Real trouble
: czw paź 29, 2026 12:11 am
U b r a n k o
Była zła i rozgoryczona. Zawiedziona, to chyba najlepiej opisywało stan, kiedy okazało się, że znajoma z poprzedniej pracy, którą de facto Zoyka straciła, w ostatniej chwili odwołała ich wspólne wyjście do oceanarium.
I niestety... zdążyła się już do niego porządnie przygotować. Spakowała kilka przekąsek, dwie pigwowe małpki z dodatkiem miodu oraz podręczną, kobiecą saszetkę na wszelkie ewentualne wpadki. Być może żadnych nie przewidywała, ale te ostatnimi czasy wyjątkowo upodobały sobie jej towarzystwo.
I, znowu cholera, niestety w chwili gdy otrzymała wiadomość z przeprosinami, stała już pod niebotycznie wysokim budynkiem i trzymała w dłoniach dwie kawy z dodatkiem alkoholowego likieru, które miały je rozgrzać w ten pieprzony, listopadowy wieczór.
Och, jakże potwornie westchnęła, próbując pozbyć się nagromadzonego w sobie żalu. Przez miniony miesiąc praktycznie nie wychodziła z mieszkania Luciena, a wszystko przez blackout. Zoya ograniczyła się jedynie do odwiedzin biologicznych rodziców, brata oraz wypadów do sklepu, które w czasie ciemnej kwarantanny stanowiły miłe urozmaicenie. Nic wiec dziwnego, że cieszyła się na myśl o spotkaniu z kimś innym.
I szlag by to trafił… Naprawdę... gdyby tylko nie zadziałała impulsywnie. W jednej chwili wypatrzyła pierwszego lepszego przechodnia, a w następnej wepchnęła mu w dłoń alkoholowe cappuccino. Następnie zacisnęła palce na materiale bluzy nieznajomego, osadzonym na wysokości jego klatki piersiowej, po czym szarpnęła go w stronę wejścia do oceanarium.
— Idziesz ze mną — rzuciła naprawdę mało zachęcająco i wcale nie zabrzmiała przy tym jak totalna wariatka.
Zoya była w takim amoku; ba, tak bardzo zdesperowana, że wszystkie te osobliwe emocje skutecznie odebrały jej logicznie myślace klepki. Nie zastanawiała się nad konsekwencjami ani innymi, moralnymi aspektami takiego postępowania, które mogły sugerować, że właśnie kogoś porwała.
— Potrzebuję dzisiaj towarzystwa, więc bądź łaskaw dotrzymać mi go podczas oglądania rybek. — Puściła materiał bluzy nieznajomego dopiero wtedy, gdy zatrzymali się w kolejce do wejścia. Przed nimi stały trzy pary. — Mam dla ciebie darmowy bilet. — Pośpiesznie, chyba wyłącznie przez obawe, że chłopak zaraz ucieknie, wcisnęła mu w drugą dłoń skrawek papieru. Potem demonstracyjnie upiła łyk swojej kawy, a kiedy poczuła na jezyku smak likieru, wielce zadowolona uśmiechnęła się od ucha do ucha.
albert thallman
Była zła i rozgoryczona. Zawiedziona, to chyba najlepiej opisywało stan, kiedy okazało się, że znajoma z poprzedniej pracy, którą de facto Zoyka straciła, w ostatniej chwili odwołała ich wspólne wyjście do oceanarium.
I niestety... zdążyła się już do niego porządnie przygotować. Spakowała kilka przekąsek, dwie pigwowe małpki z dodatkiem miodu oraz podręczną, kobiecą saszetkę na wszelkie ewentualne wpadki. Być może żadnych nie przewidywała, ale te ostatnimi czasy wyjątkowo upodobały sobie jej towarzystwo.
I, znowu cholera, niestety w chwili gdy otrzymała wiadomość z przeprosinami, stała już pod niebotycznie wysokim budynkiem i trzymała w dłoniach dwie kawy z dodatkiem alkoholowego likieru, które miały je rozgrzać w ten pieprzony, listopadowy wieczór.
Och, jakże potwornie westchnęła, próbując pozbyć się nagromadzonego w sobie żalu. Przez miniony miesiąc praktycznie nie wychodziła z mieszkania Luciena, a wszystko przez blackout. Zoya ograniczyła się jedynie do odwiedzin biologicznych rodziców, brata oraz wypadów do sklepu, które w czasie ciemnej kwarantanny stanowiły miłe urozmaicenie. Nic wiec dziwnego, że cieszyła się na myśl o spotkaniu z kimś innym.
I szlag by to trafił… Naprawdę... gdyby tylko nie zadziałała impulsywnie. W jednej chwili wypatrzyła pierwszego lepszego przechodnia, a w następnej wepchnęła mu w dłoń alkoholowe cappuccino. Następnie zacisnęła palce na materiale bluzy nieznajomego, osadzonym na wysokości jego klatki piersiowej, po czym szarpnęła go w stronę wejścia do oceanarium.
— Idziesz ze mną — rzuciła naprawdę mało zachęcająco i wcale nie zabrzmiała przy tym jak totalna wariatka.
Zoya była w takim amoku; ba, tak bardzo zdesperowana, że wszystkie te osobliwe emocje skutecznie odebrały jej logicznie myślace klepki. Nie zastanawiała się nad konsekwencjami ani innymi, moralnymi aspektami takiego postępowania, które mogły sugerować, że właśnie kogoś porwała.
— Potrzebuję dzisiaj towarzystwa, więc bądź łaskaw dotrzymać mi go podczas oglądania rybek. — Puściła materiał bluzy nieznajomego dopiero wtedy, gdy zatrzymali się w kolejce do wejścia. Przed nimi stały trzy pary. — Mam dla ciebie darmowy bilet. — Pośpiesznie, chyba wyłącznie przez obawe, że chłopak zaraz ucieknie, wcisnęła mu w drugą dłoń skrawek papieru. Potem demonstracyjnie upiła łyk swojej kawy, a kiedy poczuła na jezyku smak likieru, wielce zadowolona uśmiechnęła się od ucha do ucha.
albert thallman