1985 sparks steak house
: wt gru 30, 2025 3:35 pm
Zmęczenie mocno doskwierało Santanie.
Nie liczył, od ilu godzin był już na nogach, natomiast stan, w którym prowadził auto do rezydencji Boucherów, luźno nawiązywał do samiutkich początków jego wojskowej kariery i bezsennych nocy spędzanych na warcie. Może jeszcze nie było mowy o halucynacjach, drgawkach i stanach lękowych, ale nawet pod gorącą wodą z deszczownicy czuł zimno, a powieki miał tak ciężkie, że co jakiś czas opadały na ułamek sekundy, zupełnie jakby po prostu zasypiał. Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że po tych piętnastu czy dwudziestu latach funkcjonowania w armijnym drylu, Moe powinien być już przyzwyczajony do wyczerpania i radzić sobie z nim zdecydowanie lepiej; w tak skrajnych sytuacjach nie ma wszak lepszego towarzysza od doświadczenia i zdobytych razem z nim sposobów na senność. Ba! Ten ktoś miałby pewnie rację, gdyby nie to, że skutek uboczny tego doskonalenia był zapisany w prawie najważniejszym miejscu na metryce urodzenia. Maurice się zestarzał. Jego ciało być może jeszcze nie zdradzało zbyt wielu oznak tego procesu albo przynajmniej – być może jeszcze nie robiło tego tak otwarcie, natomiast ze swoimi czterdziestoma-dwoma wiosnami na karku coraz częściej miewał momenty, w których brakowało mu młodzieńczej werwy, dynamiki czy bystrości umysłu. I jasne – zgoda; to może być wyolbrzymianie, skoro dwa lata starszy od niego Philip Rivers właśnie wracał z emerytury, żeby zagrać kilka meczów w NFL, ale nawet w zestawieniu z zawodowymi sportowcami ciało Santany było wyeksploatowane przynajmniej kilka razy mocniej. Kolana miał trzeszczące, obolałe i czasem sztywne (w nagrodę za setki albo tysiące lądowań ze spadochronem), kręgi porachowane i poprzestawiane, a reumatyczne bóle ramion i dłoni sprawiały, że raz na jakiś czas nie potrafił chwycić kierownicy czy szklanki albo odkręcić butelki. Ale najbardziej obawiał się o głowę. Wybuchy – ich hałas, drgania, a także kinetyka, a oprócz nich jeszcze odbite od hełmu pociski, rozmaite i gwałtowne zmiany ciśnienia czy wreszcie zwyczajne upadki skrzywdziły już nie jednego weterana problemami z pamięcią, migrenami, tykającymi bombami-krwiakami, bezsennością czy wreszcie zaburzeniami psychicznymi. Moe – co prawda – czuł się relatywnie dobrze i to pomimo, że nie stosował się do profilaktycznych zaleceń lekarzy, którzy wielokrotnie go konsultowali, natomiast w takich chwilach jak ta dobrze wiedział, że długa lista kontuzji nie pomagała w zachowaniu rześkości myślenia czy działania.
Ale o odpoczynku nie było mowy – nie teraz, kiedy w grupie Dante Bouchera działy się rzeczy przełomowe, a on mógł wreszcie zrobić jakiś postęp w tej śmierdzącej sprawie. Byle tylko przetrwać konfrontację z Albą.
Alkohol był zimny; zimny tak bardzo, że kiedy wziął pierwszy łyk nie tylko zabolał go pusty żołądek, ale i głowa (chociaż to było ukłucie, jakby lodową igłą) czy nadwrażliwe dziąsła. Niewielka była to jednak cena za orzeźwienie i chociaż chwilę absolutnie pełnej świadomości. Możliwe, że przesadzał, ale pierwsza rzecz jaka przyszła mu do głowy, to że odkąd dostał tę robotę, jeszcze nigdy nie musiał myśleć tak bystrze i szybko. Losy tej operacji nadal się ważyły i tylko on mógł „dowieźć” jej dalszy bieg. Pytanie brzmiało jedynie, czy był na siłach. Przecież tak bardzo chciało mu się spać.
– O mnie, czy o ludziach, którzy próbowali cię porwać? – Odparł bezemocjonalnie. Chciał jeszcze prychnąć, ale nie przeszło mu to przez zachrypnięte gardło. Z pełną premedytacją za to bardzo skąpo nagradzał ją spojrzeniami – owszem, przyjrzał się jej uważnie, kiedy usiadła na krześle, ale potem od razu odwrócił wzrok i wbił go w najciemniejszy punkt kuchni. Przemęczone oczy już alergicznie reagowały na sztuczne światło ledowych żarówek czy wyświetlaczy, a poza tym liczył na to, że dzięki temu uda mu się zachować dystans, na którego pokonaniu bardziej będzie zależało Albie. Czuł bowiem, że to on musiał podyktować warunki w tej rozmowie. – Upewniłem się, że już nigdy więcej cię nie dotknie – rzucił krótko, a w jego tonie głosu łatwo było odnaleźć nutkę kpiny. Ale sam nie wiedział, co chciał w ten sposób zaznaczyć – czy bardziej to, że nie dbał o jej los, czy że nie robiło na nim wrażenia to, co stało się z porywaczem. Obie wersje podobały mu się jednakowo. – I że nigdy go nie znajdą, więc żaden glina nie przyjdzie zapytać, kiedy ostatni raz widziałaś w klubie swojego barmana – dodał po chwili i wlał sobie do ust kolejny łyk. Alkohol tym razem wypalił mu przełyk, a potem sprawił, że Moe poczuł pod skórą nieśmiałe, ale przyjemne ciepło, chociaż to równie dobrze mogło być spojrzenie Alby. Ono też potrafiło go zagrzać. – Upewniłem się też, że jakby coś poszło nie tak, to tylko po mnie przyjdą z kajdankami i dożywociem. Zadowolona? – Dokończył wreszcie, kiedy zatrzymała swój kubek dłonią. Spróbował znów obrzucić ją spojrzeniem, ale światło ciągle mu przeszkadzało, więc skrzywiwszy się mocno, zacisnął powieki i na powrót odwrócił twarz w drugą stronę. – Wolałbym, żeby nie przybyło ci zmarszczek. D mógłby za nie policzyć jak za włosy, które mają ci nie spaść z głowy – mruknął i blado się do siebie uśmiechnął, dumny ze swojego czerstwego dowcipu. Nie chodziło bowiem o jego poziom, tylko o to, że w ogóle na to wpadł, bo to znaczyło, że jeszcze nie był tak bardzo nieprzytomny, jak mu się wydawało i że faktycznie mógł jej dotrzymać kroku w tej nierównej szermierce na słowo. – Bardzo ci przeszkadzali, czy po prostu nie mogłaś zasnąć? – Zapytał chłodno, jakby zestrofowany uwagą o tym, że „się martwił”. Tym samym uważnie zlustrował blat kuchennej wyspy, przy której jeszcze do niedawna przesiadywali jej ochroniarze. Nie wyglądało na to, żeby imprezowali, ale rozumiał, że mogłaby mieć problemy ze snem. Albo czuć się niepewnie. – Następnym razem po prostu każ im siedzieć cicho – dodał i potrząsnął ramionami, jakby to była najbardziej oczywista i najprostsza rzecz na świecie. Na jego usprawiedliwienie jednak – on po prostu w ten sposób rozumiał dynamikę relacji panujących w gangu Dante i uważał, że Alba – tak jak jej mąż, dopóki ten był u steru – miała zupełnie nieograniczony zakres praw, więc na miejscu tych „pionków” grzecznie wysłuchałby polecenia i przeprosił za niedogodności. Skąd mógł wiedzieć, jak czuła się drobna kobieta otoczona nasterydowanymi i podchmielonymi gorylami?
No właśnie – skąd mógł to wiedzieć, skoro „sam na sam” była prawdopodobnie najbardziej krnąbrną kobietą, z jaką przyszło mu skrzyżować kopie. Owszem – znał agentki-karierowiczki z CIA czy DEA, albo wiecznie próbujące udowodnić swoją wartość żołnierki, twarde i charakterne, ale bodaj żadna z nich nie łączyła tych wszystkich cech ze „związkiem x” – to znaczy z byciem „ocalałą”. Santana nie miał najmniejszego pojęcia o historii Alby, ale widział w niej dokładnie ten sam sznyt, z którym nosiła się jego matka; nie potrafiłby go konkretnie scharakteryzować albo oddać słowami, ale jego zdaniem ludzie to po prostu „mieli” albo nie. I albo dzielnie to ukrywali przed całym światem, mierząc się ze swoimi problemami, albo wręcz przeciwnie – walili tym w pysk, jak najznakomitszym orężem. Ona – bodaj pierwszy raz – właśnie mu tym przydzwoniła.
Blefowała albo nie – ona też walczyłą o przetrwanie.
– Dobrze, że jesteście ze sobą tacy szczerzy – odezwał się po chwili zawahania, odnajdując ją spojrzeniem. Zadziorny wyraz jej twarzy dobrze współgrał z tym posunięciem, ale Moe postanowił nie zawierzać jej słowom w stu procentach. Zdawało mu się, że zbyt wiele tajemnic musiałaby zdradzić, żeby postawić go w tej sytuacji. Jednocześnie jednak pozostawał czujny, a i wyrzuty sumienia, które nim targnęły, były zupełnie szczere. Taka wpadka pewnie nie mogła mu skończyć kariery w szeregach szajki Dante, ale mogła go oddalić od zrobienia postępów w śledztwie. Gdyby się tak stało – nie potrafiłby sobie tego wybaczyć. – Czyli tu nie przyjedzie? – Zapytał jakby stremowany; mogłaby pomyśleć, że faktycznie się tym przejął, ale w tonie męskiego głosu było mnóstwo jadu, szydery i triumfu. Szkoda tylko, że zmęczona twarz nie mogła wyrazić tego samego – to znaczy, że nie mógł się do niej uśmiechnąć w stylu „ciągle jesteś na mnie skazana” albo „twój mąż nawet teraz nie chce cię chronić”. Szkoda, że nie powiedział tego na głos. I szkoda, że trudno było stwierdzić, czy to był bardziej atak w jej kierunku, czy jednak w stronę Dante. Ale może to po prostu małżeństwo było celem. – Tym się, skarbie, różnimy, że ja nie muszę sobie przygotowywać historyjek. Ja po prostu swoje przeżyłem – podjął ojcowskim tonem. W innych okolicznościach bardzo by się z siebie śmiał, ale teraz nie miał wyboru i musiał zapozować na człowieka w swoim wieku, i to nawet jeśli przez to obrywała rykoszetem. Ale był pewien pozytyw – zamierzał być szczery. Całkiem szczery. – Wbrew pozorom nikt nie marzy o zostaniu ochroniarzem byle gangstera i jego żony-trofeum. Znalazłem się tutaj, bo po osiemnastu latach służby kopnięto mnie w tyłek bez prawa do emerytury i musiałem z czegoś żyć – podjął, taktycznie prześlizgując się spojrzeniem po jej sylwetce, gdy o niej mówił. – Na koniec kariery trafiłem do Ameryki Południowej. Nie mogę ci powiedzieć, czym się tam zajmowałem, bo nie wszystkie operacje były sankcjonowane, ale podpowiem, że jeżeli uważasz, że wszystkie teorie spiskowe to tylko teorie, no to… Źle uważasz. W każdym razie – zawiesił głos. Zdawało mu się, że przykuł jej uwagę. Teraz musiał być tak wiarygodny, jak w ogóle było to możliwe. Showtime. – Ciągle istnieją państwa, w których to kartele rozdają karty. I czegokolwiek byś nie zrobiła – na sto procent przetniesz się z jakimś dostawcą, baronem albo innym sicario. Tak właśnie natknąłem się na kartel Ójeda, chociaż kompletnie mnie nie interesował – powiedział, a widząc jak znaki zapytania niemal odmalowały się na jej twarzy, sięgnął po telefon, żeby na jego wyświetlaczu pokazać jej zdjęcie tatuażu na szyi jej niedoszłego porywacza. – Jak tylko zwąchali temat i zdali sobie sprawę, że mają na swoim terenie jankeskich żołdaków, powariowali. W miasteczku, w którym się zabunkrowaliśmy, rozwieszali plakaty z naszymi zdjęciami, a na murach pisali, że płacą tysiąc zielonych od głowy. W parę dni rozpieprzyli operację, którą szykowaliśmy miesiącami – tłumaczył dalej, zupełnie nie mijając się z prawdą. Gdyby miała ochotę, mogłaby nawet coś niecoś na ten temat wygooglować. – A potem zastrzelili dziewczynę, z którą się tam spotykałem. I dziesięć innych, przypadkowych osób, które akurat robiły zakupy w tym samym sklepie – dokończył, od razu przechylając kubek do ust. Tym razem zgadzała się tylko liczba ofiar, ale Moe wolał nie ryzykować uchyleniem rąbka tajemnicy o tym, kim z zawodu była tamta kobieta. Alba za często rzucała mu w twarz policją, żeby przyznał się do związku z policjantką. – To jest cała historyjka. Mam nadzieję, że ty też już wymyśliłaś swoją o tym, gdzie i dlaczego spieprzyłaś z domu parę dni temu.
Alba Boucher
Nie liczył, od ilu godzin był już na nogach, natomiast stan, w którym prowadził auto do rezydencji Boucherów, luźno nawiązywał do samiutkich początków jego wojskowej kariery i bezsennych nocy spędzanych na warcie. Może jeszcze nie było mowy o halucynacjach, drgawkach i stanach lękowych, ale nawet pod gorącą wodą z deszczownicy czuł zimno, a powieki miał tak ciężkie, że co jakiś czas opadały na ułamek sekundy, zupełnie jakby po prostu zasypiał. Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że po tych piętnastu czy dwudziestu latach funkcjonowania w armijnym drylu, Moe powinien być już przyzwyczajony do wyczerpania i radzić sobie z nim zdecydowanie lepiej; w tak skrajnych sytuacjach nie ma wszak lepszego towarzysza od doświadczenia i zdobytych razem z nim sposobów na senność. Ba! Ten ktoś miałby pewnie rację, gdyby nie to, że skutek uboczny tego doskonalenia był zapisany w prawie najważniejszym miejscu na metryce urodzenia. Maurice się zestarzał. Jego ciało być może jeszcze nie zdradzało zbyt wielu oznak tego procesu albo przynajmniej – być może jeszcze nie robiło tego tak otwarcie, natomiast ze swoimi czterdziestoma-dwoma wiosnami na karku coraz częściej miewał momenty, w których brakowało mu młodzieńczej werwy, dynamiki czy bystrości umysłu. I jasne – zgoda; to może być wyolbrzymianie, skoro dwa lata starszy od niego Philip Rivers właśnie wracał z emerytury, żeby zagrać kilka meczów w NFL, ale nawet w zestawieniu z zawodowymi sportowcami ciało Santany było wyeksploatowane przynajmniej kilka razy mocniej. Kolana miał trzeszczące, obolałe i czasem sztywne (w nagrodę za setki albo tysiące lądowań ze spadochronem), kręgi porachowane i poprzestawiane, a reumatyczne bóle ramion i dłoni sprawiały, że raz na jakiś czas nie potrafił chwycić kierownicy czy szklanki albo odkręcić butelki. Ale najbardziej obawiał się o głowę. Wybuchy – ich hałas, drgania, a także kinetyka, a oprócz nich jeszcze odbite od hełmu pociski, rozmaite i gwałtowne zmiany ciśnienia czy wreszcie zwyczajne upadki skrzywdziły już nie jednego weterana problemami z pamięcią, migrenami, tykającymi bombami-krwiakami, bezsennością czy wreszcie zaburzeniami psychicznymi. Moe – co prawda – czuł się relatywnie dobrze i to pomimo, że nie stosował się do profilaktycznych zaleceń lekarzy, którzy wielokrotnie go konsultowali, natomiast w takich chwilach jak ta dobrze wiedział, że długa lista kontuzji nie pomagała w zachowaniu rześkości myślenia czy działania.
Ale o odpoczynku nie było mowy – nie teraz, kiedy w grupie Dante Bouchera działy się rzeczy przełomowe, a on mógł wreszcie zrobić jakiś postęp w tej śmierdzącej sprawie. Byle tylko przetrwać konfrontację z Albą.
Alkohol był zimny; zimny tak bardzo, że kiedy wziął pierwszy łyk nie tylko zabolał go pusty żołądek, ale i głowa (chociaż to było ukłucie, jakby lodową igłą) czy nadwrażliwe dziąsła. Niewielka była to jednak cena za orzeźwienie i chociaż chwilę absolutnie pełnej świadomości. Możliwe, że przesadzał, ale pierwsza rzecz jaka przyszła mu do głowy, to że odkąd dostał tę robotę, jeszcze nigdy nie musiał myśleć tak bystrze i szybko. Losy tej operacji nadal się ważyły i tylko on mógł „dowieźć” jej dalszy bieg. Pytanie brzmiało jedynie, czy był na siłach. Przecież tak bardzo chciało mu się spać.
– O mnie, czy o ludziach, którzy próbowali cię porwać? – Odparł bezemocjonalnie. Chciał jeszcze prychnąć, ale nie przeszło mu to przez zachrypnięte gardło. Z pełną premedytacją za to bardzo skąpo nagradzał ją spojrzeniami – owszem, przyjrzał się jej uważnie, kiedy usiadła na krześle, ale potem od razu odwrócił wzrok i wbił go w najciemniejszy punkt kuchni. Przemęczone oczy już alergicznie reagowały na sztuczne światło ledowych żarówek czy wyświetlaczy, a poza tym liczył na to, że dzięki temu uda mu się zachować dystans, na którego pokonaniu bardziej będzie zależało Albie. Czuł bowiem, że to on musiał podyktować warunki w tej rozmowie. – Upewniłem się, że już nigdy więcej cię nie dotknie – rzucił krótko, a w jego tonie głosu łatwo było odnaleźć nutkę kpiny. Ale sam nie wiedział, co chciał w ten sposób zaznaczyć – czy bardziej to, że nie dbał o jej los, czy że nie robiło na nim wrażenia to, co stało się z porywaczem. Obie wersje podobały mu się jednakowo. – I że nigdy go nie znajdą, więc żaden glina nie przyjdzie zapytać, kiedy ostatni raz widziałaś w klubie swojego barmana – dodał po chwili i wlał sobie do ust kolejny łyk. Alkohol tym razem wypalił mu przełyk, a potem sprawił, że Moe poczuł pod skórą nieśmiałe, ale przyjemne ciepło, chociaż to równie dobrze mogło być spojrzenie Alby. Ono też potrafiło go zagrzać. – Upewniłem się też, że jakby coś poszło nie tak, to tylko po mnie przyjdą z kajdankami i dożywociem. Zadowolona? – Dokończył wreszcie, kiedy zatrzymała swój kubek dłonią. Spróbował znów obrzucić ją spojrzeniem, ale światło ciągle mu przeszkadzało, więc skrzywiwszy się mocno, zacisnął powieki i na powrót odwrócił twarz w drugą stronę. – Wolałbym, żeby nie przybyło ci zmarszczek. D mógłby za nie policzyć jak za włosy, które mają ci nie spaść z głowy – mruknął i blado się do siebie uśmiechnął, dumny ze swojego czerstwego dowcipu. Nie chodziło bowiem o jego poziom, tylko o to, że w ogóle na to wpadł, bo to znaczyło, że jeszcze nie był tak bardzo nieprzytomny, jak mu się wydawało i że faktycznie mógł jej dotrzymać kroku w tej nierównej szermierce na słowo. – Bardzo ci przeszkadzali, czy po prostu nie mogłaś zasnąć? – Zapytał chłodno, jakby zestrofowany uwagą o tym, że „się martwił”. Tym samym uważnie zlustrował blat kuchennej wyspy, przy której jeszcze do niedawna przesiadywali jej ochroniarze. Nie wyglądało na to, żeby imprezowali, ale rozumiał, że mogłaby mieć problemy ze snem. Albo czuć się niepewnie. – Następnym razem po prostu każ im siedzieć cicho – dodał i potrząsnął ramionami, jakby to była najbardziej oczywista i najprostsza rzecz na świecie. Na jego usprawiedliwienie jednak – on po prostu w ten sposób rozumiał dynamikę relacji panujących w gangu Dante i uważał, że Alba – tak jak jej mąż, dopóki ten był u steru – miała zupełnie nieograniczony zakres praw, więc na miejscu tych „pionków” grzecznie wysłuchałby polecenia i przeprosił za niedogodności. Skąd mógł wiedzieć, jak czuła się drobna kobieta otoczona nasterydowanymi i podchmielonymi gorylami?
No właśnie – skąd mógł to wiedzieć, skoro „sam na sam” była prawdopodobnie najbardziej krnąbrną kobietą, z jaką przyszło mu skrzyżować kopie. Owszem – znał agentki-karierowiczki z CIA czy DEA, albo wiecznie próbujące udowodnić swoją wartość żołnierki, twarde i charakterne, ale bodaj żadna z nich nie łączyła tych wszystkich cech ze „związkiem x” – to znaczy z byciem „ocalałą”. Santana nie miał najmniejszego pojęcia o historii Alby, ale widział w niej dokładnie ten sam sznyt, z którym nosiła się jego matka; nie potrafiłby go konkretnie scharakteryzować albo oddać słowami, ale jego zdaniem ludzie to po prostu „mieli” albo nie. I albo dzielnie to ukrywali przed całym światem, mierząc się ze swoimi problemami, albo wręcz przeciwnie – walili tym w pysk, jak najznakomitszym orężem. Ona – bodaj pierwszy raz – właśnie mu tym przydzwoniła.
Blefowała albo nie – ona też walczyłą o przetrwanie.
– Dobrze, że jesteście ze sobą tacy szczerzy – odezwał się po chwili zawahania, odnajdując ją spojrzeniem. Zadziorny wyraz jej twarzy dobrze współgrał z tym posunięciem, ale Moe postanowił nie zawierzać jej słowom w stu procentach. Zdawało mu się, że zbyt wiele tajemnic musiałaby zdradzić, żeby postawić go w tej sytuacji. Jednocześnie jednak pozostawał czujny, a i wyrzuty sumienia, które nim targnęły, były zupełnie szczere. Taka wpadka pewnie nie mogła mu skończyć kariery w szeregach szajki Dante, ale mogła go oddalić od zrobienia postępów w śledztwie. Gdyby się tak stało – nie potrafiłby sobie tego wybaczyć. – Czyli tu nie przyjedzie? – Zapytał jakby stremowany; mogłaby pomyśleć, że faktycznie się tym przejął, ale w tonie męskiego głosu było mnóstwo jadu, szydery i triumfu. Szkoda tylko, że zmęczona twarz nie mogła wyrazić tego samego – to znaczy, że nie mógł się do niej uśmiechnąć w stylu „ciągle jesteś na mnie skazana” albo „twój mąż nawet teraz nie chce cię chronić”. Szkoda, że nie powiedział tego na głos. I szkoda, że trudno było stwierdzić, czy to był bardziej atak w jej kierunku, czy jednak w stronę Dante. Ale może to po prostu małżeństwo było celem. – Tym się, skarbie, różnimy, że ja nie muszę sobie przygotowywać historyjek. Ja po prostu swoje przeżyłem – podjął ojcowskim tonem. W innych okolicznościach bardzo by się z siebie śmiał, ale teraz nie miał wyboru i musiał zapozować na człowieka w swoim wieku, i to nawet jeśli przez to obrywała rykoszetem. Ale był pewien pozytyw – zamierzał być szczery. Całkiem szczery. – Wbrew pozorom nikt nie marzy o zostaniu ochroniarzem byle gangstera i jego żony-trofeum. Znalazłem się tutaj, bo po osiemnastu latach służby kopnięto mnie w tyłek bez prawa do emerytury i musiałem z czegoś żyć – podjął, taktycznie prześlizgując się spojrzeniem po jej sylwetce, gdy o niej mówił. – Na koniec kariery trafiłem do Ameryki Południowej. Nie mogę ci powiedzieć, czym się tam zajmowałem, bo nie wszystkie operacje były sankcjonowane, ale podpowiem, że jeżeli uważasz, że wszystkie teorie spiskowe to tylko teorie, no to… Źle uważasz. W każdym razie – zawiesił głos. Zdawało mu się, że przykuł jej uwagę. Teraz musiał być tak wiarygodny, jak w ogóle było to możliwe. Showtime. – Ciągle istnieją państwa, w których to kartele rozdają karty. I czegokolwiek byś nie zrobiła – na sto procent przetniesz się z jakimś dostawcą, baronem albo innym sicario. Tak właśnie natknąłem się na kartel Ójeda, chociaż kompletnie mnie nie interesował – powiedział, a widząc jak znaki zapytania niemal odmalowały się na jej twarzy, sięgnął po telefon, żeby na jego wyświetlaczu pokazać jej zdjęcie tatuażu na szyi jej niedoszłego porywacza. – Jak tylko zwąchali temat i zdali sobie sprawę, że mają na swoim terenie jankeskich żołdaków, powariowali. W miasteczku, w którym się zabunkrowaliśmy, rozwieszali plakaty z naszymi zdjęciami, a na murach pisali, że płacą tysiąc zielonych od głowy. W parę dni rozpieprzyli operację, którą szykowaliśmy miesiącami – tłumaczył dalej, zupełnie nie mijając się z prawdą. Gdyby miała ochotę, mogłaby nawet coś niecoś na ten temat wygooglować. – A potem zastrzelili dziewczynę, z którą się tam spotykałem. I dziesięć innych, przypadkowych osób, które akurat robiły zakupy w tym samym sklepie – dokończył, od razu przechylając kubek do ust. Tym razem zgadzała się tylko liczba ofiar, ale Moe wolał nie ryzykować uchyleniem rąbka tajemnicy o tym, kim z zawodu była tamta kobieta. Alba za często rzucała mu w twarz policją, żeby przyznał się do związku z policjantką. – To jest cała historyjka. Mam nadzieję, że ty też już wymyśliłaś swoją o tym, gdzie i dlaczego spieprzyłaś z domu parę dni temu.
Alba Boucher