Strona 1 z 1

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: wt paź 27, 2026 2:23 pm
autor: Raven Noranha
Anastasia Romanova.
Jeszcze kilka dni temu jej nazwisko wystarczało, żeby przerwał rozmowę w połowie zdania; żeby pozostawił kogoś z otwartymi ustami i własną, najwyraźniej mniej istotną sprawą, bo właśnie rozświetlił się ekran telefonu. Zazwyczaj nie miała do powiedzenia niczego szczególnego. Próba przedłużyła się o godzinę, bolała ją stopa, ktoś otrzymał partię, którą przecież powinna była dostać ona.
Zwłaszcza to ostatnie zajmowało ją nieproporcjonalnie długo.
Anastasia Romanova potrafiła być zachłanna kiedy otrzymywałaa komplementy. Wystarczyło, żeby tylko padł, a ona już czekała na więcej; na wyjaśnienie, co dokładnie mu się podobało, który ruch zapamiętał najlepiej, przy którym przestał patrzeć na kogokolwiek innego.
Potrafił jej odpowiedzieć na każde z nich i co więcej – pamiętał nawet te drobiazgi, których sama nie uznawała za część występu. Przyglądał się jej z uwagą, której później nie potrafił tak po prostu odłożyć razem z programem.
Anastasia Romanova zostawała z nim nawet gdy kurtyna już opadła. W czasie zajęć, którym nie powinna była w ogóle przeszkadzać; pojawiała się gdzieś pod czaszką z tą identyczną łatwością, z którą zajmowała środek sceny.
Do dzisiaj.
Siedział w tym samym fotelu co poprzednim razem, w jednym z pierwszych, choć nie pierwszym, rzędów. Ruch ciała Romanovej przeszedł płynnie od barków ku nadgarstkom, rozwinął się w palcach i zatrzymał dokładnie tam, gdzie powinien, zanim jej ciało podjęło następną frazę.
Była bezbłędna.
Jego fascynacja Anastasią Romanovą dogorywała z każdym kolejnym, perfekcyjnie odtańczonym krokiem. Potrafiłby wskazać moment, w którym wypaliła się całkowicie – gdzieś pomiędzy ostatnim fouetté a wyciągniętą linią arabesque. Wtedy przestał oczekiwać całym sobą na to, co zrobi za chwilę. Zobaczył następny ruch, przyjął go do wiadomości; później jeszcze jeden, tak samo doskonały jak i pozbawiony znaczenia.
I tyle.
Przesunął kciukiem po śliskiej fakturze programu, poświęcając jej więcej uwagi niż tancerce. Jakież to było zznajome. Ta niewielka, frustrująca chwila, w której nadal potrafił wymienić wszystkie powody wcześniejszej fascynacji, ale żaden nie przynosił już tego samego rezultatu.
Anastasia Romanova nagle nie wyglądała już tak samo.
Nie była tak samo piękna, chociaż pomiędzy jednym aktem a drugim nie zmieniła się absolutnie. Światło nadal odnajdywało te same miejsca na jej ciele, ruch pozostawał równie płynny co przez wszystkie wcześniejsze razy;.
Nie ruszało go w niej n i c.
Pozostała mu wiedza, że powinna mu się to podobać i jednocześnie coraz mniejsza ochota, żeby sprawdzać czy zacznie z powrotem. Odpowiedź znał z góry – nigdy nie brzmiała: tak, zacznie.
Kiedy muzyka ucichła, ktoś obok zerwał się z miejsca. Oklaski rozlały się po sali, nierówne, zbyt głośne; on podniósł się również, zabierając program. Anastasia pochyliła głowę przed widownią, wyprostowała się z uśmiechem, pozwalając spojrzeniu odnaleźć znajome jej już miejsce na sali, chcąc go odnaleźć jak po każdym występie.
Nie było go.
Za kulisami panowała już cisza; oklaski ustały, goście powoli wylewali się z teatru, a chwilę wcześniej wyszedł naprzeciw ich kierunkowi. Przedostał się w miejsce, w którym nie powinno go być bez większego problemu, korzystając z chwili nieuwagi personelu. Przy zakręcie korytarza spotkał się z kobietą.
Cofnął się, pozostawiając jej więcej miejsca, a spojrzenie zatrzymał na jej twarzy jedynie na jeden, krótki moment
— Proszę — odezwał się, uprzejmym gestem przepuszczając go przed sobą. I n n a, z w y c z a j n a tancerka nie miała znaczenia w tej chwili. Nie tak wielkiego jak jego gwiazda.
Przyjrzał się krótko nazwisku na drzwiach garderoby, zanim zapukał; doczekawszy się odpowiedzi, nacisnął klamkę.
Dostrzegł ją od razu. Siedziała przed lustrem, z rękami uniesionymi do ciasno upiętych włosów. Zdołała wyjąć z nich kilka wsuwek, ale zatrzymała się, gdy dostrzegła jego odbicie.
— Wyszedłeś przed końcem.
— Przed oklaskami — sprostował łagodnie, przymykając drzwi. Ich drewno zatrzymało się tuż przed framugą, pozostawiając pomiędzy nimi wąski fragment korytarza. — Widziałem zakończenie.
— I?
Podszedł bliżej, zatrzymując się za jej krzesłem. Z lustra patrzyła na niego z tą samą, znajomą niecierpliwością, którą jeszcze niedawno tak chętnie zaspokajał.
— Byłaś doskonała. — Kłamstwo opuściło jego wargi gładko, a zadowolenie pojawiło się przy jej ustach od razu, próżno było na nich szukaj jakiekolwiek skromności.
— Tylko doskonała?
Kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Jeszcze nie tak dano temu również to pytanie sprawiłoby mu przyjemność.
— Trudno cię zadowolić, Anastasio.
— Nic, co powinno cię zaskoczyć
Wyciągnął rękę, kiedy ponownie sięgnęła do włosów i zamknął palce lekko wokół jej nadgarstka, zatrzymując ją, zanim zdążyła wysunąć kolejną spinkę.
— Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobiła — powiedział, z tą samą spokojną uprzejmością co zawsze, na którą i tym razem odpowiedziała niegdyś czarującym uśmiechem. — Pokaż mi zakończenie jeszcze raz.
Your finale will be a duet

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: wt paź 27, 2026 4:35 pm
autor: Elena Santorini
Anastasia Romanova deptała jej po piętach, lecz nigdy nie mogła ich dosięgnąć.
Nie chodziło o to, że zaczęła swój taniec w jakże emeryckim wieku lat sześciu, podczas gdy Santorini wypchnięto z domu gdy miała zaledwie trzy. Nawet nie o to, że Elena uczyła się na deskach prestiżowej La Scali, podczas gdy Romanova ocierała swoje łzy zwrotną odmową z Bolshoi.
Nie była to kwestia ich predyspozycji, które, zdaniem Eleny, Anastasia miała nieco lepsze. Tych paru dodatkowych centymetrów, paru zbędnych kilogramów. Dłuższych palców i węższych bioder, na które nieustannie się skarżyła w sposób, w jaki skarżyli się ludzie przeświadczeni o swojej wysokiej wartości.
Romanova miała całkiem udane życie.
Miała wielu znajomych i przyjaciół, którymi się otaczała, którzy przychodzili na jej występy niezależnie od tego, ile razy wcześniej już je widzieli. Miała kochającą rodzinę, która rozpieszczała ją prezentami pomimo jej dorosłego wieku. Miała swoją karierę w mediach społecznościowych, a przynajmniej tak nazywała ten profil na instagramie, na którym ciągle odpowiadała na cudze wiadomości. Miała jakiegoś fagasa, który wysyłał jej kwiaty i raczył komplementami zawsze, gdy ich łaknęła.
Santorini miała wyłącznie balet.
Czekał na nią każdego dnia rutyną wypracowaną do perfekcji na wzór wojskowego reżimu. Porankiem z tym samym śniadaniem, tą samą torbą wypełnioną tymi samymi przedmiotami, proteinowym szejkiem i kawą. Salą, na której pojawiała się jako pierwsza, godzinę przed początkiem rozgrzewki by najpierw wykonać własną rozgrzewkę.
Nieważne ile serca, bólu i łez Anastasia wkładała w swój taniec, nigdy nie mogła jej doścignąć. Zawsze miała inne zobowiązania, randki, na które musiała się udać, rodzinne wypady za miasto, przyjęcia, które organizowała.
Właśnie dlatego to Santorini była Nikiyą, naturalnie utalentowaną bohaterką tragedii, podczas gdy Romanova musiała zadowolić się rolą Gamzatti, zazdrosnej o nią księżniczki.
Jej muzykalność była jej mocną stroną, kontrola ciała przełamywała się wolnością biednej wieśniaczki, wychylającą w niektórych ruchach zakrawających na spontaniczne. Jako Nikiya wirowała na deskach teatru, przyjmując od niej kosz pełen kwiatów, w którego wnętrzu chował się jadowity wąż.
Jako Nikiya umierała, przekształcając się z żywej, szaleńczo zakochanej kobiety w chłód eterycznego ducha.
Jako Santorini obserwowała.
To, jak noga jej rywalki wędrowała po podłodze choć powinna tkwić w jednym miejscu w trakcie słynnych fouettés. Jak jej nogi drżały, gdy musiała zatrzymać je w miejscu na dłużej. Jak odrobina zachwiania zdradzała jej zmęczenie w trakcie któregoś obrotu, z którego osi niemal wypadała.
Lubiła Romanovą.
Tak długo, jak była przekonana o tym, że tkwiła wciąż gdzieś z tyłu, gdzie nie była dla niej zagrożeniem, nawet bardzo ją lubiła.
Lubiła błyszczeć na jej tle, nawet jeśli nikt z publiki nie był w stanie dostrzec żadnej różnicy między tym, w jaki sposób tańczyły.
W przypływie zadowolenia własnym występem była nawet skłonna zapytać ją, czy nie chciałaby wyskoczyć gdzieś później - głównie jednak dlatego, że Anastasia Romanova była wiecznie zajęta, a ona pragnęła tego wieczoru być miła.
W jej przebieralni wsadziła otrzymane kwiaty do przygotowanego na nie wazonu - naturalnie, tych otrzymanych od pracowników teatru nie zabierała do domu pierwszego wieczora, gdy mieli jeszcze mnóstwo spektakli przed sobą. Lądowały w wodzie, by następnego dnia znów odbierała je z uśmiechem na scenie.
W Mediolanie pozwalali je jej zatrzymać.
Nie spostrzegła nigdzie kobiety zajmującej się ich kostiumami, dlatego też wykorzystała niespotykaną wolność oferowaną jej przez niestandardowe kostiumy La Bayadere i przecisnęła się na korytarz bez obawy o zniszczenie zwykle otaczającego ją tutu. Jak na baletowe standardy czuła się niemal półnago, z krótką bluzką odsłaniającą skórę jej brzucha i długimi cekinami zwisającymi z odzienia, które zostały przez nią niemal wybłagane. Nie chciała, by widać było ciągnącą się przez jej talię bliznę.
Miała być idealna.
Śnieżnobiała, lekka, zwiewna spódnica ciągnęła się za nią gdy przemykała korytarzem, odnajdując drzwi do przebieralni podpisanej nazwiskiem jej zazdrosnej księżniczki.
Zastukała w nie dłonią, krótko, pośpiesznie. Może powinna poczekać na odpowiedź, ale przecież wiedziała, że Romanova zawsze całe wieki rozbierała się ze swojego kostiumu (bo przecież musiała zrobić sobie odpowiednią ilość zdjęć i wrzucić je na insta). Na pewno nie zastałaby jej nagiej.
- Byłaś świetna, Ana - kłamstwo wymknęło się z jej ust z łatwością gdy nacisnęła na klamkę, uchylając przed sobą drzwi.
W poszukiwaniu Any.

there's a serpent among the flowers

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: wt paź 27, 2026 10:52 pm
autor: Raven Noranha
Anastasia Romanova.
Leżała na podłodze, z policzkiem przyciśniętym do chłodnej posadzki i ramieniem wyciągniętym w stronę przewróconego krzesła; palce, jeszcze przed chwilą zaczepione o jedną z jego nóg, podkurczyły się nieznacznie, kiedy ponownie spróbowała podźwignąć ciało. Bezskutecznie. Materiał niezdjętego przez nią kostiumu podwinął się pod jej biodrem, odsłaniając kolano, którym przesunęła po posadzce, nie pokonując nawet tej niewielkiej odległości dzielącej ją od toaletki. Spod przyciśniętej do boku dłoni sączyła się krew.
Było jej więcej przy brzuchu. Na podłodze. Na nadgarstku mężczyzny, który klęczał obok i najwyraźniej nie zamierzał pomóc jej wstać. Zamiast tego wsunął palce między jej włosy i schwycił u ich nasady, a następnie uniósł jej spojrzenie ku lustru.
Pędzel pozostawił na tafli czerwone pociągnięcie, zwężające się dopiero przy końcu, gdzie nacisk ustąpił i zlepione włosie oderwało się od powierzchni. Obok ciągnęły się następne; niektóre już przeschnięte, inne wciąż połyskujące w świetle żarówek, wszystkie zebrane w sylwetkę tancerki. Spódnica pozostawała niedokończona. Przy jej krawędzi krew spływała cienką strużką.
Nie tak wyobrażał sobie zakończenie tego wieczoru.
Właściwie rzecz biorąc: nie poświęcił mu wcześniej wiele uwagi. Anastasia poświęcała mu jej dostatecznie dużo za nich oboje, jeszcze przed spektaklem wspominając o miejscu, do którego mogliby później pójść; o ludziach, których chciałaby mu przedstawić, i sukience, którą najwyraźniej powinien był pamiętać. I pamiętał. Nie rozumiał jedynie, dlaczego miałaby sądzić, że będzie chciał zobaczyć ją ponownie skoro pokazała mu ją już wcześniej.
Ją również przecież widział.
Na scenie, przy stole, z głową odchyloną w śmiechu i ustami, które tak chętnie układały się w jego imię; w żadnej z tych wersji nie pozostało ostatecznie nic, czemu chciałby przyglądać się jeszcze dłużej. Choć teraz jednak jego wzrok zatrzymał się na jej dłoni. Na palcach rozprostowujących się przy kolejnym wysiłku związanym z ruchem, drobnym drżeniu, kiedy ponownie usiłowała znaleźć dla siebie.
Jeszcze przed chwilą potrafiła utrzymać ciężar całego ciała na czubkach palców.
Jakież to było rozczarowujące.
Byłaś świetna, Ana. umknęło gdzieś z tyłu jego głowy; zarejestrowane, ale odepchnięte na inny plan w ekstrazie.
Pędzel zatrzymał się przy tafli. Nie z powodu głosu, po prostu Anastasia poruszyła się gwałtowniej, pociągając za sobą materiał, na którym zdążył oprzeć kolano. Spojrzał w dół, na jej głowę odwracającą się ku drzwiom, później odrobinę dalej, odnajdując w lustrze kobietę.
— Elena… — wydostało się z jej ust, niewyraźnie, z oddechem urwanym pomiędzy kolejnymi sylabami; dłoń oderwała się od boku i przesunęła po posadzce, pozostawiając za sobą ślad, któremu on przyjrzał się z mimowolnym zainteresowaniem. — Pomóż mi.
Proszę nie było już słychać. Pozostało w poruszeniu warg, w jej wyciągniętych rozpaczliwie palcach i spojrzeniu, którym uczepiła się wejścia. Nie powinien był zostawiać uchylonych drzwi. Ot, niewielkie niedopatrzenie, którego konsekwencje stały właśnie przy wejściu w białym kostiumie. Nie zamierzał jednak poświęcać im teraz całej uwagi skoro Anastasia znowu usiłowała się podnieść, podciągając kolano pod brzuch i psując ułożenie materiału, któremu przed chwilą nadał właściwy kształt.
— Anastasio.
— Proszę…
— Wiem — odpowiedział łagodnie, chociaż tak naprawdę nie sądził, żeby rzeczywiście wiedział. Domyślał się jedynie, czego mogła od niego oczekiwać; było w tym zresztą coś nużąco znajomego, to przekonanie, że wystarczy poprosić; znaleźć odpowiednie słowo albo ton, który skłoni go do zmiany zdania.
Ostrze błysnęło krótko w jego drugiej dłoni. Anastasia szarpnęła się, urywając kolejną próbę wypowiedzenia imienia koleżanki; przytrzymał ją, dopóki napięcie nie ustąpiło, a potem opuścił na podłogę, powoli, żeby głowa nie uderzyła o płytki. Włosy rozsypały się przy policzku. Odsunął jedno z pasm, które przylgnęło do ust, i dopiero wtedy cofnął palce.
Ostatnie drżenie pozostało mu pod palcami jeszcze wtedy, kiedy jej ciało zdążyło już znieruchomieć. Czuł ją; tę chwilę, w której napięcie ustąpiło pod jego dłonią, chociaż przecież jeszcze przed momentem żywa istota próbowała unieść głowę, poruszyć ręką, wydobyć z siebie następne słowo. Przyglądał się jej rozchylonym ustom i nagle nabrał powietrza głębiej niż zamierzał.
Odezwało się.
Najpierw pod mostkiem, ukłuciem za żebrami, wręcz rozbrajająco boleśnie; zaraz potem napięcie podeszło do gardła, osiadając u nasady szczęki. Coś zapadło się w nim gwałtownie, pociągając za sobą tę nużącą obojętność, z którą jeszcze niedawno przyglądał się sztuce scenie. Przez krótką chwilę zabrakło mu nawet myśli, którą mógłby temu nadać odpowiedni kształt.
Zaciągnął zapach krwi, który teraz wypełniał kolejny wdech, zatrzymując go na moment w płucach. Przesunął kciukiem po jej policzku, rozcierając pozostawioną smugę; kącik ust drgnął mimowolnie, a oddech opuścił go w cichym, niemal zadowolonym westchnieniu.
Jakże mało zostawało mu później z pamięci o tym uczuciu.
Pamiętał wszystkie szczegóły; pomiędzy jednym takim momentem a drugim nosił jednak zaledwie wiedzę, że kiedyś były; mgliste ich echo, którego nie dało się przywołać i posmakować. Potrzebował nasycić się dostatecznie mocno, żeby później nie musieć znowu szukać.
Bo wiedział, że będzie musiał.
Uniósł spojrzenie ku lustru, zatrzymując je na czerwonych liniach. Dopiero pomiędzy nimi dostrzegł ponownie odbicie kobiety; czerwień przecinała biel jej kostiumu, sięgając aż ku jej twarzy, której wcześniej nie poświęcił większej uwagi. Teraz przesunął po niej spojrzeniem wciąż z resztką tamtego uśmiechu na ustach. Byłaś świetna, Ana. Słowa wróciły do niego z opóźnieniem odnajdując wreszcie miejsce pomiędzy tym wszystkim, co dotąd zajmowało jego uwagę.
— Świetna — powtórzył, nie odwracając się do niej. Łuk brwiowy drgnął bezwiednie przy tym słowie. — Naprawdę tak pani uważa?
Art should terrify.

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: śr paź 28, 2026 1:03 am
autor: Elena Santorini
Ciche słowo dotarło do niej jako pierwsze.
To nie tak, że jej zdolność widzenia miała w tej chwili problemy z dostrzeżeniem sytuacji, w którą wkroczyła. To jej zdolność pojmowania była bardzo ograniczona, przyswajając każdy z jej aspektów powoli, jeden po drugim, za to z niemal nieznośną dokładnością.
W garderobie Anastazji Romanovej było bardzo cicho. Było to dość nienaturalne - zwykle rozmawiała z kimś przez telefon, bądź nagrywała głosówkę czy jakieś pieprzone story, relacjonując przebieg swojego spektaklu. Nawet, jeśli pomieszczenia nie wypełniał jej głos, robiło to coś innego - muzyka bądź filmy. Romanova nie potrafiła przetwarzać stresu w ciszy.
Santorini wolała alkohol i uwagę obcych jej mężczyzn.
W garderobie Anastazji Romanovej było też pusto.
Wzrok brunetki spoczął na miejscu, w którym zwykle siedziała, nie napotykając znajomej sylwetki, brzydko pochylonej nad blatem bądź przyglądającej się w lustrze. Było to wysoce dziwne, ponieważ Anastazja Romanova zwykle się w nim przeglądała - przed, po, gdyby mogła, to nawet w trakcie spektaklu.
Tym razem jednak Romanova była zajęta.
Tym razem lustro pokryte było krwią.
Jej serce zgubiło rytm gdy zatrzymała się w przejściu, z dłonią wciąż wspartą o klamkę, z jej nieskazitelnym, białym strojem opierającym się o z pewnością brudną framugę. Jej wzrok spoczął na lustrze, na krwistym obrazie, którego znaczenia nie pojmowała. Nie dostrzegała kształtów, nie dostrzegała intencji - jedynie szkarłat, czerwień, od której panika wypełniła jej ciało, tańczyła w krwiobiegu.
Szkarłat, który przebudowywał ją od środka - chwytał mieszkankę Toronto, przekształcał ją w mieszkankę Mediolanu. Burzył ciasne ściany garderoby, stawiał przestronne, jasne ściany jej rodzinnej posiadłości. Wymieniał brzydki, ubrudzony krwią dywan na gładką posadzkę, na której powierzchni krew błyszczała się w półmroku.
Dopiero po chwili ją dostrzegła, nawet pomimo cichej prośby.
Z jakiegoś powodu wierzyła, że Romanovej tu nie było, skoro nie siedziała na swoim miejscu. Jej umysł, tak zafiksowany szkarłatem, dostrzegł ją dopiero później, dostrzegł jej ułożone ciało, rozsuniętą spódnicę. Dłoń wyciągniętą, jakby w jej stronę, wzrok panicznie utkwiony w niej.
Mężczyznę tkwiącego przy niej.
Jego ciemną sylwetkę, ubraną elegancko, wręcz prosto w kontraście do fantazyjnego przebrania Anastazji. Ostrze w jego dłoni.
Ostrze zagłębiające się w jej szyi.
Santorini zamarła, przekształcona w lodową figurę. Tkwiła wciąż w drzwiach, częściowo uchylonych, zasłoniętych jednak jej własnym ciałem i rozkloszowaną spódnicą. Tkwiła w miejscu patrząc, w swoim horrorze, na Śmierć.
W tym samym horrorze dostrzegła to, jak wyglądało jej ciało spoczywające na ziemi.
Gamzatti nagle wydawała jej się bardzo podobna do niej samej. Jej włosy były jaśniejsze, lecz wciąż były brązowe, spięte w ten sam, skomplikowany kok, z którego część pasm zdążyła już umknąć. Makijaż sceniczny, którym ozdobiona była jej twarz był prawie taki sam, jak ten na twarzy Eleny - przeznaczony do bycia oglądanym z daleka, w ostrym blasku świateł. Strój, który miała na sobie, miał ten sam krój i budowę, różnił się jedynie kolorem.
Nagle nie patrzyła na Anastasię.
Patrzyła na zamordowaną Nikiyę, w której bukietach kwiatów chował się wąż.
Gdyby ktoś wydał jej polecenie znalezienia odpowiedniej baletnicy, czy zabójca znałby różnicę? Czy rozpoznałby dwie kobiety o zbliżonej posturze i sylwetce, ubrane w ten sam sposób, z włosami związanymi tak samo, z tym samym makijażem?
Nagle patrzyła na siebie.
Niski, męski głos zmusił jej wzrok do oderwania od pustej twarzy niegdysiejszej rywalki. Do przeniesienia go w stronę tkwiącego obok mężczyzny. Nie słyszała nawet pytania, które jej zadał. Widziała wyłącznie jego oblicze, krew wypełniającą pomieszczenie, nóż w jego dłoniach.
- Sei qui per me? - odpowiedziała cicho, uparcie tkwiąc w tym przejściu. Zorientowała się, że drży, dopiero po szczęku klamki trzymanej w jej dłoni.
Klamki, której wciąż nie potrafiła puścić.

death has a face

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: śr paź 28, 2026 2:56 pm
autor: Raven Noranha
Czerwień krwi miała dźwięk – był on niski, przeciągły, wciskający się pod mostek, kiedy przesuwał spojrzeniem wzdłuż pozostawionych na tafli pociągnięć; przy ich końcach wybrzmiewał ciut inaczej, wyżej, aż napięcie spod żeber przenosiło się pod szczękę i zmuszało go do powolnego rozchylenia ust i zebrania powietrza. Zapach krwi rozwinął się przed nim ciemną smugą, dostrzegalną w świetle żarówek; przez krótką chwilę wydawało mu się, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, żeby zaczepić o nią palcami.
Wszystko było tak zniewalająco wyraźne.
Biel odbijającego się w lustrze kostiumu; obok połysk wilgotnej kreski, która jeszcze nie zdążyła zaschnąć. Jego własna dłoń, na której krew zbierała się przy zgięciach palców; poruszył nimi nieznacznie czując jak skóra napinała się pod przysychającą warstwą.
Chciał j e s z c z e.
Jeszcze jednego oddechu, w którym powietrze wypełni mu płuca metaliczną chmurą; jeszcze chwili, w której patrzenie sprawiało, żeby poczuł ucisk pod żebrami. Tak n i e w i e l e przecież wymagał. Świat nie musiał – nie, nie powinien – za każdym razem odbierać mu tego równie szybko, jak pozwalał mu to odnaleźć.
A mimo to czerwień zaczęła cichnąć.
Przy następnym wdechu zapach wciąż pozostał ostry i metaliczny, ale smuga zdążyła już rozproszyć się przed jego oczami; światło zatrzymało się na szkle i tak zwyczajnie na nim pozostało, nie wprawiając malunku w rucj. Przesunął wzrokiem po tej samej linii, której przed chwilą nie potrafił przestać oglądać.
Była nierówna. Była brzydka.
K o n i e c.
Powinien był przyzwyczaić się do tego powrotu; do tej pustki. Do bladej codzienności, pozbawionej kolorów. Jakież to było nużące.
Szczęk klamki przeciął ciszę, przywracając jego uwagę dłoni kobiety. Zauważył, że drżała. Przyglądał się jej w lustrze z uprzejmym uśmiechem, który pozostał na ustach, chociaż dawno przestał mieć związek z tym, co działo się pod jego skórą. Nie był aż tak błogi. Jego spojrzenie nie było aż tak nieobecne. Źrenice nie były aż tak szerokie. Swój wzrok zatrzymał na palcach zaciśniętych przy klamce, później przesunął wyżej aż sięgnął nim twarzy.
Obserwował ją czujnie; czekał na następny ruch – na cokolwiek, co mogłoby tę chwilę skomplikować. Na drgnięcie mięśni, zapowiadających próbę ucieczki; na ucisk na wysokości szyi, który poprzedziłby krzyk.
Ale ona trwała w miejscu; nie: niewzruszona. Zatrzymana w czasie i w przestrzeni. Element, którego nie planował zamieścić w swoim dziele.
Podniósł się powoli, prostując plecy i dopiero wtedy odwrócił ku kobiecie.
Światło układało się na niej łagodnie; łagodniej niż na czymkolwiek innym w tym pomieszczeniu. Łagodniej niż osiadało na Anastasii. Zatrzymywało się przy kościach policzkowych, spływało ku ustom i gubiło gdzieś pod linią szczęki, pozostawiając cień, za którym jego spojrzenie podążyło aż do szyi.
Przechylił nieznacznie głowę, nie spuszczając z niej spojrzenia.
Sceniczny makijaż przedłużał linię oczu i nadawał im wyrazistość;. Dostrzegał cień rzucany przez jej długie, gęste rzęsy, dostrzegał również delikatne zagłębienie ponad górną wargą i widoczną, nawet stąd, miękkość dolnej.
Spojrzenie zsunął po jej sylwetce, choć nienatarczywie. Nie taksując jej wzrokiem, a podziwiając jak dzieło sztuki, którym była. Było w niej coś, czemu biel jej kostiumu służyła wyjątkowo dobrze.
Sei qui per me?
Znajomy układ sylab zaczepił o pamięć i poruszył w niej coś od dawna nieużywanego; dopiero później jego umysł odnalazł dla nich znaczenie, odkurzając język, którym ostatnio posługiwał się bardzo rzadko.
Uniósł łuk brwiowy nieznacznie. Jej pytanie było interesujące. Osobliwe, jak na tę okoliczność. Jak na to, że był tutaj, nie w jej garderobie. Nad cudzym ciałem; nie nad jej własnym.
Przeniósł spojrzenie z jej ust ku oczom, a sztylet obrócił się powoli pomiędzy jego palcami; ostrze zebrało na krótką chwilę światło lampy i mrugnęło nim przez moment.
— Vuoi che io sia qui per te? — Słowa te nie ułożyły się tak gładko jakby sobie tego życzył. Pomiędzy jednym a drugim pojawiła się drobna zwłoka, niepewność co do poprawności dobieranych słów; swój własny akcent usłyszał wyraźnie, ten sam, który zdradzał go również wtedy, gdy mówił po angielsku. — Nikiyo?
Pamiętał ją ze sceny. Biały kostium, kosz kwiatów, śmierć. Wszystko idealne, a jednak inne.
— Powiedziałaś, że była świetna — powtórzył jej słowa, już nie w formie pytania a konstatacji. — A teraz? Co o niej sądzisz? — spytał, przesuwając spojrzenie na pozbawione ruchu, pozbawione życia ciało. Na spojrzenie, które zgasło parę długich chwil temu; na rozlany po posadzce szkarłat, miejscami zebrany w nieregularne smugi.
Only to the audience do I show my true face

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: śr paź 28, 2026 8:38 pm
autor: Elena Santorini
Błysk odbitego światła lampy wyglądał niemal porozumiewawczo. Zawiesiła na nim swój wzrok, na ostrzu dzierżonym przez obcego mężczyźnie, na jego powierzchni wciąż zbroczonej obcą, szkarłatną krwią.
Ostrzu niewiele innym od tego, które zagłębiło się w jej trzewiach, znalazło drogę między jej żebrami, zostawiając po sobie paskudną bliznę - bliznę misternie przykrytą dodatkową ilością cekinów spływających złotem z jej białego kostiumu.
Jej dłoń uparcie trzymała się klamki - niemal tak samo uparcie, jak jej ciało tkwiło w przejściu. Gdzieś z tyłu dobiegły ją odległe głosy wychodzących członków obsady. Odgłosy rozmów, śmiechu, świętowania udanego spektaklu, może narzekania na wszystko to, co poszło nie tak.
Odgłosy życia.
Przedzierały się do niej przez grubą warstwę otaczającej ją śmierci, przytłumione, obce. Nie rozpoznawała w nich głosów osób, które znała, w ich języku nie docierały do niej konkretne słowa. W chwili, w której wkroczyła do tej garderoby znów znalazła się w innym świecie, nie przynależąc do tego, który znajdował się po drugiej stronie zatrzymującego ją progu.
Śmierć była znajoma.
Podążała jej śladem aż z Mediolanu i wyglądało na to, że wreszcie ją odnalazła. Nie w jej pieprzonym mieszkaniu w Parkdale, nie na ulicy, ale w miejscu, które jako jedyne niosło ze sobą namiastkę prawdziwego domu. W teatrze, w którym wybrzmiewała znajoma muzyka, w strojach przypominających te, które nosiła na ojczystej ziemi.
Ale w obcej garderobie. To nie ona leżała na ziemi, nie jej ciało przykrywał szkarłat, nie nad nią pochylała się obca sylwetka nieznanego mężczyzny.
Jakaś jej cząstka dostrzegła z absurdalną ironią, że Anastasia Romanova nawet w umieraniu usiłowała deptać jej po piętach - ale w tym udało jej się ją przegonić.
Jego słowa zapaliły ostrzegawcze lampki w jej głowie. Włoski płynął w jej żyłach i duszy, włoski łączył ją z wszystkimi bliskimi w ciągu całego jej życia.
Ale Włoski na Kanadyjskiej ziemi, nieprzynależący do jej kuzyna bądź należących do niego ludzi, mógł oznaczać wyłącznie Śmierć.
- Niekoniecznie - odrzuciła z początku, powracając do komfortu powierzchowności tej rozmowy w języku angielskim. Jej usta, wciąż pokryte intensywną, czerwoną szminką najlepiej widoczną ze sceny były suche, oblizała je bezwiednie, odruchowo. Idiotyczny gest, zważając na okoliczności. Czymże była odrobina niewygody w kontekście leżącego przed nią ciała? - Ma la decisione non spetta mai a me.
Zmusiła się do przeniesienia spojrzenia na twarz leżącej na ziemi Romanovej. Iskierka żalu przemknęła przez jej spetryfikowane serce, zbyt słaba by zalać ją smutkiem bądź żałobą. W obliczu własnej śmierci, Santorini nieszczególnie miała w sobie wystarczająco empatii by przejmować się cudzą.
- Teraz jest martwa - odpowiedziała, krótko, sucho wręcz, ale nie rozumiała celowości jego pytania. Romanova nie była teraz ani dobra, ani beznadziejna, była po prostu nieżywa. Tkwiła już z Bogiem, w piekle lub niebie w zależności od tego, ile grzechów zdążyła popełnić w ciągu swojego niezbyt długiego życia.
- Dlaczego ją zabiłeś? - wyrwało jej się, w desperackiej, złudnej nadziei, że być może Anastasia Romanova zasłużyła sobie na swój los, może wcale Santorini nie musiała go podzielić. Odpowiedź mężczyzny była wymijająca, niczego jej nie mówiła i choć jej serce wybijało szaleńczy rytm, a ciało drżało na widok błysku noża, jej umysł wciąż czepiał się żałosnej nadziei na to, że uniknie tego samego losu. - Co zrobiła?
Śmierć nie była sztuką, była narzędziem.
Sposobem na wywarcie nacisku, na ukaranie osoby, która na tę karę zasłużyła. Metodą uratowania innych istnień i zawarcia odpowiednich układów. Śmierć była narzędziem, którym jej rodzina posługiwała się z wprawą, nigdy jednak nie była bezcelowa - nawet, jeśli taka się wydawała.
Cóż mogła osiągnąć śmierć kogoś takiego jak Anastasia Romanova?

why are you here, if not for me?

death is certain, but killing doesn't have to be ugly

: czw paź 29, 2026 9:50 am
autor: Raven Noranha
O śmierci mówiono zazwyczaj tak, jakby była końcem. Końcem kogoś, końcem dobrego nastroju, końcem rozmowy.
Jakże wiele w ten sposób pomijano.
Anastasia przez cały wieczór zabiegała przecież o to, żeby na nią patrzono. Poddawała ciało wyuczonej dyscyplinie, zatrzymywała dłonie i stopy dokładnie tam, gdzie wymagała tego choreografia, i z taką starannością układała twarz, zanim zwróciła ją ku widowni. Czarowała swoim uśmiechem, swoim pięknem.
Teraz jest martwa.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.
Uśmiech pozostał na jego ustach, choć pojawiło się przy nim coś jeszcze; niewielkie zawahanie, z którym spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, jakby szukał na niej dalszej części odpowiedzi. Może potrzebowała chwili. Pozwolił jej wybrzmieć, zatrzymując wzrok przy wargach, później odnalazł nim ponownie jej oczy.
— To oczywiste. — Powiedział to łagodnie; potwierdzenie czegoś, co oboje mogli przecież zobaczyć, nie wymagało od niego niczego więcej. Anastasia leżała na podłodze, w szkarłatnej kałuży i nie oddychała. Wszystko to pozostawało dostatecznie czytelne, nawet dla kogoś, kto nie miał okazji oglądać ostatniego drżenia jej mięśni z równie niewielkiej odległości co on. — Ale nie o to pytałem. — Przechylił głowę odrobinę, wciąż z tą samą niemal uprzejmą konsternacją.
Na scenie potrafiła przecież opowiedzieć znacznie więcej, nie otwierając przy tym ust. Wystarczało ułożenie nadgarstka, zmiana kierunku spojrzenia, ruch, który przechodził przez całe jej ciało, zanim znalazł zakończenie w palcach. Nie potrzebowała wyjaśniać publiczności, co właśnie oglądała; pozwalała jej to poczuć, prowadząc uwagę z łatwością, której sam zdążył poświęcić zbyt mało własnej.
Może dlatego spodziewał się czegoś więcej.
Obserwował jej napięcie pozostające w ramionach, jej palce, które wciąż nie wypuszczały klamki; zastanawiał się przez moment, czy w ogóle istniała teraz odpowiedź, którą potrafiłaby mu podarować. Jej wzrok zatrzymywał się przecież przy ostrzu i być może to był ten problem. Być może poświęcała mu zbyt dużo uwagi i omijało ją to, co najistotniejsze.
Co zrobiła Anastasia Romanova, że teraz leżała w bezruchu, tonąc we własnym szkarłacie?
Musiała przecież coś zrobić, sięgnąć po coś niewłaściwego, powiedzieć za dużo; pozostawić po sobie powód, który można było wskazać palcem i przez to przyjąć, że jej koniec miał przyczynę. Przyglądał się Elenie, zastanawiając się, co zmieniłaby dla niej taka odpowiedź. Czy palce rozluźniłyby się przy klamce? Wątpliwe. Czy przestałaby śledzić każdy błysk światła przesuwający się po metalu? Mało prawdopodobne.
Trudno było też wyjaśniać komuś kolory, które przed momentem znowu przestały istnieć. Sam nosił za żebrami zaledwie pamięć po ich ciężarze; jego umysł już z wolna zdołał je rozmazać i znów stać się otępiały. Szary, bez kolorów, bez uczucia.
Próbował niejednokrotnie; nigdy nie został zrozumiany. Przyzwyczaił się więc, że ten konkretny rodzaj sztuki, który pobudzał nawet i jego, jest zarezerwowany jedynie dla niewielu. Bo niewielu było w stanie ją pojąć.
Głosy w oddali były problemem; nieważne jak odległe – przypomniały mu o jego własnym niedociągnięciu, które teraz wrysowało nieplanowaną sylwetkę na obraz spod jego ręki. Jedna nieprzewidziana obecność, nieważne jak piękna, wystarczała.
— Vieni da me — powiedział, sięgając znów do nieużywanego od dawna języka. Znów brzmiąc nieidealnie; znów karcąc się za to w myślach. Wolną dłoń wysunął w geście zaproszenia. — I zamknij, proszę, za sobą drzwi.
Elena Santorini