Strona 2 z 2

1985 sparks steak house

: wt gru 30, 2025 3:35 pm
autor: Maurice Santana
Zmęczenie mocno doskwierało Santanie.
Nie liczył, od ilu godzin był już na nogach, natomiast stan, w którym prowadził auto do rezydencji Boucherów, luźno nawiązywał do samiutkich początków jego wojskowej kariery i bezsennych nocy spędzanych na warcie. Może jeszcze nie było mowy o halucynacjach, drgawkach i stanach lękowych, ale nawet pod gorącą wodą z deszczownicy czuł zimno, a powieki miał tak ciężkie, że co jakiś czas opadały na ułamek sekundy, zupełnie jakby po prostu zasypiał. Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że po tych piętnastu czy dwudziestu latach funkcjonowania w armijnym drylu, Moe powinien być już przyzwyczajony do wyczerpania i radzić sobie z nim zdecydowanie lepiej; w tak skrajnych sytuacjach nie ma wszak lepszego towarzysza od doświadczenia i zdobytych razem z nim sposobów na senność. Ba! Ten ktoś miałby pewnie rację, gdyby nie to, że skutek uboczny tego doskonalenia był zapisany w prawie najważniejszym miejscu na metryce urodzenia. Maurice się zestarzał. Jego ciało być może jeszcze nie zdradzało zbyt wielu oznak tego procesu albo przynajmniej – być może jeszcze nie robiło tego tak otwarcie, natomiast ze swoimi czterdziestoma-dwoma wiosnami na karku coraz częściej miewał momenty, w których brakowało mu młodzieńczej werwy, dynamiki czy bystrości umysłu. I jasne – zgoda; to może być wyolbrzymianie, skoro dwa lata starszy od niego Philip Rivers właśnie wracał z emerytury, żeby zagrać kilka meczów w NFL, ale nawet w zestawieniu z zawodowymi sportowcami ciało Santany było wyeksploatowane przynajmniej kilka razy mocniej. Kolana miał trzeszczące, obolałe i czasem sztywne (w nagrodę za setki albo tysiące lądowań ze spadochronem), kręgi porachowane i poprzestawiane, a reumatyczne bóle ramion i dłoni sprawiały, że raz na jakiś czas nie potrafił chwycić kierownicy czy szklanki albo odkręcić butelki. Ale najbardziej obawiał się o głowę. Wybuchy – ich hałas, drgania, a także kinetyka, a oprócz nich jeszcze odbite od hełmu pociski, rozmaite i gwałtowne zmiany ciśnienia czy wreszcie zwyczajne upadki skrzywdziły już nie jednego weterana problemami z pamięcią, migrenami, tykającymi bombami-krwiakami, bezsennością czy wreszcie zaburzeniami psychicznymi. Moe – co prawda – czuł się relatywnie dobrze i to pomimo, że nie stosował się do profilaktycznych zaleceń lekarzy, którzy wielokrotnie go konsultowali, natomiast w takich chwilach jak ta dobrze wiedział, że długa lista kontuzji nie pomagała w zachowaniu rześkości myślenia czy działania.
Ale o odpoczynku nie było mowy – nie teraz, kiedy w grupie Dante Bouchera działy się rzeczy przełomowe, a on mógł wreszcie zrobić jakiś postęp w tej śmierdzącej sprawie. Byle tylko przetrwać konfrontację z Albą.
Alkohol był zimny; zimny tak bardzo, że kiedy wziął pierwszy łyk nie tylko zabolał go pusty żołądek, ale i głowa (chociaż to było ukłucie, jakby lodową igłą) czy nadwrażliwe dziąsła. Niewielka była to jednak cena za orzeźwienie i chociaż chwilę absolutnie pełnej świadomości. Możliwe, że przesadzał, ale pierwsza rzecz jaka przyszła mu do głowy, to że odkąd dostał tę robotę, jeszcze nigdy nie musiał myśleć tak bystrze i szybko. Losy tej operacji nadal się ważyły i tylko on mógł „dowieźć” jej dalszy bieg. Pytanie brzmiało jedynie, czy był na siłach. Przecież tak bardzo chciało mu się spać.
O mnie, czy o ludziach, którzy próbowali cię porwać? – Odparł bezemocjonalnie. Chciał jeszcze prychnąć, ale nie przeszło mu to przez zachrypnięte gardło. Z pełną premedytacją za to bardzo skąpo nagradzał ją spojrzeniami – owszem, przyjrzał się jej uważnie, kiedy usiadła na krześle, ale potem od razu odwrócił wzrok i wbił go w najciemniejszy punkt kuchni. Przemęczone oczy już alergicznie reagowały na sztuczne światło ledowych żarówek czy wyświetlaczy, a poza tym liczył na to, że dzięki temu uda mu się zachować dystans, na którego pokonaniu bardziej będzie zależało Albie. Czuł bowiem, że to on musiał podyktować warunki w tej rozmowie. – Upewniłem się, że już nigdy więcej cię nie dotknie – rzucił krótko, a w jego tonie głosu łatwo było odnaleźć nutkę kpiny. Ale sam nie wiedział, co chciał w ten sposób zaznaczyć – czy bardziej to, że nie dbał o jej los, czy że nie robiło na nim wrażenia to, co stało się z porywaczem. Obie wersje podobały mu się jednakowo. – I że nigdy go nie znajdą, więc żaden glina nie przyjdzie zapytać, kiedy ostatni raz widziałaś w klubie swojego barmana – dodał po chwili i wlał sobie do ust kolejny łyk. Alkohol tym razem wypalił mu przełyk, a potem sprawił, że Moe poczuł pod skórą nieśmiałe, ale przyjemne ciepło, chociaż to równie dobrze mogło być spojrzenie Alby. Ono też potrafiło go zagrzać. – Upewniłem się też, że jakby coś poszło nie tak, to tylko po mnie przyjdą z kajdankami i dożywociem. Zadowolona? – Dokończył wreszcie, kiedy zatrzymała swój kubek dłonią. Spróbował znów obrzucić ją spojrzeniem, ale światło ciągle mu przeszkadzało, więc skrzywiwszy się mocno, zacisnął powieki i na powrót odwrócił twarz w drugą stronę. – Wolałbym, żeby nie przybyło ci zmarszczek. D mógłby za nie policzyć jak za włosy, które mają ci nie spaść z głowy – mruknął i blado się do siebie uśmiechnął, dumny ze swojego czerstwego dowcipu. Nie chodziło bowiem o jego poziom, tylko o to, że w ogóle na to wpadł, bo to znaczyło, że jeszcze nie był tak bardzo nieprzytomny, jak mu się wydawało i że faktycznie mógł jej dotrzymać kroku w tej nierównej szermierce na słowo. – Bardzo ci przeszkadzali, czy po prostu nie mogłaś zasnąć? – Zapytał chłodno, jakby zestrofowany uwagą o tym, że „się martwił”. Tym samym uważnie zlustrował blat kuchennej wyspy, przy której jeszcze do niedawna przesiadywali jej ochroniarze. Nie wyglądało na to, żeby imprezowali, ale rozumiał, że mogłaby mieć problemy ze snem. Albo czuć się niepewnie. – Następnym razem po prostu każ im siedzieć cicho – dodał i potrząsnął ramionami, jakby to była najbardziej oczywista i najprostsza rzecz na świecie. Na jego usprawiedliwienie jednak – on po prostu w ten sposób rozumiał dynamikę relacji panujących w gangu Dante i uważał, że Alba – tak jak jej mąż, dopóki ten był u steru – miała zupełnie nieograniczony zakres praw, więc na miejscu tych „pionków” grzecznie wysłuchałby polecenia i przeprosił za niedogodności. Skąd mógł wiedzieć, jak czuła się drobna kobieta otoczona nasterydowanymi i podchmielonymi gorylami?
No właśnie – skąd mógł to wiedzieć, skoro „sam na sam” była prawdopodobnie najbardziej krnąbrną kobietą, z jaką przyszło mu skrzyżować kopie. Owszem – znał agentki-karierowiczki z CIA czy DEA, albo wiecznie próbujące udowodnić swoją wartość żołnierki, twarde i charakterne, ale bodaj żadna z nich nie łączyła tych wszystkich cech ze „związkiem x” – to znaczy z byciem „ocalałą”. Santana nie miał najmniejszego pojęcia o historii Alby, ale widział w niej dokładnie ten sam sznyt, z którym nosiła się jego matka; nie potrafiłby go konkretnie scharakteryzować albo oddać słowami, ale jego zdaniem ludzie to po prostu „mieli” albo nie. I albo dzielnie to ukrywali przed całym światem, mierząc się ze swoimi problemami, albo wręcz przeciwnie – walili tym w pysk, jak najznakomitszym orężem. Ona – bodaj pierwszy raz – właśnie mu tym przydzwoniła.
Blefowała albo nie – ona też walczyłą o przetrwanie.
Dobrze, że jesteście ze sobą tacy szczerzy – odezwał się po chwili zawahania, odnajdując ją spojrzeniem. Zadziorny wyraz jej twarzy dobrze współgrał z tym posunięciem, ale Moe postanowił nie zawierzać jej słowom w stu procentach. Zdawało mu się, że zbyt wiele tajemnic musiałaby zdradzić, żeby postawić go w tej sytuacji. Jednocześnie jednak pozostawał czujny, a i wyrzuty sumienia, które nim targnęły, były zupełnie szczere. Taka wpadka pewnie nie mogła mu skończyć kariery w szeregach szajki Dante, ale mogła go oddalić od zrobienia postępów w śledztwie. Gdyby się tak stało – nie potrafiłby sobie tego wybaczyć. – Czyli tu nie przyjedzie? – Zapytał jakby stremowany; mogłaby pomyśleć, że faktycznie się tym przejął, ale w tonie męskiego głosu było mnóstwo jadu, szydery i triumfu. Szkoda tylko, że zmęczona twarz nie mogła wyrazić tego samego – to znaczy, że nie mógł się do niej uśmiechnąć w stylu „ciągle jesteś na mnie skazana” albo „twój mąż nawet teraz nie chce cię chronić”. Szkoda, że nie powiedział tego na głos. I szkoda, że trudno było stwierdzić, czy to był bardziej atak w jej kierunku, czy jednak w stronę Dante. Ale może to po prostu małżeństwo było celem. – Tym się, skarbie, różnimy, że ja nie muszę sobie przygotowywać historyjek. Ja po prostu swoje przeżyłem – podjął ojcowskim tonem. W innych okolicznościach bardzo by się z siebie śmiał, ale teraz nie miał wyboru i musiał zapozować na człowieka w swoim wieku, i to nawet jeśli przez to obrywała rykoszetem. Ale był pewien pozytyw – zamierzał być szczery. Całkiem szczery. – Wbrew pozorom nikt nie marzy o zostaniu ochroniarzem byle gangstera i jego żony-trofeum. Znalazłem się tutaj, bo po osiemnastu latach służby kopnięto mnie w tyłek bez prawa do emerytury i musiałem z czegoś żyć – podjął, taktycznie prześlizgując się spojrzeniem po jej sylwetce, gdy o niej mówił. – Na koniec kariery trafiłem do Ameryki Południowej. Nie mogę ci powiedzieć, czym się tam zajmowałem, bo nie wszystkie operacje były sankcjonowane, ale podpowiem, że jeżeli uważasz, że wszystkie teorie spiskowe to tylko teorie, no to… Źle uważasz. W każdym razie – zawiesił głos. Zdawało mu się, że przykuł jej uwagę. Teraz musiał być tak wiarygodny, jak w ogóle było to możliwe. Showtime. – Ciągle istnieją państwa, w których to kartele rozdają karty. I czegokolwiek byś nie zrobiła – na sto procent przetniesz się z jakimś dostawcą, baronem albo innym sicario. Tak właśnie natknąłem się na kartel Ójeda, chociaż kompletnie mnie nie interesował – powiedział, a widząc jak znaki zapytania niemal odmalowały się na jej twarzy, sięgnął po telefon, żeby na jego wyświetlaczu pokazać jej zdjęcie tatuażu na szyi jej niedoszłego porywacza. – Jak tylko zwąchali temat i zdali sobie sprawę, że mają na swoim terenie jankeskich żołdaków, powariowali. W miasteczku, w którym się zabunkrowaliśmy, rozwieszali plakaty z naszymi zdjęciami, a na murach pisali, że płacą tysiąc zielonych od głowy. W parę dni rozpieprzyli operację, którą szykowaliśmy miesiącami – tłumaczył dalej, zupełnie nie mijając się z prawdą. Gdyby miała ochotę, mogłaby nawet coś niecoś na ten temat wygooglować. – A potem zastrzelili dziewczynę, z którą się tam spotykałem. I dziesięć innych, przypadkowych osób, które akurat robiły zakupy w tym samym sklepie – dokończył, od razu przechylając kubek do ust. Tym razem zgadzała się tylko liczba ofiar, ale Moe wolał nie ryzykować uchyleniem rąbka tajemnicy o tym, kim z zawodu była tamta kobieta. Alba za często rzucała mu w twarz policją, żeby przyznał się do związku z policjantką. – To jest cała historyjka. Mam nadzieję, że ty też już wymyśliłaś swoją o tym, gdzie i dlaczego spieprzyłaś z domu parę dni temu.

Alba Boucher

1985 sparks steak house

: śr gru 31, 2025 5:56 pm
autor: Alba Boucher
Mimo zmęczenia i znużenia, bo nawet pływanie skutecznie nie pozwoliło jej się odstresować, wiedziała, że musiała się zmierzyć z tą rozmową właśnie teraz - póki temat był wystarczająco świeży, a emocje i zmęczenie Santany dawały jej względną przewagę. Owszem, mogłaby po prostu pozwolić mu odpocząć i zarządzić rozmowę na jutro, ale… to byłoby nierozsądne z jej strony, zamierzała się więc upierać przy tej konwersacji, jednak Maurice wcale nie zamierzał skapitulować. I właściwie nie była tym zaskoczona - był wyszkolony, wytrwały i cierpliwy, a kapitulacja z pewnością nie leżała w jego naturze, wiedziała o tym, bo to jedna z rzeczy, które ich łączyły. I jak to mówią: swój pozna swego. - Początkowo interesowali mnie ludzie, którzy próbowali mnie porwać - owszem, ale obecnie interesujesz mnie Ty, Twoja obecność tutaj i powiązania z człowiekiem, którego zabiłeś - stwierdziła jasno i dosadnie, wpatrując się w niego zawzięcie. Bez problemu analizowała jego zachowanie; to jak uciekał wzrokiem, jak unikał kontaktu wzrokowego i jak próbował grać na zwłokę, starając się zmylić jej czujność. Ale Alba - mimo zmęczenia - zbyt dobrze znała się na ludziach i nawet jego przygotowanie czy wyszkolenie nie mogło jej zbić z tropu. Złapała mocniej szklankę i upiła łyk przeraźliwie zimnego alkoholu, który palił jej przełyk - ale to odczucie było przyjemniejsze niż mogłaby sądzić. - I jednocześnie upewniłeś się, że już nigdy więcej nic o Tobie nie powie. No popatrz, nie zdążył dokończyć, co miał na myśli… jaki fart dla Ciebie - uniosła kpiąco brew ku górze, nie spuszczając z niego spojrzenia nawet na sekundę. W normalnych okolicznościach Alba byłaby mu wdzięczna za pomoc - za to, jak się poświęcił, jak ją obronił i przede wszystkim, że pozbył się problemu i człowieka, który czyhał na jej życie. Odebranie komuś życia musiało być oczywiście cholernie trudne, na pewno zostawiało swoje piętno, ale - w tej sytuacji to współczucie nie wychodziło na pierwszy plan, bo skupiona była przede wszystkim na szczegółach.
- Zadowolona? Niekoniecznie. Jak już mówiłam wielokrotnie, chciałam go przesłuchać - i chciałam usłyszeć od niego więcej na Twój temat. Więc to, czy przyjdą po Ciebie z kajdankami i dożywociem, to może być Twój najmniejszy problem, zważywszy na to, że może przyjść również Dante, z podobnym pytaniami do moich. Ale pewnie nie będzie tak cierpliwy… - upiła kolejny łyk, dając mu kilka sekund wytchnienia od ciężaru spojrzenia, którym przytłoczyła go ponownie po tej krótkiej chwili. Oboje doskonale wiedzieli jakie metody preferował jej mąż - i jak traktował potencjalnych nawet zdrajców, więc nie musiała mu tego tłumaczyć ze szczegółami. Ostatecznie prychnęła kpiąco i gdy ponownie na nią nie patrzył, wywróciła oczami w odpowiedzi na jego śmiały żarcik, o który wcale by go nie posądzała, bo istotnie nie wydawał się na tyle „przytomny”, by rzucać nimi na lewo i prawo. - Nie musisz się martwić o moje zmarszczki, dbam o to, by ich nie było - mruknęła, pozwalając sobie upić kolejny łyk, by „zapić” ten komentarz i fakt, jak bardzo próżnie on wybrzmiał, ale Alba Boucher musiała słynąć z podobnych zwrotów. I musiała o siebie dbać, to było oczywiste - mogłaby więc to odebrać jako jakieś insynuacje z jego strony i udać, że jego słowa ją dotknęły, ale nie miała czasu na to, by teraz rozwodzić się nad zmarszczkami. - Co innego włosy, możliwe, że porywacz wyrwał mi ich kilka, gdy się z nim szarpałam, nie wiem jak się z tego wytłumaczysz D - dodała trafnie, odstawiając szklankę na blat z charakterystycznym odgłosem, który przerwał nagłą ciszę w kuchni. Nagła zmiana tematu jednak była zaskakująca, żeby nie powiedzieć, że nawet całkiem zabawna - bo od artykułowanych oskarżeń, Moe sprawnie wykpił się od tłumaczenia i skupił się na tym, że nie mogła spać. Wzruszyła lekko ramionami, omiatając wzrokiem pozostawiony w kuchni bałagan. - Dante pozwolił im tu przebywać i korzystać ze wszystkiego w kuchni. Przyzwyczaiłam się do ich obecności… - stwierdziła, wbijając wzrok w alkohol, który jeszcze znajdował się w jej szklance - …ale gdy nie można zasnąć, nawet to jak głośno się czasem zachowują nie ma takiego znaczenia - dodała, nie zważając na to, czy faktycznie się o nią martwił czy po prostu wspomniał o tym z grzeczności. Jeżeli jednak Dante coś powiedział, to ona nie miała już nic do gadania i nie sądziła, by gromadka dużych facetów zechciała jej tutaj słuchać, gdy mogli skorzystać z darmowego żarcia i dobrego alkoholu. Wolała nawet nie zaczynać, zamiast tego zaszywając się gdzieś ze swoją bezsennością.
Póki co była jednak ciekawa jak Santana zareaguje na jej mały blef - a przede wszystkim czy w niego uwierzy, czy raczej pozostanie wycofany i nieufny. Oczywiście miał wiele podstaw do tego, by uważać, że wcale nie była z Dante tak szczera, jak twierdziła - ale z drugiej strony, nie mógł mieć stu procent pewności. Niemniej nie znała go na tyle dobrze, by móc śmiało to ocenić. Nawet to intensywne spojrzenie - nieco wyzywające - które z nim podzieliła, nie było całkowicie oczywiste, ale nie uciekła wzrokiem, dzielnie znosząc każdą sekundę, w której „walczyli” w ten niemy sposób. - Dante nie zawsze się zapowiada, może te wątpliwości nie dadzą mu spokoju i jednak będzie wolał porozmawiać osobiście - stwierdziła śmiało, w odwecie za te jego sugestie, które zrodziły w niej jedynie obawę co do nagłego pojawienia się Boucher’a. Oby tylko nie przyjechał - pomyślała w duchu, chociaż oczywiście musiała się spodziewać, że jego nieobecność nie będzie trwała wiecznie, ale im dłużej - tym lepiej dla niej. Niemniej ton jego głos wzbudzał w niej konsternację - niby przemawiało przez niego coś w rodzaju zawahania, ale nadal miała poczucie, że bardziej kpił niż się zamartwiał. I znowu próbował celnie uderzyć tam, gdzie zaboli. Parsknęła pod nosem, powstrzymując śmiech, gdy tym „ojcowskim” tonem wyartykułował swoje życiowe, wieloletnie doświadczenie - jakby istotnie przeżył wszystko i widział wszystko. A ona była tylko dzieciakiem, który nie znał życia; a podobna ocena była bardzo błędna, bo mimo młodego wieku, Alba również wiele już przeszła i mogła go zrozumieć lepiej niż mu się wydawało. Istotnie nadal również nie wiedziała ile właściwie miał lat, bo nie miała kiedy tego sprawdzić - a mimo to, Maurice nie wyglądał jej na aż tak doświadczonego życiowo - chociaż oczywiście pewne życiowe trudy musiały być widoczne, tak czy inaczej, gdy śmiało dotrzymywał jej kroku w tamtym samochodzie, wcale nie posądziłaby go o dużo więcej wiosen niż posiadała ona sama. Jej mina stężała w momencie, w którym nazwał ją żoną-trofeum, chociaż istotnie tym właśnie była, to w jego ustach zabrzmiało to bardzo szyderczo, a w połączenie z tym ostentacyjnym wzrokiem, którym ją wówczas obrzucił, chyba nawet nieco ją uraziło - ale nie dała niczego po sobie poznać. Po prostu dopiła alkohol i odstawiła pustą szklankę na blat, nie uciekając wzrokiem i nie próbując „się poddać” tylko dlatego, że wytknął jej bycie czyjąś nagrodą, jednocześnie nawiązując do największego cierpienia, które towarzyszyło jej w życiu. - Nadszarpnięte zaufanie ciężko odzyskać, wiesz? A wątpliwości, które może wobec Ciebie mieć Dante, mogą skutecznie zakończyć bycie jego „ulubieńcem” i wszelkie profity, jakie to ze sobą niesie. Ale najwyraźniej nie zależy Ci na uznaniu „byle gangstera”… - wzruszyła nonszalancko ramieniem, obracając w dłoni pustą szklankę, ponownie sugerując, że skutecznie zasiała w mężu te wątpliwości, opowiadając mu o wszystkim. I że jeżeli Moe nie sprzeda mu dobrej historyjki, to straci to, na co mimo wszystko trochę już tutaj pracował.
Ostatecznie Alba jednak zamilkła. Nie spodziewała się, że Santana będzie tak wylewny, ale skoro zamierzał mówić, to ona zamierzała mu na to pozwolić - oceniając słowo po słowie, czy mogła i czy chciała uwierzyć w ten przebieg wydarzeń, który jej właśnie prezentował. Niemniej przykuł jej uwagę i słuchała go z każdą chwilą uważniej, co jakiś czas zerkając w jego kierunku. - Więc byłeś żołnierzem? - dopytała, chociaż wydawało jej to oczywiste. Większość obecnych tutaj ochroniarzy i pracowników Bouchera to wyszkoleni wojskowi czy ludzie zaciągnięci z innych wyspecjalizowanych jednostek. - Dobrze, wiemy już, że wpadłeś na ten kartel, którego członkiem był mój niedoszły porywacz… - machnęła ręką, nieco lekceważąc ten fakt - …co w żaden sposób nie tłumaczy Twoich powiązań z nimi, tego skąd akurat on Cię znał i przede wszystkim dlaczego próbował mnie przed Tobą ostrzegać. I nie próbuj mi wciskać kitu, że blefował, bo widziałam, że właściwie sobie kpił z tego, że Dante dopuścił Cię do siebie - wycelowała w niego palcem wskazującym, siadając bardziej prosto i podpierając łokcie na blacie, jednocześnie wbijając w niego ostrzejsze spojrzenie - Nie opowiadaj mi więc okrężnych historyjek, tylko powiedz, co miał na myśli - zażądała i zamilkła, gdy mówił dalej. Co prawda spodziewała się, że nie dostanie żadnej oczywistej odpowiedzi ani tym bardziej niczego, co mogłoby go obciążyć - nadal jednak nie wiedział w co ma wierzyć. Coś jej podpowiadało, że Maurice wcale nie był jej wrogiem, ale jednocześnie to wszystko nie trzymało się kupy. Dopiero to jedno z kolejnych zdań, które wypowiedział sprawiło, że na moment zamarła w bezruchu. Spojrzała na niego z zaskoczeniem, a potem oparła się o oparcie krzesła i przełknęła ślinę. Więc tym była strata, o której mówił tamten porywacz - strata, którą Santana miał rozumieć. Ukłuło ją lekkie zwątpienie, co do własnego osądu jego osoby i jednocześnie współczucie, którego nie chciała wprost okazywać, ale jednocześnie nie potrafiła go całkowicie ukryć. Serce zabiło jej szybciej, bo po jego twarzy nie przemknął nawet cień emocji, ale mogła się jedynie domyślać, jak wiele go to kosztowało. Nie mógł blefować, bo dostrzegła to w jego oczach, gdy podzielił z nią spojrzenie. - Zabili Twoją kobietę? - dopytała półszeptem, bo wypowiedzenie tych słów stanowiło dla niej duże wyzwanie. Niemniej coś w jego postawie nagle nabierało sensu - to jak spoglądał na tego porywacza, jak patrzył na jego tatuaż i fakt, że sam chciał pozbawić go życia. - Więc… zabicie go… to miało być coś w rodzaju zemsty? - odetchnęła cicho, nawiązując do swoich przemyśleń, po czym ześlizgnęła się z krzesła i obeszła kuchenną wyspę, powoli zmierzając w jego stronę. Przystanęła jednak na niewielkim dystansie, sięgnęła po butelkę z whisky i napełniła nią swoją szklankę - a potem śmielej podeszła bliżej niego i nalała jej nieco również do tej jego, która już była pusta. Wiedziała jak boli strata - mogli sobie nie ufać, ale mimo wszystko nie zamierzała wytaczać sobie drogi do kolejnych pytań na śmierci kogoś mu bliskiego. - Przykro mi - powiedziała cicho, uznając, że tyle będzie wystarczające - nie zamierzała rozdrapywać jego starych ran i co więcej, zdradzać własnych uczuć, ale miała przecież serce i zamierzała odrobinę go okazać. Wsparła się bokiem o blat i upiła łyk whisky - jej przemyślenia jednak były tak cholernie różne; przemknęło jej bowiem przez myśl, że z tego więzienia mogła ją wyrwać tylko śmierć Dante, gdyby więc tylko ktoś pozbawił go życia… Odetchnęła cicho i utkwiła spojrzenie gdzieś za jego sylwetką, pozwalając sobie na cichy, zrezygnowany śmiech - bardziej świadczący o tym, że miała ochotę odpuścić to przesłuchanie aniżeli brnąć dalej w te wzajemne złości. Miała nadal wątpliwości, wiadomo, ale czy w tym całym chaosie nie mogli mieć po prostu odrobiny własnych sekretów? Ona też je miała - a Maurice przecież wywiązywał się ze swoich obowiązków; nie musiał jej lubić i nie musiał być dla niej miły, bo w słowach przecież i tak pozwalał sobie na więcej niż ktokolwiek inny - i nawet ten żal za pewne wypowiedziane kwestie mógł pozostać, ale ostatecznie nie mogła mu niczego zarzucić. Mogła mieć jedynie wątpliwości - nic więcej. Mogła się za to spodziewać odwetu za swój blef, a nawet pewnie byłaby rozczarowana, gdyby z tej opcji nie skorzystał. - Ta historyjka nie mówi jednak o tym, co on insynuował. Może jedynie potwierdzić, że nie miałeś związku z kartelem Ójeda, ale ja nie mam żadnej pewności, że tamtemu napastnikowi właśnie o to chodziło… to już tylko Twoja wersja wydarzeń, bo na Twoje szczęście, on nam już nic nie powie - stwierdziła, opierając się o blat plecami - I rozumiem, że zamierzasz teraz opowiedzieć Dante ze szczegółami o tym, że Ci uciekłam i gdzie byłam? - spytała, chociaż jego wcześniejsza insynuacja była odpowiedzią samą w sobie. Co prawda bardzo go wtedy prosiła, by nic mu nie mówił, bo naprawdę zależało jej na tym, by jednak Dante nie poznał szczegółów i co gorsza - nie nabrał podejrzeń albo nie zamknął ją w tym przeklętym domu, ale… nie mogła go znowu prosić. Groźba pewnie też niewiele by dała. Być może tylko nie zapanowała nad ciałem, które się lekko spięło w obawie o to, jak Dante zareaguje. - To byłoby fair - pokiwała głową, wpatrując się tępo w jeden punkt, podczas dopijania alkoholu, który znowu podrażnił jej gardło; skrzywiła się lekko, chociaż ciężko powiedzieć czy pod wpływem samego trunku czy może jednak w nawiązaniu do swoich kolejnych słów, chociaż te nie były już wypowiedziane z taką pewnością w głosie. - Nie martw się o moją historyjkę, poradzę sobie. Popracuj lepiej nad własną, Dante będzie bardziej dociekliwy.

Maurice Santana