chaos and the calm
: ndz lis 01, 2026 11:26 am
Fakt, że ostatnimi czasy Ollie Everhat najwyraźniej nie miał innego wyboru, niż pełnić rolę całodobowego szofera na telefon dla mężczyzn, którzy pod pozorami funkcjonalnej dorosłości ewidentnie nie do końca radzili sobie z wymogami własnego życia, dosłownie pękał w szwach od gorzkiej ironii. Przecież jeszcze całkiem niedawno, to Oleandra trzeba było notorycznie wozić i odbierać z miejsc, w które wcześniej dostawał się bez najmniejszej trudności. I kto wówczas spieszył mu z pomocą? Cóż, zdecydowanie nie Miles, którego garść dni wcześniej Ollie musiał ratować z klubowych tarapatów, i tym bardziej nie Malcolm Bremers, od którego SMS wyrwał bruneta z płytkiej, wieczornej drzemki ledwie sześć godzin wcześniej.
Może Ollie tylko to sobie wmawiał, przed samym sobą starając się jakoś ocalić własną twarz, nie wychodząc przy tym na zbyt uległego i pozbawionego zdrowej asertywności, ale przynajmniej w dzisiejszym przypadku, okoliczności pokrótce opisane przez Malcolma w wiadomości nie pozostawiały szczególnie wiele miejsca na dyskusję. Mało było przecież wystarczająco dobrych powodów, żeby rzucić się komuś na ratunek, niż ojciec w szpitalu, i to w dodatku oddalonym od Toronto o kilkaset kilometrów. I wcale nie miało to nic wspólnego z faktem, że o pomoc prosił Everharta właśnie szatyn, a nie ktokolwiek inny (prawda?). Nawet jeśli Oleander nie miał tak naprawdę większego pojęcia, jak poważny był stan mężczyzny, ani co właściwie się mu przydarzyło, nawet nie mrugnął, odwołując własne, luźno ułożone na weekend plany.
Samochód pożyczony od starszego brata był zdecydowanie wygodniejszy od tego, którym Ollie przemieszczał się po Toronto na co dzień, chociaż przyzwyczajenie się do nieco inaczej rozmieszczonych przycisków zajęło mu chwilę dłużej, niż zamierzał się przyznać. Ostatecznie, upewniwszy się, że wszystko działa tak, jak należy, i nic nie wchodzi mu w drogę podczas zmiany biegów, wrzucił do bagażnika torbę podróżną, parę przekąsek rozsądnie złapanych z kuchni z myślą o wielogodzinnej podróży, i powerbank, który wcześniej niemal zapomniał zabrać ze stołowego blatu. Tym razem nie termos, ale dwa termiczne kubki z kawą (w jego odbiorze odrobinę lepszą, niż ta, którą raczyli się podczas pierwszego spotkania po latach, choć nie on miał być dziś najważniejszym sędzią) ustawił w uchwycie między siedzeniami pasażera i kierowcy. Nie wiedział, czy Malcolm w ogóle będzie miał ochotę po jeden z nich sięgnąć, ale wychodził z założenia, że kofeina jeszcze nikomu nie zaszkodziła w obliczu rodzinnego kryzysu. A już zwłaszcza nie o porze tak wczesnej jak ta, o której mieli się dziś spotkać.
Zanim ruszył pod wskazany mu adres, przez chwilę patrzył nieco pustym, przynajmniej dla pobocznego obserwatora, wzrokiem, wprost przed siebie - na spowitą poranną mgłą ulicę i znajome domy majaczące po obydwu jej stronach. Jego pamięć działała jak włączający się nieproszenie projektor, serwujący brunetowi wspomnienia sprzed ponad dziesięciu lat. Wykradanie się z domu, podawszy wcześniej rodzinie jakąś banalną wymówkę. Ekscytację napędzającą każdy krok, gdy wyruszał na spotkanie z Malcolmem. Dreszcz podniecenia na myśl, że chłopak jest jego własnym sekretem.
Dziś, Ollie Everhart czuł głównie zmęczenie. I nawet nie próbował sobie wmówić że chodziło wyłącznie o fakt, że jego zegarek właśnie wskazał piątą rano. Chryste, musiał wziąć się w garść, i przestać robić z tego jakąkolwiek wielką historię. Ot, Mal potrzebował pomocy, a on mógł jej akurat udzielić. Proste. Nie wszystko musiało mieć drugie dno, nie każdy gest stanowił dowód na istnienie jakiegoś nierozwiązanego sentymentu. (Chociaż, zważywszy na to, jak zakończyła się jego ostatnia nocna misja ratunkowa, być może powinien zacząć nieco ostrożniej dobierać sobie pasażerów).
Pod odpowiedni adres dotarł parę minut przed umówioną godziną. Nie wyłączył nawet silnika; dojmujący jesienny chłód zdążył już przeniknąć przez materiał kurtki, a ogrzewanie dopiero zaczynało robić swoje. Zamiast żartobliwie wciskać klakson (jak zrobiłby to przed dziesięcioma laty), sięgnął telefon i wystukał krótką wiadomość.
Jestem na dole. Bez pośpiechu.
Odłożył telefon na konsolę, poprawił ułożenie protezy i oparł głowę o zagłówek. Przez przednią szybę obserwował okna budynku, zastanawiając się mimochodem, czy Malcolm zdążył w ogóle zmrużyć oko. Jeśli nie, może będzie drzemał przez całą drogę, aż dotrą do celu, ratując ich tym samym od konieczności konwersowania o takich rzeczach, jak pogoda, korki, i wciąż rosnące ceny benzyny, albo trwania w napiętym, niewygodnym milczeniu. Może Ollie katastrofizował - bo przecież podczas ostatniego spotkania poradzili sobie z ciszą całkiem wprawnie, ostatecznie burząc ją rozmową pogłębiającą się wraz z każdym kolejnym, wypijanym przez nich drinkiem. Teraz jednak zamiast tequili albo ginu, mieli do dyspozycji tylko kawę, wodę, i jakiś żałosny, złapany na wszelki wypadek energetyk wciśnięty do skrytki na dokumenty i mapy, którego obecność sprawiała, że Ollie znów czuł się jak nastolatek.
Z zamyślenia, Everharta wyrwał wreszcie ruch przy drzwiach wejściowych budynku - najpierw cień, potem coraz wyraźniejszy zarys męskiej sylwetkiktórą przecież rozpoznałby na drugim końcu świata. Zabawne, jak bardzo mgła potrafiła przypominać dym. Jeszcze zabawniejsze: jak dużą ulgę Oleander poczuł, gdy wreszcie Mal wyłonił się z mlecznej szarości, dając Ollie'mu absolutną pewność, że mu się to wszystko zwyczajnie nie śniło.
- Dzień dobry - Powiedział, wysiadając z samochodu głównie za sprawą przyjacielskiej kurtuazji. Nie wiedział, czy powinien Malcolma objąć, uścisnąć mu dłoń, czy przybić sobie jakąś kretyńską, męską piątkę, jakby szykowali się na radosną, kompletnie niedwuznaczną wycieczkę. Ostatecznie zdecydował się na krótki, niemal pragmatyczny uścisk, jednocześnie wyciągając rękę po bagaże Bremersa. - Sprawdziłem trasę. Powinniśmy dotrzeć na miejsce niewiele po dwunastej - Oznajmił, choć przecież powinien był spytać jak Mal się ma, i czy czegoś jeszcze potrzebuje. Pragmatyzm był jednak wygodny. Bezpieczny. - Po drodze będzie też parę miejsc, w których moglibyśmy coś przegryźć... Jeśli, oczywiście, będziesz miał apetyt.
A on? Co za problem. Najwyżej zadowoli się kawą i kurzem.
malcolm bremers
Może Ollie tylko to sobie wmawiał, przed samym sobą starając się jakoś ocalić własną twarz, nie wychodząc przy tym na zbyt uległego i pozbawionego zdrowej asertywności, ale przynajmniej w dzisiejszym przypadku, okoliczności pokrótce opisane przez Malcolma w wiadomości nie pozostawiały szczególnie wiele miejsca na dyskusję. Mało było przecież wystarczająco dobrych powodów, żeby rzucić się komuś na ratunek, niż ojciec w szpitalu, i to w dodatku oddalonym od Toronto o kilkaset kilometrów. I wcale nie miało to nic wspólnego z faktem, że o pomoc prosił Everharta właśnie szatyn, a nie ktokolwiek inny (
Samochód pożyczony od starszego brata był zdecydowanie wygodniejszy od tego, którym Ollie przemieszczał się po Toronto na co dzień, chociaż przyzwyczajenie się do nieco inaczej rozmieszczonych przycisków zajęło mu chwilę dłużej, niż zamierzał się przyznać. Ostatecznie, upewniwszy się, że wszystko działa tak, jak należy, i nic nie wchodzi mu w drogę podczas zmiany biegów, wrzucił do bagażnika torbę podróżną, parę przekąsek rozsądnie złapanych z kuchni z myślą o wielogodzinnej podróży, i powerbank, który wcześniej niemal zapomniał zabrać ze stołowego blatu. Tym razem nie termos, ale dwa termiczne kubki z kawą (w jego odbiorze odrobinę lepszą, niż ta, którą raczyli się podczas pierwszego spotkania po latach, choć nie on miał być dziś najważniejszym sędzią) ustawił w uchwycie między siedzeniami pasażera i kierowcy. Nie wiedział, czy Malcolm w ogóle będzie miał ochotę po jeden z nich sięgnąć, ale wychodził z założenia, że kofeina jeszcze nikomu nie zaszkodziła w obliczu rodzinnego kryzysu. A już zwłaszcza nie o porze tak wczesnej jak ta, o której mieli się dziś spotkać.
Zanim ruszył pod wskazany mu adres, przez chwilę patrzył nieco pustym, przynajmniej dla pobocznego obserwatora, wzrokiem, wprost przed siebie - na spowitą poranną mgłą ulicę i znajome domy majaczące po obydwu jej stronach. Jego pamięć działała jak włączający się nieproszenie projektor, serwujący brunetowi wspomnienia sprzed ponad dziesięciu lat. Wykradanie się z domu, podawszy wcześniej rodzinie jakąś banalną wymówkę. Ekscytację napędzającą każdy krok, gdy wyruszał na spotkanie z Malcolmem. Dreszcz podniecenia na myśl, że chłopak jest jego własnym sekretem.
Dziś, Ollie Everhart czuł głównie zmęczenie. I nawet nie próbował sobie wmówić że chodziło wyłącznie o fakt, że jego zegarek właśnie wskazał piątą rano. Chryste, musiał wziąć się w garść, i przestać robić z tego jakąkolwiek wielką historię. Ot, Mal potrzebował pomocy, a on mógł jej akurat udzielić. Proste. Nie wszystko musiało mieć drugie dno, nie każdy gest stanowił dowód na istnienie jakiegoś nierozwiązanego sentymentu. (Chociaż, zważywszy na to, jak zakończyła się jego ostatnia nocna misja ratunkowa, być może powinien zacząć nieco ostrożniej dobierać sobie pasażerów).
Pod odpowiedni adres dotarł parę minut przed umówioną godziną. Nie wyłączył nawet silnika; dojmujący jesienny chłód zdążył już przeniknąć przez materiał kurtki, a ogrzewanie dopiero zaczynało robić swoje. Zamiast żartobliwie wciskać klakson (jak zrobiłby to przed dziesięcioma laty), sięgnął telefon i wystukał krótką wiadomość.
Odłożył telefon na konsolę, poprawił ułożenie protezy i oparł głowę o zagłówek. Przez przednią szybę obserwował okna budynku, zastanawiając się mimochodem, czy Malcolm zdążył w ogóle zmrużyć oko. Jeśli nie, może będzie drzemał przez całą drogę, aż dotrą do celu, ratując ich tym samym od konieczności konwersowania o takich rzeczach, jak pogoda, korki, i wciąż rosnące ceny benzyny, albo trwania w napiętym, niewygodnym milczeniu. Może Ollie katastrofizował - bo przecież podczas ostatniego spotkania poradzili sobie z ciszą całkiem wprawnie, ostatecznie burząc ją rozmową pogłębiającą się wraz z każdym kolejnym, wypijanym przez nich drinkiem. Teraz jednak zamiast tequili albo ginu, mieli do dyspozycji tylko kawę, wodę, i jakiś żałosny, złapany na wszelki wypadek energetyk wciśnięty do skrytki na dokumenty i mapy, którego obecność sprawiała, że Ollie znów czuł się jak nastolatek.
Z zamyślenia, Everharta wyrwał wreszcie ruch przy drzwiach wejściowych budynku - najpierw cień, potem coraz wyraźniejszy zarys męskiej sylwetki
- Dzień dobry - Powiedział, wysiadając z samochodu głównie za sprawą przyjacielskiej kurtuazji. Nie wiedział, czy powinien Malcolma objąć, uścisnąć mu dłoń, czy przybić sobie jakąś kretyńską, męską piątkę, jakby szykowali się na radosną, kompletnie niedwuznaczną wycieczkę. Ostatecznie zdecydował się na krótki, niemal pragmatyczny uścisk, jednocześnie wyciągając rękę po bagaże Bremersa. - Sprawdziłem trasę. Powinniśmy dotrzeć na miejsce niewiele po dwunastej - Oznajmił, choć przecież powinien był spytać jak Mal się ma, i czy czegoś jeszcze potrzebuje. Pragmatyzm był jednak wygodny. Bezpieczny. - Po drodze będzie też parę miejsc, w których moglibyśmy coś przegryźć... Jeśli, oczywiście, będziesz miał apetyt.
A on? Co za problem. Najwyżej zadowoli się kawą i kurzem.
malcolm bremers