Strona 1 z 1
Social Roles: Negotiating Between the Authentic Self and Social Perceptions
: sob paź 31, 2026 10:43 pm
autor: Samira Farhadi
A.J. zniknął tak samo nagle, jak wcześniej nagle się pojawił. Wymknął się bez ostrzeżenia, pozostawiając ją z jednym spojrzeniem, całą masą wspomnień i milionem myśli, od których nie potrafiła się uwolnić.
Impreza Seemy zakończyła się dla Sami wraz z chwilą, kiedy A.J. wyszedł bez żadnego pożegnania. I właśnie od tamtego momentu nie była w stanie myśleć o niczym innym.
Nie wymyśliła sobie tego. Czuła to przecież wyraźnie. Tamtego dnia zdążyli wymienić się nie tylko niezliczoną ilością argumentów, słów i spojrzeń, ale również energią, która zdawała się pomiędzy nimi elektryzować. Mieli się pocałować. I kto wie, jak skończyłby się tamten wieczór, gdyby nie czekała tak długo, tylko po prostu to zrobiła.
Ale nie zrobiła tego. Uciekła wraz z chwilą, kiedy dołączyła do nich Seema. Potrzebowała, choć odrobinę otrzeźwieć. Wychodząc z łazienki z mokrym karkiem, miała poczucie, że jej się udało. A później wystarczyło jedno spojrzenie. Sameer uciekł bez słowa, choć wyglądał tak, jakby jednak chciał coś powiedzieć. Nie tylko jednak nie odezwał się i jej nie pocałował, ale i zniknął, pozostawiając ją z mętlikiem w głowie i tym samym stadem motyli w brzuchu.
Nigdy by się do tego nie przyznała, nawet przed sobą, ale liczyła na to, że się odezwie.
Nie odezwał się. I nie powinna być tym faktem zdziwiona. Nie powinna też sama o nim już dłużej myśleć. Nie była przecież nastolatką, która wzdychałaby do raz widzianego chłopaka, wmawiając sobie, że połączyło ich przeznaczenie, czy inne, nieistniejące gówno. Była Samirą Farhadi, a to zobowiązywało. A jednak każdej nocy, przed zaśnięciem, powracała do tamtego wieczoru; do pocałunku wiszącego pomiędzy nimi i do jego spojrzenia, stającego się swoistym pożegnaniem. Analizowała.
Opcji było przynajmniej kilka:
- Sameerowi mogło coś wypaść. Okazało się, że musiał szybko wracać do domu — i musiała być to dosłownie sprawa życia i śmierci. Mało prawdopodobny scenariusz, ponieważ w takim przypadku Seema powiedziałaby cokolwiek.
- Mógł być chujem i mieć dziewczynę. I o ile rzeczywiście mógł być chujem, to dziewczyny raczej nie miał, ponieważ znowu, gdyby miał, z pewnością dowiedziałaby się o tym od Seemy.
- Mógł być prawiczkiem, nie mieć doświadczenia i wystraszyć się, że już za chwilę będzie miał się całować z zajebistą dziewczyną. I chociaż ciężko było uwierzyć, że przystojny jak A.J. facet mógł rzeczywiście nigdy nie stracić dziewictwa, ale Samira wiedziała, że pozory lubiły mylić. Była więc to najbardziej prawdopodobna i przy okazji najbardziej jej odpowiadająca opcja.
- Mógł nie chcieć zadawać się z przyjaciółką siostry. I brzmiało to nawet całkiem prawdopodobnie, gdyby nie fakt, że Sameer musiał wiedzieć od samego początku z kim ma do czynienia. W końcu spotkali się w mieszkaniu Seemy, na jej parapetówce.
- Dla odmiany wina mogła też należeć do niej. Mogła zrobić coś głupiego lub powiedzieć coś, co zniechęciło go błyskawicznie, trzeźwiąc jego podekscytowanie. I dlatego Samira analizowała wszystko, co wydarzyło się tamtego wieczoru, a przynajmniej to, co po tej ilości ginu, była w stanie przeanalizować.
Ostatecznie nie było to istotne. Sameer milczał. Gdyby chciał, mógłby wziąć jej numer od Seemy. Mógł odnaleźć ją na uczelni albo znaleźć na głupim Instagramie. Nie zrobił tego. Dlatego Samirze nie pozostało nic innego, jak zainstalować pierwszy raz w swoim życiu Tindera i postanowić, że będzie chodziła na randki tak długo, aż odbije sobie tamten pocałunek.
Może powinna zacząć od wypalenia tamtego Camela, którego jej pozostawił, a którego już dwukrotnie przenosiła do nowej paczki. Wciąż był nietknięty. Czasem tylko wkładała go do ust, myśląc o tym, że było to jedyne, co pozostało jej z tamtego pocałunku. Naprawdę powinna go wypalić.
I to myśląc, sięgnęła do brązowej torby z wegańskiego zamszu. Najpierw zanurkowała ręką, licząc na to, że ot tak odnajdzie zdezelowaną, miękką paczkę swoich Marlboro Goldów, których nie zdarzało jej się palić rano. — Bo Samira w ogóle starała się palić okazjonalnie. Najczęściej robiła to do alkoholu, na imprezach. Czasem na przerwach. Rano nigdy. — Ręką natknęła się na drobny portfel z kartami, na zapalniczkę, na paczkę chusteczek, na swój notatnik, jeszcze raz na portfel, na pomadkę, o której istnieniu zapomniała, na książkę, która przedzielała całą torbę na pół. Westchnęła, przewracając oczami. Nie pozostało jej nic innego, jak zanurkować w tej cholernej torbie. Wciąż szła, ale teraz spuściła jeden z pasków torby z ramienia, niemalże wsadzając głowę do torebki. Drugą, wolną ręką przerzuciła książkę, notatnik, kolejną, mniejszą książkę, kosmetyczkę i butelkę z wodą.
Westchnęła poirytowana, jeszcze połowicznie znajdując się w torbie. Miała ochotę siarczyście przekląć, nie bacząc na to, że znajdowała się tuż pod uniwersytetem i być może mógłby usłyszeć ją któraś z osób, które uczestniczyły w zajęciach, które prowadziła. Wszyscy przecież znali te słowa. Zamiast jednak krzyknąć kurwa, krzyknęła:
— Sameer! — Nie zrobiła tego ani ze złością, ani z poirytowaniem, które jeszcze przed chwilą czuła, a z zaskoczeniem. Omal nie wyminęli się na chodniku, zupełnie się nie dostrzegając. Czy to możliwe, że już wcześniej mieli szansę przejść obok siebie całkowicie niezauważeni? Samira nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Nie w tej chwili. Nie, kiedy w końcu znów stali sprzed sobą. Niemal bolesny dreszcz ścisnął cały jej brzuch, kiedy spojrzała na niego. Mimowolnie wspomnieniem wróciła do tamtej imprezy, do tamtych spojrzeń, które pomiędzy sobą wymieniali, do pocałunku, do którego ostatecznie nie doszło. Nie powstrzymała się, uśmiechnęła się szeroko, w tym momencie nie pamiętając już o tym, że wyszedł bez słowa i pozostawił ją, nigdy się nie odzywając. Może rzeczywiście był prawiczkiem i się wystraszył. — Też masz jakieś zajęcia tak wcześnie?
Sameer Shah
Social Roles: Negotiating Between the Authentic Self and Social Perceptions
: ndz lis 01, 2026 5:12 pm
autor: Sameer Shah
- Och, do jasnej kurwy – mężczyzna sapnął pod nosem, patrząc na smutnego, niebieskobiałego glutka leżącego na porcelanowym zlewie. Niebezpiecznie blisko odpływu. Sameer zagryzł wargę, rozważając przez kilka sekund wszystkie za i przeciw, zanim sięgnął palcem po resztkę pasty, którą chwilę temu udało mu się wycisnąć z opakowania. Nie mógł przecież pozwolić, żeby zmarnowała się tylko dlatego, że upadła do umywalki, która wyglądała, jakby ostatni raz czyszczona była…
Nie. Nie powinien się nad tym zastanawiać.
Niedokładnie posprzątany ogolony zarost i plama w rdzawym kolorze, okraszona zaschniętymi już na biało resztkami pasty do zębów, którą ktoś wcześniej tak lekkodusznie marnował, były reinterpretacją późnego Pollocka. Jak inaczej można było zresztą określić zwyczajny syf, który – jak zauważyły nie wzrok, a wrażliwy po całonocnym pijaństwie żołądek A.J.-a – otaczał go ze wszystkich stron? Prości, zwykli ludzie mogli być syfiarzami i bałaganiarzami. Osoby, które posiadały chociaż gram talentu, w swoim ciele, roztaczały wokół siebie artystyczny nieład. Jeden z wielu przejawów tego, jak wiele społeczeństwo było w stanie wybaczyć osobom wykazującym się przynajmniej odrobiną kreatywności i uroku.
A.J. westchnął ciężko, po czym wsunął palec do ust i zaczął szorować nim zęby. Szczoteczki, rzecz jasna, nie miał przy sobie. Najpierw przednie, potem te po bokach. Miętowy smak pasty był ledwie wyczuwalny. Przesunął językiem po zębach, po czym nachylił się nad umywalką i nabrał wody do ust. Wypłukał je raz, potem drugi, bardzo zdeterminowany do pozbycia się z ust nie tylko smaku pasty, ale także poprzedniego wieczoru. Dopiero po trzecim razie wyprostował się i podniósł wzrok na lustro. Tafla szkła pokryta była smugami, zaciekami i bliżej niezidentyfikowanymi plamkami. Shah pomyślał nawet, że w tym świetle jego odbicie przypominało rozmazany portret. Nachylił się nawet próbując ocenić czy ciemny ślad przy skroni rzeczywiście się tam znajduje, czy był tylko integralną częścią lustra. Przeczesał palcami włosy, a później przetarł twarz mokrymi dłońmi i chociaż w teorii miało go to otrzeźwić, to natychmiast tego pożałował. Zapach alkoholu i potu zdawał się osiąść na nim warstwą grubszą, niż jeszcze przed chwilą. Oparł obie ręce o krawędź umywalki i przez moment trwał tak z pochyloną głową.
Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby podejmować jakiekolwiek gwałtowne działania.
Negocjacje z własnym żołądkiem w tym stanie były koniecznością, ale ich wynik pozostawał niepewny. Potrzebował kawy. Wody. Prysznica. Czegokolwiek.
Brunet jeszcze przez chwilę stał nad umywalką, zbierając się w sobie. Musiał wyjść. Nie wiedział, czy bardziej przerażała go perspektywa opuszczenia tego wątpliwego schronienia, czy konieczność zmierzenia się ze światem zewnętrznym, ale musiał się wydostać. Ostateczne wyprostował się, poprawił koszulkę i sięgnął po telefon. Dochodziła ósma rano. Skrzywił się na widok godziny, ale nie było sensu dłużej zwlekać. Musiał wrócić do siebie, znaleźć coś do jedzenia i przede wszystkim napić się kawy. Najlepiej takiej, która nie smakowała jak rozwodnione błoto.
Wyszedł z łazienki i ruszył przez mieszkanie, po drodze omijając leżące na podłodze ubrania i pustą butelkę, która potoczyła się pod ścianę, kiedy trącił ją czubkiem buta. W świetle wpadającym przez okna impreza wyglądała zdecydowanie mniej atrakcyjnie niż poprzedniego wieczoru. Na stoliku stały niedopite drinki, obok kanapy ktoś zostawił talerz z resztkami jedzenia, jedna z poduszek leżała na środku pokoju. Nie było to jednak jego problemem. Zatrzymał się tylko na moment przy drzwiach, żeby sprawdzić zawartość kieszeni. Telefon, klucze, portfel. Wszystko na miejscu. Zapiął kurtkę i wyszedł na klatkę schodową, gdzie powietrze było wyraźnie chłodniejsze niż w mieszkaniu. Mógł zamówić taksówkę, ale sama myśl o siedzeniu w samochodzie i patrzeniu na przesuwające się za szybą budynki sprawiła, że żołądek nieprzyjemnie mu się ścisnął. A więc spacer! Październikowe poranki w Toronto miały zresztą w sobie coś, co Sameer zwykle całkiem lubił. Powietrze było chłodne, drzewa zmieniały kolory i traciły liście, powietrze nie było takie ciężkie jak latem. Tego dnia doceniał przede wszystkim temperaturę. Zimno pomagało mu nieco zebrać myśli, chociaż nie na tyle, żeby przestał czuć pulsowanie w skroniach. Wsunął dłonie do kieszeni i ruszył przed siebie, z ramionami uniesionymi nieco wyżej, niż normalnie. Kurtka, która poprzedniego wieczoru była wystarczająca, teraz wydawała mu się zdecydowanie zbyt cienka.
Downtown zdążyło już na dobre się obudzić. Ludzie mijali go w pośpiechu, niektórzy z kubkami kawy – szczęściarze! – inni z telefonami przy uchu. A.J. przepuścił kobietę, która niemal wbiegła na przejście dla pieszych i przez chwilę obserwował mężczyznę usiłującego jednocześnie zawiązać szalik i sprawdzić coś w telefonie. Nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego. Trudno było mu się dziwić. Życie większości ludzi polegało na wstawaniu, zajmowaniu się rzeczami, na które niekoniecznie miało się ochotę i robienia tego samego następnego dnia. Po chodniku przeszła grupa studentów, rozmawiających głośno o czymś, co najwyraźniej wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Dziewczyna idąca na końcu grupy śmiała się tak głośno, że kilka osób obejrzało się za nimi. Sameer również odprowadził ich wzrokiem. Nie zazdrościł im specjalnie. Gdyby jeszcze raz miał wybierać, czy chce spędzać poranki na uczelni, zdecydowanie znalazłby sobie coś lepszego do roboty. Zimno powoli zaczynało przenikać przez materiał spodni, a A.J. coraz częściej łapał się na tym, że najchętniej znalazłby jakieś spokojne miejsce, usiadł i przeczekał, aż przestanie czuć się tak fatalnie. Mógłby nawet zwinąć się w kulkę na ławce, pod warunkiem, że nikt nie próbowałby go stamtąd przeganiać. Nie potrzebował wiele. Kawa, woda, może coś słonego do jedzenia… Chociaż…
Przez chwilę rozważał możliwość, że zamiast kawy powinien jednak napić się czegoś mocniejszego. Nie była to myśl szczególnie nowatorska, podobne pomysły pojawiały się w jego głowie za każdym razem, kiedy przesadził poprzedniego wieczoru. Na razie jednak nie miał przy sobie niczego co mogłoby mu pomóc, a najbliższy sklep z alkoholem prawdopodobnie i tak był jeszcze zamknięty.
Kiedy znalazł się przy budynkach uniwersytetu, jego nastrój wyraźnie się pogorszył. Nie żeby wcześniej był szczególnie dobry, ale widok znajomych gmachów wystarczył, żeby przypomniał sobie wszystkie powody, dla których nie przepadał za tym miejscem. Zatrzymał się na moment i spojrzał na wejście, przez które przechodzili kolejni studenci. Sameer szczerze nienawidził tego miejsca. Gdyby tylko chciało mu się lać, bez większego zastanowienia odlałby się na jeden z krzaków przy wejściu. Może nawet na sam budynek. Nie chodziło nawet o tą konkretną uczelnię. Problem leżał znacznie głębiej, w samym pomyśle, że kreatywność można było zamknąć w salach wykładowych, opisać w podręcznikach, a następnie oceniać. Oczywiście, można było nauczyć się techniki. Można było poznać historię sztuki, nazwiska, nurty i inne rzeczy, które zapełniały programy studiów. Można było dowiedzieć się dlaczego jeden obraz uznawano za przełomowy, a drugi za niewarty uwagi. Najbardziej w tym wszystkim irytowali go jednak wykładowcy. Shah był wyznawcą teorii, że albo umierało się artystą, albo żyło wystarczająco długo, żeby zostać nauczycielem czy innym krytykiem.
Wsunął dłonie głębiej do kieszeni, gotowy ruszyć dalej żwawszym krokiem, nie chcąc poświęcać uczelni ani chwili więcej. Zdawało się, że kosztowało go to zadziwiająco dużo energii, właśnie dlatego przez moment nie zareagował, kiedy usłyszał swoje imię. Nie tę wersję, którą przedstawiał się niemal wszystkim, ale tę prawdziwą. Zatrzymał się, obracając twarz i próbując skojarzyć głos. A kiedy w końcu zobaczył kto go wołał przez chwilę po prostu patrzył się na dziewczynę. Jego mina mogła zostać zinterpretowana jako ta wyrażająca przyjemne zaskoczenie. Samira uśmiechała się do niego szeroko, a on sam mógłby w innej rzeczywistości uznać ten przypadek za miłą niespodziankę. Gdyby ktoś obserwował ich z boku, mógłby nawet pomyśleć, że Sameer potrzebował chwili, by oswoić się z widokiem dziewczyny, na której widok serce zaczęło bić mu odrobinę szybciej. W rzeczywistości serce biło mu szybciej już od samego rana.
Malala!
- Samira! – wykrztusił w końcu, po czym wziął głęboki oddech i na moment zatrzymał powietrze w płucach. – Zajęcia? Nie… Nie, nie miałem zajęć. Miałem… - urwał i obejrzał się przez ramię, dopiero teraz zauważając, że ktoś zatrzymał się tuż za nim. Shah przesunął się w bok, jednocześnie wyciągając rękę w stronę dziewczyny, żeby zasugerować jej to samo. Nie dotknął jej jednak, a po chwili cofnął dłoń i schował ją z powrotem do kieszeni kurtki. – Miałem spotkanie – rzucił, wracając spojrzeniem do dziewczyny.
Brzmiało to bardzo wiarygodnie, spotkania w końcu zdarzały się ludziom. Przesunął spojrzeniem po jej wężowych spodniach, zanim wrócił nim do jej twarzy. Czy pamiętała tamten wieczór równie dobrze jak on? Niestety, jego własna pamięć była w tej kwestii wyjątkowo szczegółowa. Co stanowiła pewien problem, biorąc pod uwagę, że wolałby pamiętać go trochę mniej.
- Słyszałem, że Tina jednak wygrała tę dyskusję. Mówiłem ci, że tak będzie – pokręcił głową, a później zmarszczył brwi. Bardziej na to, że nie mógł uwierzyć, ze zaczął tą rozmowę. Nieważne! – Co za ruch! Pewnie się spieszysz? – zapytał, zerkając na chodnik, którym mijali ich kolejni przechodnie.
Samira Farhadi
Social Roles: Negotiating Between the Authentic Self and Social Perceptions
: pn lis 02, 2026 9:21 am
autor: Samira Farhadi
Każdego wieczoru od czasu tamtej parapetówki Seemy, Samira zastanawiała się, jak zachowałaby się podczas kolejnego spotkania z Samem.
Gdy nastawał czas jej wieczornej rutyny, Sami wraz z ubraniami, zrzucała z siebie również obowiązkowość i powagę. Obowiązki odchodziły w zapomnienie, a na ich miejscu pojawiał się Sameer. Katowała się, odtwarzając każdy szczegół tamtej nocy; sposób, w jaki go zahaczyła, to jak motyw Grey’a przepływał przez całą rozmowę, sposób, w jaki na nią patrzył i to, jak ona sama nie mogła oderwać od niego wzroku, to, że tak po prostu, jak ostatnia idiotka, wytarła jego mokrą dłoń swoją ręką, to, że wcześniej oznaczyła butelkę szminką i to, jak niewiele brakowało do tego, aby się pocałowali. Fantazjowała o tym, co by się wydarzyło, gdyby Seema wtedy do nich nie podeszła. Nie skończyłoby się na pocałunku. Oczami wyobraźni widziała to, jak lizaliby się na tym cholernym balkonie niczym dwójka nastolatków. A później A.J. naparłby na nią, ona wystawiła do niego biodra, aż w końcu oboje nie byliby w stanie złapać oddechu. Znaleźliby więc bardziej prywatne miejsce. Być może wróciliby do kuchni albo od razu poszliby do łazienki. Gdzie by się nie znaleźli, znów zaczęliby się całować. A później Sameer włożyłby jej tę swoją piękną dłoń w majtki, powiedziałby coś o tym, że jest zajebiście mokra i… I co byłoby dalej?
Wtedy, tamtego wieczoru, Samira miała gotowość pójść na całość. Mogła tak po prostu uprawiać z nim niezobowiązujący seks taki, jaki uprawiali jej znajomi, a którego ona uprawiać nie miała zwyczaju. Bo prawda była taka, że Samira w ogóle nie miała zwyczaju uprawiać seksu. Ten, którego jednak przyszło jej w życiu doświadczyć, był przygodny. I był fatalny. Naprawdę fatalny tak bardzo, że przez długie lata nie miała ochoty tego doświadczenia powtarzać. Z Shahem byłoby inaczej.
Samira w swoich wyobrażeniach przechodziła więc do seksu, nie myśląc o tym, że by się wycofała, zrobiła cokolwiek głupiego, albo najzwyczajniej na świecie zwiała. Skoro było to ostatecznie nic innego, jak fantazja, Samira szła na całość. W swoim wyobrażeniu była więc doświadczona. Najpierw pozwalała rozpiąć sobie spodnie i zsunąć przemoczoną bieliznę, a później wylizać się. Nikt wcześniej jej tego nie robił, ale domyślała się, że musiało być to podobne uczucie do tego, które czuła, używając pingwinka, z tym że jeszcze lepsze. A po pierwszym orgazmie, A.J. posadziłby ją na pralce, czy umywalce i niedługo później doprowadził raz jeszcze. Oboje byliby głośni; dyszeliby i jęczeli naprzemiennie, nieustannie przy tym się całując.
No ale nie mieli na to szans. Nie mieli na to szans, ponieważ Sameer uciekł.
Kremując się i susząc włosy, Samira zastanawiała się więc, co zrobi, kiedy spotkają się po raz kolejny. Wyobrażała to sobie na różne sposoby. Najczęściej tak, że to on ją dostrzeże gdzieś na ulicy, gdzie być może wcale nie będzie przechodził przypadkiem. Zawołałby ją wtedy i jej pomachał, a ona uśmiechnęłaby się i odmachała mu. Albo lepiej udałaby na samym początku, że wcale go nie rozpoznaje. Być może właśnie tak by było. Nie rozpoznałaby go. Mogli też się natknąć na siebie u Seemy. Wpadliby do niej w tym samym czasie, po czym okazałoby się, że Seema nagle musi gdzieś wyjść, chwyciłaby torebkę i po prostu wyszła, a oni zostaliby razem w tej samej kuchni. Mogliby wyjść zapalić na balkon, w ten sam sposób, jak zrobili to na imprezie, a później wszystko potoczyłoby się tak, jak miało to miejsce w jej fantazjach. Albo mogliby wpaść na siebie całkowitym — już prawdziwym — przypadkiem, kiedy ona sama nieświadomie znajdowałaby się w okolicy jego mieszkania. Jak w durnych, sztampowych filmach, złapałby ich deszcz, ona przemokłaby całkowicie, on zaprosił ją do siebie na górę, gdzie zdarłby z niej wszystkie przemoczone ubrania. Mógł też do niej napisać. Mógł zadzwonić. Mógł przyjść któregoś dnia i powiedzieć, że uciekł wtedy, ponieważ jego przyjaciel chciał popełnić samobójstwo i koniecznie musiał mu pomóc, a później próbował ją odnaleźć, ale było mu głupio, że tak zniknął. Ta ostatnia historia była zresztą jej ulubioną. To ją najczęściej powtarzała sobie przed snem, choć minęło już zbyt dużo czasu, aby uwierzyć w to, że mogłaby być prawdziwa.
Aż teraz Sameer w końcu przed nią stał. Tylko że to ona jego dostrzegła, to ona go zawołała i to ona teraz uśmiechała się jak kretynka. Wszystko było nie tak, ale Sami o tym nie myślała. Nie umiała, ponieważ patrząc w te ciemne, brązowe oczy, myślała tylko i wyłącznie o tamtej chwili na balkonie, kiedy dzieliły ich już wyłącznie krótkie centymetry.
Odwróciła od niego spojrzenie tylko na chwilę wraz z tym, jak on sam się odwrócił, patrząc za siebie, co sprawiło, że i ona spojrzała w tamtym kierunku. Szybko jednak ponownie spojrzała na Sameera.
W sumie to nie wyglądał dobrze. Włosy miał potargane, pod oczami cienie, jego kurtka zdawała się być w dziwny sposób wymięta i ogólnie nie wyglądał tak, jakby mógł być po jakimkolwiek spotkaniu. Chyba że po randce. Mógł wracać właśnie od jakiejś dziewczyny. Od dziewczyny, którą najpierw wylizał, a później penetrował. Od dziewczyny, przed którą nie uciekł. Niemożliwe.
— Spotkanie? — Powtórzyła po nim. Nie było w tym pytani nic napastliwego. Ani jedna fałszywa nuta w nim nie zabrzmiała. Już wiedziała, dlaczego tak wyglądał. — Niech zgadnę, za tobą ciężka noc? — Spytała, ale nie czekała na odpowiedź. Doskonale to znała. — Pamietam, jak kończyłam pisać doktorat i byłam w ciągu, pisałam praktycznie do rana, a później musiałam jechać na uniwersytet. Albo miałam tak też z kilkoma artykułami. Wiadomo, w nocy pracuje się najlepiej, nagle zaczynasz pisać, nie możesz przestać, a później okazuje się, że za kilka godzin musisz gdzieś być na jakimś spotkaniu. — Znała to doskonale. Była dobrze zorganizowana, zwykle starała się pracować w ciągu dnia, ale czasem dobra passa brała górę nad codzienną rutyną. — Kawy? — Spytała, sięgając do kieszeni płaszcza, z którego wyjęła termiczny kubek ze swoją ultra mocną i ultra słodką, czarną kawą. Wyciągnęła go w jego kierunku.
Roześmiała się. Cholera! Właściwie to ani nie powinna proponować mu kawy, ani nie powinna się teraz śmiać. Wyszedł wtedy bez słowa i teraz też nic nie powiedział, a jednak sam wracał do tamtej imprezy. Nie udawał, że to wszystko się nie wydarzyło. Nawiązywał do Tiny, do dyskusji o Grey’u, a to oznaczało, że pamiętał to wszystko.
— To wszystko dlatego, że niespodziewanie doszło do zamiany. Tina zaczęła atakować Grey’a, trąbiąc o jego szkodliwości. Niestety udało mi się jej przekonać, że to literatura feministyczna. Może tobie by się udało, gdybyś został. — Nie przemyślała tych słów. I tym bardziej nie przemyślała ich brzmienia. Miała ochotę zamknąć oczy i w ten sposób cofnąć czas, a wtedy nie wypowiedziałaby tych ostatnich słów. Nie dało się jednak tego zrobić. A że Samira znów nie umiała odwrócić od niego spojrzenia, to patrzyła na niego z pewną dozą niezręczności, zdając sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało. Czy mogli wspólnie, konsensualnie uznać, że to się nie wydarzyło?
— Nie mów tego nikomu, ale ani trochę. — Szepnęła, pochylając się nieznacznie w jego stronę. Czy ona poczuła zapach alkoholu? Nie, niemożliwe. To jego kurtka śmierdziała dymem, musiał niedawno palić. — Studentki przechodzą fazę fascynacji incelami. Uważają, że to odkrywcze i niszowe, i zaraz będą mnie przekonywać, że to świetny temat na projekt badawczy. Czy możemy tam, zamiast mnie wysłać Tinę?
Sameer Shah