Strona 1 z 1

the things we do for art

: pn lis 02, 2026 9:54 am
autor: sascha fontaine
Sascha Fontaine nie znosił poniedziałkowych poranków, ale konieczność stawiania się na kampusie o dziewiątej bladym świtem z samym początkiem tygodnia, ostatecznie nie odstraszyła go od studiowania sztuk pięknych. W końcu uwielbiał uczestniczyć w seminariach poświęconych społecznemu znaczeniu malarstwa, i całymi godzinami dyskutować o granicach artystycznej ekspresji, i słuchać refleksji innych artystów. Poza tym - a może przede wszystkim - naprawdę kochał ciężki zapach farby olejnej, brudne od grafitu opuszki palców, napięcie w nadgarstku po kilku godzinach szkicowania i ten szczególny moment, kiedy coś, co dotąd istniało wyłącznie pod jego powiekami, zaczynało przybierać rozpoznawalny kształt na kartkach szkicownika, albo na płótnie. Nie był nawet szczególnie przeciwny sztuce konceptualnej, tak długo, jak nikt nie oczekiwał od niego udawania zachwytu nad trzema metrami stalowego drutu i kawałkiem betonu, których autor - inny student - najwyraźniej uważał się za współczesnego Michała Anioła. Co, jak się okazało, było opinią, którą należało zachować dla siebie.
Zwłaszcza jeżeli trzy dni później ktoś rzeczywiście postanowił zrobić z tym betonem coś niedopuszczalnego.

Przez pierwsze dwadzieścia minut dzisiejszego seminarium, Sascha, zamiast notatkami, zajmował się rysowaniem drobnych, groteskowych postaci, z których jedna przypominała prowadzącego zajęcia profesora, druga martwego gołębia, a trzecia profesora w trakcie powolnej przemiany w martwego gołębia. Dopił swoją wystygłą kawę, odpowiedział na dwie wiadomości i policzył, ile razy siedzący przed nim chłopak odwrócił głowę, żeby spojrzeć w jego stronę. Siedem. Za ósmym razem Sascha uniósł wzrok znad zeszytu i uśmiechnął się do niego tak serdecznie, że tamten natychmiast odwrócił się z powrotem. Co nie było może szczególnie subtelne, ale najwyraźniej wystarczyło.
Plotki rozchodziły się po uczelni z prędkością, której mogłyby pozazdrościć niektóre choroby zakaźne. Jeszcze w piątek wieczorem większość studentów zajmowała się własnymi sprawami, a już w poniedziałek wszyscy wiedzieli, że ktoś zniszczył instalację przygotowywaną na nadchodzącą wystawę przez Charlie'go Willowby, że szkody oszacowano na kilka tysięcy dolarów, że administracja przegląda nagrania z monitoringu i że Sascha Fontaine, który podczas czwartkowej dyskusji publicznie nazwał autora dzieła pretensjonalnym dupkiem, został widziany w budynku po godzinach.
To ostatnie akurat było prawdą. Pozostałe informacje podlegały interpretacji. Chociażby określenie "zniszczył", bo przecież instalacja przecież nadal istniała. Fakt, że jeden z jej elementów znajdował się teraz w zupełnie innym miejscu nie musiał automatycznie oznaczać aktu wandalizmu. W pewnych okolicznościach mógłby wręcz zostać uznany za twórczą reinterpretację. Sascha miał jednak dość rozsądku, żeby nie przedstawiać tej argumentacji dziekanatowi. Zwłaszcza po tym, jak w sobotę rano otrzymał wezwanie by po poniedziałkowych zajęciach stawić się na rozmowie wyjaśniającej.
Nie bał się tej rozmowy. Potrafił przecież rozmawiać z ludźmi, którzy mieli nad nim władzę. Nie oznaczało to jednak wcale, że lubił znajdować się w podobnych sytuacjach, płaszcząc się przed osobami, które najpewniej i tak już zdecydowały, jaką historię zamierzają usłyszeć. Nie było więc wątpliwości, że tym, czego Fontaine najbardziej teraz potrzebował, było po prostu dobre alibi.
A właściwie dziewczyna, która mogła mu je zapewnić.

Sunny.


Trudno było nie zapamiętać jej imienia, ale oprócz niego, wiedział o niej w zasadzie tyle, co nic. Ich ścieżki na kampusie przecinały się rzadko, na jedynych, wspólnych zajęciach, i sporadycznie też na organizowanych dla wszystkich studentów wydarzeniach. Do tej pory, zamienili ze sobą może kilkanaście zdań, głównie dotyczących zajęć, i Sascha nie miał jeszcze okazji ustalić, czy była raczej typem człowieka, który bez wahania pomaga obcym, czy takiego, który w pierwszej kolejności pyta, dlaczego właściwie obcy potrzebuje pomocy.
Chodziło o to, że - był pewien! - w czwartek wieczorem widział ją w budynku. Minęli się na dole, w pobliżu klatki schodowej, kiedy on sam zmierzał na ostatnie piętro. Nie wiedział, czy ona również go zauważyła, ani tym bardziej, czy zapamiętała godzinę. Wiedział natomiast, że dach budynku stanowił świetne miejsce do obserwowania miasta, szczególnie wieczorami, kiedy światła samochodów rozciągały się pomiędzy budynkami niczym rozżarzone światłem żyły. Lubił tam szkicować. Miał nawet kilka rysunków, które mógłby pokazać na dowód, choć żaden nie zawierał daty ani godziny, a zatem równie dobrze mógł powstać miesiąc wcześniej.
Kiedy seminarium dobiegło końca, odczekał chwilę, starannie chowając zeszyt do torby, wsunął za ucho ołówek i dopiero wtedy wstał, przeciągając się z przesadną swobodą. Nie zamierzał przecież wyglądać na kogoś, kto właśnie poluje na potencjalnego świadka własnego przestępstwa.
Dogonił Sunny na korytarzu, gdzieś pomiędzy studentami przepychającymi się w stronę schodów. Zrównał z nią krok, przez moment idąc w milczeniu, jakby znaleźli się obok siebie zupełnie przypadkowo.
— Sunny, prawda? — odezwał się wreszcie, obdarzając ją zupełnie niewinnym uśmiechem — Sascha. Z seminarium. — Oznajmił jak gdyby nigdy nic. — Mam do ciebie pytanie. Właściwie dwa, ale drugie zależy od tego, jak odpowiesz na pierwsze.

Sunny Song