totally out of control
: czw lis 05, 2026 12:34 am
Rób swoje, zwycięstwo masz w kieszeni.
Mamy tempo, mamy strategię, jedź rozważnie, a wszystko się ułoży.
Pamiętaj, że pierwszy zakręt nie decyduje o całym wyścigu. Zachowaj spokój.
Skup się na wykonaniu dobrego performance'u. Pilnuj opon, nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka, daj nam czysty wyścig, a my zajmiemy się resztą.
Stoi za tobą cały garaż. Każdy chce cię zobaczyć na podium. Ten tytuł jest twój. Bierz ich.
Ostatnie klepnięcie pokrzepiające po plecach i posłany w podziękowaniu uśmiech, po czym Lucien zamknął za sobą drzwi. Z ciężkim westchnieniem podparł się rękami o biodra i odwrócił się twarzą do wąskiego, niewielkiego pomieszczenia, omiatając je wzrokiem. Tymczasowy pokój z kanapą i biurkiem stanowił dla niego chwilę wytchnienia i samotności, której potrzebował, żeby zebrać się w sobie przed długo oczekiwanym finałem.
Zarówno piątkowe treningi, jak i wczorajsze kwalifikacje nie przebiegły według jego planów. Problemy z autem i zużyciem opon wpłynęły na jego piątą pozycję startową. I choć podczas pierwszego wyścigu miał dobre tempo i wspiął się o dwie pozycje do góry, został wypchnięty z zakrętu i stracił cenny czas. Ostatecznie uzyskał dopiero czwarte miejsce, podczas gdy jego rywal, Holz, nadrobił straty punktowe w klasyfikacji, prawie całkowicie wyrównując różnicę między nimi. Niedzielny wyścig miał rozstrzygnąć wszystko.
Rozpiął swój kombinezon do połowy i ściągnął go ze swoich ramion, pozostawiając luzem na biodrach, a następnie sięgnął po plecak, który położył na blacie biurka i zaczął szukać miętówek. Wtem w jednej z kieszeni opuszkami palców natknął się na niewielką, śliską powierzchnię. Ze ściągniętymi brwiami złapał ją delikatnie między dwa palce i wyciągnął przed siebie.
Znajoma fotografia z polaroida sprawiła, że stanął w bezruchu i z przyspieszonym z nagła tętnem przypatrzył się jej uważnie. Aparat uwiecznił jedno z popołudniowych wygłupów z Zoyą, a ten konkretny kadr należał do bardziej intymnych i enigmatycznych chwil, które przywołały w nim ciepłe wspomnienia. Mimowolnie jego usta rozszerzyły się pod wpływem nikłego uśmiechu.
To prawdopodobnie ostatnia z zachowanych po tamtym dniu pamiątek, jeszcze zanim ich relacja przyjęła tak tragiczny obrót. Jego talizman, który miał mu przynieść szczęście. Spakował ją do plecaka, kiedy żył w przekonaniu, że więź z Zoyą była czymś właściwym. Dopiero później dotarło do niego, że karmił się zwykłą fantazją.
Obrócił fotografię w palcach i rzucił ją na blat. Nie chciał czuć tego, co znów się w nim rozbudziło. Nie mógł pozwolić sobie na ból i ten beznadziejny stan, który miał nadzieję pozostawić w Toronto.
Żeby zająć czymś myśli, sięgnął po telefon i usiadł na kanapie, na której się rozparł, by zacząć bezmyślnie przeglądać rolki na tiktoku. Po chwili wyskoczyło mu powiadomienie wiadomości. Na widok znajomej twarzy w mały okienku aż poderwał się do przodu i oparł łokcie o kolana, pochylając się nad komórką.

Zoyka
Mam nadzieję, że dziś spełni się twoje marzenie. Trzymam za ciebie kciuki, Lucien! Stań na podium
Wiadomość...
Długo zastanawiał się, czy powinien odpisać, a jeśli tak, to c o właściwie, bo nic, co przychodziło mu do głowy, nie wydawało się odpowiednie. Ostatecznie stwierdził, że nie miało to sensu. Powinien zostawić ją w spokoju.
Wtedy też z zamyślenia wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Gdy ustąpiły, w progu zobaczył Isobel. Przyjechała na ten weekend razem z tatą, który pewnie kręcił się gdzieś po padoku i rozmawiał z ludźmi z branży. A ona była jego matką, która nie omijała tych najważniejszych wydarzeń z życia swojego syna. Musiał się z nią pogodzić. Wyłączył więc telefon i wstał.
— Jak się czujesz, skarbie? Zobacz, kto postanowił ci dziś kibicować.
Kiedy zza mamy wychynęła wysoka blondynka w kusej białej sukience, nie krył zaskoczenia. Nie widywał się z nią w tym sezonie zbyt często, ale pamiętał, jak świetnie im się ze sobą w zeszłym roku współpracowało.
— Agatha — powitał dziewczynę buziakiem w policzek i krótkim przytuleniem, by zaraz, na zachętę Isobel, oprowadzić ją po motorhome i w międzyczasie nadrobić zaległości, co u niej.
A gdy nadeszła pora, przeszli razem przez padok do jego garażu, w którym chętnie postanowiła towarzyszyć jego rodzicom.
Nadal nie mógł w to uwierzyć.
Na wyścigu startował jako drugi. Mimo zblokowania koła i problemów z podsterownością, zachował opanowanie i pod koniec wyścigu wykorzystał okazję, by wyjść na prowadzenie. Po przekroczeniu mety aż łzy szczęścia cisnęły mu się do oczu.
Emocje buzowały w nim nawet, kiedy przystanął przy znaku mistrza DTM. Po wyjściu z auta zdjął kask i uśmiechnięty od ucha do ucha wzbił pięść do góry w triumfalnym geście, po czym podbiegł do swojego teamu, żeby nacieszyć się ich wspólnym sukcesem. Był tak oszołomiony tym, co działo się wokół niego, że organizatorzy zwrócili mu uwagę, by przed rozpoczęciem celebracji poszedł się zważyć.
A potem przyszli do niego rodzice i Agatha. Uściskał mocno najpierw mamę, potem tatę, na koniec dziękując za kibicowanie również blondynce. Zanim jednak zdążył się na dobre od niej odsunąć, ta raptownie go pocałowała. Skonsternowany oderwał się od niej, ale już prosili go na podium. Momentalnie przybrał więc na twarzy uśmiech spełnienia i skierował swoje kroki tam, gdzie zasłużył, by się znaleźć.
Tryskał tym wyjątkowym uczuciem szczęścia w trakcie odbierania upragnionego pucharu, najpierw za pierwsze miejsce w wyścigu, a później za tytuł całej serii. W całym tym amoku sycił się chwilą i celebrował ją na oczach tysięcy oglądających go przed ekranami.
Wtedy jeszcze nie docierało do niego, co się wydarzyło. Wtedy myślał wyłącznie o tym, że spełnił swoje marzenie, więc wszystkie dotychczasowe problemy stały się mniejsze. Dostał skrzydeł, nie było nic, czego nie dało się naprawić.
Dlatego na pytania od dziennikarzy, kim była owa dama, która go pocałowała, wzruszył beztrosko ramionami.
Była tylko przyjaciółką.
Ostatni jego powrót nosił jedno imię: Zoya, Zoya, Zoya!
Tym razem wracał do Toronto, w którym nie czekał na niego nikt, a pustkę w jego sercu po ciemnowłosej wypełniła wyłącznie satysfakcja ze spełnienia wymarzonego celu. Nie wracał sam. Wracał z dwoma pucharami i poczuciem zwycięstwa. Oraz trawiącym go żalem, że nie mógł się tym podzielić z osobą, na której zależało mu najbardziej.
W tym czasie miasto wróciło do normalności, choć życie Luciena nadal pozostawało od tego dalekie. Oprócz zaproszeń do współpracy i kolejnych wywiadów do studia musiał zająć się jedną ważną sprawą - bankietem.
To wydarzenie dość skutecznie odciągało jego myśli od Zoi, acz nadal niewystarczająco, by wymazać ją z pamięci. Wystarczyło, że wracał do mieszkania, by w nieoczekiwanych momentach powracały do niego wspomnienia wielu ulotnych, pełnych śmiechu, bliskości i namiętności chwil. Wciąż napotykał na rzeczy, które zostawiła po sobie, gdy pakowała się w pośpiechu, albo dostrzegał różnice w poprzestawianych tu i ówdzie przedmiotach, które jej zdaniem do tej pory nie pasowały w danych miejscach albo nie były zbyt funkcjonalne. Codziennie też z rana po przebudzeniu patrzył na niego kwiatek w doniczce, którego dostał od niej, gdy pojawiła się w jego mieszkaniu po raz pierwszy. Przeniósł go na dół i postawił na komodzie.
W miejscu, które nadal nią pachniało, uczył się na nowo żyć bez niej.
W dodatku wszyscy o nią pytali. Portier wyraził rozczarowanie związane z nieobecnością jego towarzyszki, kiedy Lucien wyznał mu, że już tu nie wróci. Po wejściu do windy w jego głowie odbijało się niczym echo westchnięcie, że była to taka m i ł a dziewczyna. Ellie, która wyciągnęła go na kawę do nowej kawiarni, również próbowała podpytać, jak miały się sprawy z Zoyą, ale sprostował krótko, że to mocno nieaktualne.
Najgorzej jednak zniósł dzień, w którym do jego progu zawitała Maria. Podczas wspólnego mieszkania kobiety nie mogły uniknąć poznania się. I najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą zaprzyjaźniły, bo gdy tylko służąca dowiedziała się o wyprowadzce Zoi, nie ukrywała niezadowolenia z tego powodu, raz po raz robiąc mu pod tym kątem przytyki. Drażniło go to, ale znał ją od dziecka i traktował ją niemal jak członka rodziny, nie mógł więc zrobić nic poza wysłuchaniem jej tyrady.
Gdzie ty taką drugą znajdziesz. Miłą, uczynną, zabawną. A to, że ma trochę charakterku to nawet i lepiej, bo przynajmniej przy niej byś się nie nudził.
Wiedział. Wiedział to wszystko tak dobrze, jak nikt. I cholernie za tym tęsknił, ale przecież tak miało być l e p i e j.
Finalnie Maria musiała dostrzec jego strapienie i wymowne milczenie, bo w końcu ustąpiła.
Z ich rozstania najbardziej zdawała się cieszyć jedynie jego matka, ale na każde jej niewinne wtrącenie zaraz gromił ją wzrokiem i ucinał temat, aż dla dobra swojego i fundacji, na którą tak często ostatnio się powoływała, przestała drążyć.
Kilka dni później…
Posiadłość Spencerów w Don Mills imponowała swoją wielkością i przepychem już od zewnątrz, ale to w środku, tuż po oddaniu kluczy parkingowemu, robiła największe wrażenie. Ogromne przestrzenie, marmury i kryształowe żyrandole świadczyły o majętności jej mieszkańców, nieco onieśmielając wkraczających przez próg gości.
Idąc w stronę drzwi wejściowych, Lucien uśmiechnął się do pani z obsługi sprawdzającej listę gości i wszedł poza kolejką. Ochroniarze w czarnych uniformach dyskretnie krążyli po sali, pilnując bezpieczeństwa przez wzgląd na ostatnie wydarzenia w mieście. Minął jednego z nich z nieznacznym skinieniem. Najmłodszy Spencer stanowił niemal główną atrakcję tego wieczoru, znali go wszyscy, łącznie z obsługą, która miała dopilnować, by bankiet przebiegł na odpowiednim poziomie.
Już od progu skupił na sobie spojrzenia gości, który chcieli się z nim przywitać i pogratulować mu wygranej, co chwila więc przystawał tu i ówdzie, by wymienić z nimi krótkie uprzejmości. Przy Maggie, Henrym i Ellie zatrzymał się na trochę dłuższą chwilę, żeby ostatecznie dotrzeć do swoich rodziców, którzy stali z nikim innym, jak Agathą oraz jej rodzicami.
Spodziewał się ich dziś zobaczyć. Andrew Thompson był najważniejszym sponsorem fundacji, a tym samym głównym gościem całego tego wydarzenia. Do jednego z zadań Luciena należało towarzyszenie im oraz zapewnienie, czego tylko sobie życzyli.
Przystanął więc przy blondynce ubranej w imponującą kreację koloru butelkowej zieleni, która opinała jej filigranowe ciało. Jeszcze będąc w Niemczech zdążyli wyjaśnić sobie incydent z pocałunkiem, jaki zdarzył się tuż po jego wygranej. Dziewczyna przeprosiła za ten spontaniczny gest, więc teraz powrócili do swobodnego tonu rozmowy, nie stroniąc od żartów, tak, jakby nic takiego się nie wydarzyło.
A potem fotograf poprosił ich do zdjęcia przy ściance z logo fundacji. Pogrążony w rozmowie z Agathą, podszedł z nią bliżej, najpierw ustępując miejsca rodzicom. Później przystanął pomiędzy nimi, prezentując swój szczery uśmiech. Wkrótce Isobel zaprosiła również do siebie państwa Thompsonów. Gdy po kilku błyskach fleszy już zaczęli się rozchodzić, mama zwróciła uwagę, że teraz kolej na samą młodzież. Przystanął więc w miejscu i z lekkim uśmiechem gestem dłoni zaprosił Agathę bliżej siebie, po czym objął delikatnie w talii i zapozował. Akurat wtedy blondynka rzuciła mu do ucha jakąś żartobliwą uwagę, na co najpierw spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem oboje się zaśmiali.
Cała ta sesja wyglądała bardzo niewinnie, a przez cały czas fotograf robił im coraz to ładniejsze, naturalne pamiątki. Nadal rozbawiony żartem finalnie podziękował i, nadal trzymając dłoń na plecach dziewczyny, skierował ją ponownie w stronę rodziców.
Wtedy też postanowił zaopatrzyć ich w drinki. Akurat zobaczył podchodzącą do nich kelnerkę, więc odwrócił się w jej stronę i wyciągnął ręce po szkło. Odruchowo podniósł spojrzenie na obsługującą go kobietę, by podziękować i nagle zamarł.
Zoya.
Momentalnie zrobiło mu się gorąco, a przez jego głowę przemknęło wiele rozgorączkowanych myśli.
Co ona tu robiła?
Czemu go obsługiwała?
Czy to był jakiś żart?
— Hej — wydusił z siebie cicho, starając się za wszelką cenę zachować opanowanie.
W tej samej chwili jego trybiki podjęły pracę na przyspieszonych obrotach, bo kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować. Udawanie, że jej nie znał, wydawało mu się okrutne, podobnie jak upokarzające było usługiwanie mu, ale jednocześnie nie mógł na nią zwrócić większej uwagi towarzystwa, bo… przed tym właśnie próbował ją chronić.
Dłoń na jego ramieniu i własne imię okraszone niepokojem, które dotarło do jego uszu, wyostrzyło jego spojrzenie. Głos Agathy uprzytomnił mu, że musiał zareagować. Pospiesznie odebrał więc szklanki.
— Dziękuję — mruknął i trochę stropiony wrócił spojrzeniem po twarzach rodziców i Thompsonów, aż zatrzymał się na Isobel, która przypatrywała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Zdusił w sobie złowróżbny pomruk i przyjął na twarz uprzejmy, wyuczony uśmiech, którym zapewnił gości, że wszystko było w porządku.
Następnie jeszcze raz ukradkiem spojrzał na matkę. Miał nadzieję, że za tym nie stała.
Zoya Weasley