Strona 1 z 1

006.

: wt paź 27, 2026 11:07 pm
autor: Beatriz Gonzalez
006.
Sawyer Wright


Tydzień okazał się wystarczająco długi, żeby zdążyła pożałować własnej decyzji przynajmniej kilkanaście razy, i zdecydowanie zbyt krótki, żeby wymyślić cokolwiek lepszego.
Gonzalez nie lubiła sytuacji, nad którymi nie miała kontroli. Przez lata pracy w policji nauczyła się, że improwizacja bywa niezbędna, ale nie powinna zastępować przygotowania. Należało znać teren, rozumieć motywacje ludzi, przewidywać możliwe reakcje i mieć przynajmniej jedno wyjście awaryjne. Tymczasem tym razem nie miała ani jednego rozsądnego planu. Miała kilka informacji, człowieka, któremu nie ufała, i nadzieję, że ich interesy okażą się na tyle zbieżne, by żadne z nich nie uznało drugiego za zbędny problem.
Nie wiedziała, czego spodziewać się po ponownym spotkaniu z Sawyerem. Mógł wysłuchać jej i uznać, że warto pomóc jej dotrzeć do Reeda. Mógł też dojść do wniosku, że nie ma mu nic do zaoferowania, a ona sama tylko komplikuje mu życie. Wtedy pozostawało pytanie, co zrobi z kimś, kto wiedział już wystarczająco dużo, żeby stać się niewygodnym. Pamiętała siłę jego palców zaciśniętych na kurtce, krótkie szarpnięcie i chłodny spokój, z jakim przypominał jej, że nie zamierza tolerować prób manipulacji. Nie potrzebowała więcej, by zrozumieć, że nie był człowiekiem, którego należało lekceważyć.
Mogła jeszcze się wycofać. Ta myśl wracała do niej szczególnie często po kolejnych dniach spędzonych w archiwum, gdzie ciszę przerywał jedynie szelest papierów i odgłos przesuwanych pudeł. Nie była to praca, której się wstydziła. Potrafiła docenić zajęcie wymagające cierpliwości, a nawet wśród zapomnianych dokumentów znajdowała tropy, które mogły okazać się przydatne. Problem polegał na tym, że nie skierowano jej tam ze względu na szczególne predyspozycje do porządkowania starych akt. Znalazła się na uboczu, z dala od spraw, w których mogłaby jeszcze wykazać się jako policjantka, i doskonale wiedziała, co oznaczało to dla jej dalszej kariery.
Była sierżantem i blokowała miejsce. Nie musiała słyszeć tego wprost. Wystarczały urywane rozmowy na korytarzach, spojrzenia odwracane odrobinę zbyt szybko i zdawkowe powitania ludzi, z którymi jeszcze niedawno pracowała. Niektórzy nie ukrywali irytacji, inni woleli zachowywać dystans, jakby zwykła rozmowa mogła ściągnąć na nich niepotrzebne kłopoty. Betty nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie brał ją za rękę ani zapewniał, że wszystko jakoś się ułoży. Chciała jedynie wiedzieć, że w razie czego nie zostanie zupełnie sama. Tymczasem komenda, która przez lata stanowiła dla niej naturalny punkt odniesienia, przestała być miejscem, w którym mogła czuć się bezpiecznie.
Po raz pierwszy od dawna nie była nawet pewna, czy powinna szukać pomocy właśnie tam. Bała się, że ktoś ją dorwie. Że pewnego dnia znajdzie się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, a człowiek, który od kilku tygodni krążył gdzieś na obrzeżach jej życia, okaże się znacznie bliżej, niż przypuszczała. Czasem wystarczał samochód jadący za nią przez kilka kolejnych przecznic, by zaczęła sprawdzać odbicia w witrynach i zapamiętywać twarze mijanych przechodniów. Wiedziała, że nie każdy zbieg okoliczności musi zwiastować kłopoty, ale sama świadomość, że nie potrafi już odróżnić zwykłej ostrożności od narastającego lęku, działała jej na nerwy.
Przecież była policjantką. Powinna wiedzieć, jak postępować, gdzie szukać wsparcia i co zrobić, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli. Zamiast tego siedziała w archiwum, a po godzinach próbowała dotrzeć do byłego partnera przez ludzi, z którymi nigdy nie powinna była mieć nic wspólnego.
Nie chciała układać się z półświatkiem. Nie zamierzała usprawiedliwiać podobnych układów koniecznością ani przekonywać samej siebie, że cel uświęca środki. Wiedziała, jak łatwo kolejne ustępstwa zaczynają wyglądać na niezbędne, aż w końcu człowiek przestaje pamiętać, gdzie właściwie przebiegała granica, której obiecywał sobie nie przekraczać. A jednak nie widziała innego wyjścia. Daniel Reed zniknął, a Sawyer Wright mógł okazać się jedyną osobą, która zdoła go odnaleźć.
Po spotkaniu na tyłach baru próbowała przekonać samą siebie, że nie powinna do niego wracać. Pamiętała zimno przemoczonych ubrań, ucisk jego dłoni na ramionach i własny strach, który musiała tłumić, żeby nie zdradzić, jak niewiele ma do zaoferowania. Pamiętała również jego reakcję na nazwisko Rooke'a. Krótką, niekontrolowaną, zbyt wyraźną, by uznać ją za przypadek. Właśnie dlatego po kilku dniach przestała szukać kolejnych powodów, żeby odpuścić. Jeśli tamten człowiek rzeczywiście coś dla niego znaczył, być może wciąż miała czym go zainteresować.
Nie ufała mu. Nie miała też pewności, czy sama nie popełnia właśnie błędu, którego konsekwencje przyjdzie jej później ponieść. Ale Sawyer zgodził się spotkać ponownie, a to było więcej, niż miała wcześniej. Pozostawało jej spróbować. Reszta zależała od człowieka, którego intencji nie potrafiła odczytać.
W dniu spotkania przez większą część popołudnia łapała się na sprawdzaniu godziny. Próbowała skupić się na dokumentach, bezskutecznie wracała do tych samych notatek, a kiedy w końcu zamknęła ostatnią teczkę, nadal nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć najemnikowi. Miała informacje, lecz nie miała planu. Miała pytania, na które potrzebowała odpowiedzi, ale żadnej gwarancji, że mężczyzna siedzący po drugiej stronie stolika zechce jej udzielić. Nie wiedziała nawet, czy potrafiłaby przekonać go do współpracy, gdyby od razu uznał, że nie jest mu do niczego potrzebna.
Ostatecznie wyszła z domu, zanim zdążyła po raz kolejny zmienić zdanie.
Betty zatrzymała się po drugiej stronie ulicy, pozorując zainteresowanie ekranem telefonu, choć od kilku minut nie przeczytała ani jednego słowa. Przez szybę widziała jedynie fragment wnętrza: żółtawe światło, odbijające się w zabrudzonym szkle, sylwetkę barmana i kilku ludzi siedzących przy ladzie. Resztę pożerał półmrok.
Wzięła głębszy oddech i ruszyła w stronę wejścia. Miała suche włosy, związane w niedbały kucyk, z którego wydostawały się krótkie, sprężyste loczki, opadające przy skroniach i karku. Ciemne dżinsy, prosta kurtka i wygodne buty nie wyróżniały jej spośród mijanych przechodniów. Nie chciała wyglądać jak policjantka. Nie chciała też sprawiać wrażenia, że przyszła na spotkanie, którego się boi. Nie była pewna, czy udało jej się osiągnąć którekolwiek z tych założeń.
Nacisnęła klamkę.
Wnętrze przyjęło ją przytłumionym zgiełkiem rozmów i zapachem alkoholu, starego drewna oraz smażonego jedzenia. Muzyka sączyła się z głośników zawieszonych gdzieś nad barem, nie na tyle głośno, by zagłuszyć brzęk szkła czy urywki zdań dobiegające z sąsiednich stolików. Światło było nierówne, bursztynowe nad ladą i znacznie słabsze przy ścianach, gdzie cienie zasłaniały twarze ludzi, którzy wybrali miejsca z dala od przejścia.
Drzwi zamknęły się za nią z głuchym stuknięciem.
Beatriz przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku. Przy barze siedziało kilku mężczyzn. Jeden pochylał się nad szklanką, drugi rozmawiał z barmanem, nie odrywając łokcia od blatu. Przy stoliku pod ścianą dwaj gracze pochylali się nad kartami, a ich rozmowa urwała się na krótką chwilę, kiedy przechodziła obok. Nie wiedziała, czy rzeczywiście na nią spojrzeli, ale odnotowała ich obecność i ruszyła dalej.
Nie rozglądała się ostentacyjnie. Mimo to rejestrowała układ pomieszczenia niemal automatycznie: drzwi prowadzące na zaplecze, wąskie przejście między stolikami, wyjście za plecami i barmana, który na moment przerwał wycieranie szklanki, by podnieść na nią wzrok. Wszystko to było odruchem, którego nie potrafiła się pozbyć. Nawet poza służbą wciąż oceniała otoczenie tak, jakby od tego zależało, czy uda jej się bezpiecznie wrócić do domu.
Nie była na służbie, przypomniała sobie. Przyszła porozmawiać z człowiekiem, który być może pomoże jej odnaleźć Reeda. Tyle że ciało nie chciało przyjąć tego wyjaśnienia. Mięśnie karku miała napięte, palce zaciskały się na pasku torebki, a każdy głośniejszy śmiech dochodzący z sali sprawiał, że na moment wyostrzała uwagę. Nie wiedziała, czy bardziej obawiała się tego, co mógł zrobić Sawyer, czy tego, co sama będzie zmuszona zrobić, żeby uzyskać od niego pomoc.
Wtedy dostrzegła g o w głębi sali.
Siedział przy stoliku odsuniętym od głównego przejścia, dokładnie tam, gdzie mieli się spotkać. Ciemna kurtka zlewała się z cieniem rzucanym przez ścianę, a światło padające z boku wydobywało jedynie fragment jego twarzy i linię ramienia. Nie musiała widzieć go wyraźnie, żeby rozpoznać znajomą sylwetkę. Pamiętała ją dostatecznie dobrze z tamtego wieczoru, podobnie jak siłę jego palców i spojrzenie, w którym przez krótką chwilę zobaczyła coś, czego najwyraźniej sam nie zamierzał jej pokazać.
Nie dostrzegła nikogo siedzącego naprzeciwko niego, ale dwa stoliki dalej pozostawały niemal całkowicie pogrążone w cieniu. Przez moment zastanawiała się, czy przyszedł sam. Czy ktoś na nią czekał? Czy w ogóle zauważył jej wejście, czy też pozwalał jej podejść, nie odrywając wzroku od tego, czym był zajęty? Nie chciała dać się ponieść podejrzliwości, ale po ostatnich tygodniach trudno było jej ignorować pytania, na które nie znała odpowiedzi.
Ruszyła w jego stronę.
Przy sąsiednim stoliku jeden z mężczyzn odsunął krzesło, przepuszczając osobę przechodzącą za jego plecami. Betty musiała na moment zboczyć z drogi, a kiedy ponownie spojrzała w głąb sali, Sawyer nadal siedział na swoim miejscu. Odetchnęła nieco swobodniej, choć trudno byłoby nazwać to ulgą. Sam fakt, że dotarła na spotkanie, nie oznaczał przecież, że cokolwiek pójdzie po jej myśli.
Pamiętała słowa wypowiedziane przez niego w deszczu. Nie obiecał jej pomocy. Zgodził się jedynie wysłuchać jej ponownie, zastrzegając sobie prawo do sprawdzenia każdego słowa. Betty nie miała złudzeń co do jego intencji, ale właśnie ta reakcja na nazwisko Rooke'a sprawiła, że zdecydowała się przyjść. Trafiła w czuły punkt. Być może wystarczająco głęboko, by ich interesy rzeczywiście się przecięły.
Nie oznaczało to jednak, że przestała się bać.
Zatrzymała się przy stoliku, odruchowo poprawiając rękaw kurtki. Nie zdjęła jej ani nie odłożyła na sąsiednie krzesło. Chciała zachować możliwość szybkiego wyjścia, choć sama nie wiedziała, czy w razie potrzeby potrafiłaby po prostu wstać i odejść. Przez krótką chwilę patrzyła na mężczyznę z góry, próbując zebrać myśli, które przez całą drogę układała sobie w głowie, a które teraz nagle wydały się zaskakująco nieprzydatne.
Nie zamierzała go przepraszać za to, że przyszła. Nie zamierzała również prosić, by potraktował ją poważnie. Jeśli rzeczywiście mieli wspólny cel, powinien sam rozumieć, że nie znalazła się tutaj dla przyjemności. Odsunęła krzesło i usiadła naprzeciwko niego. Przez moment położyła dłonie na blacie, po czym jedną cofnęła na kolano. Uniosła podbródek i odnalazła jego spojrzenie.
– To jak Wright, możemy dalej rozmawiać?

006.

: ndz lis 01, 2026 5:52 pm
autor: Sawyer Wright
#
dziewięć
Oh you took a wrong turn
Now you're stuck in my world
Trust me this is gonna hurt
Fire it up and watch it burn


Nie uwierzył jej. Oczywiście, że nie wierzył w ani jedno jej słowo — nawet nie wyłącznie dlatego, że nie ufał ludziom w ogólności i wychodził z założenia, że wszyscy kłamią, chociaż część oszukuje samych siebie przekonaniem, że robi to w słusznej sprawie — z tych szokujących informacji dotyczących Dużego Lemmy’ego i Rooke’a, które postawiłyby go w przynajmniej kiepskiej sytuacji w mieście.
Nie mógł jednak zignorować tego ostrzeżenia, czymkolwiek by nie było.
I nie zamierzał tego zrobić, ale zamiast bezmyślnie rzucić się w wir działania, Sawyer najpierw się przyczaił i odczekał kilka dni w ciszy, nie wykonując żadnego ruchu. Nie dlatego, że zwlekanie ze sprawdzeniem informacji mogłoby mu dać jakąkolwiek realną przewagę, ale dlatego, że nie miał ku temu czasu ani możliwości. Musiał skupić się na swoim zleceniu, czyli próbie utrzymania przy życiu dziewczyny, która w międzyczasie robiła wszystko, żeby jak najszybciej się go pozbawić, a poza tym dbać o regenerację i nawyki, które siłą dyscypliny utrzymywał z żelaznym rygorem w swoim życiu; zwyczajnie więc nie pozostawało mu już przestrzeni na rekonesans. Mimo to poruszając się krok w krok za dziewczyną, Sawyer słuchał uważniej, przyglądał się dłużej i chodził bardziej czujny niż zwykle, w każdym cieniu i w każdym odstępstwie od normy dopatrując się już nie tylko wrogów Adlera, ale też swoich własnych. Przypuszczał, że postronni ludzie nazwaliby to paranoją — ci sami, którzy co wieczór zasypiali bez trudu, przekonani, że całe okrucieństwo tego świata ich nie dotyczy i nigdy ich nie spotka, że są bezpieczni w czterech ścianach swoich domów, w kraju i na kontynencie, do którego wojny nie sięgają. On wiedział, że tylko dzięki tej . p a r a n o i . przetrwał w swoim zawodzie tyle lat we względnie jednym kawałku.
Od spotkania z Gonzalez czuł na plecach ciężar obcego spojrzenia, kiedy jednak obracał się przez ramię, widział tylko pustkę. Nikogo nie było, nikt nie patrzył ani za nim nie chodził, tego mógł być pewien — w obserwacji nie mylił się nigdy. Dlaczego więc czuł się tak nieprzyjemnie . o b s e r w o w a n y ?
Dopiero czwartego dnia napisał wiadomość do jednego ze starych znajomych z Mississaugi, a piątego zdołał wyrwać się z wieczornej obserwacji domu nad jeziorem, żeby pod osłoną nocy spotkać się z nim w dokach. Szóstego podjął decyzję.
Siódmego dnia od tamtego spotkania przyszedł do tego samego pubu tuż po zachodzie słońca, ponad godzinę przed umówioną godziną. Przywitał się z właścicielem, starym znajomym z czasów, kiedy Alfie jeszcze nękał ten świat swoją obecnością, i poprosił o stolik, który zapewni mu chociaż minimum prywatności.
— Czyżby niewiasta, Wolf? — zapytał tamten, puszczając mu przy tym perskie oko, co Sawyer uznał za przynajmniej obrzydliwe.
N i e w i a s t a .
— Dokładnie — prychnął, uśmiechając się krzywo. — Ale nie rób tego więcej, Ben. Dopiero zjadłem.
Kłamstwo było niewinne, poza tym mogło mu przynieść korzyści. Sawyer wyszedł bowiem z założenia, że jeśli właściciel uzna to spotkanie za randkę, da mu lepszy stolik i święty spokój. Jednak w reakcji na jego słowa mężczyzna wybuchnął śmiechem, a później nonszalanckim machnięciem dłoni kazał mu iść za sobą.
— Nic więcej mi nie mów, już wszystko rozumiem, dzieciaku. Potrzebujecie zacisznego kąta — stwierdził, prowadząc go w głąb sali. Niestety najwyraźniej wciąż nie wiedział, kiedy należy się wreszcie zamknąć i nie czuł tej niewidocznej granicy, jaką Sawyer zwykł wokół siebie stawiać, dlatego kontynuował swobodnie, idąc i obracając się do niego przez ramię: — Alfie zrzędził, że nigdy się nie ustatkujesz, a ja zawsze mu wtedy odpowiadałem, że każdego w końcu nuży droga, że ty też się znudzisz, jak wszyscy, i gdzieś osiądziesz, że trzeba tylko poczekać, no i widzisz? Miałem rację. Jak zawsze zresztą, a ten stary zgred pewnie się w grobie przewraca, niech mu ziemia lekką będzie. — Sawyer był pewien, że dla dramatu właściciel przeżegna się trzy razy, ale tego nie zrobił. — Nigdy nie wychodził dobrze na zakładach ze mną, ale się upierał, kiedy mu powtarzałem: wystarczy mu tylko dobra baba. Wiem, co mówię. Zresztą ty też już to rozumiesz, co? — zapytał rubasznie i znowu mrugnął, a Sawyera aż skręciło w środku. Na zewnątrz pozostał jednak niewzruszony, tylko z krzywym, raczej brzydkim uśmiechem unoszącym lekko jeden kącik warg. — Dorothy nieba by mi przychyliła. To dobra kobieta, chociaż jak to już każdej babie, jej też odbija od czasu do czasu. Robi mi wymówki, pyta gdzie się całą noc szlajałem, spać nie daje, jak ja marzę tylko o poduszce i świętym spokoju. No, w każdym razie — urwał monolog, najwyraźniej dostrzegając wreszcie milczenie Sawyera i rozumiejąc, że nic więcej od niego nie wyciągnie. Zatrzymał się przy jednym z tych stolików w głębi sali. — To miejsce dla ciebie. Nikt wam nie będzie przeszkadzał, już moja w tym głowa. Napijesz się czegoś?
— Wody — odparł, ściągając kurtkę, żeby zawiesić ją na oparciu krzesła, a później zajął jedno z dwóch krzeseł. To, z którego miał lepszy widok na drzwi i okna, rzecz jasna.
Jeśli Ben uznał ten wybór za dziwny, łaskawie nie skomentował. Oddalił się, a pięć minut później Sawyer miał na stoliku przed sobą szklankę i karafkę. Wypił jedną, następnie oparł się o ścianę i odprężył się na niewygodnym krześle, przybierając odpowiednią pozycję do obserwacji. I czekał. To zdecydowanie był bardziej jego żywioł; polowanie i pełna kontrola otoczenia. Wyczekiwanie na spotkanie, zamiast bycia zaskoczonym. Przy okazji obserwował też twarze innych gości pubu, żeby odnaleźć wyłamanie z wzorca, jeśli takie istniało — jeśli Gonzalez dla odmiany zamierzała dzisiaj przyjść z kimś.
Zobaczył ją od razu, jak tylko weszła w jego pole widzenia. Skupił na nią uwagę nie wprost, jedynie peryferyjnie; obserwował ją kątem oka, wciąż patrząc po twarzach. Nie zauważył jednak, żeby którakolwiek zmieniła wyraz, kiedy Gonzalez szła w jego kierunku. To mogło nie znaczyć nic. Albo wszystko.
J a k . ł a t w o .
Spojrzał wprost na nią, dopiero kiedy zatrzymała się przy jego stoliku. Zadarł w tym celu lekko głowę, żebym móc spojrzeć jej w twarz, kiedy nad nim górowała bez słowa, jakby niezdecydowana, czy powinna usiąść, czy raczej odwrócić się i odejść. Mimochodem odnotował jej gest poprawy materiału kurtki, jej wahanie, które jej przypisał z uwagi na fakt, że nie zajęła miejsca od razu. Wraz z milczeniem dawało to w jego oczach obraz zdenerwowania, może niepewności, choć efekt ten rozpierzchł się naturalnie, kiedy wreszcie zajęła miejsce naprzeciwko, zadarła wojowniczo podbródek i się odezwała.
Pomyślał, że ona nie chce tu być.
I prawie go to spostrzeżenie rozbawiło, bo to by oznaczało mniej więcej tyle, że wbrew wszelkiej logice płynącej z ich zawodów, ich priorytetów oraz zapewne światopoglądów, teraz połączyła ich niespodziewanie przynajmniej jedna rzecz.
— Słaba dedukcja jak na policjantkę, Gonzalez — mruknął, wypowiadając jej nazwisko w rewanżu za swoje, lekko przy tym przeciągając jego egzotyczne sylaby. — Nie byłoby mnie tutaj, gdybyśmy nie mieli o czym rozmawiać. Wydawało mi się, że akurat w tej sprawie wyraziłem się dość jasno — dodał, leniwie przenosząc spojrzenie w górę, po jej dłoni leżącej na stole, przedramieniu i szyi, aż do twarzy, żeby zatrzymać go przy jej oczach.
Nie podobała mu się ta druga dłoń schowana pod blatem lekko lepiącego się stolika, nie zamierzał oczywiście nic z tym robić. W końcu byli w tłumie ludzi, dookoła otaczały ich dziesiątki głosów składających się na gwar rozmów i śmiechów, z których ciężko było wyodrębnić poszczególne słowa. Poza tym nad głowami grała tu jakaś tandetna muzyka pop — jedna z tych piosenek, od której Sawyera bolał łeb — puszczana z głośników. I chociaż ludzie przy sąsiednich stołach wyglądali na zajętych sobą, wystarczyłby jeden głupi ruch któregoś z nich, żeby cała uwaga wszystkich świadków skupiła się na ostatnim stoliku w lokalu, tym najbardziej oddalonym od cudzych spojrzeń, który łatwo było pominąć.
To nie były okoliczności na broń ani gwałtowne ruchy.
I dlatego właśnie ta speluna zapewniała bezpieczeństwo nie tylko jej — szczególnie biorąc pod uwagę ostatni kiepski wybór Beatriz Gonzalez co do miejsca spotkania — ale też jemu, choć zapewne w mniej oczywisty sposób.
Powiedzieć, że jej nie ufał, to jak nic, kurwa, nie powiedzieć.
— Napijesz się czegoś? — zapytał i spojrzał krótko w dół, na swoją szklankę wody. W jego głosie wyraźnie zabrzmiała ironiczna nuta, szczególnie że podjął niemal natychmiast, nie czekając na jej odpowiedź: — Najwyraźniej źle cię oceniłem, zakładając, że lubisz kłamać. — Uśmiechnął się przy tym wyznaniu, po czym położył przedramiona na blacie przed sobą i przechylił się lekko w przód ponad stolikiem w jej stronę. Spojrzenia nie oderwał jednak od jej oczu. — Rooke nie żyje. To jedno dało się potwierdzić niemal z pewnością, bo nawet sfingowana śmierć zostawia jakieś ślady. I faktycznie byłaś wtedy sama. Chociaż ciągle nie zdecydowałem, czy bardziej mi to imponuje, bawi czy może raczej martwi — dodał głosem przesyconym sarkazmem, wciąż lekko uśmiechnięty. Jeśli już w ogóle, najbliżej było mu do pierwszego, bo stan psychiczny policjantki zgłaszającej się po pomoc do kryminalisty niewiele go obchodził. To jednak pominął milczeniem, zakładając, że ona też to wie. — To nie sprawia jednak, że cała reszta też nią jest. Ale oboje dobrze wiemy, że reszty twoich słów nie da się sprawdzić, więc załóżmy… Tylko na moment, Gonzalez, załóżmy, że ci wierzę.
Bo nie miała munduru. Bo sprawiała wrażenie nerwowej. Bo Sawyer nie miał wyjścia innego niż to, żeby zaufać nie tej obcej kobiecie, ale własnej intuicji.
Zresztą wciąż nie zapomniał tych kilku niepokojonych słów, jakie wypowiedziane przez nią w ciemnym zaułku, wbiły się w jego myśli klinem. I do tej pory Sawyer nie potrafił go stamtąd wyrwać.
Mam problem, Wright.
I, gratulacje, padło na ciebie.
Pomożesz mi się z nim uporać.

— Jaki masz problem? — zapytał wprost. Cicho. Spokojnie.

Beatriz Gonzalez