Me, you... and that dead guy next door
: czw paź 29, 2026 3:37 pm
Zazwyczaj unikał problemów i wyzwań, wychodząc z założenia, że jeśli coś przerastało jego możliwości to najlepiej jest po prostu zrezygnować. Metoda działała, więc nigdy nie probówał jej zmienić. Bo przecież zawsze można zatrudnić się w innym miejscu. Magazyn, klub, sklep — ktoś zawszepotrzebował pracownika.
Nie spodziewał się, że wytrzyma tutaj tak długo. W końcu zapisał się na kursy głównie po to, żeby mieć co włożyć do garnka. Mundurówka było na szarym końcu jego listy marzeń. Wyobrażanie samego siebie jako policjanta było tak dziwne, że aż surrealistyczne. Zakładał, że przesiedzi tutaj maksymalnie rok i przejdzie do czegoś nowego. Bo przecież niemożliwym było, żeby się w tym odnalazł. Prawda?
Życie dość szybko zweryfikowało jego plany, czy może raczej odgórne założenia dotyczące egzystencji. Pomimo początkowych trudności, dość szybko okazało się, że praca ta była zaskakująco satysfakcjonująca. Raporty i papierologia początkowo przyprawiała go o ból głowy, ale gdy w końcu ją opanował stało się to względnie miłe. Nie był fanem wystawiania mandatów, czy wykłócania się z ludźmi, którzy przychodzili ze skargami, ale wciąż nie rezygnował. Dość długo zastanawiało go, z czego to wszystko się bierze, aż w końcu chyba zrozumiał, o co w tym wszystkim chodziło. Na koniec dnia czuł sie dobrze z tym, co robił. Pomagał ludziom, którzy nie radzili sobie życiowo. Byli... byli jak on sprzed kilku lat. Zagubieni, przestraszeni, niepewnie tego co przyniesie jutro. Nigdy nie miał się za szczególnie dobrą osobę. Nie bawił się w akcje charytatywne, nie pomagał starszym osobom w przejściach dla pieszych. Po prostu zajmował się sobą. Dopiero teraz, tutaj, spojrzał na to z innej perspektywy. Takiej, która poniekąd otworzyła przed nim drzwi do innego świata. Bycie policjantem nie było takie złe.
Istniały jednak rzeczy, które wciąż sprawiały mu problemy. Początkowo, gdy był kadetem i potem świeżakiem zajmował się dość błachymi sprawami. Z czasem oraz awansami jego obowiązki się zmieniły. Zamiast rozdawać mandaty zajmował się sprawami, które wymagały pomyślunku i badania poszlak. Nie były to jego mocne strony, ale z pomocą mentorki jakoś sobie z tym radził Gorzej było, gdy musiał zajmować się sprawami, które zawierały w sobie martwych ludzi. Trupy. Do tego zdecydowanie nie planował się przyzwyczajać. Śmierć była dziwna, pusta i nieprzyjemna. Gdyby mógł, unikałby tego jak ognia, ale nie mógł tak po prostu ignorować rozkazów.
Własnie w ten sposób poznał się z Olivią. Patolog, która współpracowała z jego departamentem. Pech chciał, że to na niego padło zadanie komunikowania się z nią, gdy w jakichś sprawach dochodziło do śmierci, które potrzebowały dokładniejszych oględzin. Jeśli w zgon zamieszany były osoby trzecie, sprawę najczęściej przejmowały inne osoby, ale przeważnie to on był pierwszym, który się z nią komunikował. Początkowo było niezręcznie. Kobieta była naprawdę miła (i ładna), ale fakt, że zajmowała się krojeniem zwłok był niekomfortowy. Nawet jeśli rozmowa dotyczyła codziennego życia, gdzieś z tyłu głowy wciąż myślał o tym, że przed chwilą zapewne grzebała komuś we wnętrznościach.
Z biegiem czasu ich relacja się ociepliła. Można chyba nawet stwierdzić, że stali się dobrymi znajomymi? Przynajmniej jego zdaniem, ale nigdy nie był najlepszy w kontaktach społecznych, także lepiej nie ufać mu na słowo.
W taki oto sposób przechodzimy do dnia dzisiejszego. Służbe miał skończyć, hm, jakieś trzy godziny temu? Może cztery. Nie miał co prawda większych planów, ale mając do wyboru pracę albo siedzenie przed telewizorem dzisiaj wybrałby to drugie. Przynajmniej tak pomyślał w pierwszej chwili, ale gdy okazało się, że czas ten spędzi z Olivią przestał narzekać. Aż tak mocno. Bo przecież to nie tak, że się ucieszył. Nic z tych rzeczy.
Gdy wymienili początkowe grzeczności, dał jej przejść do pracy. Nie chciał jej rozpraszać, chociaż kusiło go to bardziej niż chciałby przyznać. — No dobra, Ty zajmij się naszym pacjentem, a ja... poczekam na zewnątrz? — zaczął i zanim zdążyła mu odpowiedzieć, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi. Tym razem nie miał zamiaru obserwować jej pracy. Nim jednak zdażył dojść do drzwi, zgasło światło. W pierwszej chwili myślał, że to zarówka, ale zaraz po tym jego oczy przesunęły się na sprzęt elektryczny. Padło wszystko. No tak, idealny moment.
— Macie zapasowy generator, czy jesteśmy w dupie? — rzucił, odwracając się w stronę przyjaciółki. Przy okazji odpalił latarkę w telefonie, oświetlając okoliczne szafki. — Masz jakieś lampy? Coś, co nie wymaga prądu? — dodał jeszcze, zerkając w jej stronę. W teorii bywał tutaj dość często, ale wciąż nie czuł się na tyle pewnie, żeby bez jej zgody zacząć przegrzebywać półki.
Olivia Calvert
Nie spodziewał się, że wytrzyma tutaj tak długo. W końcu zapisał się na kursy głównie po to, żeby mieć co włożyć do garnka. Mundurówka było na szarym końcu jego listy marzeń. Wyobrażanie samego siebie jako policjanta było tak dziwne, że aż surrealistyczne. Zakładał, że przesiedzi tutaj maksymalnie rok i przejdzie do czegoś nowego. Bo przecież niemożliwym było, żeby się w tym odnalazł. Prawda?
Życie dość szybko zweryfikowało jego plany, czy może raczej odgórne założenia dotyczące egzystencji. Pomimo początkowych trudności, dość szybko okazało się, że praca ta była zaskakująco satysfakcjonująca. Raporty i papierologia początkowo przyprawiała go o ból głowy, ale gdy w końcu ją opanował stało się to względnie miłe. Nie był fanem wystawiania mandatów, czy wykłócania się z ludźmi, którzy przychodzili ze skargami, ale wciąż nie rezygnował. Dość długo zastanawiało go, z czego to wszystko się bierze, aż w końcu chyba zrozumiał, o co w tym wszystkim chodziło. Na koniec dnia czuł sie dobrze z tym, co robił. Pomagał ludziom, którzy nie radzili sobie życiowo. Byli... byli jak on sprzed kilku lat. Zagubieni, przestraszeni, niepewnie tego co przyniesie jutro. Nigdy nie miał się za szczególnie dobrą osobę. Nie bawił się w akcje charytatywne, nie pomagał starszym osobom w przejściach dla pieszych. Po prostu zajmował się sobą. Dopiero teraz, tutaj, spojrzał na to z innej perspektywy. Takiej, która poniekąd otworzyła przed nim drzwi do innego świata. Bycie policjantem nie było takie złe.
Istniały jednak rzeczy, które wciąż sprawiały mu problemy. Początkowo, gdy był kadetem i potem świeżakiem zajmował się dość błachymi sprawami. Z czasem oraz awansami jego obowiązki się zmieniły. Zamiast rozdawać mandaty zajmował się sprawami, które wymagały pomyślunku i badania poszlak. Nie były to jego mocne strony, ale z pomocą mentorki jakoś sobie z tym radził Gorzej było, gdy musiał zajmować się sprawami, które zawierały w sobie martwych ludzi. Trupy. Do tego zdecydowanie nie planował się przyzwyczajać. Śmierć była dziwna, pusta i nieprzyjemna. Gdyby mógł, unikałby tego jak ognia, ale nie mógł tak po prostu ignorować rozkazów.
Własnie w ten sposób poznał się z Olivią. Patolog, która współpracowała z jego departamentem. Pech chciał, że to na niego padło zadanie komunikowania się z nią, gdy w jakichś sprawach dochodziło do śmierci, które potrzebowały dokładniejszych oględzin. Jeśli w zgon zamieszany były osoby trzecie, sprawę najczęściej przejmowały inne osoby, ale przeważnie to on był pierwszym, który się z nią komunikował. Początkowo było niezręcznie. Kobieta była naprawdę miła (i ładna), ale fakt, że zajmowała się krojeniem zwłok był niekomfortowy. Nawet jeśli rozmowa dotyczyła codziennego życia, gdzieś z tyłu głowy wciąż myślał o tym, że przed chwilą zapewne grzebała komuś we wnętrznościach.
Z biegiem czasu ich relacja się ociepliła. Można chyba nawet stwierdzić, że stali się dobrymi znajomymi? Przynajmniej jego zdaniem, ale nigdy nie był najlepszy w kontaktach społecznych, także lepiej nie ufać mu na słowo.
W taki oto sposób przechodzimy do dnia dzisiejszego. Służbe miał skończyć, hm, jakieś trzy godziny temu? Może cztery. Nie miał co prawda większych planów, ale mając do wyboru pracę albo siedzenie przed telewizorem dzisiaj wybrałby to drugie. Przynajmniej tak pomyślał w pierwszej chwili, ale gdy okazało się, że czas ten spędzi z Olivią przestał narzekać. Aż tak mocno. Bo przecież to nie tak, że się ucieszył. Nic z tych rzeczy.
Gdy wymienili początkowe grzeczności, dał jej przejść do pracy. Nie chciał jej rozpraszać, chociaż kusiło go to bardziej niż chciałby przyznać. — No dobra, Ty zajmij się naszym pacjentem, a ja... poczekam na zewnątrz? — zaczął i zanim zdążyła mu odpowiedzieć, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi. Tym razem nie miał zamiaru obserwować jej pracy. Nim jednak zdażył dojść do drzwi, zgasło światło. W pierwszej chwili myślał, że to zarówka, ale zaraz po tym jego oczy przesunęły się na sprzęt elektryczny. Padło wszystko. No tak, idealny moment.
— Macie zapasowy generator, czy jesteśmy w dupie? — rzucił, odwracając się w stronę przyjaciółki. Przy okazji odpalił latarkę w telefonie, oświetlając okoliczne szafki. — Masz jakieś lampy? Coś, co nie wymaga prądu? — dodał jeszcze, zerkając w jej stronę. W teorii bywał tutaj dość często, ale wciąż nie czuł się na tyle pewnie, żeby bez jej zgody zacząć przegrzebywać półki.
Olivia Calvert