my little dark age
: pt lis 06, 2026 5:01 pm
Czasami zastanawiał się, co mógłby poczuć, gdyby zaczął pozbawiać kogoś życia - czy liczyłby każdy oddech i pomruk tętna walczący jeszcze pod lepką, spoconą powierzchnią skóry, tak samo jak zawsze liczył do trzydziestu uderzeń w środek klatki piersiowej i słyszał suchy trzask żeber, które zaczynały wykruszać się jak gałęzie przypadkowo rozdeptane na spacerze, tak samo jak zawsze myślał o dwóch minutach i dalszej ocenie rytmu, o tym jak czas wykrzywiał się oraz zwalniał, trzymając ich w tym momencie w okrutną nieskończoność, tylko po to, aby zostali ostatecznie wyrzuceni z tej pułapki, mając później stać prosto i nieprzerwanie dalej się uśmiechać, zupełnie jakby przed chwilą nic absolutnie nie zdążyło się wydarzyć. Ludzie w murach szpitala umierali codziennie i z różnych, licznych powodów, ale zawsze odczuwał, że był w tej śmierci jedynie biernym uczestnikiem - spoglądał, jak ich stan się pogarsza, bez względu na to co postanowił zrobić, bo chociaż potrafił rozciąć dowolny fragment ich powłoki, chociaż umiał przesuwać się pomiędzy supłami ich narządów, chociaż miał cały stół narzędzi dostępnych właśnie w tej chwili do użytku, nie był w stanie usunąć z nich samej śmierci, która miała nastąpić - jeśli nie teraz to w niewyraźnym później. Mężczyzna, który niedawno pojawił się w ich oddziale, spoglądał na nich, jakby już dawno zdążył odnieść zwycięstwo - zadzierał nos pistoletu, mierząc nim w salę chorych, z których część była najzupełniej bezradnie przerażona, a pozostali na całe szczęście nie mieli w sobie najmniejszej świadomości, kim są ani w jakim miejscu się znajdują. Zatrzymał się, stojąc naprzeciwko napastnika, czując, jak momentalnie sztywnieją mu wszystkie mięśnie, jak wysycha mu w ustach, a krew zaczyna odpływać z jego twarzy. Zdążył dosięgnąć wzrokiem pielęgniarkę. Cholera. Nikt nie założył mu nawet wkłucia na obwodzie, a zanim zadziała zastrzyk domięśniowy agresor będzie mieć sporą szansę rozsmarować ich całkowicie na podłodze. Zaczął się zastanawiać, czy mężczyzna był głównie niedotleniony, pijany albo pod wpływem narkotyków, a może każdy z tych scenariuszy rozgrywał się w jego ciele równocześnie. Nie miało to zresztą znaczenia.
Drzwi prowadzące do pokoju, gdzie chwilę wcześniej czekali na niego funkcjonariusze, zamknęły się za krawędzią jego pleców. Tym razem bez zobowiązań wydostał się na korytarz - powiedział wszystko, co był zobligowany im powiedzieć. Wyuczył się tej rozmowy, trenując ją co najmniej kilka razy jak rymowankę na szkolne przedstawienie, dyskutując jej przebieg razem z kierownikiem. Musiał ostrożnie ważyć swoje słowa, zachowując tym samym tajemnicę zawodową. Poczuł się dziwnie wolny, gdy okazało się, że aktualnie było już po wszystkim - nawet, jeśli przed chwilą nikt oczywiście nie zagroził mu więzieniem. Wsunął dłoń do kieszeni marynarki. Wyciągnął zniecierpliwiony odrobinę wymiętą paczkę papierosów. Chciał zapalić. Marzył, by jak najszybciej znów znaleźć się na zewnątrz.
- Czy powinienem teraz się tłumaczyć? - zatrzymał się, mimo tego, gdy odkrył że korytarzem porusza się ktoś jeszcze, ktoś, kogo zresztą miał okazję dość dobrze zapamiętać. Nie zamierzał udawać, że nie odbyli tamtej rozmowy na konferencji. Pytanie, którym postanowił się podzielić, zatrzepotało obecnie na pograniczu żartu i ironii. Zawiesił na niej spojrzenie i po chwili jedynie wzruszył ramionami. - Świadek. Na całe szczęście w tym gównie - rzucił z obojętnością. W jednej z rąk dalej trzymał papierosy.
zaylee miller