This is not normal
: pt lis 06, 2026 12:28 am
U b r a n k o
Była wolna, a przynajmniej tak usiłowała sobie wmówić, chociaż widok Luciena całującego się z jakąś blondynką skutecznie wybił ją z pantałyku i pozostawił po sobie niesmak, który towarzyszył jej przez resztę samotnych dni.
Była wolna i w końcu postanowiła tę cholerną wolność zamanifestować. Szkoda tylko, że gdzieś z tyłu głowy wciąż kołatało się to dziwne, zupełnie niezrozumiałe poczucie lojalności.
Potrzebowała więc alkoholu. Najpierw znalazła go w barze, a później w klubie, do którego Zoyka postanowiła wybrać się całkowicie samotnie. Lawirowała między mężczyznami, tańcząc raz z jednym, raz z drugim. Od czasu do czasu celowo otarła się o któregoś z nich, próbując przywołać swoje dawne, flirciarskie zapędy, jakich o zgrozo, nie praktykowała od kilku tygodni. Niestety nie potrafiła skupić się ani na wyjątkowo nieudolnych pocałunkach, ani świntuszących szeptach.
Ostatecznie uznała, że skoro nawet klubowi amanci nie potrafili odwrócić jej uwagi od tego jedynego faceta, postanowiła wrócić do domu.
Zoya w delikatnie wątpliwym stanie odebrała skórzaną kurtkę i wybiegła z podziemi. Ku jej zaskoczeniu okazało się, że jeden z bardziej narwanych kawalerów, któremu zdążyła naobiecywać do uszka całkiem sporo irracjonalnych głupot, najwyraźniej nie zamierzał odpuścić.
Notorycznie oglądała się przez ramię, a kiedy napotykała jego napalone spojrzenie, natychmiast wracała wzrokiem do drogi. Ta ciemna i opustoszała wydawała się nie mieć końca.
W pewnym momencie serce podeszło Zoi do gardła, kiedy gorliwe kroki adoratora zmieniły się w rozszalały, biegowy tupot. Wówczas i ona zaczęła szybciej przebierać nogami, przeskakując niemal co drugą płytę chodnikową. W przypływie paniki cisnęła w mężczyznę paczką chusteczek, ale ten najwyraźniej uznał to za element gry wstępnej, bo jedynie zaśmiał się lubieżnie.
Czuła coraz większą presję, więc niewiele myśląc, skręcała raz w jedną alejkę, raz w drugą. Kiedy jednak dotarła do przejścia dla pieszych, gdzie na czerwonym świetle stało Ferrari, a za jego kierownicą siedziała jakaś kobieta, wpadła na kolejny, głupi pomysł. O ile to możliwe nabrała rozpędu, chociaż w niebotycznie durnych szpilkach ciągle kuśtykała, po czym niespodziewanie wskoczyła do samochodu przez otwarte okno.
Oczywiście wypadła mało spektakularnie i utknęła tułowiem we wnętrzu auta, podczas gdy reszta jej ciała pozostała na zewnątrz.
— Jedź, jedź! — rzuciłą niespodziewanie do nieznajomej, a pod wpływem kolejnej fali zdenerwowania zaczęła energicznie wymachiwać nogami w powietrzu. Z jednej ze stóp zsunął jej się obcas, co znacznie ułatwiło dalsze poczynania, bo asekurując się gołą stopą w końcu wpełzła do środka.
Zoya początkowo usadowiła się w samochodzie w jakieś krzywej pozycji z kolanem na drzwiach i z druą stopą na kokpicie. Jednak po kilku naprawdę rozpaczliwych manewrach zdołała wreszcie usiąść prosto. Ba, nawet zapięła pas!
— Jedź, błagam cię, bo ten napaleniec n a s dopadnie! — krzyknęła, po czym wskazała paluchem na nadbiegającego, śliniącego się doń mężczyznę.
kira finch
Była wolna, a przynajmniej tak usiłowała sobie wmówić, chociaż widok Luciena całującego się z jakąś blondynką skutecznie wybił ją z pantałyku i pozostawił po sobie niesmak, który towarzyszył jej przez resztę samotnych dni.
Była wolna i w końcu postanowiła tę cholerną wolność zamanifestować. Szkoda tylko, że gdzieś z tyłu głowy wciąż kołatało się to dziwne, zupełnie niezrozumiałe poczucie lojalności.
Potrzebowała więc alkoholu. Najpierw znalazła go w barze, a później w klubie, do którego Zoyka postanowiła wybrać się całkowicie samotnie. Lawirowała między mężczyznami, tańcząc raz z jednym, raz z drugim. Od czasu do czasu celowo otarła się o któregoś z nich, próbując przywołać swoje dawne, flirciarskie zapędy, jakich o zgrozo, nie praktykowała od kilku tygodni. Niestety nie potrafiła skupić się ani na wyjątkowo nieudolnych pocałunkach, ani świntuszących szeptach.
Ostatecznie uznała, że skoro nawet klubowi amanci nie potrafili odwrócić jej uwagi od tego jedynego faceta, postanowiła wrócić do domu.
Zoya w delikatnie wątpliwym stanie odebrała skórzaną kurtkę i wybiegła z podziemi. Ku jej zaskoczeniu okazało się, że jeden z bardziej narwanych kawalerów, któremu zdążyła naobiecywać do uszka całkiem sporo irracjonalnych głupot, najwyraźniej nie zamierzał odpuścić.
Notorycznie oglądała się przez ramię, a kiedy napotykała jego napalone spojrzenie, natychmiast wracała wzrokiem do drogi. Ta ciemna i opustoszała wydawała się nie mieć końca.
W pewnym momencie serce podeszło Zoi do gardła, kiedy gorliwe kroki adoratora zmieniły się w rozszalały, biegowy tupot. Wówczas i ona zaczęła szybciej przebierać nogami, przeskakując niemal co drugą płytę chodnikową. W przypływie paniki cisnęła w mężczyznę paczką chusteczek, ale ten najwyraźniej uznał to za element gry wstępnej, bo jedynie zaśmiał się lubieżnie.
Czuła coraz większą presję, więc niewiele myśląc, skręcała raz w jedną alejkę, raz w drugą. Kiedy jednak dotarła do przejścia dla pieszych, gdzie na czerwonym świetle stało Ferrari, a za jego kierownicą siedziała jakaś kobieta, wpadła na kolejny, głupi pomysł. O ile to możliwe nabrała rozpędu, chociaż w niebotycznie durnych szpilkach ciągle kuśtykała, po czym niespodziewanie wskoczyła do samochodu przez otwarte okno.
Oczywiście wypadła mało spektakularnie i utknęła tułowiem we wnętrzu auta, podczas gdy reszta jej ciała pozostała na zewnątrz.
— Jedź, jedź! — rzuciłą niespodziewanie do nieznajomej, a pod wpływem kolejnej fali zdenerwowania zaczęła energicznie wymachiwać nogami w powietrzu. Z jednej ze stóp zsunął jej się obcas, co znacznie ułatwiło dalsze poczynania, bo asekurując się gołą stopą w końcu wpełzła do środka.
Zoya początkowo usadowiła się w samochodzie w jakieś krzywej pozycji z kolanem na drzwiach i z druą stopą na kokpicie. Jednak po kilku naprawdę rozpaczliwych manewrach zdołała wreszcie usiąść prosto. Ba, nawet zapięła pas!
— Jedź, błagam cię, bo ten napaleniec n a s dopadnie! — krzyknęła, po czym wskazała paluchem na nadbiegającego, śliniącego się doń mężczyznę.
kira finch