Strona 2 z 2

something my soul needs

: wt mar 31, 2026 11:55 pm
autor: èmile de launay
Nie bawiły go słowne przepychanki z bibliotekarzem. Czuł raczej rosnące zirytowanie dla jego braku zrozumienia pewnych podstawowych zasad odżywiania i skłonności do wykłócania się o to. Czoło Émile’a przecięła zmarszczka, kiedy on sam nabierał głębszego oddechu, jakby zbierał w sobie resztki cierpliwości. Oleandrowe próby przegadania go były naprawdę godne pożałowania i całkowicie bezzasadne, ale przecież nie przyszedł tu się z nim kłócić. Niemniej, nie zamierzał mu pozwolić mieć ostatnie słowo.
Jeśli ktoś stawia krótkotrwałą przyjemność ponad swoje zdrowie, to niedługo depresja nie będzie jego jedynym problemem – rzucił krótko, unosząc lekko podbródek, jakby samą postawą chciał zaznaczyć swoją wyższość. Jednocześnie celował, żeby zabrzmiało to ostatecznie i nie będą musieli już wracać do tej kwestii (i zdawał sobie sprawę z tego, że zdecydowanie by do niej wrócił, gdyby mężczyzna w dalszym ciągu miał ochotę głosić te same głupoty).
Postukał palcami w kubek przed sobą, po czym objął go dłonią i z wyraźnym wahaniem uniósł do góry. Choć do nozdrzy dotarł zapach kawy, razem z zapachem poczuł buchający gorąc napoju i pomimo tego, że naprawdę miał wielką ochotę upić łyk upragnionego napoju, odłożył naczynie na stół z cichym westchnieniem. Nie dmuchał, jego nauczyciel savoir-vivre’u z pewnością mocno by go za to skarcił, bo dmuchanie uchodziło za mało wytworne – a więc całkowicie zakazane.
Skoro zdrobnienie twojego imienia polega na wyjęciu z niego jednej literki, to w ogóle bym tego nie robił. Oleander brzmi ładnie – chciał powiedzieć neutralne “odpowiednio”, ale język wyprzedził myśli, nim zdążył go powstrzymać. Nie poprawił się, jedynie znów postukał palcem w gorące naczynie.
Pozbawioną rękawiczki ręką przeczesał włosy, odgarniając je do tyłu i choć zabieg ten miał w zamyśle okiełznać jego włosy, przyczynił się tylko do ich większego nieładu – kosmyki bardzo pragnęły powrócić na czoło, zatrzymały się więc w połowie drogi, stercząc w sposób, który pewnie zirytowałby Émile’a, gdyby tylko to widział. Nie ponowił tego gestu, by upewnić się w swoich zamierzeniach; opuszki palców zsunęły się po policzku niżej, przez szyję aż do miejsca, gdzie łączyła się z resztą ciała – tam poczuł mrowienie, tam go zaświerzbiło.
Blizna.
Podrapał się krótko, nie chcąc przyciągać niepotrzebnej uwagi na ten gest, ponieważ pod luźną bluzą trudniej było się ukryć niż pod ciasno owiniętym wokół szyi kołnierzem koszuli. Bardzo pilnował, żeby nikt nie zauważył tego d e f e k t u, a tym samym żeby nikt nie dostrzegł rys na jego wizerunku – jeśli wszyscy będą myśleć, że był perfekcyjny, łatwiej będzie mu ciągnąć ten teatr jednej osoby. Choć jak na razie Oleander i tak zawitał w wąskim gronie osób, które nie tylko miały okazję zobaczyć go w mniej oficjalnym wydaniu (co przecież zdarzało się, kiedy wychodził się napić), ale również poznać jego imię i nazwisko (do czego sposobność mieli naprawdę nieliczni).
Blizna zaswędziała go akurat w momencie, kiedy bibliotekarz znienacka zaczął zachowywać się naprawdę dziwnie. I to akurat po usłyszeniu jego imię i nazwiska. Czyżby jego personalia wywołały taką reakcję? Cóż, zdarzało się, że twarz Émile’a widniała na plakatach w całym mieście, może więc Oleander go rozpoznał i mierzył się ze stanem zwanym starstruck? Ta myśl mile połechtała ego de Launaya, aż coś go załaskotało w piersi. I nawet był skłonny faktycznie spojrzeć na niego łaskawszym okiem, ale już chwilę później przyszło mu do głowy, że to mógłby być jakiś atak upośledzenia. Już odebrało mu mowę, czy zaraz może się spodziewać tego, że zacznie się ślinić?
Oleander jednak wrócił do siebie. W większości przynajmniej, bo potrafił składać poprawne zdania, ale myślami zdawał się być gdzieś daleko. Może to jego pierwsza teoria była tą prawdziwą? Postanowił skupić się na słowach bibliotekarza.
Stypendium i zasiłek… W głowie Émile’a od razu zadźwięczały słowa ojca, że “zasiłki demoralizują i zabijają ducha przedsiębiorczości oraz godność”, a także że to “jałmużna dla ludzi bez ambicji”. “Darmozjady na utrzymaniu państwa” – tak mawiał o tych, którzy te zasiłki pobierali. De Launay przygryzł policzek, żeby nie zrobić żadnej miny na zaserwowane przez mężczyznę informacje. Może też dlatego okazał większe zainteresowanie ujawnioną protezą nogi – w jednej chwili zagadka jego chodu została rozwikłana, a on mógł pogratulować sobie dobrego wzroku.
Jednocześnie poczuł w piersi dziwne uczucie. Nie spodziewał się, że Oleander okaże się podobny jemu – też ucierpiał w wypadku, też był wybrakowany. Co prawda w sposób znacznie poważniejszy niż on sam, bo potrafił dostrzec sporą różnicę pomiędzy utratą dwóch palców, a utratą całej nogi. Przy dwóch palcach jego ścieżka kariery w balecie nie zamknęła się, co z pewnością nastąpiłoby, gdyby utracił nogę. Coś nieprzyjemnie ścisnęło go za żołądek – nawet nie chciał się nad tym zastanawiać. To nie byłby koniec świata, to byłoby coś znacznie gorszego.
A Oleander siedział przed nim niemal jak gdyby nigdy nic. Nie tonął w żalu, zdawał się trzymać na powierzchni. Przynajmniej na pierwszy rzut.
De Launay przeniósł spojrzenie z powrotem na twarz bibliotekarza, przyglądając mu z większą uwagą niż wcześniej.
Psychologią zainteresowałeś się dopiero po wypadku? Co robiłeś wcześniej? – zainteresował, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się faktem, że jego słowa mogły nie być na miejscu, ale nagle zapragnął dowiedzieć się, ile ta utrata go kosztowała, ile w jego życiu zmieniła – ile sam Émile mógł stracić, gdyby miał odrobinę mniej szczęścia.
Dłonią w rękawiczce sięgnął po kubek, ale przypomniał sobie, że powinien jeszcze trochę poczekać. Ułożył ją więc na stole i zabębnił palcami o blat – jego uwadze na moment uszło, że jego proteza uzupełniająca dłoni porusza się nieco inaczej względem reszty palców i przy zetknięciu wydaje inny dźwięk, bardziej głuchy. Na razie jednak słowem nie zająknął się o swoim kalectwie.

oleander everhart

something my soul needs

: ndz kwie 05, 2026 11:29 am
autor: oleander everhart
Cóż, był oczywiście jeszcze "Ollie", imię jak dla chłopca, krótkie i miękkie, swoją dźwięcznością zapraszając wypowiadające je osoby do okazania przy tym jakiejś dozy czułości. Ollie nie pasowało do złośliwości, trudno wypowiadało się je też w gniewie. To było imię do wypowiadania ciepłym półszeptem, najlepiej na ucho.
Everhart nie pamiętał, kto ostatnio zwrócił się do niego tym zdrobnieniem. Na pewno nie ojciec ani bracia. Może matka, nim surowym, pełnym przerysowanej pretensji spojrzeniem nie dał jej do zrozumienia, żeby przestała adresować go tą zinfantylizowaną formą. A może siostra? Jej jedynej nie miał serca objeżdżać, więc być może czasem uchodziło jej to na sucho. Fakt jednak, że nie potrafił przypomnieć sobie ostatniego razu gdy miało to miejsce, uświadamiał mu tylko jeszcze dobitniej, jak dawno nie był w rodzinnym domu i, zajęty studiami i wiązania jednego końca z drugim, jak rzadko ostatnimi czasy znajdował chwilę na dłuższe interakcje z rodzeństwem, zwłaszcza tym najmłodszym. Myśl tę zarejestrował w towarzystwie krótkiego ukłucia w dołku, ale szybko powrócił uwagą do rozmówcy, obiecując sobie tylko w duszy, że swoje błędy w komunikacji z rodziną naprawi tak szybko, jak tylko się da. Cokolwiek miało to oznaczać.

- Mhm - potaknął Émile w taki sposób, w jaki na rodzinnych imprezach przyznaje się rację zabiegającym o atencję dzieciom, wtrącającym się w rozmowy dorosłych tak z irytującą, jak i jednak mimo wszystko uroczą manierą - Wezmę to sobie do serca - zapewnił głosem wskazującym na fakt, że absolutnie nie weźmie sobie tego do serca, i pozostawało tylko czekać na najbliższą okazję, przy której własne imię zdrobni poprzez usunięcie zeń tylko pojedynczej litery.
Nie chciał tego przed sobą przyznać - a już zwłaszcza nie teraz, gdy głowę zaprzątała mu najważniejsza myśl, mianowicie desperacka próba przypomnienia sobie, skąd on zna emilowe imię i nazwisko - ale było coś wyjątkowo satysfakcjonującego w tym ich bezustannym, słownym sparingu, w którym rywalizacja o ostatnie słowo stawała się nie tyle delikatną przepychanką, ale prawdziwą walką o punkt honoru. Zbyt łatwo mógł sobie wyobrazić, że podobne rozmowy mogliby prowadzić w innych okolicznościach - choćby nad drinkiem, nie tyle w którymś z nieodległych, studenckich barów, jakie to Oleander z najróżniejszych powodów zwykł omijać szerokim łukiem, ale być może i w jednym z o wiele bardziej malowniczych, kameralnych lokali w Distillery District, tych z małym menu pełnym oliwek, ubijanego masła z solą o niemożliwą do wypowiedzenia nazwą i chleba na zakwasie, i szeroką ofertą naturalnych win, których zaskakująca mętność tylko przemawiała na ich korzyść. Był pewien, że de Launay i tak kręciłby nosem, znajdując coś, co z daną winiarnią było nie tak, i krytykując wszystko, od niewygody wysokich stołków, przez niewystarczający połysk barowego lastryko, aż po sposób poruszania się kelnerów (za wolny albo za szybki, albo po prostu nie taki; Ollie miał pewność, że blondyn tak czy siak coś by znalazł...), co jednak dziwnym trafem nie zniechęciło go do wysnucia tej krótkiej, przyjemnej fantazji...
Chwila, co?
Zamrugał, zupełnie jakby falowaniem rzęs próbował rozpędzić zbyt przekonujące wyobrażenie, które jeszcze chwilę temu tak beztrosko rozsnuwał sobie w głowie. Boże, przecież był to doprawdy jakiś absurd.

Jego powrót do rzeczywistości akurat perfekcyjnie zbiegł się w czasie z momentem, w którym to - dla odmiany - Émile, a nie on, zaczął zachowywać się odrobinę dziwniej jak do tej pory, na swoim miejscu może nie tyle wiercąc się jeszcze, co poruszając w sposób wskazujący na jakąś kombinację niewygody i zniecierpliwienia. To stukanie palcami w ceramiczną powierzchnię kubka. Ten sposób, w który smukłe palce jego rozmówcy śledziły linie jego ciała od niesfornych kosmyków włosów, przez smukłą krawędź policzka, aż do nasady obojczyka. Ollie nie był pewien, czy z jakiegoś względu to jego obecność działa w ten sposób na jasnowłosego chłopaka, czy też może stoi za tym coś innego. Klaustrofobia? Nie dało się ukryć, że pomieszczenie w którym się znajdowali było mikre, i mogło przytłaczać swoją ciasnotą. A może n u d a ? Sam Everhart zwykle stawał się niespokojny i jakby nie potrafił znaleźć sobie odpowiedniego ułożenia ciała gdy ogarniał go stan znużenia.
Cholera. Nie chciał, by było to prawdą, ale zaczynał czuć się odpowiedzialny za to, by rozmówca nie uznał ich bieżącej rozmowy za jakiś wybitny popis w dziedzinie kompletnego marazmu.
- Psychologią interesowałem się zawsze - Odpowiedział prędko, i - przynajmniej raz - zgodnie z prawdą, bo choć będąc zajętym swoją strażacką karierą nie miał zbyt wiele czasu na rozwój dodatkowych zainteresowań i wielostronicowe lektury, zawsze ciągnęło go w stronę tematów związanych ze zdrowiem psychicznym i ludzką psychiką. Kolejne z zadanych mu przez Émile pytań było jednak o wiele trudniejsze, stawiając bruneta przed prawdziwym dylematem moralnym. Kłamstwo miało przecież tylko jedną nogę krótkie nogi, o czym Oleander wiedział doskonale, a jednak wyjawienie chłopakowi prawdy z jakiejś, niezrozumiałej nawet dla samego Everharta przyczyny nie wydawało mu się teraz być żadną realną opcją.
Po raz kolejny uświadomił sobie, że milczy zbyt długo, i przygląda się Émile zdecydowanie zbyt uważnie. Upił kolejny łyk kawy, tylko po to, by kupić sobie tym samym trochę czasu, jeszcze bardziej przedłużając i tak już niewygodnie długą pauzę między wypowiedziami.
- Zajmowałem się... Sportem - Przynajmniej czymś, co tłumaczyło rosłą konstrukcję jego muskulatury nawet parę lat po przedwczesnej (i przymusowej) emeryturze. Odchrząknął, zdając sobie sprawę, że Émile nadal zdaje się czekać na jakąś kontynuację. Jasna cholera!, przebiegło mu przez myśl - Grałem w hokeja. W zasadzie od dziecka. To trochę taka rodzinna tradycja... - I tak dobrze, że w swoim łgarstwie nie postawił na jakąś opowiastkę o pływaniu albo gimnastyce sportowej. Hokej był przynajmniej czymś, na czym Oleander się znał, przynajmniej w teorii; był też, w dodatku, sportem zespołowym, trochę jak strażactwo - Mam sporo rodzeństwa. I... jakoś tak od zawsze byłem przyzwyczajony, że zawsze ktoś jest obok. Więc w drużynie czułem się dość naturalnie... - Wbrew pozorom, okazywało się, że Everhart potrafił nagle kłamać jak z nut. Może sprawę ułatwiał fakt, że to w zasadzie była prawda, o niczym innym jak o strażactwie. Tylko trochę przebrana w fałsz - Ale amputacja trochę się kłóci z sukcesami na lodzie - Wzruszył ramionami jakby mówił o pogodzie, a nie o największej tragedii swojego życia. Pokęcił lekko głową, zdając sobie sprawę, że i tak wyjawił już rozmówcy zdecydowanie zbyt wiele - A ty? - Zapytał w ramach wykrętu od kontynuacji tej farsy - Skoro ustaliliśmy już, że nie jesteś studentem... Mogę spytać, czym się zajmujesz?
Nie przyszło mu nawet do głowy, że ty pytanie umożliwiało de Launay zupełnie inny wybieg, gdyby zdecydował się powiedzieć, że nie, Oleander bynajmniej nie może go o to zapytać.

èmile de launay

something my soul needs

: wt kwie 14, 2026 11:15 pm
autor: èmile de launay
Émile zauważył w sobie rozedrganą nerwowość, spowodowaną zapewne w równym stopniu nocnymi koszmarami, co ciągnącym się za nim wyczerpaniem, fizycznym jak i psychicznym. Nerwowość ta sprawiła, że jego gesty zaczęły mocno odbiegać od narzuconych przez siebie norm, że utracił nad nimi kontrolę. A on bardzo nie lubił tracić nad sobą kontroli. Ojciec hołdował powściągliwości, emocje uważając za słabość, a jeśli je okazywał, to zawsze był to wykalkulowany teatr jednej osoby, w którym każdy uśmiech i uścisk miał za zadanie coś osiągnąć – nigdy nie pojawiały się spontanicznie. Tego samego oczekiwał od swoich dzieci i właśnie w ten sposób Émile został wychowany. Nawet jeśli początkowo się opierał, nawet jeśli jego matka próbowała interweniować, ostatecznie i tak został wciśnięty w formę, w którą musiał wpasować się każdy de Launay.
Obecnie nie znał innego życia.
Nie uważał tego za złe, bo powściągliwość wygodnie służyła mu za zbroję, za którą mógł się ukryć. Stało się to szczególnie pomocne po wypadku, gdy na horyzoncie pojawiła się przerażająca wizja zakończenia kariery baletowej. Z wyczuciem i wprawą godną zdolnego rzeźnika, tłamsił i zabijał w sobie wszystkie negatywne emocje i wydłubywał te mogące mu pomóc w osiągnięciu swojego celu, jednocześnie odgradzając się od wszystkich zbędnych. Dzięki temu żaden psychoterapeuta nie był w stanie do niego dotrzeć.
Nie działało to jednak na wszystkie powypadkowe problemy. Od niektórych nie był w stanie się odciąć, choć Bóg mu świadkiem, że próbował. A skoro nie mógł znaleźć sposobu na te problemy w sobie, wziął je z otoczenia – alkohol sprawdzał się tu znakomicie, nawet jeśli jego lekarz ostrzegał go, że spożywanie napojów wysokoprocentowych na dłuższą metę może mu zaszkodzić. Nie przejął się tym, bo miał to przecież pod kontrolą. Jak wszystko inne.
Znieruchomiał na dłuższy moment, odliczając czas do kolejnych oddechów, żeby uspokoić rozedrgane ciało.
Ciekawe połączenie – skomentował oszczędnie ni to w pozytywny, ni negatywny sposób, raczej jako przyjęcie do wiadomości faktu, że Oleander interesował się psychologią od zawsze, a wcześniej interesował się sportem. Jeszcze szczególnie bardziej, kiedy usłyszał, jaki dokładnie sport uprawiał do czasu wypadku.
W oczach de Launaya zamigotał chłód i cień pogardy.
Chyba żaden inny sport nie budził w nim tyle niechęci, co hokej. Narodowy sport Kanady, festiwal troglodytów na łyżwach. Banda spoconych osiłków obija się o ściany lodowiska niczym muchy w słoiku. Bezmyślny i godny pożałowania pokaz “siły” gladiatorów w plastikowych zbrojach.
O k r o p n o ś ć.
Nie rozumiał tylko dlaczego poczuł jakiś cień rozczarowania, że Oleander okazał się być przedstawicielem grupy, której członków mógł określić jedynie mianem prymitywnej agresji na łyżwach. Znacznie bardziej preferował łyżwiarstwo figurowe, którego finezja i kunszt zwyczajnie do niego przemawiały, bo czerpały wiele z baletu. Zaraz na myśl przyszedł mu Lazare, który tak niesamowicie prezentował się na zawodach, wykonując skomplikowane i wymagające skoki i piruety. Na takie występy patrzył z przyjemnością, na hokej – z głęboką pogardą.
Masz dobrego dentystę – powiedział, bo to była chyba jedyna pozytywna rzecz, do której mógł nawiązać w tematyce hokeju. Nie rzucił mu się w oczy żaden ubytek ani jakieś tanie nakładki, także Oleander chyba naprawdę trafił na dobrego specjalistę. Kiedy jeszcze było go stać.
O swojej amputacji bibliotekarz powiedział tak lekko, że Émile z miejsca stwierdził, że mu nie wierzy. Choć jednocześnie doskonale go rozumiał, bo o swoich brakujących palcach albo nie mówił w ogóle, albo komentował je w lekceważący sposób, jak gdyby nie opłakiwał ich straty przez cały swój pobyt w szpitalu.
Wszedłeś na poziom profesjonalny? W jakiej drużynie grałeś? – zapytał jeszcze, choć w gruncie rzeczy ani trochę go to nie interesowało. Mieszkał jednak w Toronto, dlatego słyszał co nieco o tych lepszych drużynach, więc może miałby do czego nawiązać w rozmowie. Zaraz przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł – czy hokeiści nie mieli publicznych profili w mediach społecznościowych? Żeby chwalić się swoją muskulaturą przed dziewczynami? Może z tego wyciągnąłby przydatne informacje. – Prowadzisz profil na instagramie? – pytanie opuściło jego usta na sekundę przed tym, zanim naszła go refleksja, że może to już było za dużo zaangażowania, jak na głupią sprawę zagwarantowania sobie wejścia do biblioteki. Zamaskował tę wątpliwość bladym uśmiechem, który miał upewnić Oleandra o jego przyjaznych zamiarach.
Nie – odpowiedział mu bez wahania, wciąż z tym samym uśmiechem na ustach. – Ale możesz mnie o to zapytać następnym razem – oznajmił mu łaskawie i spojrzał na niego znacząco. Przecież o to w tym wszystkim chodziło.
Wyciągnął w końcu rękę po swój kubek z kawą, z którego ostrożnie upił łyk – pilnował, żeby nie oparzyć sobie ust. Jej smak był… tani. Ziemisty, kwaśny i gorzki w najgorszy sposób. Skrzywił się przy przełykaniu i natychmiast odłożył naczynie z powrotem na stolik. Może z mlekiem smakowałaby lepiej, ale teraz całkowicie nie nadawała się do spożycia. Kawa chyba mu dzisiaj nie pomoże.

oleander everhart

something my soul needs

: wt kwie 28, 2026 1:41 pm
autor: oleander everhart
Gdyby Oleander wiedział, jak bardzo zawiódł teraz blondyna - nawet, jeśli źródłem rozczarowania było kłamstwo, chwilowa, spontaniczna, i zupełnie kretyńska przykrywka, pod którą zamierzał spędzić kolejne minuty - nie zareagowałby ani gniewem, ani przesadnym smutkiem, a raczej jakąś dozą potulnej akceptacji.
Czy tego chciał, czy też nie, ostatnie lata nauczyły go radzić sobie z poczuciem rozczarowania - nie tylko samym sobą, i tym, jak potoczyły się jego losy, ale także faktem, że i dla innych stał się jego nieuchronnym źródłem. To, że wraz ze sprawnością fizyczną pożegnać i opłakać musiał zawiedzione nadzieje, pokładane w nim przecież przez dwie dekady przez niejednego członka zarówno rodziny, jak i dalszego otoczenia, stało się wszak taką częścią jego codzienności, której nie mógł ani zaprzeczyć, ani się pozbyć. Nie próbował nawet udawać, że nie widzi, jak ojciec zwiesza ponuro głowę za każdym razem, gdy choćby na ułamek sekundy tracił równowagę, jaka kiedyś przychodziła mu z niewyobrażalną łatwością, oraz jak w matczynym spojrzeniu zmartwienie miesza się z goryczą. Ten sam rodzaj bolesnej deziluzji napotykał wreszcie we własnym wzroku, gdy spoglądał w zawieszone nad umywalką lustro każdego ranka, jeszcze zanim obmył twarz lodowatą wodą, umył zęby, i wklepał w skórę kupiony mu przez siostrę krem, który rzekomo miał go jakimś cudownym sposobem uchronić tak przed działaniem promieniowania słonecznego, jak i przedwczesnym pokryciem się pajęczyną zmarszczek.
Jakąś racjonalną częścią siebie rozumiał, że życie tylko po to, by spełnić cudze oczekiwania, zwykle nie kończy się najlepiej - i w jakimś sensie wręcz chełpił się faktem, że w ostatnim czasie (przymusowo) zwyczajnie nie zależało mu na podziwie przełożonych lub zachwycie kolegów z zastępu. Co nie znaczyło wcale, że nadal nie pamiętał bólu związanego z rozczarowaniem swojego otoczenia - i że ten nie odezwał się cichym, fantomowym echem w reakcji na grymas zawodu biegnący przez ładną twarz rozmówcy.
No, cóż. Psychoterapeuta Everharta byłby dumny z łatwości, z jaką brunet wychwycił i nazwał to uczucie, i odłożył je na moment na tył własnej świadomości, skupiając się w zamian na rozmowie z Émile.

Nie miał zielonego pojęcia, kim jest Lazare Moreau, choć może kiedyś wyłapał smukłą sylwetkę łyżwiarza w przelocie, przechodząc z kuchni ku schodom, i mijając salon, w którym jego młodsze rodzeństwo bawiło się w prowadzenie komentarzy sportowych na żywo, wymyślając nazwy łyżwiarskich figur i to krytykując, to zaś wychwalając obcisłość i blichtr noszonych przez sportowców kostiumów. Na całe jego głupie szczęście, o hokeju wiedział o wiele więcej, głównie za sprawą starszego brata, który fanatykiem tego sportu był nie od dzisiaj, młodsze rodzeństwo przekupując czasem hot dogami za towarzyszenie mu podczas regularnych meczy oglądanych z trybun na żywo. Ekscytowanie się rywalizacją zarówno lokalnych, jak i międzynarodowych drużyn, z czasem weszło Oleandrowi w krew; zwłaszcza, przy tym, od tego okresu, kiedy dochodząc do siebie w szpitalu obejrzał chyba wszystkie możliwe, prowadzone na żywo transmisje z meczów w całym kraju. A potem nawet i kilka powtórek.

Pytanie zadane mu przez blondyna z tym samym, wdzięcznym tumiwisizmem, z którym chłopak najwyraźniej robił w życiu wszystko Oleander wcale nie zastanowił się przez moment, czy taki sam jest w łóżku: chłodny choć uważny, wycofany, ale zawsze mimo wszystko czujny i obecny zawisło między nimi jak haczyk. Ollie miał teraz zatem wyłącznie dwie opcje: albo się nim zadławić, albo wyminąć go z gracją hokeisty człowieka, który utraciwszy dawną fizyczną sprawność, nie miał innego wyboru, jak tylko polegać na zwinności własnego intelektu.
- Grałem w obronie. Po lewej stronie - rzucił w sposób, w który ludzie zwykli opowiadać o swoich zainteresowaniach i pasjach, z nadzieją, że de Launay nawet go przecież nie zapytał o pozycję w drużynie, a Ollie i tak postanowił podzielić się z nim tą informacją, tylko doda jego narracji jakiejś wiarygodności - Powiedzmy, że otarłem się o poziom profesjonalny - wzruszył ramionami. O strażactwie mówił w dokładnie taki sam sposób: z pozorną akceptacją utraconej kariery, i z żalem do losu skrytym gdzieś pomiędzy zgłoskami - Najpierw byłem z juniorami w Vaughan, a potem spędziłem trochę czasu w Marlies. No a potem... - Wymownym spojrzeniem powiódł w dół, gdzie pod nogawką spodni ciało stykało się z tym, co miało je zastępować - Więc ostatecznie była to bardziej obietnica kariery niż kariera sama w sobie - I chociaż przecież łgał, mowa jego ciała mówiła to samo, co mówiłaby, gdyby wyjawiał blondynowi prawdę: że cały ten jego optymizm i stoickość były wyłącznie mechanizmem obronnym używanym, by poradzić sobie z niewyobrażalną stratą.
— Na Instagramie? - Powtórzył za blondynem, ignorując ciekawość, dlaczego chłopak chciałby wiedzieć akurat to. I tak nie było mowy, że wyjawiłby blondynowi prawdziwy nick, którym posługiwał się na mediach społecznościowych. Nie wówczas, gdy jego profil - na szczęście dawno już odarty z jego faktycznego imienia i nazwiska, a także obwarowany zabezpieczeniem sprawiającym, że dostęp miały do niego tylko zatwierdzone przez Everharta osoby - wciąż zawierał jego zdjęcia w mundurze, z dawną aurą pewności siebie, i z kompletnym ciałem. Jak na przedstawiciela gen Z przystało, Instagram Ollie'go był pewnym rodzajem intymnej kroniki. Émile nie zapracował sobie jednak wystarczająco by znaleźć się w gronie nielicznych wybrańców, którzy mieli do niej wgląd. I, mówiąc szczerze, wnioskując po raczej oschłym tonie, jakim blondyn nadal się do niego zwracał, Everhart wątpił, by chłopak kiedykolwiek załapał się na tego typu awans w jego towarzyskim gronie - Boże, nie. Jeśli chciałbyś zobaczyć moje stare zdjęcia w naramiennikach, to cię rozczaruję. Mój starszy brat twierdził, że to marketingowe samobójstwo, i pewnie miał rację, ale mam zbyt silną awersję do oglądania własnej twarzy w internecie - Powiedział - Bardziej od czarowania publiczności zawsze interesowało mnie wchodzenie pod krążek i blokowanie strzałów. Brudna robota. Mało wdzięczna, ale podobno miałem do niej talent... - Uśmiechnął się trochę krzywo, ale zaraz, siłą woli, naprostował ten grymas aż zmienił się w coś znacznie bardziej czarującego - A poza tym, hokeiści mają fatalną reputację. Wybite zęby, bójki, skandale. Nie chciałbym zepsuć ci opinii o mnie - Rzucił znad krawędzi kubka, który wzniósł niby w geście toastu - Na wypadek, gdyby faktycznie trafił nam się jeszcze jakiś następny raz. O ile ta lura nie zniechęci cię do reszty.

/ zt x 2

èmile de launay