The Binding of Castiglione della Pescaia
: pt gru 26, 2025 11:29 pm
Reakcja Navi była daleka od najprostszych scenariuszy, których mógł oczekiwać. Nie cofnęła się ani o krok, a nie tak dawno temu to robiła gdy skracał dystans; nie usztywniła się w panicznym odruchu. Trwała w miejscu, bardziej głodna odpowiedzi, niż czujna wobec tego, co wcześniej nią kierowało.
A później niosła mu odpowiedź i to taką, która zdawała się, na pozór, pieczętować to, co jej zaproponował.
Ale i tak wybieram ciebie
Nie uruchomiło to w nim emocji, bo te dla niego nigdy nie stanowiły siły sprawczej w jego ciele. Jego serce nie zabiło mocnie, a trzewia nie skręciły się w ekscytacji. Wystarczyło jednak to jedno zdanie, aby mechanizm, który dotąd pozostawał w fazie obliczeń, przeszedł w działanie.
Bez zbędnych pauz skrócił dystans, choć po ruchu z jej strony, zdawało się go już nie być. On go sprowadził do ujemnej wręcz wartości i ujął jej podbródek pewnie w dłoń. To nie był jednak gest czułości, przecież tej próżno u niego szukać. Dla niego to było jak pieczęć. Pieczęć własności.
— Jeśli wciąż będziesz bała się mnie, to znaczy, że nie zrozumiałaś kierunku, który chcę temu nadać — wypowiedział cicho, a jednak z tą charakterystyczną dla siebie stanowczością. Jakby chciał przeorganizować jej punkt widzenia i to za pomocą samych tylko slow. — To nie ty masz się bać. To świat ma bać się ciebie, bo należysz do mnie. Nie dlatego, że jesteś po mojej stronie. Dlatego, że jesteś moją stroną. — To był logiczny fakt, jego oczywistość. Coś, o czym powiedział już dawno temu – gdy jeszcze w Kalabrii mówił jej, że stała się integralną częścią każdego jego dnia. Nie była więc z nim; jeśli była to nim. Jego częścią – nierozerwalną częścią jego własnej konstrukcji. — A jeśli to ty kiedykolwiek poczujesz strach, to będzie oznaczało, że mnie przy tobie zabrakło. A ja nie zamierzam do tego dopuścić.
Jego kciuk zatrzymał się na jej ustach, jednak nie po to, by ją uciszyć. A raczej – nie tylko po to. Przesunął opuszką po wierzchu jej warg, wpatrując się w nią intensywnie. Milczał, chcąc dać wcześniejszym słowom możliwość na wchłonięcie się w jej umysł. Ale nie chciał do nich komentarza – chciał aby je zrozumiała. I aby zaczęły w niej grać, rozpoczynając proces przebudowy perspektywy.
Chwilę później dłoń zsunął na jej szyję i zatrzymał się palcami na skórze tuż nad miejscem, gdzie pulsowała jej tętnica. Nie zaciskał swojego chwtu, bo nie potrzebował teraz tego poczucia kontroli, które zawsze mu dawało. Być może uniknął tego gestu również z innego powodu – z czegoś, co chciałoby się nazwać troską, ale on przecież troski nie znał. Znał za to mechanizmy i sposób oddziaływania.
Nachylił się bliżej, minimalnie przechylając ciało w jej stornę, lecz na tyle wystarczająco, aby mógł poczuć, jak jej oddech rozbija się na jego twarzy.
— Słowa wypowiedziane na głos działają jak obietnica, Navi. — Świadomie jeszcze zawrócił do tego, co konstatowała chwilę wcześniej. Co miało być jej wyborem. — A ja nie wierzę w obietnice; wiesz co o nich myślę — Ton jego głosu zszedł nieco niżej, do chrapliwego półszeptu. Ledwie parę dni temu jasno powiedział, co sądzi o obietnicach i jakie mają dla niego znaczenie. Żadne. — Wierzę w fakty.
Jego druga dłoń odnalazła jej biodro, subtelnym ruchem zaciskając na nim palce, i przyciągnęła ją bliżej do niego, nie pozostawiając centymetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Ten dystans, który wcześniej miał dawać jej bezpieczeństwo, a który sama skróciła, przestał istnieć. Zamiast niego, powstawała redefinicja dla niego. I dla tego bezpieczeństwa, które miał wcześniej nieść.
— Więc teraz mnie pocałujesz — powiedział to z jednej strony: ciężko i stanowczo, a jednocześnie – nie jak imperatyw czy rozkaz. Ani też nie jako prośbę. Jako coś, co było wyzwaniem, a może bliżej bezpośredniej sugestii. — I udowodnisz, że to nie strach cię do mnie prowadzi. Tylko wybór.
Nie przymknął oczu, ani też nie pochylił się w jej stronę. Nie zrobił niczego, co choć w małym stopniu mogłoby rozpocząć gest, którego żądał. Stał i czekał, nie na jej reakcję w emocji czy odpowiedzi, lecz na wynik w jej działaniach. Na ów fakt, który stać się miał potwierdzeniem wszystkiego, co przed chwilą wypowiedzieli oboje. Bo teraz to ona miała wykonać ruch, który domknie ich układ – ona miała być przekonana tego, czy faktycznie wybiera go. I ona miała być w kontroli, co było mocnym odwróceniem całego jego jestestwa. Niewidocznym ukłonem w jej stronę od niego.
Navi Yun
A później niosła mu odpowiedź i to taką, która zdawała się, na pozór, pieczętować to, co jej zaproponował.
Ale i tak wybieram ciebie
Nie uruchomiło to w nim emocji, bo te dla niego nigdy nie stanowiły siły sprawczej w jego ciele. Jego serce nie zabiło mocnie, a trzewia nie skręciły się w ekscytacji. Wystarczyło jednak to jedno zdanie, aby mechanizm, który dotąd pozostawał w fazie obliczeń, przeszedł w działanie.
Bez zbędnych pauz skrócił dystans, choć po ruchu z jej strony, zdawało się go już nie być. On go sprowadził do ujemnej wręcz wartości i ujął jej podbródek pewnie w dłoń. To nie był jednak gest czułości, przecież tej próżno u niego szukać. Dla niego to było jak pieczęć. Pieczęć własności.
— Jeśli wciąż będziesz bała się mnie, to znaczy, że nie zrozumiałaś kierunku, który chcę temu nadać — wypowiedział cicho, a jednak z tą charakterystyczną dla siebie stanowczością. Jakby chciał przeorganizować jej punkt widzenia i to za pomocą samych tylko slow. — To nie ty masz się bać. To świat ma bać się ciebie, bo należysz do mnie. Nie dlatego, że jesteś po mojej stronie. Dlatego, że jesteś moją stroną. — To był logiczny fakt, jego oczywistość. Coś, o czym powiedział już dawno temu – gdy jeszcze w Kalabrii mówił jej, że stała się integralną częścią każdego jego dnia. Nie była więc z nim; jeśli była to nim. Jego częścią – nierozerwalną częścią jego własnej konstrukcji. — A jeśli to ty kiedykolwiek poczujesz strach, to będzie oznaczało, że mnie przy tobie zabrakło. A ja nie zamierzam do tego dopuścić.
Jego kciuk zatrzymał się na jej ustach, jednak nie po to, by ją uciszyć. A raczej – nie tylko po to. Przesunął opuszką po wierzchu jej warg, wpatrując się w nią intensywnie. Milczał, chcąc dać wcześniejszym słowom możliwość na wchłonięcie się w jej umysł. Ale nie chciał do nich komentarza – chciał aby je zrozumiała. I aby zaczęły w niej grać, rozpoczynając proces przebudowy perspektywy.
Chwilę później dłoń zsunął na jej szyję i zatrzymał się palcami na skórze tuż nad miejscem, gdzie pulsowała jej tętnica. Nie zaciskał swojego chwtu, bo nie potrzebował teraz tego poczucia kontroli, które zawsze mu dawało. Być może uniknął tego gestu również z innego powodu – z czegoś, co chciałoby się nazwać troską, ale on przecież troski nie znał. Znał za to mechanizmy i sposób oddziaływania.
Nachylił się bliżej, minimalnie przechylając ciało w jej stornę, lecz na tyle wystarczająco, aby mógł poczuć, jak jej oddech rozbija się na jego twarzy.
— Słowa wypowiedziane na głos działają jak obietnica, Navi. — Świadomie jeszcze zawrócił do tego, co konstatowała chwilę wcześniej. Co miało być jej wyborem. — A ja nie wierzę w obietnice; wiesz co o nich myślę — Ton jego głosu zszedł nieco niżej, do chrapliwego półszeptu. Ledwie parę dni temu jasno powiedział, co sądzi o obietnicach i jakie mają dla niego znaczenie. Żadne. — Wierzę w fakty.
Jego druga dłoń odnalazła jej biodro, subtelnym ruchem zaciskając na nim palce, i przyciągnęła ją bliżej do niego, nie pozostawiając centymetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Ten dystans, który wcześniej miał dawać jej bezpieczeństwo, a który sama skróciła, przestał istnieć. Zamiast niego, powstawała redefinicja dla niego. I dla tego bezpieczeństwa, które miał wcześniej nieść.
— Więc teraz mnie pocałujesz — powiedział to z jednej strony: ciężko i stanowczo, a jednocześnie – nie jak imperatyw czy rozkaz. Ani też nie jako prośbę. Jako coś, co było wyzwaniem, a może bliżej bezpośredniej sugestii. — I udowodnisz, że to nie strach cię do mnie prowadzi. Tylko wybór.
Nie przymknął oczu, ani też nie pochylił się w jej stronę. Nie zrobił niczego, co choć w małym stopniu mogłoby rozpocząć gest, którego żądał. Stał i czekał, nie na jej reakcję w emocji czy odpowiedzi, lecz na wynik w jej działaniach. Na ów fakt, który stać się miał potwierdzeniem wszystkiego, co przed chwilą wypowiedzieli oboje. Bo teraz to ona miała wykonać ruch, który domknie ich układ – ona miała być przekonana tego, czy faktycznie wybiera go. I ona miała być w kontroli, co było mocnym odwróceniem całego jego jestestwa. Niewidocznym ukłonem w jej stronę od niego.
Navi Yun