A Return to the Past
: sob paź 31, 2026 10:54 pm
003.| outfit
June Harrison
Mgła spowijała miasto, od wczesnych godzin porannych utrzymując się przez cały dzień, aż do późnego popołudnia, gdy pierwsze krople deszczu spadły na miasto pogrążone w sennej jesiennej aurze. Lubił takie dni, mimowolnie nastrajające człowieka dawką nostalgii, którą rozganiał kolejnymi filiżankami czarnej kawy; próbując, chociaż na jakiś czas odgonić od siebie ciemne chmury podejrzeń i pytań, bez odpowiedzi. Myśli wszelkiej maści uderzały z każdej ze stron, a zniecierpliwienie narastało, niby fala przypływu. Argumentując sam przed sobą, że to najlepszy sposób weryfikacji postanowił działać, bo sprawa, nad którą od kilku tygodni siedział we współpracy z federalnymi, przypominała kłębek nici potraktowany przez psotnego kota, a każda z nitek prowadziła w inne wąskie gardło domysłów i analiz.
Czas gonił i zdecydowanie nie był ich sprzymierzeńcem, należało działać, dlatego postanowił zbadać trop, który wydał się najbardziej sensowny, a jednocześnie dawał największe pole rekonesansu. Choć mógł być, tylko i wyłącznie ślepym zaułkiem, ale tonący brzytwy się chwyta, podobno.
Dlatego postanowił złożyć wizytę znajomej – June Harrison; obiecująca śledcza, której rzadko kiedy niuanse w sprawie uciekają sprzed nosa. Współpracowali kilkukrotnie przy większych i mniejszych sprawach, poznając swoje mocne i te gorsze strony, stąd wiedział, jaki kobieta miała temperament oraz wartości, to też skłaniało go do podjęcia decyzji, aby złożyć jej niezapowiedzianą wizytę. Był pewien policjantki, a przynajmniej żywił, wobec niej bardzo duże nadzieje, że nie została wplątana w coś, co ją zdecydowanie przerastało. Była na to zbyt ostrożna – w jego opinii.
Musiał jednak pamiętać o konsekwencji prowadzonych działań na przestrzeni ostatnich tygodni, a te kierowały go na trop, dość nieoczywisty w swym wydźwięku, jak i w strukturze powiązań, mogący okazać się kluczowym puzzlem w układance, jaką starał się złożyć do kupy, mimo tak wielu niejasności.
Mafijne porachunki świat skrojony pod linijkę najgorszych cech ludzkich, nasączony pogonią za zyskiem i bezwzględnością, gdy wchodziły w grę interesy zbudowane na handlu prochami i bronią. Brutalność, akty przemocy, morderstwa, to musiało w pewnym momencie skumulować się i wypłynąć w ten czy inny sposób przyciągając uwagę służb, które tylko czekały na potknięcie wroga. Zwierciadło rzeczywistości, tej skąpanej w mroku wielkich miast, gdzie interesy dobijali biznesmeni w białych kołnierzykach, a na ich dłoniach pozostawały ślady przelanej krwi.
Fraser funkcjonował od lat w tym środowisku – ścigając, tropiąc i wymierzając sprawiedliwość, dla tych którzy nie mieli poszanowania prawa. Był człowiekiem skupionym na powierzonym zadaniu, skrupulatnie zbierając materiały i poszlaki, podejmował decyzje, które miały często decydujący wymiar. Przywykł do tej szarej rzeczywistości, starając się za wszelką cenę nie stracić celu z horyzontu zdarzeń.
Decyzja o rozmowie z June była w jego oczach formalnością, dlatego zamierzał wykonać ją tak, aby dowiedzieć się wszystkiego, co kobieta wiedziała w danej sprawie. Robił to połowicznie z prywatnych pobudek, a po części zawodowo, chciał mieć klarowny obraz sytuacji.
Zapukał do jej drzwi z marsową miną, lecz odpowiedziała mu cisza, zupełny brak reakcji. Ponowił pukanie, tym razem wkładając w czynność, nieco więcej siły, jednak i tym razem, nic. Kiedy miał zamiar poddać się i wrócić nazajutrz zadało mu się, że usłyszał, jakiś dźwięk, być może szum wody dochodzący z mieszkania kobiety. Zadzwonił więc do drzwi, oszczędzając dłoń na dalsze dobijanie się i czekał cierpliwie, aż ta mu otworzy.
— Musimy porozmawiać — rzucił głucho, pomijając coś tak trywialnego, jak powitanie, jego ciemne oczy osiadły na policjantce.
Mgła spowijała miasto, od wczesnych godzin porannych utrzymując się przez cały dzień, aż do późnego popołudnia, gdy pierwsze krople deszczu spadły na miasto pogrążone w sennej jesiennej aurze. Lubił takie dni, mimowolnie nastrajające człowieka dawką nostalgii, którą rozganiał kolejnymi filiżankami czarnej kawy; próbując, chociaż na jakiś czas odgonić od siebie ciemne chmury podejrzeń i pytań, bez odpowiedzi. Myśli wszelkiej maści uderzały z każdej ze stron, a zniecierpliwienie narastało, niby fala przypływu. Argumentując sam przed sobą, że to najlepszy sposób weryfikacji postanowił działać, bo sprawa, nad którą od kilku tygodni siedział we współpracy z federalnymi, przypominała kłębek nici potraktowany przez psotnego kota, a każda z nitek prowadziła w inne wąskie gardło domysłów i analiz.
Czas gonił i zdecydowanie nie był ich sprzymierzeńcem, należało działać, dlatego postanowił zbadać trop, który wydał się najbardziej sensowny, a jednocześnie dawał największe pole rekonesansu. Choć mógł być, tylko i wyłącznie ślepym zaułkiem, ale tonący brzytwy się chwyta, podobno.
Dlatego postanowił złożyć wizytę znajomej – June Harrison; obiecująca śledcza, której rzadko kiedy niuanse w sprawie uciekają sprzed nosa. Współpracowali kilkukrotnie przy większych i mniejszych sprawach, poznając swoje mocne i te gorsze strony, stąd wiedział, jaki kobieta miała temperament oraz wartości, to też skłaniało go do podjęcia decyzji, aby złożyć jej niezapowiedzianą wizytę. Był pewien policjantki, a przynajmniej żywił, wobec niej bardzo duże nadzieje, że nie została wplątana w coś, co ją zdecydowanie przerastało. Była na to zbyt ostrożna – w jego opinii.
Musiał jednak pamiętać o konsekwencji prowadzonych działań na przestrzeni ostatnich tygodni, a te kierowały go na trop, dość nieoczywisty w swym wydźwięku, jak i w strukturze powiązań, mogący okazać się kluczowym puzzlem w układance, jaką starał się złożyć do kupy, mimo tak wielu niejasności.
Mafijne porachunki świat skrojony pod linijkę najgorszych cech ludzkich, nasączony pogonią za zyskiem i bezwzględnością, gdy wchodziły w grę interesy zbudowane na handlu prochami i bronią. Brutalność, akty przemocy, morderstwa, to musiało w pewnym momencie skumulować się i wypłynąć w ten czy inny sposób przyciągając uwagę służb, które tylko czekały na potknięcie wroga. Zwierciadło rzeczywistości, tej skąpanej w mroku wielkich miast, gdzie interesy dobijali biznesmeni w białych kołnierzykach, a na ich dłoniach pozostawały ślady przelanej krwi.
Fraser funkcjonował od lat w tym środowisku – ścigając, tropiąc i wymierzając sprawiedliwość, dla tych którzy nie mieli poszanowania prawa. Był człowiekiem skupionym na powierzonym zadaniu, skrupulatnie zbierając materiały i poszlaki, podejmował decyzje, które miały często decydujący wymiar. Przywykł do tej szarej rzeczywistości, starając się za wszelką cenę nie stracić celu z horyzontu zdarzeń.
Decyzja o rozmowie z June była w jego oczach formalnością, dlatego zamierzał wykonać ją tak, aby dowiedzieć się wszystkiego, co kobieta wiedziała w danej sprawie. Robił to połowicznie z prywatnych pobudek, a po części zawodowo, chciał mieć klarowny obraz sytuacji.
Zapukał do jej drzwi z marsową miną, lecz odpowiedziała mu cisza, zupełny brak reakcji. Ponowił pukanie, tym razem wkładając w czynność, nieco więcej siły, jednak i tym razem, nic. Kiedy miał zamiar poddać się i wrócić nazajutrz zadało mu się, że usłyszał, jakiś dźwięk, być może szum wody dochodzący z mieszkania kobiety. Zadzwonił więc do drzwi, oszczędzając dłoń na dalsze dobijanie się i czekał cierpliwie, aż ta mu otworzy.
— Musimy porozmawiać — rzucił głucho, pomijając coś tak trywialnego, jak powitanie, jego ciemne oczy osiadły na policjantce.