#2 holly jolly christmas
: śr lut 11, 2026 11:41 pm
— To będzie już oznaka kompletnej starości — stwierdziła, bo tak właśnie jej się to kojarzyło, z ludźmi po czterdziestce, którzy może nie raczkowali w internecie, ale znajdowali właśnie tego typu perełki. Swoją drogą, podziwiała swoją mamę; jeszcze kilka lat temu wzbraniała się od uczestnictwa w społeczności internetowej, a dzisiaj umiała już wstawiać zdjęcia na instagrama i zamawiać rzeczy przez internet. Mimo że nie była aż tak stara, to jednak była kompletnie innym pokoleniem. Camellia już zaczynała wychowywać się z elektroniką, ona tego wszystkiego musiała się nauczyć.
— Już przemowa nie będzie taka sama. Miałeś okazję wysłuchać premiery, drugi raz nie będzie to takie dobre — odpowiedziała z powagą godną wcześniejszej wypowiedzi. Niemniej jednak taka była prawda; pierwszy i ostatni raz wygłosiła tę przemowę, bo z pewnością nie znajdzie w sobie ani odrobiny pewności, aby przedstawić ją na jakimś spotkaniu rady osiedla.
— Trzeba się zapytać. Wybadam teren na świętach, chyba że będę mieć wcześniej okazję. Skomplementuję ozdoby i od razu w skowronkach wszystko mi opowie — przynajmniej tak uważała, bo dobrze wiedziała, że jej matka miewała swoje tajemnice, jednak mimo wszystko często dzieliła się z nimi po fakcie. A jeśli nie teraz to kiedy? Camellia musiała wiedzieć takie rzeczy, była jej jedyną córką i musiała wiedzieć, czy tradycja uczestniczenia w takich konkursach jest dziedziczna. Oczywiście, mogłaby to wyszpiegować, przejrzeć jej polubienia czy zerknąć przez ramię, gdy coś tam klikała na telefonie, jednak tym razem stawiała na szczerość z rodzicielką.
— Chciałoby się powiedzieć tak, ale nie mogę kłamać. Nawet jeśli by coś ponarzekali to wiem, że mogę na nich liczyć. Mimo to, nie odbiera mi to prawa nazywania ich gnomami ogrodowymi, wiek zobowiązuje. — Bo była najstarsza z rodzeństwa i czasami traktowała to jak przywilej, a innego razu jak najgorsze co ją spotkało. Miała gdzieś z tyłu głowy myśl, że w razie co musi być tą najbardziej odpowiedzialną, ogarniętą, ale… póki co nie było takiej potrzeby. Teraz wolała sprostować swoje słowa i nie stawiać ich niesłusznie w złym świetle. Nie zmienia to jednak faktu, że ona sama wolałaby, aby Connor przyszedł jej pomóc. Ganiła siebie w myślach, kiedy gdzieś z tyłu myślała o tym, że jej się podoba — w końcu był jej przyjacielem i tak właśnie na nią patrzył, prawda? Odbudowywali swój kontakt.
— Który był ćpunem? — zmrużyła oczy, próbując sobie przypomnieć szkolne lektury. Nie dziwiło jej pijaństwo i z tym się zgadzała, jednak druga kategoria nieco ją zaciekawiła. — Mam nadzieję, że nasze matki ograniczają się jedynie do wina i likieru karmelowego — parsknęła, choć nie podejrzewałaby ich o stawianie kresek na stole jadalnianym czy wyspie kuchennej. — I też zgadzam się z tą teorią, bo niezbyt trzeźwe myślenie sprzyja do wymyślania najbardziej odklejonych pomysłów. — Dwumetrowy święty mikołaj? To musiała być robota tylko i wyłącznie domowego likieru.
— Jeszcze pociągnęłyby własną serię na youtube z komentowaniem swojego programu — zaśmiała się cicho. To były mądre kobiety, rekiny biznesu, była wręcz przekonana, że zwłaszcza na emeryturę znajdą sobie jakieś godne zajęcie.
— Wymierzanie proporcji najwyraźniej jest rodzinne — parsknęła, bo jej mama zawsze robiła dużo i potem narzekała, że nie jedzą; w skrajnych przypadkach, bo co jak co, ale pod ich dachem była przewaga chłopaków. Zwłaszcza gdy jej bracia byli w wieku dojrzewania, pani Stones nie mogła na to narzekać. — Ale to dobrze. Ty weźmiesz, zawieziesz też mamie, ja dam braciom. Rozejdą się i to jeszcze nie wiadomo kiedy. — Mieli dużo bliskich osób, którym mogli wręczyć świąteczny przysmak i każdy z pewnością by się ucieszył.
— Oby napadało wystarczająco dużo śniegu, żeby iść na sanki — odpowiedziała, jednocześnie zgadzając się na jego propozycję. Zimy w Toronto potrafiły dać popalić, zwłaszcza jeśli chodziło o temperatury. Po przyjeździe z Europy miała niemały szok, jednak szybko się do tego zaadaptowała. Teraz słyszała od swoich dziadków, że i u nich w tym roku ma być zima stulecia.
Czy się zdziwiła? Zdecydowanie. Jej krok był śmiały i nie spodziewała się takiej odpowiedzi na gest, który wykonała. Cały czas wydawało jej się, że byli przyjaciółmi, a tymczasem przebili się przez mur, który oddzielał ich od czegoś innego, mocniejszego i głębszego. Lekki pocałunek wywołał w jej brzuchu stado motyli i mimo początkowego szoku, delikatnie go odwzajemniła. Nie chciała, żeby przestawał.
— Mózg mi odebrało, to jemioła — powiedziała cicho, krótko się śmiejąc i nie odsuwając się od niego na krok. — Ale najważniejsze że działa — dodała, zanim przyciągnęła go do siebie, złączając ich usta w kolejnym pocałunku; bardziej czułym, dłuższym, wręcz zabierającym tchu. Ciepło jego ust było wręcz uzależniające i jeśli kiedykolwiek myślała o tej chwili, to z pewnością jej nie doceniła. Było o wiele lepiej, serce biło jej z prędkością światła i w tym momencie czuła się przeogromnie szczęśliwa. Chciała go zatrzymać przy sobie, a dzisiejszy wieczór zasiał w niej nieco nadziei, że ich wzajemne przyciąganie nie było tylko jej urojeniem.
Connor Walker
— Już przemowa nie będzie taka sama. Miałeś okazję wysłuchać premiery, drugi raz nie będzie to takie dobre — odpowiedziała z powagą godną wcześniejszej wypowiedzi. Niemniej jednak taka była prawda; pierwszy i ostatni raz wygłosiła tę przemowę, bo z pewnością nie znajdzie w sobie ani odrobiny pewności, aby przedstawić ją na jakimś spotkaniu rady osiedla.
— Trzeba się zapytać. Wybadam teren na świętach, chyba że będę mieć wcześniej okazję. Skomplementuję ozdoby i od razu w skowronkach wszystko mi opowie — przynajmniej tak uważała, bo dobrze wiedziała, że jej matka miewała swoje tajemnice, jednak mimo wszystko często dzieliła się z nimi po fakcie. A jeśli nie teraz to kiedy? Camellia musiała wiedzieć takie rzeczy, była jej jedyną córką i musiała wiedzieć, czy tradycja uczestniczenia w takich konkursach jest dziedziczna. Oczywiście, mogłaby to wyszpiegować, przejrzeć jej polubienia czy zerknąć przez ramię, gdy coś tam klikała na telefonie, jednak tym razem stawiała na szczerość z rodzicielką.
— Chciałoby się powiedzieć tak, ale nie mogę kłamać. Nawet jeśli by coś ponarzekali to wiem, że mogę na nich liczyć. Mimo to, nie odbiera mi to prawa nazywania ich gnomami ogrodowymi, wiek zobowiązuje. — Bo była najstarsza z rodzeństwa i czasami traktowała to jak przywilej, a innego razu jak najgorsze co ją spotkało. Miała gdzieś z tyłu głowy myśl, że w razie co musi być tą najbardziej odpowiedzialną, ogarniętą, ale… póki co nie było takiej potrzeby. Teraz wolała sprostować swoje słowa i nie stawiać ich niesłusznie w złym świetle. Nie zmienia to jednak faktu, że ona sama wolałaby, aby Connor przyszedł jej pomóc. Ganiła siebie w myślach, kiedy gdzieś z tyłu myślała o tym, że jej się podoba — w końcu był jej przyjacielem i tak właśnie na nią patrzył, prawda? Odbudowywali swój kontakt.
— Który był ćpunem? — zmrużyła oczy, próbując sobie przypomnieć szkolne lektury. Nie dziwiło jej pijaństwo i z tym się zgadzała, jednak druga kategoria nieco ją zaciekawiła. — Mam nadzieję, że nasze matki ograniczają się jedynie do wina i likieru karmelowego — parsknęła, choć nie podejrzewałaby ich o stawianie kresek na stole jadalnianym czy wyspie kuchennej. — I też zgadzam się z tą teorią, bo niezbyt trzeźwe myślenie sprzyja do wymyślania najbardziej odklejonych pomysłów. — Dwumetrowy święty mikołaj? To musiała być robota tylko i wyłącznie domowego likieru.
— Jeszcze pociągnęłyby własną serię na youtube z komentowaniem swojego programu — zaśmiała się cicho. To były mądre kobiety, rekiny biznesu, była wręcz przekonana, że zwłaszcza na emeryturę znajdą sobie jakieś godne zajęcie.
— Wymierzanie proporcji najwyraźniej jest rodzinne — parsknęła, bo jej mama zawsze robiła dużo i potem narzekała, że nie jedzą; w skrajnych przypadkach, bo co jak co, ale pod ich dachem była przewaga chłopaków. Zwłaszcza gdy jej bracia byli w wieku dojrzewania, pani Stones nie mogła na to narzekać. — Ale to dobrze. Ty weźmiesz, zawieziesz też mamie, ja dam braciom. Rozejdą się i to jeszcze nie wiadomo kiedy. — Mieli dużo bliskich osób, którym mogli wręczyć świąteczny przysmak i każdy z pewnością by się ucieszył.
— Oby napadało wystarczająco dużo śniegu, żeby iść na sanki — odpowiedziała, jednocześnie zgadzając się na jego propozycję. Zimy w Toronto potrafiły dać popalić, zwłaszcza jeśli chodziło o temperatury. Po przyjeździe z Europy miała niemały szok, jednak szybko się do tego zaadaptowała. Teraz słyszała od swoich dziadków, że i u nich w tym roku ma być zima stulecia.
Czy się zdziwiła? Zdecydowanie. Jej krok był śmiały i nie spodziewała się takiej odpowiedzi na gest, który wykonała. Cały czas wydawało jej się, że byli przyjaciółmi, a tymczasem przebili się przez mur, który oddzielał ich od czegoś innego, mocniejszego i głębszego. Lekki pocałunek wywołał w jej brzuchu stado motyli i mimo początkowego szoku, delikatnie go odwzajemniła. Nie chciała, żeby przestawał.
— Mózg mi odebrało, to jemioła — powiedziała cicho, krótko się śmiejąc i nie odsuwając się od niego na krok. — Ale najważniejsze że działa — dodała, zanim przyciągnęła go do siebie, złączając ich usta w kolejnym pocałunku; bardziej czułym, dłuższym, wręcz zabierającym tchu. Ciepło jego ust było wręcz uzależniające i jeśli kiedykolwiek myślała o tej chwili, to z pewnością jej nie doceniła. Było o wiele lepiej, serce biło jej z prędkością światła i w tym momencie czuła się przeogromnie szczęśliwa. Chciała go zatrzymać przy sobie, a dzisiejszy wieczór zasiał w niej nieco nadziei, że ich wzajemne przyciąganie nie było tylko jej urojeniem.
Connor Walker