006.
: wt paź 27, 2026 11:07 pm
006.
Tydzień okazał się wystarczająco długi, żeby zdążyła pożałować własnej decyzji przynajmniej kilkanaście razy, i zdecydowanie zbyt krótki, żeby wymyślić cokolwiek lepszego.
Gonzalez nie lubiła sytuacji, nad którymi nie miała kontroli. Przez lata pracy w policji nauczyła się, że improwizacja bywa niezbędna, ale nie powinna zastępować przygotowania. Należało znać teren, rozumieć motywacje ludzi, przewidywać możliwe reakcje i mieć przynajmniej jedno wyjście awaryjne. Tymczasem tym razem nie miała ani jednego rozsądnego planu. Miała kilka informacji, człowieka, któremu nie ufała, i nadzieję, że ich interesy okażą się na tyle zbieżne, by żadne z nich nie uznało drugiego za zbędny problem.
Nie wiedziała, czego spodziewać się po ponownym spotkaniu z Sawyerem. Mógł wysłuchać jej i uznać, że warto pomóc jej dotrzeć do Reeda. Mógł też dojść do wniosku, że nie ma mu nic do zaoferowania, a ona sama tylko komplikuje mu życie. Wtedy pozostawało pytanie, co zrobi z kimś, kto wiedział już wystarczająco dużo, żeby stać się niewygodnym. Pamiętała siłę jego palców zaciśniętych na kurtce, krótkie szarpnięcie i chłodny spokój, z jakim przypominał jej, że nie zamierza tolerować prób manipulacji. Nie potrzebowała więcej, by zrozumieć, że nie był człowiekiem, którego należało lekceważyć.
Mogła jeszcze się wycofać. Ta myśl wracała do niej szczególnie często po kolejnych dniach spędzonych w archiwum, gdzie ciszę przerywał jedynie szelest papierów i odgłos przesuwanych pudeł. Nie była to praca, której się wstydziła. Potrafiła docenić zajęcie wymagające cierpliwości, a nawet wśród zapomnianych dokumentów znajdowała tropy, które mogły okazać się przydatne. Problem polegał na tym, że nie skierowano jej tam ze względu na szczególne predyspozycje do porządkowania starych akt. Znalazła się na uboczu, z dala od spraw, w których mogłaby jeszcze wykazać się jako policjantka, i doskonale wiedziała, co oznaczało to dla jej dalszej kariery.
Była sierżantem i blokowała miejsce. Nie musiała słyszeć tego wprost. Wystarczały urywane rozmowy na korytarzach, spojrzenia odwracane odrobinę zbyt szybko i zdawkowe powitania ludzi, z którymi jeszcze niedawno pracowała. Niektórzy nie ukrywali irytacji, inni woleli zachowywać dystans, jakby zwykła rozmowa mogła ściągnąć na nich niepotrzebne kłopoty. Betty nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie brał ją za rękę ani zapewniał, że wszystko jakoś się ułoży. Chciała jedynie wiedzieć, że w razie czego nie zostanie zupełnie sama. Tymczasem komenda, która przez lata stanowiła dla niej naturalny punkt odniesienia, przestała być miejscem, w którym mogła czuć się bezpiecznie.
Po raz pierwszy od dawna nie była nawet pewna, czy powinna szukać pomocy właśnie tam. Bała się, że ktoś ją dorwie. Że pewnego dnia znajdzie się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, a człowiek, który od kilku tygodni krążył gdzieś na obrzeżach jej życia, okaże się znacznie bliżej, niż przypuszczała. Czasem wystarczał samochód jadący za nią przez kilka kolejnych przecznic, by zaczęła sprawdzać odbicia w witrynach i zapamiętywać twarze mijanych przechodniów. Wiedziała, że nie każdy zbieg okoliczności musi zwiastować kłopoty, ale sama świadomość, że nie potrafi już odróżnić zwykłej ostrożności od narastającego lęku, działała jej na nerwy.
Przecież była policjantką. Powinna wiedzieć, jak postępować, gdzie szukać wsparcia i co zrobić, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli. Zamiast tego siedziała w archiwum, a po godzinach próbowała dotrzeć do byłego partnera przez ludzi, z którymi nigdy nie powinna była mieć nic wspólnego.
Nie chciała układać się z półświatkiem. Nie zamierzała usprawiedliwiać podobnych układów koniecznością ani przekonywać samej siebie, że cel uświęca środki. Wiedziała, jak łatwo kolejne ustępstwa zaczynają wyglądać na niezbędne, aż w końcu człowiek przestaje pamiętać, gdzie właściwie przebiegała granica, której obiecywał sobie nie przekraczać. A jednak nie widziała innego wyjścia. Daniel Reed zniknął, a Sawyer Wright mógł okazać się jedyną osobą, która zdoła go odnaleźć.
Po spotkaniu na tyłach baru próbowała przekonać samą siebie, że nie powinna do niego wracać. Pamiętała zimno przemoczonych ubrań, ucisk jego dłoni na ramionach i własny strach, który musiała tłumić, żeby nie zdradzić, jak niewiele ma do zaoferowania. Pamiętała również jego reakcję na nazwisko Rooke'a. Krótką, niekontrolowaną, zbyt wyraźną, by uznać ją za przypadek. Właśnie dlatego po kilku dniach przestała szukać kolejnych powodów, żeby odpuścić. Jeśli tamten człowiek rzeczywiście coś dla niego znaczył, być może wciąż miała czym go zainteresować.
Nie ufała mu. Nie miała też pewności, czy sama nie popełnia właśnie błędu, którego konsekwencje przyjdzie jej później ponieść. Ale Sawyer zgodził się spotkać ponownie, a to było więcej, niż miała wcześniej. Pozostawało jej spróbować. Reszta zależała od człowieka, którego intencji nie potrafiła odczytać.
W dniu spotkania przez większą część popołudnia łapała się na sprawdzaniu godziny. Próbowała skupić się na dokumentach, bezskutecznie wracała do tych samych notatek, a kiedy w końcu zamknęła ostatnią teczkę, nadal nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć najemnikowi. Miała informacje, lecz nie miała planu. Miała pytania, na które potrzebowała odpowiedzi, ale żadnej gwarancji, że mężczyzna siedzący po drugiej stronie stolika zechce jej udzielić. Nie wiedziała nawet, czy potrafiłaby przekonać go do współpracy, gdyby od razu uznał, że nie jest mu do niczego potrzebna.
Ostatecznie wyszła z domu, zanim zdążyła po raz kolejny zmienić zdanie.
Betty zatrzymała się po drugiej stronie ulicy, pozorując zainteresowanie ekranem telefonu, choć od kilku minut nie przeczytała ani jednego słowa. Przez szybę widziała jedynie fragment wnętrza: żółtawe światło, odbijające się w zabrudzonym szkle, sylwetkę barmana i kilku ludzi siedzących przy ladzie. Resztę pożerał półmrok.
Wzięła głębszy oddech i ruszyła w stronę wejścia. Miała suche włosy, związane w niedbały kucyk, z którego wydostawały się krótkie, sprężyste loczki, opadające przy skroniach i karku. Ciemne dżinsy, prosta kurtka i wygodne buty nie wyróżniały jej spośród mijanych przechodniów. Nie chciała wyglądać jak policjantka. Nie chciała też sprawiać wrażenia, że przyszła na spotkanie, którego się boi. Nie była pewna, czy udało jej się osiągnąć którekolwiek z tych założeń.
Nacisnęła klamkę.
Wnętrze przyjęło ją przytłumionym zgiełkiem rozmów i zapachem alkoholu, starego drewna oraz smażonego jedzenia. Muzyka sączyła się z głośników zawieszonych gdzieś nad barem, nie na tyle głośno, by zagłuszyć brzęk szkła czy urywki zdań dobiegające z sąsiednich stolików. Światło było nierówne, bursztynowe nad ladą i znacznie słabsze przy ścianach, gdzie cienie zasłaniały twarze ludzi, którzy wybrali miejsca z dala od przejścia.
Drzwi zamknęły się za nią z głuchym stuknięciem.
Beatriz przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku. Przy barze siedziało kilku mężczyzn. Jeden pochylał się nad szklanką, drugi rozmawiał z barmanem, nie odrywając łokcia od blatu. Przy stoliku pod ścianą dwaj gracze pochylali się nad kartami, a ich rozmowa urwała się na krótką chwilę, kiedy przechodziła obok. Nie wiedziała, czy rzeczywiście na nią spojrzeli, ale odnotowała ich obecność i ruszyła dalej.
Nie rozglądała się ostentacyjnie. Mimo to rejestrowała układ pomieszczenia niemal automatycznie: drzwi prowadzące na zaplecze, wąskie przejście między stolikami, wyjście za plecami i barmana, który na moment przerwał wycieranie szklanki, by podnieść na nią wzrok. Wszystko to było odruchem, którego nie potrafiła się pozbyć. Nawet poza służbą wciąż oceniała otoczenie tak, jakby od tego zależało, czy uda jej się bezpiecznie wrócić do domu.
Nie była na służbie, przypomniała sobie. Przyszła porozmawiać z człowiekiem, który być może pomoże jej odnaleźć Reeda. Tyle że ciało nie chciało przyjąć tego wyjaśnienia. Mięśnie karku miała napięte, palce zaciskały się na pasku torebki, a każdy głośniejszy śmiech dochodzący z sali sprawiał, że na moment wyostrzała uwagę. Nie wiedziała, czy bardziej obawiała się tego, co mógł zrobić Sawyer, czy tego, co sama będzie zmuszona zrobić, żeby uzyskać od niego pomoc.
Wtedy dostrzegła g o w głębi sali.
Siedział przy stoliku odsuniętym od głównego przejścia, dokładnie tam, gdzie mieli się spotkać. Ciemna kurtka zlewała się z cieniem rzucanym przez ścianę, a światło padające z boku wydobywało jedynie fragment jego twarzy i linię ramienia. Nie musiała widzieć go wyraźnie, żeby rozpoznać znajomą sylwetkę. Pamiętała ją dostatecznie dobrze z tamtego wieczoru, podobnie jak siłę jego palców i spojrzenie, w którym przez krótką chwilę zobaczyła coś, czego najwyraźniej sam nie zamierzał jej pokazać.
Nie dostrzegła nikogo siedzącego naprzeciwko niego, ale dwa stoliki dalej pozostawały niemal całkowicie pogrążone w cieniu. Przez moment zastanawiała się, czy przyszedł sam. Czy ktoś na nią czekał? Czy w ogóle zauważył jej wejście, czy też pozwalał jej podejść, nie odrywając wzroku od tego, czym był zajęty? Nie chciała dać się ponieść podejrzliwości, ale po ostatnich tygodniach trudno było jej ignorować pytania, na które nie znała odpowiedzi.
Ruszyła w jego stronę.
Przy sąsiednim stoliku jeden z mężczyzn odsunął krzesło, przepuszczając osobę przechodzącą za jego plecami. Betty musiała na moment zboczyć z drogi, a kiedy ponownie spojrzała w głąb sali, Sawyer nadal siedział na swoim miejscu. Odetchnęła nieco swobodniej, choć trudno byłoby nazwać to ulgą. Sam fakt, że dotarła na spotkanie, nie oznaczał przecież, że cokolwiek pójdzie po jej myśli.
Pamiętała słowa wypowiedziane przez niego w deszczu. Nie obiecał jej pomocy. Zgodził się jedynie wysłuchać jej ponownie, zastrzegając sobie prawo do sprawdzenia każdego słowa. Betty nie miała złudzeń co do jego intencji, ale właśnie ta reakcja na nazwisko Rooke'a sprawiła, że zdecydowała się przyjść. Trafiła w czuły punkt. Być może wystarczająco głęboko, by ich interesy rzeczywiście się przecięły.
Nie oznaczało to jednak, że przestała się bać.
Zatrzymała się przy stoliku, odruchowo poprawiając rękaw kurtki. Nie zdjęła jej ani nie odłożyła na sąsiednie krzesło. Chciała zachować możliwość szybkiego wyjścia, choć sama nie wiedziała, czy w razie potrzeby potrafiłaby po prostu wstać i odejść. Przez krótką chwilę patrzyła na mężczyznę z góry, próbując zebrać myśli, które przez całą drogę układała sobie w głowie, a które teraz nagle wydały się zaskakująco nieprzydatne.
Nie zamierzała go przepraszać za to, że przyszła. Nie zamierzała również prosić, by potraktował ją poważnie. Jeśli rzeczywiście mieli wspólny cel, powinien sam rozumieć, że nie znalazła się tutaj dla przyjemności. Odsunęła krzesło i usiadła naprzeciwko niego. Przez moment położyła dłonie na blacie, po czym jedną cofnęła na kolano. Uniosła podbródek i odnalazła jego spojrzenie.
– To jak Wright, możemy dalej rozmawiać?