadzi z tego osiedla. A później się zobaczy.
- Polubiłaś się z syropem klonowym, Walston? Twoje standardy uległy aż takiemu obniżeniu odkąd wyjechałaś? - dodał zaczepnie, odwracając swój wzrok ku niej, ku barwie fioletu rozciągającej się na jej twarzy. - A może skłonił cię do tego przystojny Kanadyjczyk z ciężką ręką?

oh, i know exactly who you are and what you've done

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: czw paź 29, 2026 1:08 pm
autor: Kiara Walston
Wyszła z wprawy.
Preston Voss zwrócił uwagę na to, czego ona nie dojrzała. Pamiętała markę samochodu, jego kolor, tablicę rejestracyjną o numerach CBPC 344. Wiedziała, że autem jeździ starsza pani o imieniu Patty. Jej pyzowatą buzię okalała burza siwych włosów, a Kiara niejednokrotnie zastanawiała się, czy staruszce nie powinno narzucić się powtórzenia egzaminu na prawo jazdy — nosiła okulary o niepokojąco grubych szkłach.
Nie zauważyła jednak zmiany, która była kluczowa, aby pozostać w ukryciu i p r z e t r w a ć.
Toronto dosadnie zaburzyło rytm, który niegdyś definiował jej codzienność. W ciągłym biegu, napięciu i skokach dopaminowych; praca stała się jej osobistym narkotykiem.
Kiedy zaczęli działać wspólnie, było jeszcze lepiej.
Nocne dyskusje i eskapady. Tony przejrzanych dokumentów. Walston przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie powinna zmienić pracodawcy. Od rodzinnej organizacji, kwiatu półświatka, do CIA. Z piekielnych odmętów, prosto w ramiona amerykańskich aniołów stróżów.
Frank by ją wypatroszył, ale przynajmniej nie musiałaby zostawiać pewnego agenta, który pokazał jej drugą stronę.
Najpewniej dlatego jego bliskość kosztowała ją wiele sprzecznych emocji. Nie wzbudzała strachu w jego naturalnej, ściskającej trzewia istocie, a jednocześnie pobudzała stare instynkty. Ekscytowała i wyostrzała zmysły.
Oddychała wolno; brała głębokie wdechy i obserwowała parę wydostającą się leniwie spomiędzy jej warg przy wydechu. Co jakiś czas delikatnie poruszała palcami; ot dla sprawdzenia, czy uścisk jego dłoni wciąż pozostaje tak samo silny i niezachwiany. Badała teren, weryfikowała możliwości ucieczki.
I choć powinna rozumieć powagę sytuacji, w której się znalazła, skupiała się głównie na charakterystycznym mrowieniu skóry. Tym samym doznaniu, które towarzyszyło jej w Nowym Jorku za każdym razem, kiedy wiedziała, że zaraz go zobaczy.
Tak jakby wcale nie ukrywał naładowanej broni w połach wełnianego płaszcza.
Tak jakby wcale nie pojawił się tutaj, aby odzyskać dysk i poprowadzić ją wprost do ciasnej celi.
Lub do wykopanego specjalnie dla niej dołu.
— Unikasz odpowiedzi — zauważyła. Chłód przyjemnie okalał siną skórę i sprawiał, że ból dokuczał jej odrobinę mniej. — Powiedzmy, że zdenerwowałam kilka osób. Może kilkanaście. Nie miałam czasu na tworzenie misternego planu, musiałam działać szybko. Kiedy szukasz dobrej kryjówki, Toronto nie jest pierwszym miejscem, które przychodzi ci na myśl. I właśnie dlatego jest doskonałe — wzrokiem złapała profil jego twarzy. Każde jego słowo przesiąkało ironią i sarkazmem, ale ona dojrzała żyłkę pulsującą na odsłoniętej skroni.
— Kolejny raz pytasz o mojego chłopaka — cień wątpliwości przemknął przez jej twarz, gdy prawy łuk brwiowy uniósł się wymownie. — Zazdrosny? — zapytała zaczepnie i spojrzała na wprost.
W ich rozmowie nie było przestrzeni na podzielenie się z nim, że paskudny siniak pod okiem faktycznie był pamiątką po zaciśniętej, męskiej pięści.
— Nienawidzę tego miasta. Jest nudne, bezbarwne, powtarzalne. Ludzie są przesadnie mili, a drzewa zbyt zielone. Do tej pory spełniało jednak swoją rolę — powiedziała głosem przesączonym wstrętem. — Tęsknię za Nowym Jorkiem.
Wysokie kozaki na obcasie do tej pory roztaczały wokół nich głuchy stukot — betonowy chodnik roznosił dźwięk na wszystkie strony. Teraz jednak usłyszała — była pewna, że również jemu nie umknęła ta drobna zmiana — czyjeś kroki. Przyspieszone; nie na tyle, aby wzbudzić podejrzenia szarego człowieka, lecz wykrywalne dla profesjonalistów ich pokroju.
— Ktoś za nami idzie — to powiedziawszy, nieznacznie odwróciła głowę, niby to uśmiechając się na Prestona, a w rzeczywistości zerkając na krępego mężczyznę, który ich śledził. Ścisnęła mocniej dłoń Vossa.

if you mean to kill me, just get it over with

you knew the game and played it, it kills to know that you have been defeated

: pt paź 30, 2026 6:21 pm
autor: Preston Voss
Jakże osobliwy wybór kryjówki.
Ze wszystkich miejsc na świecie wybrała właśnie Toronto, miasto do bólu przeciętne, nijakie, pozbawione choćby namiastki ekscytacji, której przecież oboje potrzebowali do życia niemal tak samo mocno jak tlenu.
Mógł zrozumieć potrzebę zniknięcia, odcięcia się od dawnego środowiska i zbudowania nowej tożsamości, ale nie potrafił pojąć, dlaczego zdecydowała się zamienić własne życie w taką pierdoloną farsę.
Znał przecież Kiarę Walston jako kobietę, której nie potrafiło zadowolić nic, co nie wiązało się z ryzykiem, która odnajdywała przyjemność w sytuacjach skłaniających przeciętnych ludzi do panicznego poszukiwania drogi ucieczki.
Tymczasem odnalazł ją w jednym z najnudniejszych miast Ameryki Północnej, z karnetem na pilates i szafką pełną pieprzonej matchy.
Doprawdy fascynujące.
- No nie wiem, moim pierwszym miejscem byłby domek na Karaibach zakupiony za pieniądze ze sprzedanego dysku z tajnymi informacjami - cmoknął w odpowiedzi, beztroska w jego głosie okupiona była dwoma latami dochodzenia do siebie po tym, co się wydarzyło i brzmiała teraz całkiem przekonująco. - Ale najwyraźniej nie znam cię tak dobrze, jak myślałem.
Niedopowiedzenie roku.
Wybrzmiewający za nimi stukot docierał do niego pomiędzy jej bezczelnymi słowami. Miał świadomość tego, że byli obserwowani - to charakterystyczne wrażenie z tyłu głowy nie odpuszczało go ani na krok odkąd wyszli z jej mieszkania. Nie odwrócił się jednak by spojrzeć na ich obserwatorów, zamiast tego pozwalając, by jego usta wykrzywiły się w szelmowskim uśmiechu na dźwięk jej pytania i pozostały tak wykrzywione nawet, gdy usiłowała zmienić temat.
Wystarczyło, że ponownie znalazła się obok, z tym swoim nieznośnie zadowolonym wyrazem twarzy, z głosem, którego barwę pamiętał aż nazbyt dobrze, by uświadomił sobie, że w dalszym ciągu potrafiła wyprowadzić go z równowagi w sposób niedostępny dla jakiegokolwiek innego człowieka. I wciąż miała wystarczająco dużo bezczelności, by posądzać go o bycie zazdrosnym.
- Zazdrosny? - westchnął ostentacyjnie. Gwałtownie zatrzymał ich oboje na chodniku, odwracając w jej stronę. Dłoń, którą wcześniej trzymał schowaną w kieszeni wysunął na zewnątrz, kierując w stronę kobiecej talii. Jego palce zakradły się pod materiał płaszcza, zatrzymały na schowanym pod spodem ubraniem i na krzywiźnie jej ciała. - Zawsze, Kiaro.
Szarpnął, odwracając się w swoich objęciach, pozbawiając równowagi i zmuszając, by odchyliła się do tyłu. Tam, gdzie jej ciało stworzyło przestrzeń, tam pojawiło się jego własne gotowe ją skrócić.
Pochylił się nad jej szyją, muskając wrażliwą skórę czubkiem nosa - gest, który musiał wyglądać na szalenie impulsywny i równie romantyczny w praktyce pozwolił mu spojrzeć ukradkiem w bok, w stronę, z której nadchodził mężczyzna, nieco dalej niż się spodziewał.
I nie tylko on.
- Mężczyzna za nami, kobieta w bluzie na chodniku po drugiej stronie ulicy - mruknął, muskając ustami płatek jej ucha. W jego ciele znów zagościła adrenalina gdy dostrzegł porozumiewawcze spojrzenie między dwójką agentów wysłanych ich cieniem. - Nadal umiesz posługiwać się tym pistoletem, którym we mnie celowałaś?

how easy it is to slide back into this rhytm