Między jednym winem a drugim
: ndz lut 08, 2026 2:45 pm
William N. Patel
— A może dla równowagi w ramach prezentu dostanę święty spokój? — pyta Cynthia, unosząc jedną ze swoich brwi ku górze. Wiele mogłaby powiedzieć Marze, ale powoli irytowały ją te rozmowy o cukiniach i ogórkach. Co jeżeli spotkałaby na swojej drodze bakłażana? Albo co gorsze, gdyby bakłażanem Cynthii był właśnie Cassian. Tego nikt nie byłby w stanie przeżyć, zresztą widać to już w trakcie rozmowy — Tobie załatwię jakiegoś przystojnego striptizera — mruczy Ward, wyraźnie niezadowolona z wibratora. O ile nie miała problemów, by rozmawiać o tych sprawach z samą Marą, tak przy Willu czuła się dziwnie. Chociaż to może kwestia tego, że Cynthia zawsze była największym ponurakiem wśród znajomych.
— Nie mam zielonego pojęcia — na to pytanie odpowiedziałoby cały czas tak samo. Nie wiedziała, co dokładnie w nim widziała i nie była w stanie tego wytłumaczyć nikomu. Wtedy był dla niej całym światem, a po tym świecie została jedynie nostalgia — miałam wrażenie, że jego przełożeni wiedzą... o naszej przeszłości — stwierdziła finalnie Cynthia, spuszczając głowę i wzdychając ciężko. Cokolwiek by powiedziała zostanie zmasakrowana. Nawet nie podłapała ciekawości Williama, bo zaraz była pod ostrzałem. Bardzo słusznym ostrzałem.
— Musicie mnie ciągnąć za język? — pyta z wyrzutem, ale doskonale zna odpowiedź. Musieli, a ona musiała wypluć z siebie wszystkie informacje — samo przyznanie się do tego gówna, to dla mnie zbyt wiele — dlatego bezwiednie chwyta za kieliszek i wypija jego całą zawartość na raz — Pijany po rozprawie przyszedł mnie przeprosić — wzdycha, bo już w tamtym momencie powinna mu odmówić — wpuściłam go, bo... — nie miała dobrego powodu, wiedziała o tym. Wypuściła powietrze z płuc i westchnęła ciężko — kurwa, sama nie wiem. Nie chciałam być wtedy sama, a wstydziłam się Wam o tym mówić — potrzebowała kilku miesięcy, by zakomunikować o całej sytuacji Marze. Nie przychodziło jej to naturalnie łatwo, a wręcz przeciwnie. Każde słowo przychodziło jej z trudem. Cynthia rzadko kiedy dużo mówiła, raczej nie była wylewna. Sprawdzała się w tej grupie, dzięki Willowi i Marze, tylko wiedziała, że to jej pora na... mówienie.
— Oboje byliśmy pijani — poprawia ich od razu, a na jej twarzy maluje się grymas. Wspomnienia tamtego wieczoru dalej ją obrzydzały — podobno się nad nim pastwiłam — wbijała szpileczki, krzyczała, tradycyjna, wkurwiona kobieta. Nawet specjalnie mu powiedziała, że wypierdoliła jego wszystkie rzeczy na śmietnik.
— I stało się... — spuściła głowę, jak ten pies, który wiedział, że zawiódł właściciela. Ona zawiodła po całej linii i zdawała sobie z tego sprawę — nie wiem... Po prostu się stało — choć jej wytłumaczenia brzmiały dziecinnie, nie miała innych słów na to. Zasmakowała jego bliskości i chciała mu się oddać w całości.
— William — zaczyna już oschłym tonem — naprawdę myślicie, że na niego nie naskoczyłam i pozwoliłam sobie tak po prostu wejść na głowę? — co prawda później pozwoliła, ale nie potrzebowała słyszeć tej tyrady wstydu — przecież wiem, że to był błąd i nigdy więcej się z nim nie spotkam — a może tak? Trudno wyrokować, na pewno nie byłoby to miłe spotkanie — wolałabym już pracować w parku rozrywki — w miejscu gdzie radość i kolory eksplodują. Każdy kto znał Cynthię wiedział, że miała alergię na kolory, głośnych ludzi oraz uśmiechy obcych ludzi.
— A może dla równowagi w ramach prezentu dostanę święty spokój? — pyta Cynthia, unosząc jedną ze swoich brwi ku górze. Wiele mogłaby powiedzieć Marze, ale powoli irytowały ją te rozmowy o cukiniach i ogórkach. Co jeżeli spotkałaby na swojej drodze bakłażana? Albo co gorsze, gdyby bakłażanem Cynthii był właśnie Cassian. Tego nikt nie byłby w stanie przeżyć, zresztą widać to już w trakcie rozmowy — Tobie załatwię jakiegoś przystojnego striptizera — mruczy Ward, wyraźnie niezadowolona z wibratora. O ile nie miała problemów, by rozmawiać o tych sprawach z samą Marą, tak przy Willu czuła się dziwnie. Chociaż to może kwestia tego, że Cynthia zawsze była największym ponurakiem wśród znajomych.
— Nie mam zielonego pojęcia — na to pytanie odpowiedziałoby cały czas tak samo. Nie wiedziała, co dokładnie w nim widziała i nie była w stanie tego wytłumaczyć nikomu. Wtedy był dla niej całym światem, a po tym świecie została jedynie nostalgia — miałam wrażenie, że jego przełożeni wiedzą... o naszej przeszłości — stwierdziła finalnie Cynthia, spuszczając głowę i wzdychając ciężko. Cokolwiek by powiedziała zostanie zmasakrowana. Nawet nie podłapała ciekawości Williama, bo zaraz była pod ostrzałem. Bardzo słusznym ostrzałem.
— Musicie mnie ciągnąć za język? — pyta z wyrzutem, ale doskonale zna odpowiedź. Musieli, a ona musiała wypluć z siebie wszystkie informacje — samo przyznanie się do tego gówna, to dla mnie zbyt wiele — dlatego bezwiednie chwyta za kieliszek i wypija jego całą zawartość na raz — Pijany po rozprawie przyszedł mnie przeprosić — wzdycha, bo już w tamtym momencie powinna mu odmówić — wpuściłam go, bo... — nie miała dobrego powodu, wiedziała o tym. Wypuściła powietrze z płuc i westchnęła ciężko — kurwa, sama nie wiem. Nie chciałam być wtedy sama, a wstydziłam się Wam o tym mówić — potrzebowała kilku miesięcy, by zakomunikować o całej sytuacji Marze. Nie przychodziło jej to naturalnie łatwo, a wręcz przeciwnie. Każde słowo przychodziło jej z trudem. Cynthia rzadko kiedy dużo mówiła, raczej nie była wylewna. Sprawdzała się w tej grupie, dzięki Willowi i Marze, tylko wiedziała, że to jej pora na... mówienie.
— Oboje byliśmy pijani — poprawia ich od razu, a na jej twarzy maluje się grymas. Wspomnienia tamtego wieczoru dalej ją obrzydzały — podobno się nad nim pastwiłam — wbijała szpileczki, krzyczała, tradycyjna, wkurwiona kobieta. Nawet specjalnie mu powiedziała, że wypierdoliła jego wszystkie rzeczy na śmietnik.
— I stało się... — spuściła głowę, jak ten pies, który wiedział, że zawiódł właściciela. Ona zawiodła po całej linii i zdawała sobie z tego sprawę — nie wiem... Po prostu się stało — choć jej wytłumaczenia brzmiały dziecinnie, nie miała innych słów na to. Zasmakowała jego bliskości i chciała mu się oddać w całości.
— William — zaczyna już oschłym tonem — naprawdę myślicie, że na niego nie naskoczyłam i pozwoliłam sobie tak po prostu wejść na głowę? — co prawda później pozwoliła, ale nie potrzebowała słyszeć tej tyrady wstydu — przecież wiem, że to był błąd i nigdy więcej się z nim nie spotkam — a może tak? Trudno wyrokować, na pewno nie byłoby to miłe spotkanie — wolałabym już pracować w parku rozrywki — w miejscu gdzie radość i kolory eksplodują. Każdy kto znał Cynthię wiedział, że miała alergię na kolory, głośnych ludzi oraz uśmiechy obcych ludzi.