Strona 1 z 1

in the land of gods and monsters

: wt lis 03, 2026 11:05 pm
autor: joe grainier
When you talk, it's like a movie and you're makin' me crazy
'Cause life imitates art
If I get a little prettier, can I be your baby?
You tell me life isn't that hard



Zegarek Carlosa Salazara leżał na kominku w sypialni Joe mniej więcej od trzech tygodni.

Nie był szczególnie uciążliwym lokatorem: nie zajmował wiele miejsca, nie domagał się uwagi, nie pozostawiał po sobie brudnych naczyń ani nie wybudzał Joe ze snu w środku nocy głośnym tykaniem albo spazmatycznymi okrzykami kukułki, jak to miały w zwyczaju znacznie większe, stojące zegary. Od czasu do czasu jedynie połyskiwał metalową kopertą w świetle poranka, goszcząc w życiu Grainier o wiele subtelniej, niż ostatnimi czasy robił to jego właściciel.
Joe nie przypuszczała, żeby Carlosowi szczególnie go brakowało — i może właśnie dlatego nigdy nie ponagliła go w żadnym SMSie, żeby swoją własność odebrał albo przynajmniej poinstruował ją, jak mogłaby mu ją zwrócić. Widziała przecież, jak mężczyzna mieszkał, jak się ubierał, i nie musiała zaglądać do jego szafy, żeby podejrzewać, że nie był to jedyny czasomierz pozostający w jego posiadaniu. Kto wie, być może nawet nie zauważył jego braku.

Chodziło zatem może o zwykłą, wpojoną jej uczciwość i uprzejmość (nie kłam, Joe), ale pierwsza próba zwrócenia zguby zakończyła się jednak upokorzeniem tak nieoczekiwanym, że przez dłuższą chwilę Grainier nie potrafiła zdecydować, czy powinna się roześmiać, czy raczej zwyczajnie obrazić.
Do The Painted Lady zwyczajnie jej bowiem nie wpuszczono.
Bynajmniej nie dlatego, że lokal był zamknięty albo ponieważ poinformowano ją, że Salazara w nim nie ma i w dodatku nie wiadomo, kiedy wróci. Ależ skąd. Nie powstrzymał jej nawet jakiś absurdalny limit wieku albo system zabezpieczeń, którego istnienia może należałoby się spodziewać po człowieku prowadzącym co najmniej niejasne interesy.
Powodem okazał się jej wygląd. Ot, jej sweter — szary pod kolor kwitnących pod dolną powieką sińców niewyspania, para jeansów o podstrzępionych nogawkach nachodzących na wysłużone trampki i plecak, który być może rzeczywiście upodabniał ją do licealistki, ale był jednocześnie dobry dla jej udręczonych wieloma godzinami na dyżurze pleców. Prezencja, której nikt nie komentował w miejscu, w jakim obcy ludzie powierzali Joe własne zdrowie, okazała się jednak nie spełniać wymagań lokalu, w którym powierzano barmanom co najwyżej własną wątrobę.
— Przyszłam tylko oddać zegarek — próbowała wyjaśnić, nie bez irytacji, górze mięsa rosłemu mężczyźnie stojącemu przy wejściu. Niestety, ani trzymany przez nią w dłoni zegarek, ani nazwisko „Salazar”, którym próbowała cisnąć w bramkarza niczym magicznym zaklęciem mającym otworzyć każdy Sezam, nie okazały się argumentami wystarczająco przekonującymi. Joe wycofała się więc, postanawiając, że więcej nie będzie próbowała.

Decyzja ta przetrwała mniej więcej czterdzieści osiem godzin i płynnie przerodziła się we wnikliwy research odnośnie do tego, czego właściwie można spodziewać się po The Painted Lady. Grainier szybko odkryła, że przybytek ten nie był najwidoczniej zwyczajnym klubem, do którego przychodziło się tańczyć do rana, ani barem, w którym nikt nie zwracał uwagi na to, czy gość miał na sobie marynarkę, czy bluzę z uczelnianym nadrukiem. Zebrane przez nią dane wskazywały, że w lokalu Carlosa panowały określone zasady, a Joe — choć z natury niechętna podporządkowywaniu się cudzym oczekiwaniom — postanowiła tym razem potraktować je jako wyzwanie.
Zdecydowała się na czarną sukienkę z satyny tak delikatnej, że równie dobrze jej materiał mógł być raptem żartem, sugestią ubrania, przy każdym kroku muskając skórę śliskim chłodem, zwłaszcza tam, gdzie materiał rozchylał się w głębokim rozcięciu, odsłaniając okryte cieniutkimi rajstopami kolano. Do tego, zupełnie jak nie ona, dobrała buty na obcasie - niewysokim wprawdzie, ale wystarczającym, by nadać jej ruchom tej specyficznej płynności, której nigdy nie zapewniały płaskie podeszwy.
I całość pewnie sprawiłaby wrażenie nieco zbyt starannie przemyślanej, gdyby nie marynarka bezczelnie porwana z szafy Johnny’ego, i zarzucona na nagie ramiona. Była na Joe wyraźnie za duża, z rękawami, które szatynka musiała kilkakrotnie podwinąć, żeby odsłonić dłonie. Joe lubiła jednak tę dysproporcję, ostry kontrast satyny i czarnego tweedu, a także fakt, że w razie potrzeby mogła po prostu szczelniej otulić się okryciem, ukrywając pod nim większą część sukienki.
Ostatnim punktem całego tego procesu było upewnienie się, że podkręcone lekko włosy opadały na jej ramiona miękką falą - nie zaś w przypadkowych pasmach, których nieładem Grainier zadowalała się na co dzień, a ciemnoczerwona pomadka, rozprowadzona muśnięciami palca po wargach, dodaje jej powagi, ale nie wulgarności.
Kiedy skończyła, przez dłuższą chwilę przyglądała się sobie w lustrze. Od tamtej nocy minęło parę tygodni: wystarczająco, by siniaki niemal całkowicie zniknęły, zdarte kolana zdążyły się zagoić, a ból mięśni ustąpił na tyle, że przestała zwracać na niego uwagę przy każdej zmianie pozycji. Ciało, które przez pewien czas kojarzyło jej się przede wszystkim z bólem, strachem i bezradnością, powoli odzyskiwało znajome kształty. Przesunęła dłonią po materiale sukienki, wygładzając nieistniejące zagniecenie; ot, ledwie pretekst.

Podobała się sobie.


Przed wyjściem dwukrotnie upewniła się, że w mikrej, zawieszonej na przegubie ręki torebce znajduje się zegarek Carlosa, bo to przecież on był powodem jej dzisiejszej eskapady. Nie ciekawość. Nie chęć sprawdzenia, jak wygląda miejsce, w którym mężczyzna spędzał sporą część swojego czasu. Nie osobliwe zainteresowanie światem, którego mapę do tej pory dostrzegła tylko jeden raz, zapisaną w plątaninie urazów i zbliznowaceń na jego ciele.
I tym razem drzwi The Painted Lady stanęły przed nią otworem. Wewnątrz panował intencjonalny półmrok, a gęste światło zawieszonych nisko lamp ślizgało się po polerowanym drewnie, niknąc wszędzie tam, gdzie miejsce powinno być przede wszystkim na tajemnice i domysły. Głosy gości — licznych nawet mimo stosunkowo wczesnej pory — mieszały się z muzyką zdającą się istnieć przede wszystkim po to, by nadawać rozmowom odpowiedniej dyskrecji.

Nawet gdy dowiedziała się, że Salazar jest aktualnie zajęty i może zobaczyć się z nią dopiero za jakiś czas, ani przez moment nie pomyślała, że mogłaby się teraz wycofać. Poprosiła więc, żeby przekazano mu wiadomość, że Joan przyszła oddać jego własność, po czym skierowała się do baru, siadając na jednym z wysokich stołków, i zamawiając manhattan. Pierwszy łyk przyniósł znajomą, głęboką gorycz, złamaną obietnicą kandyzowanej wiśni, do której dało się dotrzeć dopiero opróżniwszy kieliszek. Oparłszy łokieć o ladę, Joe wreszcie pozwoliła własnemu spojrzeniu rozpanoszyć się po wnętrzu nieco śmielej, natrafiając na półksiężyc niewielkiej estrady. Dopiero kiedy muzyka zmieniła rytm, a światło reflektora skupiło się na szkarłacie kurtyny, Joe zaczęła podejrzewać, że scena ta nie służyła wyłącznie popisom muzyków.
Początek występu był jedynie mirażem. Ledwie zarysem kobiecej sylwetki, powoli wyłaniającym się tak zza kotary, jak i spomiędzy cieni. Ciemnowłosa tancerka nie była kompletnie roznegliżowana - z kształtnym ciałem okrytym gorsetem i lejącą się tkaniną peniuaru - ale równie dobrze mogła być zupełnie naga. Każdy jej gest był obietnicą. Przyciągała wzrok jak magnes, jednocześnie pozostając poza zasięgiem wszystkich pozostałych zmysłów.
Zupełnie nieświadomie, Joe wyłuskała zegarek Carlosa z torebki, oplatając jego bransoletę wokół własnego nadgarstka; był za duży i zbyt ciężki, więc musiała przytrzymać go kciukiem, niemal sennie trąc krawędzią paznokcia o prostokąt sprzączki.
I pewnie właśnie taką statecznie musiał zobaczyć ją Carlos - wpatrzoną w centralny punkt estrady dokładnie tak, jak robili to znajdujący się w jej pobliżu mężczyźni, i z policzkami płonącymi żywym ogniem.

Carlos Salazar