-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Choć miał ogólną świadomość tego, że leżał we własnym łóżku – sunął dłońmi przez chłodną, jedwabną pościel, a rozszerzone ze strachu oczy wbijał w rozświetlone różnokolorowymi światłami miasto za oknem – jego umysł miotał się niczym złapane w sidła zwierzę, żeby wyrwać się ze szponów dzisiejszego koszmaru.
Nieważne, że znajdował się we własnej sypialni, nieważne, że powietrze teoretycznie powinno mieć subtelnie lawendową woń, ponieważ właśnie takiego olejku użył w swoim nawilżaczu powietrza – nozdrza wciąż miał pełne swądu palonego ciała. Nie miało to żadnego sensu, bowiem nigdy żadnego palonego ciała nie wąchał, ale w tym śnie… w tym śnie stał wśród szalejących wokoło płomieni, a niedaleko niego leżał Jesper, jeszcze żywy, ale tak potwornie, potwornie…
Zerwał się gwałtownym ruchem z łóżka i pobiegł – pomimo nie do końca współpracującego ciała – prosto do łazienki. Choć potknął się na finiszu swojego biegu, udało mu się na czas objąć muszlę klozetową, gdzie, cóż, prostacko opróżnił zawartość swojego żołądka. Nie wiedział, ile spędził tam czasu, ale pod prysznic zawlókł się dopiero wtedy, kiedy jego ciałem przestały wstrząsać torsje, a on uzyskał zadowalającą pewność, że zupełnie wszystko, czym się dzisiaj wieczorem posilił, spływało już kanałami.
Czuł do siebie obrzydzenie. Czuł się pusty, czuł się skalany, czuł się ż a ł o s n y. Wyzuty z wszelkich sił, słaby, mały.
Bardziej niż zwykle.
Choć jego ciało drżało w proteście przed jakimkolwiek ruchem, Émile zdołał wcisnąć się w szare dresowe spodnie i bluzę oraz czarny płaszcz na wierzch, by osłonić się przed chłodem (a także nieodłączną czarną rękawiczkę tylko na lewą dłoń), po czym wyszedł na pogrążone w mroku nocy miasto.
Jako że absolutnie odstręczała go myśl o piciu alkoholu w towarzystwie spoconego i śmierdzącego tanimi perfumami tłumie i nie miał najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie na trzeźwo problemów kanadyjskiej biedoty, postanowił, że wybierze się do znacznie spokojniejszego miejsca: do biblioteki uniwersyteckiej. Zbliżała się sesja egzaminacyjna, więc pewnie była otwarta nawet o zbliżającej się powoli czwartej nad ranem.
Niestety, pierwszy problem napotkał już przy wejściu do budynku – nie był studentem U of T już od trzech lat, nie posiadał więc aktywnej karty studenckiej, umożliwiającej mu wejście do środka. Do tej pory radził sobie z tym problemem dzięki ustnej umowie z Daną, dziewczyną, chyba studentką, dyżurującą w nocy: wysyłał jej na biblioteczne konto maila o enigmatycznej treści “już jestem, otwórz” i nigdy nie czekał dłużej niż pięć minut na to aż zejdzie i go wpuści. Ale teraz z jakiegoś powodu już od prawie piętnastu minut stał na zewnątrz. Powoli zaczynało mu być zimno i był osłabiony, ale wzbierająca się w nim irytacja sprawiła, że jakby nabrał nowych sił. Dlatego kiedy już przemknął ukradkiem jak jakiś złodziej za grupką akurat wychodzących studentów (modląc się, żeby nie zainteresowała się nim ochrona, bo przez to, że pewnie wyglądał, jakby był trzy kroki od śmierci, mogli go wziąć za jakiegoś ćpuna na głodzie), do czytelni na drugim piętrze wpadł prawie jak burza.
– Czy otwieranie maili przerasta twoje i tak mało imponujące kompete… – urwał w środku słowa, bo dopiero teraz dostrzegł, że za ladą nie siedziała Dana, tylko jakiś facet. Uniósł brwi. – Gdzie jest Dana? – zapytał opryskliwie tonem, który żądał natychmiastowej odpowiedzi, choć sam już wywnioskował, że na pewno nie na dzisiejszej zmianie. Zlustrował uważnym spojrzeniem mężczyznę przed sobą, zauważając jego szerokie ramiona i to, jak wysoki zdawał się być, mimo że aktualnie siedział. Usta Émile’a wykrzywiły się w wyrazie lekkiej pogardy.
– Zatrudniają inwalidów umysłowych, żeby oszczędzić na personelu? – prychnął niecierpliwie, kiedy nieznajomy w dalszym ciągu nie wydobył z siebie ani jednego słowa. – Dobra, słuchaj – dodał zaraz z ciężkim westchnięciem, jakby właśnie podjął decyzję, której wcale podejmować nie chciał. Nachylił się lekko nad ladą i przyciszył głos. – Ja ci piszę maila, a ty schodzisz i mnie wpuszczasz. Rozumiesz? Dotarło? – wszystko to powiedział dość wolno, jakby faktycznie wziął dyżurującego bibliotekarza za idiotę, któremu ciężko przetworzyć informację.
oleander everhart
-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Chryste, jeszcze trochę, i naprawdę umrze z nudów.
Skrupulatnie cyzelując treść maila w odpowiedzi na zamieszczoną na uniwersyteckim forum ofertę dorywczej pracy na kampusie, i dołączając do niego dopracowane, klarowne CV - ewidencję faktu, że Oleander Everhart naprawdę niczego w swoim życiu nie potrafił robić na odwal się albo na pół gwizdka - Ollie znajdował się chyba w stanie głębokiego wyparcia prawdy na temat realiów dorabiania w bibliotece.
Teraz nie był pewien, czego się wówczas spodziewał: uromantycznionych krajobrazów jak ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów, zapachu pergaminu i ciężkich jak welur cieni kładących się szeroko między sylwetkami kolejnych regałów? Grona kulturalnych, zaangażowanych w swe studia studentów co wieczór w podskokach spieszącego na kolejne spotkanie z nauką? Tego, że jego własne ciało zupełnie wyzbędzie się potrzeby snu, czyniąc wielogodzinne odsiadki za bibliotecznym kontuarem prawdziwą przyjemnością, a nie nużącą mordęgą?
Nie, nie - to nie tak, że Everhart nie cierpiał swojej pracy; zdarzały się wszak i noce, w które zmiana upływała mu prędko i bez większych męczarni. Przez większość czasu, jego zawodowe obowiązki na drugim piętrze uniwersyteckiego budynku stanowiły jednak bolesne zdarzenie z mało ekscytującą rzeczywistością. Większość przychodzących tu studentów mijała go jak duchy: zmęczone "hej" posłane mu na wejściu, i automatyczne "do zobaczenia!", przecięte ziewnięciem wpół, rzucone na do widzenia, z jedną stopą już za progiem. Tutejsze otoczenie - hebanowe blaty, równe rzędy książkowych grzbietów, okolone zielonymi kloszami lampy rzucające wąskie strumyki światła na płaszczyznę stołów - szybko traciło swój urok. Cisza nie zdawała się tu bynajmniej sakralna; była raczej kliniczna, jakby ktoś jednym ruchem ręki odciął cały dźwięk.
Dana - z tymi swoimi nieokiełznanymi włosami w barwie ochry, piegami obsiewającymi grzbiet zadartego lekko nosa i, zdawało się, niewyczerpanym zasobem anegdotek i przypowiastek - była natomiast jak wielobarwny wykrzyknik postawiony pośrodku całego tego milczenia. Oleander zdał sobie z tego sprawę dopiero po jej wyjeździe, ale przez pierwsze tygodnie jego pracy w bibliotece, to właśnie jej obecność dodawała mu otuchy i animuszu. Inną rzeczą jednak, której brunet nie wiedział przyjmując ofertę pracy było, że wcale nie zatrudniono go dla towarzystwa, lecz na zastępstwo dziewczyny.
A więc Dana była też - z tego, co Ollie wyśledził niedawno na jej Instagramie - w Azji Południowo-Wschodniej, w poszukiwaniu prawdy o sobie i świecie (oraz, wnioskował z tego, czym rudowłosa zdążyła się z nim podzielić przed swoim wyjazdem, mężczyzn mniej rozczarowujących niż ci w Toronto).
On zaś był tu. Sam. Wypłukany z energii, i z surowym embargo na sen, narzuconym mu przez zbliżającą się sesję egzaminacyjną, nie mając innego wyboru (o ile chciał terminowo opłacić czynsz i kolejną ratę za studia...) niż znosić fanaberie i wybryki tutejszych studentów.
Najpierw dotarł do niego głos — szorstki, wyniosły, ale jednocześnie niezaprzeczalnie podbity gęstym, gorzkim zmęczeniem. Potem uderzył go zapach - drogie mydło i jeszcze droższe perfumy, lekko już zwietrzałe, i zabarwione czymś, co Oleandrowi kojarzyło się z niczym innym, jak z wonią wymiocin. Na końcu całego procesu, wzrok bruneta przykuła wyrosła przed nim sylwetka: smukłe ciało ukryte pod szarym dresem, czarny płaszcz, jedna rękawiczka; strzelistość kości policzkowych, gniewne zmarszczenie jasnych brwi. Nieznajomy wyglądał, jakby ktoś naszkicował go w pośpiechu, suchym węglem, dociskając rysik tam, gdzie boli.
- Dana jest w Phuket, z tego co wiem - Oleander odpowiedział powoli, spokojnie, choć w reakcji na zaczepki stojącego przed nim studenta (!?) zaczęła wzbierać w nim już fala niedookreślonych emocji. Jeśli jednak Ollie potrafił jedną rzecz robić porządnie, było nią zachowywanie spokoju pod presją - Albo może na Koh Pi Pi?
Kiedy padła obelga, Everhart nawet nie drgnął. Zamiast tego zamknął powoli laptopa, jakby domykał rozmowę, której w gruncie rzeczy nie zdążyli jeszcze nawet zacząć.
— Może tego nie wiesz, ale szydzenie z osób z upośledzeniem umysłowym na pewno nie jest strategią, która ułatwia wejście do budynku — Akcentował każde słowo wyraźnie; zachowując irytującą równowagę — Więc możemy spróbować od początku.
Wstał zza lady. Był pewnie jeszcze wyższy, niż mogło się wydawać gdy siedział; szerokie ramiona wypełniały miękkość plecionego, szarozielonego swetra — Więc? W czym mogę pomóc?
I gdzieś pod tym pytaniem — głęboko, jeszcze poza dostępem świadomości — odezwało się echo innego.
Tak, póki co, jednak cicho, że podszept instynktu zupełnie zaginął w szumie bibliotecznego wentylatora.
èmile de launay
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Szumy powtórzyły się po wejściu do budynku i nieco nasiliły, kiedy przekroczył próg czytelni. Tam chwilowo zniknęły, zalane lepkim, smolistym gniewem, który tylko czekał na iskrę, żeby jasnym płomieniem wypalić całe jego wnętrze, zostawiając po sobie jedynie pustą skorupę. To byłaby jakaś odmiana od wrażenia bycia przeżutą kupą mięcha.
Gniew całkowicie skoncentrował się na osobie niekompetentnej Dany, dlatego kiedy okazało się, że jej nie ma i nie będzie, zabulgotał niechętnie, tymczasowo wycofując się nieznacznie w głąb Émile’a, jednak pozostając blisko powierzchni.
De Launay rozważał przez chwilę słowa mężczyzny. Dana w istocie wspominała mu kiedyś coś o podróżach, słuchał wtedy jej trajkotania jednym uchem, a zdobyte w ten sposób informacje od razu wykorzystał, by dostać od niej to, czego potrzebował (dostęp do czytelni w zamian za wsparcie jej funduszu wycieczkowego to uczciwa transakcja), po czym szybko o nich zapomniał. Szkoda, że domorosła podróżniczka nie poinformowała go, że wyjeżdża do tej swojej Azji, czy gdzie tam leżą miejsca, które wymienił bibliotekarz.
Napiął mięśnie szczęki, mnąc w ustach parę brzydkich określeń, cisnących mu się na usta. Nie miał teraz siły na dalsze wkurwianie się, szczególnie, że nieznajomy za biblioteczną ladą – ku jego zdziwieniu – okazał się nie być idiotą, za którego początkowo go wziął. A to znaczyło, że będzie musiał znaleźć sposób, jak nakłonić go do współpracy.
Ach, dzisiejsza noc miała nie być tak skomplikowana.
Nie zdążył się wyprostować znad lady, kiedy bez ostrzeżenia szumy w uszach powróciły, nabierając takiej intensywności, że szybko przerodziły się w wwiercające się w mózg dzwonienie. Jednocześnie zawroty głowy zachwiały ciałem Émile’a, aż musiał oprzeć dłoń o zimną, drewnianą powierzchnię; zamknął oczy na trzy długie sekundy i dwa krótkie wdechy, a intensywnie poszukujący przyczyny takiego stanu umysł podpowiedział mu usłużnie, że nie zjadł wczoraj kolacji – burczenie w brzuchu potwierdziło ten stan rzeczy. Czując, że gniew znów w nim wzbiera, tym razem koncentrując się na po raz kolejny niewspółpracującym ciału, wyprostował się dumnie, by spojrzeć w odmienioną twarz bibliotekarza i pokazać mu, że z nim było wszystko w porządku (choć może bardziej próbował przekonać samego siebie).
Zastygł w bezruchu w momencie, kiedy ich spojrzenia się spotkały – nie po raz pierwszy oficjalnie, ale po raz pierwszy, kiedy de Launay dostrzegł w nim pełnoprawnego człowieka.
Uderzyło go, jakie nieznajomy miał ładne oczy. Ciemne niczym drewno, którego barwę miało większość mebli w czytelni, niczym czarna kawa, o której tak ciepło teraz myślał, ciemne, jakby przepastnie pochłaniały każde światło, które odważy się od nich odbić, a jednak wystarczyło, by lampa oświetliła twarz mężczyzny, a jego tęczówki pokazały zupełnie inne oblicze. To było ciepłe, rozświetlone blaskiem poprzednio zagarniętym z otoczenia, poprzetykane drobinkami i nitkami złota, które Émile nagle zapragnął policzyć. Przynajmniej dopóki mentalnie nie wymierzył sobie policzka.
Zacisnął szczękę, po czym przeczesał włosy palcami.
Bibliotekarz okazał się być jeszcze wyższy niż przypuszczał i najwyraźniej cechowała go też nieznośna pewność siebie. Albo jego spokojny głos dawał takie wrażenie. W każdym razie z ich dwójki to Émile zdawał się być tym, który był bliżej granicy zostania wyprowadzonym z równowagi, a że nie miał siły na wchodzenie z takiej pozycji w konflikty z kimkolwiek, postanowił zdobyć przewagę w rozmowie w stary, sprawdzony sposób.
– Zapytaj Dany, kto pomógł jej sfinansować tę jej eskapadę – machnął lekceważąco ręką, po czym ostentacyjnie zmierzył go oceniającym spojrzeniem, zatrzymując się na dłużej na szerokich ramionach tylko dlatego, że sweter, który na nich leżał, z pewnością był zrobiony z jakiegoś podrzędnego plastiku. – Trochę gotówki mogłoby się przydać też tobie. Przemyśl to sobie – rzucił i odszedł w stronę wolnych stolików, nawet nie czekając na odpowiedź mężczyzny, w myśl zasady, że musiał mieć ostatnie zdanie.
Ściągnął płaszcz, który powiesił na oparciu krzesła, ale nie zdjął rękawiczki – ta zawsze chroniła jego dłoń przed spojrzeniami wścibskich osób. Rozsiadł się na drewnianym, nieznośnie twardym krześle i zupełnie automatycznie skontrolował, czy wszystkie oznaczenia ewakuacji są na swoich miejscach, czy nikt z jakiegoś powodu nie zabrał kryjącej się w kącie gaśnicy, czy działały czujki dymu, czy systemy gaśni…
… nie wszystkie czujki dymu działały.
Nie wszystkie czujki dymu działały.
W całym pomieszczeniu lampka kontrolna nie świeciła się tylko w jednej czujce – tej, która znajdowała się dokładnie nad nim. Choć teoretycznie wiedział, że w razie pożaru wszystkie działające pozostałe bez problemu poradziłyby sobie z tym brakiem, ale to właśnie ten brak budził w nim obawę, której żaden racjonalny argument nie był w stanie uciszyć. Podniósł się więc z krzesła, by po kilku sekundach znów zawitać przed dyżurującym bibliotekarzem.
– Czujka dymu nie działa – poinformował go agresywnie informująco, tonem oczekującym natychmiastowej reakcji na wynikły problem. W końcu to nie mogło czekać.
oleander everhart
-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wystarczył jeden rzut oka - okolonego markizą długich, ciemnych rzęs i podbiegłego wielogodzinnym zmęczeniem, ale nadal bystrego - by Oleander wbrew własnej woli rozpoznał mieszaninę głębokiego niepokoju i desperacji przetaczającej się przez sylwetkę blondyna niczym nagły sztorm. Nie było w tym nic logicznego, nie było w tym nic, na co pomogłyby machinacje nawet najbystrzejszego umysłu. Ten rodzaj kompletnego rozedrgania był sprawką instynktu - o czym Everhart wiedział aż za dobrze; z doświadczenia.
Ile to było bowiem poranków w ostatnim czasie, i ile wieczorów, gdy nagle - wbrew wszelkim planom, i wbrew wszelkim próbom doprowadzenia się do porządku i względnej równowagi - Olliego ogarniała fala atawistycznej paniki, na którą rada była tylko jedna: przeżyć ją jakoś, przeczekać? Nawet, gdy wydawało mu się, że u m i e r a, że trawią go płomienie - tak z zewnątrz, jak i od środka; że się dusi, dławi, zapada we własne wnętrze. Każdy pożar wreszcie gasł, każdy kryzys przemijał. Nieprzetrawiona rozpacz i wycieńczenie były po prostu niezbędną ceną za przetrwanie.
Nie rozumiał w pełni, czego dokładnie świadkiem był w bieżącym momencie, a mimo to dał chłopakowi czas i tyle przestrzeni, na ile pozwalała im teraz intymna, biblioteczna rzeczywistość. Nie spytał czy wszystko w porządku?, nie wbił weń pytającego spojrzenia; przeciwnie - cierpliwie, subtelnie odwrócił wzrok, niemal tak, jakby nie dostrzegł gwałtowności, z jaką De Launay musiał przytrzymać się blatu. Jakby nie zauważył barwy rękawiczki, biegnącej od koniuszków palców do bladego konturu chłopięcego nadgarstka. Jakby takie spotkania nie były niczym nadzwyczajnym. Ba, jakby w bibliotece przytrafiały mu się niemalże co zmianę.
Kryzys zdawał się przeminąć tak prędko, jak się rozpoczął: dwa oddechy, pięć uderzeń serca, i blondyn nagle znów patrzył na Oleandra z tym samym rodzajem konfrontacyjnej zuchwałości, z jakim robił to chwilę wcześniej. Odruchowo, Everhart podążył za chłopięcym wzrokiem, natrafiając na splot własnego swetra. A sweter ów był nie z plastiku, ale z bawełny; wystarczająco miękkiej, by nie drażnić oleandrowej skóry zwłaszcza w tych miejscach, gdzie ciało nadal było nadwrażliwe po długim procesie gojenia się; niedrogiej, to prawda - dokładnie takiej bowiem, na jaką stać było studenta na zasiłku, dorabiającego na dwie zmiany by nie tylko powiązać jakoś jeden koniec egzystencji z drugim, ale i przy okazji szarpnąć się czasem na jakieś kino, na podróż za miasto, albo więcej niż jedną kolację na wynos w miesiącu. Ale przecież nie było teraz ani czasu, ani miejsca, by Oleander mógł wytłumaczyć się oceniającemu go chłopakowi ze stanu własnego konta i własnej garderoby, i faktu, że - faktycznie - nie było go stać na jedwabie i kaszmiry.
Zniósł więc jakoś manierę, z jaką rozmówca lustrował go pobłażliwym wzrokiem, powstrzymując się jednocześnie od wejście z chłopakiem w męczącą, i kompletnie niepotrzebną pyskówkę.
- Tak zrobię - odparł tylko, choć z tonu jego głosu prędko można było wyczytać, że bynajmniej nie zamierza ani przez sekundę rozważać emilowej sugestii. Że co, ze miałby pójść w ślady Dany, drobnymi, bibliotecznymi machlojkami finansującej sobie podobno dodatek do dobrobytu? To nie byłoby w jego stylu równie mocno, jak uciekanie się do złośliwości by poradzić sobie z fanaberiami zestresowanych studentów.
Pozwolił zatem Émile'owi odejść,
Nie ruszył się z miejsca - ponownie opadłszy na nieco zbyt niskie na jego gabaryty dopiero wtedy, gdy słomiana w barwie czupryna zniknęła między strzelistymi regałami.
I nie na długo - bo ledwie parę minut później, De Launay znów stał przy kontuarze, rozchwiany jak igła wadliwego metronomu.
Czujka dymu nie działa.
Ciemne brwi Oleandra zbiegły się u nasady jego nosa w grymasie konsternacji zbyt nagłym, by dwudziesto-ośmiolatek zdołał go powstrzymać.
Na piętrze było czterdzieści sześć czujek dymu: jedna na każde pięćdziesiąt metrów kwadratowych, zgodnie ze standardem dla czujek punktowych w przestrzeniach publicznych. Na sali czytelnianej: jedna co osiem metrów. Dodatkowo osobna pula w pomieszczeniach publicznych, i belki podczerwieni w korytarzach. Jedna usterka nie oznaczała nieuchronnej tragedii - w razie prawdziwego pożaru, inne czujniki przejęłyby funkcję, a awaria i tak najprawdopodobniej wynikała z czegoś banalnego - powierzchni pokrytej kurzem, czynności zaburzonych wilgocią, błędną kalibracją urządzenia. Każdy inny bibliotekarz zapewne wzruszyłby ramionami, mlasnął sennie i zapewnił Émile'a, że zgłosi sprawę do administracji. Jutro rano.
Ale Everhart nie był każdym innym bibliotekarzem, tak żałośnie niezdolny, aby swoje dawne życie zostawić za drzwiami uczelni. Jego spojrzenie natychmiast powędrowało ku sufitowi, wzdłuż rzędu błyskających zielono światełek, skrupulatnie szukając małego, białego krążka z numerem identyfikacyjnym przypisanym do strefy, przy którym nie jawiły się żadne błyski. I oto był - o ironio, dokładnie nad miejscem, w którym przed chwilą usadowił się blondyn. Zabębnił palcami o blat biurka, wciągając w płuca suche kurzem, biblioteczne powietrze.
– Daj mi chwilę. Sprawdzę panel – powiedział, jakby była to tylko kolejna czynność wchodząca w zakres jego obowiązków (nie była). Zgarnął pęk kluczy, ruszając zza kontuaru w stronę zaplecza. Niezobowiązującym ruchem dłoni wskazał Émile'owi, by ten podążył za nim - choć Ollie nie zdziwiłby się, gdyby blondyn buńczucznie odrzucił jego zaproszenie. Idąc, brunet utykał - ale na tyle nieznacznie, że lekkie kolebanie się jego ciała można by wytłumaczyć kontuzją albo odciskiem; nogawka szczelnie przykrywała nasadę protezy.
Panel SSP znajdował się w wąskiej wnęce, za niepozornymi drzwiami, które większość użytkowników biblioteki mijała, nie zdając sobie sprawy z ich znaczenia. Oleander otworzył je jednym ruchem i wprowadził kod; potem, przez ułamek sekundy tylko patrzył — na rząd diod, na schemat piętra, na znajomą topografię bezpieczeństwa rozrysowaną w liniach i numerach. Czterdzieści pięć zielonych punktów. Jeden martwy. Samotny. Niegroźny, statystycznie rzecz biorąc.
– To tylko mała, lokalna usterka, wilgoć albo kurz. Nic poważnego – odezwał się w końcu, półszeptem, tak rzeczowo, jakby czytał instrukcję obsługi. – System ją widzi. Reszta czujek działa poprawnie, nie ma alarmu strefowego. Wszystko jest okay. Ale zgłoszę to do administracji, naprawią to z samego rana.
Dopiero teraz, gdy wreszcie zamilkł, i między nim i De Launay zapadła napięta cisza, Ollie zorientował się, że przez ostatnie kilka minut działał w trybie awaryjnym, który jego organizm aż za dobrze znał z rzeczywistości sprzed wypadku. Oleander podrapał się w kark, spoglądając na Émile'a z ukosa. Skonsternowany, może trochę zmieszany. Odchrząknął, jakby w próbie zmiany tematu.
– Będziesz w stanie wrócić do nauki? – Zapytał, tłumiąc jakiekolwiek przypływy ciekawości nakazującej mu zapytać, czemu blondyn tak gwałtownie zareagował na banalną, łatwo-naprawialną awarię- Bo wiesz... W razie czego, jest jeszcze pokój do cichej nauki. Zamykamy go po dwudziestej, ale – wymownie poruszył nadgarstkiem, wprawiając klucze w lekkie brzęczenie – Świat się chyba nie skończy, jeśli zrobię dzisiaj wyjątek. Hm?
èmile de launay
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie chciał dłużej tego roztrząsać, chciał po prostu mieć święty spokój, bo przecież właśnie po to tutaj przyszedł – by wsiąknąć na chwilę w tę cichą, niemal senną, ale jednak pełną skupienia atmosferę i uszczknąć trochę z niej dla siebie. Pragnął uspokoić skołatane myśli i rozedrgane ciało na tyle, by osiągnąć poziom samopoczucia, umożliwiający mu codzienne funkcjonowanie. Naprawdę nie oczekiwał wiele, jedynie niezbędnego minimum, dlatego kiedy odkrył tę cholerną niedziałającą czujkę, miał ochotę albo wywrócić biurko, przy którym usiadł, albo się rozpłakać. Obie opcje były tak samo kuszące. Niestety żaden z tych sposobów nie nadawał się do realizacji w miejscu publicznym, szczególnie takim, do którego chciał w przyszłości wrócić, więc postanowił zrobić z tego problem kogoś innego.
Bibliotekarz, na jego szczęście, po chwilowej konsternacji tym pewnie niecodziennym żądaniem, postanowił zbadać problem. De Launay musiał przyznać, że szykował się raczej na jakąś słowną potyczkę, w której musiałby naciskać mężczyznę, żeby zajął się sprawą, zamiast olać, zrzucając odpowiedzialność na tych, co przyjdą na dzienne zmiany. Kiedy więc nieznajomy po prostu oświadczył, że “sprawdzi panel”, brwi Émile’a uniosły się, a on sam nieznacznie rozluźnił – podobało mu się, że zgodnie z jego oczekiwaniami został potraktowany poważnie, a nie jak gadający od rzeczy wariat. Dopiero po wypadku odkrył, jak wielu ludzi miało głęboko w poważaniu bezpieczeństwo przeciwpożarowe.
Podążył za brunetem, chcąc być świadkiem tego sprawdzania i nie umknęło jego uwadze, że idący przed nim mężczyzna kulał. Z jakiegokolwiek powodu tak się stało, de Launay poczuł w żołądku delikatne łaskotki satysfakcji, bo od samego początku przeczucie dobrze mu podpowiadało i faktycznie miał do czynienia z inwalidą – tylko tyle, że nie umysłowym. I prawdopodobnie tymczasowym. Ale to nieważne, ważne, że w ogóle.
Z bezpiecznej odległości patrzył, jak bibliotekarz wystukuje kod dostępu na jakimś panelu na ścianie, a potem patrzy na rzędy diod, z których najwyraźniej musiał coś wyczytać, bo jego następna wypowiedź zabrzmiała tak rzeczowo, że Émile ponownie uniósł brwi w zdziwieniu. Mimo wszystko nie spodziewał się aż tak profesjonalnego podejścia do tematu po pracowniku biblioteki. Taka wiedza chyba nie była standardową wiedzą na takim miejscu pracy, bo jak kiedyś zapytał Danę o systemy gaśnicze w czytelni, to mu pokazała gaśnicę… kretynka.
– Znasz się na tym – zauważył niezobowiązująco, choć w intonacji mogło to zabrzmieć trochę na pytanie. Nie rozumiał tylko dlaczego brunet wyraźnie się zmieszał po udzieleniu mu tych informacji, ale w gruncie rzeczy w ogóle go to nie obchodziło. Skupił się na przetwarzaniu informacji, że przez jedną nieaktywną czujkę bezpieczeństwo przeciwpożarowe wcale nie było zagrożone, bo nawet bez niej system działał bez zarzutu. Bibliotekarz brzmiał wystarczająco przekonująco, a Émile zwyczajnie bardzo chciał mu uwierzyć.
“Będziesz w stanie wrócić do nauki?”
De Launay przez chwilę zastanowił się, w którym momencie dał mu odczuć, że był studentem, a przez następną rozważał, czy nie pospieszył się z tym odpuszczeniem inwalidztwa umysłowego. Udało mu jednak nie wypowiedzieć swoich wątpliwości na głos, ograniczył się do lekkiego przekrzywienia głowy.
– Nie jestem studentem – poinformował go spokojnie. Gdyby przecież był, to nie proponowałby mu podobnego układu na wejście do czytelni. – I nie szukam tu ciszy, tylko spokoju – dodał głosem, z którego wyraźnie przebijało zmęczenie. Nie chciał siedzieć w ciszy, bo cisza w większości przypadków była głośna i nosiła w sobie odbicia koszmarów, jakie go nawiedzały – potrzebował dźwięków w tle, potrzebował obecności innych osób, żeby nie zapaść się w sobie i nie zostać całkowicie pochłoniętym przez dręczące go mary senne. – Wiesz, jak się wstydzisz, możesz mi po prostu napisać na karteczce kwotę, jakiej oczekujesz – wyjątkowo wyrozumiałym tonem odniósł się znów do kwestii wchodzenia do czytelni, bo naprawdę mu na tym zależało. Chciał dodać coś jeszcze, ale właśnie wtedy wyjątkowo głośno zaburczało mu w żołądku, a on sam znów poczuł falę zawrotów głowy. Zacisnął mocno zęby, opierając się jedną ręką o ścianę.
– Jest tu jakiś automat z przekąskami? Mają w nich sałatki? Kawa też może być… można płacić kartą? – przypomniał sobie, że właściwie wyszedł z domu jak stał i miał ze sobą jedynie telefon. A chyba przyszła pora na to, żeby przyznać się przed sobą, że znowu zawalił kwestię jedzenia. I to nie tylko przez wymioty.
oleander everhart
-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Pieniądze były ważne. Oczywiście, że tak.
Oleander nie znał biedy, czy ubóstwa - co uważał za ogromny przywilej, zdając sobie sprawę, że wiele osób nie miało w życiu tyle samo szczęścia, by codziennie budzić się pod szczelnym dachem i korzystać z dobrodziejstwa ciepłej, czystej wody pod prysznicem - ale nigdy nie zasmakował także wygody związanej z bogactwem, czy choćby zamożnością. W jego domu rodzinnym nigdy nie brakowało na podstawowe potrzeby, ale z pieniędzmi nieustannie trzeba było się liczyć. Ojciec Oleandra zarabiał na tyle godnie, to fakt, by zapewnić czwórce swoich dzieci wikt i opierunek, lecz nie dało się zaprzeczyć, że była to praca ciężka i ryzykowna, obarczona wieczną obawą o to, co spotkałoby rodzinę Everhartów, gdyby któregoś dnia jej głowa nie wróciła z dyżuru pożarowego. Jakiekolwiek większe inwestycje należało zawsze zaplanować i dwukrotnie rozważyć, nim się je wcieliło w życie, i wszyscy potomkowie od najmłodszych lat upominani byli, żeby zawsze odkładać do skarbonki rozsądną część kieszonkowego, tak
Koniec końców, trudno było, aby Ollie nie wyrósł na człowieka (może nieco nazbyt) rozważnego, , dla którego pieniądze były, owszem, sporą wartością, ale nie największym priorytetem. Być może gdyby - wybierając przedmioty w liceum, a potem ścieżkę kariery po jego ukończeniu - zdecydował się na coś innego niż podążanie śladami ojca, i wylądował w jakiejś międzynarodowej korporacji, albo chociaż wielkiej kancelarii, dziś miałby do finansów inny stosunek. Przez pierwsze lata wczesnej dorosłości, codziennie jednak życie przypominało mu, jak tymczasowe są, w gruncie rzeczy, wszelkie dobra materialne, które żywioł - pożar, powódź, czy choćby jakaś większa wichura - może przecież przemienić w pył w ułamku jednej sekundy. I choć potem los dał mu najtrudniejszą z lekcji: na świecie brakowało Sprawiedliwości, która tych uczciwych i przyzwoitych obejmowałaby jakąś cudowną opieką gdy zabrakło im sił, czy zdrowia, jakimś cudem Ollie nie zgorzkniał, i nie stał się kompletnym cynikiem, wpajane mu od dziecka wartości odrzucającym w zamian za łatwe pieniądze. Pewnie dlatego też nie starał się o zasiłek wyższy, niż ten zaproponowany mu z urzędu, i nie zrezygnował ze studiów, choć walka o stypendium nie raz niemal przyprawiła go o prawdziwe załamanie nerwowe. Nie wyobrażał sobie zatem - a i tak trudno mu było uwierzyć, że chłopak naprawdę nie robi sobie z niego żartów, i serio proponuje mu hojną łapówkę za coś tak błahego, jak wpuszczenie do go biblioteki... - żeby przyjąć ofertę Émile'a.
Wzruszył tylko ramionami, w sposób, który lepiej znającym go obserwatorom - jego siostrze chociażby, zawsze tak czujnej pod kątem oleandrowych nastrojów - natychmiast zdradziłby jego konsternację i chęć, by jak najprędzej zmienić temat. De Launay nie miał jednak prawa go znać, a w dodatku spoglądał nań roszczeniowo i bez większej ciekawości, jak człowiek przyzwyczajony do wydawania rozkazów i poleceń. Im dłużej przebywali w swoim towarzystwie, Ollie nabierał coraz silniejszego przekonania, że w oczach blondyna nie może różnić się zbyt wiele od wszystkich kelnerów, szoferów i lokajów, którymi chłopak pewnie zarządzał jak rozpieszczony panicz. Nie, żeby Everhart uważał to za obrazę, ale założyłby się, że jego rozmówca prędko kategoryzuje ludzi w zależności od wykonywanych przezeń zawodów, i statusu społecznego.
- Oh - Teraz to on się zastanowił, zamiast rugać się w myślach za wyciąganie pochopnych, i faktycznie może niespecjalnie błyskotliwych wniosków na temat rozmówcy, dochodząc zwyczajnie do wniosku, że musiał być zmęczony. Jasne, mógł się teraz wdać z chłopakiem w dyskusję, argumentując, że przecież Émile mógł być absolwentem - a absolwent to przecież tak jakby student, tylko, uhm, emerytowany!? - a ci przecież nie posiadali ważnych legitymacji i kart wstępu na kampus. Westchnął jedna tylko głęboko, porzucając wszelkie potencjalne dywagacje. W końcu każdemu zdarzało się popełniać błędy, a wzięcie młodego mężczyzny za studenta w środku nocy, i w akademickim budynku, nie wydawało się Oleandrowi aż tak poważnym przewinieniem. Zresztą, coraz bardziej dochodził do wniosku, że czegokolwiek by nie powiedział, i tak nie trafiłby z Émile'm w dziesiątkę - W takim razie nie było pytania - trochę zgaszony brakiem chłopięcego entuzjazmu schował klucze, którymi jeszcze przed chwilą majtał Émile'owi przed nosem tak radośnie, jak ogonem może machać rozentuzjazmowany labrador - Jak chcesz. głównej czytelni jest jeszcze parę osób, na pewno znajdziesz tam odpowiedni stosunek spokoju do ciszy.
Nie wiedział, o co chłopakowi tak naprawdę chodzi, i zaczynał być coraz bardziej zmęczony tą słowną przepychanką, konkludując, że najlepiej będzie po prostu zostawić Émile'a w tym jego upragnionym spokoju.
Ale burczenie w brzuchu - i to nie jego własnym, o dziwo - skutecznie ściągnęło jego uwagę.
Zmarszczył brwi, spoglądając na De Launay z jakąś dozą zdziwienia i... troski?
- Można - potwierdził, a potem przypomniał sobie interakcję z Ruby ledwie przed paroma dniami, kiedy to w bibliotece znalazł się w roli studenta, i stanął przed automatem o nieboskiej porze, napotykając się na do dziś nienaprawioną awarię. Wtedy to brunetka poratowała go kompletem napojów energetycznych. Zagryzł dolną wargę, mierząc Émile'a ostrożnym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, na ile może sobie pozwolić - To znaczy, można płacić kartą. Ale automat z przekąskami jest w naprawie, a sałatki są tylko w kantynie... - wyjaśnił cierpliwie - ...którą zamykają o dwudziestej. Pozostaje ci więc automat z kawą, ale ten z kolei przyjmuje tylko monety, albo żetony, które można kupić wyłącznie za monety - wbrew własnej woli, nie mógł odmówić sobie, że cała ta sytuacja zaczynała go odrobinę bawić. Nie, żeby zamierzał się nad blondynem znęcać. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że zagniewany, chłopak wyglądał wyjątkowo uroczo. Jak naburmuszony anioł zepchnięty z firmamentu; coś, o czym Hozier pewnie napisałby trzy piosenki i dwa wiersze do szuflady - Ale... - zawahał się, może tylko dla efektu dramatycznego - ...od przedwczoraj mam na zapleczu kawiarkę, i chyba jeszcze ostał mi się jakiś batonik. Proteinowy - łypnął to na blondyna, to na uchylone za kontuarem drzwi do pomieszczenia, do którego zazwyczaj miał wstęp wyłącznie personel biblioteki. Ollie zdawał sobie sprawę, że może brzmieć jak psychopata, cukierkami próbujący zwabić ofiarę na tył swojej ciężarówki. Ale wolał już, żeby Émile wziął go za desperata, niż osunął się po ścianie w omdleniu - Chodź.
èmile de launay
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Bibliotekarz dosłownie wił się jak piskorz, byleby tylko nie odpowiedzieć na bardzo proste pytanie o pieniądze i Émile zaczynał być tym faktem naprawdę mocno poirytowany. Mężczyzna wzruszył ramionami, a de Launay zacisnął zęby, po czym westchnął głęboko i bardzo ciężko, zastanawiając się, czy on tak specjalnie go drażni i czy daje mu to jakąś satysfakcję, czy może jednak wstydzi się bardziej niż początkowo zakładał. Jeśli to drugie, to zupełnie niepotrzebnie, skoro od samego początku jasno dał mu do zrozumienia, że to jest głównym przedmiotem ich rozmowy. I właściwie jedynym powodem, dla którego w ogóle rozmawiają.
Jeśli miał być szczery, nie podejrzewał go o jakieś złośliwości, bo nieznajomy zwyczajnie nie dawał wrażenia kogoś, kto byłby zdolny do psychicznego znęcania się nad zmęczonymi gośćmi uniwersyteckiej czytelni. Im dłużej z nim rozmawiał, tym bardziej mężczyzna zdawał się wyglądać na kogoś… hm, poczciwego. Co w słowniku Émile’a było synonimem naiwności, a przy naiwności nie musiał prowadzić żadnej skomplikowanej gry czy złożonych podchodów, by uzyskać od danej osoby to, czego akurat chciał. W jednej chwili gładko zakwalifikował bibliotekarza do grona ludzi, których najprawdopodobniej jednak nie będzie musiał przekupywać, bo przy odpowiedniej zachęcie zrobią wszystko z dobroci serca. Straszna głupota, jeśli ktoś by go pytał, ale kim on był, żeby oceniać (pierwszym do oceniania).
Nie mniej był to proces, który wymagał od niego odrobinę więcej wysiłku niż wręczenie pliku banknotów. Rzadko też decydował się na ten krok wobec kogoś nie na poziomie, ale ten przypadek stanowił osobliwy wyjątek – bibliotekarz był jedyną osobą, która posiadała coś, czego Émile naprawdę mocno chciał. Co dziwne, mężczyzna najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z przewagi, jaką dzięki temu zdobył i władzy, jaką mu to dawało, ale jeśli do tej pory tego nie zrozumiał, de Launay nie zamierzał go uświadamiać. Nie zniósłby, gdyby ktoś taki zaczął się czuć lepszy od niego, bo chwilowo mógł dyktować warunki.
Kiedy odmówił hojnej i jakże radosnej propozycji dostania pokoju do nauki na wyłączność, nie spodziewał się, że nieznajomy nagle zacznie przypominać szczeniaka, któremu zabrano zabawkę. Aż coś go zaswędziało z tyłu umysłu na ten widok, ale ograniczył się jedynie do nieznacznego przekrzywienia głowy.
– Właśnie na tym mi zależy – odparł po prostu, choć zaczął rozważać, czy nie wziąć jednak tego pokoju. Ostatecznie zawsze mógł zostawić uchylone drzwi…
… rozproszył się. Nie interesowało go doraźne rozwiązanie, chciał mieć dostęp do czytelni. Powinien się skupić tylko na tym.
Ale w tym przeszkodziły mu głupie podstawowe potrzeby ciała. Może powinien był zostać w swoim apartamencie, zwinąć się w kłębek na podłodze gdzieś pomiędzy salonem a kuchnią i tak doczekać do rana, kiedy będzie mógł pójść na poranny spacer dla otrzeźwienia i przy okazji kupić kawę. Przynajmniej nie opierałby się o ścianę tak desperacko, jak tonący brzytwy.
Nieeleganckie “putain” opuściło jego usta, kiedy z wypowiedzi bibliotekarza jasno wyniknęło, że tej żałosnej uczelni nie było nawet stać na naprawę głupiego automatu, ale też, że uniwersytet w dalszym ciągu trwał w mrokach średniowiecza i nie kupił niczego nowego, by wesprzeć studentów w trudach nauki. Żetony – co za niedorzeczny pomysł. I pomyśleć, że trzeba płacić czesne… ciekawe, na co one szły, skoro w oczywisty sposób nie na udogodnienia dla studentów.
Wydął wargi w pogardzie, wywracając oczami, by dać wyraz swojej frustracji. Bibliotekarzowi udało się ponownie skupić na sobie uwagę Émile’a, kiedy użył słowa “kawiarka”. Kawiarka zazwyczaj oznaczała dobrą kawę. Albo przynajmniej jakąś.
– Ale nie kupiłeś najtańszej kawy w markecie? – upewnił się, odrywając się od ściany, by ostrożnym, ale stabilnym krokiem ruszyć za mężczyzną. Chyba było z nim naprawdę źle, że się w ogóle na to zgodził. Doszedł do takiego wniosku, kiedy zobaczył wnętrze pokoiku socjalnego. Ugh, ciasne i wymagające remontu pomieszczenie dla służby, noszące ślady zapachów rzeczy odgrzewanych pewnie nie tylko dzisiaj, ale również w ogóle od początku istnienia tego jadalnianego kącika.
O k r o p n e.
Niemniej, ściągnął z ramion płaszcz i uważnie, by żaden jego fragment nie dotknął dodatkowej powierzchni, powiesił go na krześle, które po chwili zajął. Albo raczej – rozsiadł się, zakładając nogę na nogę i kładąc zgięte ramię na oparciu krzesła. Prawdopodobnie wyglądałby niewymuszenie swobodnie, gdyby nie fakt, że zmęczenie przebijało się chyba z każdego centymetra jego twarzy, a i oddech był zauważalnie cięższy. Gładko wszedł w tryb oczekiwania, wyraźnie zadowolony z tego, że zostanie obsłużony.
– Nie fatyguj się z batonikiem, to sam olej palmowy obleczony w syrop glukozowo-fruktozowy. Bardzo niezdrowe – w jego głosie wyraźnie zabrzmiało obrzydzenie – poprzestanę na kawie. Lubię mocną – Émile utkwił w nim czujne i lekko zainteresowane spojrzenie. Musiał przyznać, że bibliotekarz ze swoim wzrostem w tak niewielkim pokoiku wyglądał… szczególnie.
De Launay poprawił rękawiczkę na dłoni, po czym oparł wolną rękę o swoje udo.
– Jak masz na imię? – uznał, że wypadało o to zapytać, skoro planował stworzyć jakieś pozory koleżeństwa.
oleander everhart
-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dobry Boże. Trudno powiedzieć, jak Oleander zareagowałby wiedząc, że właśnie to słowo przychodziło blondynowi na myśl w reakcji na wszystkie te jego starania o jego komfort, bo zależnie od kontekstu mogło ono stanowić tak komplement, jak i obelgę. To pierwsze, jeśli ktoś cenił sobie życzliwą prostoduszność. To drugie, jeżeli powyższe uważało się za oznakę nadmiernego nieskomplikowania, dla wielu - i, Ollie mógł się o to założyć, w tym również dla jego aktualnego rozmówcy - będącego po prostu synonimem nudy.
Nie, przy tym, żeby Everhart specjalnie się martwił tym, jakie wrażenie wywrze na chłopaku.
Jedynym, na czym próbował się aktualnie skupić, było po prostu rzetelne i profesjonalne wykonywanie swoich obowiązków - tych samych, które, jakkolwiek mało porywające, pozwalały mu w ogóle chociażby pomarzyć o jednoczesnym opłacaniu czesnego za studia, i czynszu za mieszkanie, a więc tym bardziej nie widział powodu, by wystawiać je na szwank dla zaspokojenia chłopięcej zachcianki.
Poza tym wychowano go w poszanowaniu uczciwej i ciężkiej pracy, więc w tym samym czasie, w którym
Émile coraz bardziej irytował się jego oporem przed łamaniem zasad za odpowiednią kwotę pieniędzy, Everhart zaczynał z wolna tracić cierpliwość do jego cwaniactwa. I gdyby tylko cwaniactwo to nie było opakowane w jasnowłosy i błękitnooki kontekst, mimo wyszczekania cechujący się jakimś rodzajem rozbrajającej bezbronności, już dawno pewnie kazałby rozmówcy
Na tego typu wybiegi ewidentnie było teraz jednak za późno, skoro znaleźli się we dwóch w zaciszu pracowniczej klitki. I, wbrew zaskakującej dyplomacji i delikatności, którymi Émile przynajmniej jeden raz zdawał się teraz posługiwać w myślach, Oleander wcale nie wyglądał tu szczególnie. Wyglądał, po prostu, głupio. I doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego ciało nie nadawało się bowiem do pomieszczeń tego rodzaju: ciasnych, wąskich, w dodatku o stropie może nie na tyle niskim wprawdzie, by zawadzał głową o płaszczyznę sufitu, ale już na pewno zawieszonym tak blisko czubka oleandrowej głowy, że brunet odruchowo, a więc i nie w pełni świadomie, kulił ramiona i garbił lekko plecy. Tak na wszelki wypadek.
Poza tym fakt, że płynne poruszanie się z protezą nadal sprawiało mu pewną trudność zwłaszcza w przestrzeniach, w których i tak już musiał się pilnować, wcale nie pomagał. Momentalnie, Ollie - ten sam Ollie, dla którego w przeszłości nie było rzeczy niemożliwych - tracił tak na pewności siebie, jak i na gracji, jakby próbował skurczyć się sam w sobie, i jakby uchodziła z niego dawna, czarująca pewność ruchów. Całe szczęście, że mimo krytycznych spojrzeń, którymi nieskrywanie mierzył wnętrze pokoiku, przynajmniej De Launay zdawał się nie przejmować, że może zająć tutaj za dużo miejsca. Oleander poczekał, aż chłopak
- Wydaje mi się, że nie - powiedział szczerze, podając Émile paczuszkę do osobistego wglądu. - To chyba taka średnia półka?
Ollie lubił kawę, ale nie na tyle, żeby bawić się w nawyki tak snobistyczne, jak na przykład rozpoczęcie comiesięcznej subskrypcji, za sprawą której regularnie otrzymywałby limitowane edycje koneserskiej jakości ziaren z dostawą na próg swojego mieszkania. Mówił sobie, że ma na to jeszcze czas (i, na tym etapie, nie ma na to pieniędzy), żartobliwie zarzekając się, że pewnie po trzydziestki zacznie inwestować w tego typu rzeczy, na równi z limitowanymi edycjami organicznej kombuchy i regularnym wpłacaniem małych datków na azyl dla pingwinów cesarskich.
- Czarna i mocna kawa - pokiwał głową, chyba nie powstrzymawszy nuty rozbawienia w reakcji na to, jak Émile szarogęsił się w jego składziku, i zdawał się nie widzieć w tym nic nie stosownego. Cóż. Szykowała im się najwyraźniej interesująca noc - Robi się.
Mimo pewnej nieporadności, którą potęgowało tylko niewygodne rozłożenie zbyt niskich jak na wzrost Oleandra szafek, z zaparzaniem kawy uwinął się szybko, stawiając na blacie dwa kubki parującego napoju pochodzące z eklektycznej, pracowniczej kolekcji. Ten, który trafił się Émile, nosił na sobie wyraziste I SURVIVED ANOTHER MEETING. Sam Everhart otoczył dłonią napis World's Best Dad.
- Jak chcesz - Wzruszył ramionami, nie czekając nawet, aż Émile skończy się wymądrzać, i bez większego zawahania wgryzł się w słodką teksturę batonika. No i fakt, może nie była to najzdrowsza przekąska pod słońcem, ale brunet głęboko wierzył, że życie jest za krótkie, by wiecznie zawracać sobie głowę tego typu rozterkami.
Dopiero, gdy rozmówca zadał mu kolejne pytanie, Ollie uświadomił sobie, że z tego wszystkiego pominęli jeden z najbardziej podstawowych etapów zawierania jakiejkolwiek nowej znajomości.
- O... - zaczął. Ollie. Ale Ollie było imieniem dla chłopca, a Everhart nagle poczuł niezrozumiałą dla siebie w pełni potrzebę, żeby wychodzić na mężczyznę. Odchrząknął. Świetnie, teraz blondyn już na pewno utwierdził się w przekonaniu o jego upośledzeniu umysłowym, skoro nawet wspomnienie własnego imienia zdawało się być dla niego niemałym wyzwaniem. - Oleander. Leander. Ale nie Leo - powiedział z lekkim uśmiechem. Z tego wszystkiego może nawet nie zauważył - albo przynajmniej nie zwrócił większej uwagi - na fakt, że gdy usiadł i założył nogę na nogę, nogawka jego jeansów pozwoliła metalowi protezy odbić krótko błysk światła bijącego z bocznej lampy.
- A ty? - zagadnął między jednym kęsem i drugim - Jak ty masz na imię? Bo wyglądasz na... - Émile, podrzuciła podświadomość - ledwie szept, cichy jak podmuch wiatru, który Oleander odruchowo zignorował - ...na kogoś, kto nosi poetyckie imię. I nigdy nie używa zdrobnień.
èmile de launay
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Ostatecznie… może to jednak lepiej, że siedział w tym składziku, bo dzięki temu nikt więcej nie był świadkiem tego, jak się rozsypuje. Nikt istotny w każdym razie. Już podczas drogi tutaj odniósł wrażenie, że w jej trakcie zgubił fragmenty siebie, że odpadły gdzieś pomiędzy zawstydzającym burczeniem w brzuchu a powłóczeniem nogami, może podczas opierania się o ścianę, a może kiedy z roztargnieniem pocierał dłonią czoło. Albo kiedy ciężko wzdychał.
Nie miał siły. Tak po prostu. I nie było to żadnym wyolbrzymieniem, de Launay naprawdę nie miał w sobie ani grama energii i z każdą chwilą coraz bardziej żałował, że w ogóle zdecydował się wyjść z domu. Nie powinien się dzisiaj nigdzie ruszać. Choć podejrzewał, że jego sytuacja mogłaby być znacznie gorsza, gdyby zdecydował się na odwiedzenie jednego z przybytków, w których serwują alkohol – może wylądowałby kompletnie pijany na brudnej i lepkiej podłodze, skąd w końcu zabrałaby go ochrona i po prostu wyrzuciła na zewnątrz, jak jakiegoś podrzędnego pijaka. To dopiero byłoby sięgnięcie dna. Z dwojga złego, kawa z poczciwym bibliotekarzem wydawała się być lepszą opcją, nawet jeśli normalnie głośno i z obrzydzeniem zaprostestowałby przeciwko spędzaniu czasu na tak małej ilości metrów kwadratowych, których stan i czystość budziły jego poważne wątpliwości.
Z powodu ewidentnego braku innych obiektów do obserwacji, Émile nawet na moment nie spuścił wzroku z mężczyzny. Być może to tylko kwestia perspektywy, ale chyba dopiero tutaj faktycznie zauważył jak bardzo był wysoki – dopiero tutaj zrobiło to różnicę, kiedy sufit znajdował się zdecydowanie bliżej niż dalej czubka jego głowy. Sam bibliotekarz chyba również czuł się zbyt duży dla tego pomieszczenia, bo próbował się skurczyć poprzez zgarbienie ramion. W opinii de Launaya, osiągnęło to raczej efekt odwrotny do zamierzonego. Dodatkowo zaczął się poruszać w dość szczególny sposób, jakby manewrowanie jedną z nóg sprawiało mu większe problemy… może jakby próbował oszczędniej nią ruszać? W kwestii ruchu umykało mu niewiele szczegółów.
Spojrzał wysoce sceptycznie na podsuniętą mu fioletową paczuszkę z kawą, ale samo opakowanie nie powiedziało mu zupełnie nic, poza faktem, że nie widniał na niej dopisek speciality, który miały wszystkie kawy kupowane przez niego. Poza tym ciężko mu było powiedzieć cokolwiek więcej, bo zwyczajnie na co dzień nie robił zakupów w marketach, więc nawet nie wiedział, co stoi na półkach.
– Hm – mruknął jedynie, co bibliotekarz mógł zinterpretować jako niechętną zgodę. Cóż, o jakości wyborów kawowych mężczyzny będzie mógł się przekonać na własną rękę już niedługo. Chyba, że zmęczenie upośledziło też jego kubki smakowe, a tego nie mógł wykluczyć.
Émile, niczym marmurowy posąg greckich mistrzów, trwał nieruchomo w jednej pozycji, w oczekiwaniu na kubek napoju, który w teorii miał przywrócić go do życia. Albo przynajmniej go przy tym życiu utrzymać. W ciszy obserwował krzątanie się bibliotekarza, orientując się pod sam koniec parzenia kawy, że chyba po raz pierwszy tej nocy poczuł coś na kształt komfortu.
Zacisnął usta w cienką kreskę, przysuwając do siebie kubek z gorącym napojem. Może napis okaże się być proroczy. Zmarszczył lekko brwi, kiedy zobaczył, jakie litery widniały na kubku jego towarzysza – może miał rację z tym dorabiającym ojcem? Zastanowienie szybko przekształciło się w obrzydzenie, kiedy kolejne kawałki niezdrowego batonika znikały w ustach mężczyzny. Może wspomni jego słowa, kiedy za parę lat okaże się, że dzięki tego typu przekąskom rozreguluje sobie poziom glukozy we krwi.
– To prosta droga do cukrzycy – poinformował go cierpko, w sumie nie wiedział dlaczego, skoro to zdecydowanie nie była jego sprawa. I dobrą sprawę, zdrowie bibliotekarza również go w najmniejszym stopniu nie obchodziło. Może po prostu powtarzał usłyszane od matki zdania, które wyjątkowo trwale utknęły mu w głowie. Ostatecznie on swoje zdrowie traktował śmiertelnie poważnie.
Rysy twarzy Émile’a ponownie złagodniały, kiedy zadał mu pytanie o imię. Początkowo uniósł brew, słysząc zająknięcie, bo właściwie jak w ogóle można się wtedy zająknąć (jeśli cierpi się na jakieś upośledzenie, to chyba można, tak by obstawiał). Chyba, że chciało się coś ukryć?
– Oleander – powtórzył po nim, chcąc zobaczyć, jak mu się to imię ułoży na języku. Musiał przyznać, że było to naprawdę ładne imię. Znacznie bardzo skomplikowane, niż go o to podejrzewał, bo jeśli miałby obstawiać, to pewnie zaryzykowałby jakimś ciężkobrzmiącym Robertem albo prostym (i prostackim) Adamem. Oleander niosło ze sobą kwiatowe znaczenie. Wiedział, bo jego matka lubiła zajmować się kwiatami w oranżerii i siłą rzeczy podłapał nieco wiedzy. Silnie trujący, stanowił ostrzeżenie, ale symbolizował również tragiczną miłość. Matka naprawdę uwielbiała te kwiaty. – Leo do ciebie nie pasuje – zgodził się – Leander to jedyne zdrobnienie twojego imienia?
Zastanowił się krótką chwilę, jaką wersję swojego imienia i nazwiska mu przedstawić, czy pełną, jak uczył go ojciec, czy może mniej skomplikowaną dla ludzi, którzy nie pojmują arystokratycznych zwiłości.
– Émile de Launay – zdecydował w końcu, a jego głos rozbrzmiał idealną francuszczyzną. Uniósł kubek z kawą do ust, ale szybko go opuścił, kiedy przekonał się, że jest jeszcze zdecydowanie zbyt gorąca, żeby mógł ją przełknąć, a nie gustował we wrzątku. Czy w ogóle nadmiernie gorących rzeczach. – Praca tutaj to twoje główne źródło zarobku? – zapytał, chcąc rozwiać swoje wcześniejsze wątpliwości. – Jesteś w stanie funkcjonować w ciągu dnia? – on pewnie by nie był, szczególnie nie za najpewniej najniższą możliwą stawkę. Nie rozumiał, jak ludzie to mogą sobie robić. Nie, żeby to jakoś szczególnie go to interesowało, ale jeśli miał odgrywać rolę przyjaznego zainteresowanego, to chyba musiał zadać jakieś pytania.
oleander everhart