-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- Cynthia, żyjesz? - rzucam od progu. Przyszedłem do niej w kapciach, więc od razu wbijam wgłąb mieszkania - Co się stało? Jak się czujesz? - pytam, butelkę odkładam na kuchenny blat i mierzę przyjaciółkę wzrokiem, pobieżnie oceniając jej stan. Zdaje się, że ma wszystko na swoim miejscu, więc szczerze oddycham z ulgą - Mam wino, zrobię jakieś przekąski, co? - pytam, chociaż rządzę się jak u siebie. Znamy się tyle lat, że pewnie nawet nie zwraca na to uwagi, a wiadomo - pod winko trzeba też coś zjeść, więc zaglądam jej do lodówki patrząc co tu można na szybko zrobić. Lubię gotować i jestem w tym naprawdę dobry. Właściwie mogłem przygotować coś u siebie i tak byłbym pierwszy, ale po co, skoro można obeżreć przyjaciółkę? Jak następnym razem spotkamy się u mnie, to jej się zwróci, tak to zawsze działało w bliskich relacjach. Mam tylko nadzieję, że w lodówce nie miała jedynie światła, bo jeszcze bym musiał zlecieć na dół do sklepu, a nawet nie wziąłem portfela.
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wezwanie paczki przyjaciół wydawało się dla niej najlepszą opcją. William mieszkał na innym piętrze, Mara w innej dzielnicy, ale tego wieczoru potrzebowała ich we dwoje. Rzadko kiedy Cynthia sama z siebie zapraszała do siebie ludzi. Szczerze nie lubiła tłoku. Trójka osób razem z nią już do niego należała. Kochała i Williama, i Marę, ale razem potrafili być naprawdę głośni, na samą myśl dostawała bólu głowy. Jednak napisała do nich. Czysta potrzeba towarzystwa zmusiła ją do tego. Chyba faktycznie miała uraz mózgu. Inaczej tego określić się nie dało, nienawidziła ludzi, nawet jeśli należeli do grupy jej przyjaciół.
— Umarłam — skwitowała sucho, unosząc głowę na kanapie i chwilę później położyła ją z powrotem na poduszki. Leżała jak dama w czarnym dresie, pod czarnym kocem, a w tle leciała depresyjna muzyka, przypominająca jesienne hoa, hoa. Nie podniosła się nawet przez moment, czekając na pojawienie się Mary. Duet szczęścia zawita w jej progi. Będzie mogła w końcu streścić im całe życie. Zwłaszcza że jedna znajomość zaczęła ją ostatnio frapować.
— Dachowałam — burknęła pod nosem, ale tak by usłyszał. Nie lubiła się powtarzać. Było ślisko, kierowca jechał zbyt szybko, a ją wyjął strażak. Wielka afera. Przeminęło z wiatrem. Mogła być bardziej połamana.
— Tak — lodówkę też miała pełną. Uber ostatnio przyniósł jej zakupy. Jeszcze miała zakaz dźwigania, a dzwonienie do przyjaciela nie wchodziło w grę. Cynthia była w pełni niezależną kobietą, dodatkowo bez żadnego kocura. Ceniła własną samowystarczalność.
— William... — zaczęła, przechylając się na kanapie, by zobaczyć kumpla — a nalejesz mi wina? — to chyba była najbardziej spragniona przez nią rzecz. Alkohol. Czy to już można było nazwać problemem? Pewnie łączenie procentów z antydepresentami nie należało do najbardziej rozważnych spraw.
— Mógłbyś przestać wchodzić jak do siebie? — spytała wprost, kiedy zaczął buszować jej w lodówce — bardziej dobija mnie życie uczuciowe niż taksówka — stwierdziła finalnie, spoglądając na przyjaciela. Patrząc na to, z czego musiała się im wyspowiadać na samą myśl, robiło się jej niedobrze.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
A kiedy ta jeszcze wprost zwołała spotkanie? Tym bardziej wiedziała, że nie bez powodu! I tak akurat miała do niej przyjechać, więc jej plany wcale się nie zmieniły. Jedynie dodatkowo będzie Will, którego Mara również kochała na swój własny pokręcony sposób.
- Już jestem!- krzyknęła od progu, gdy tylko otworzyła drzwi własnym kluczykiem (tak, miała własny). Była cała obładowana siatkami z zakupami, więc widząc tylko butelkę wina na kuchennym blacie aż jęknęła. - Serio Will? Przyjść do chorej z gołymi rękoma?- pokręciła z niedowierzaniem głową odkładając wszystko obok alkoholu. - Nie masz w sobie za grosz ogłady i dobrego wychowania. Weź chociaż ręce umyj, bo pewnie tego nie zrobiłeś po przyjściu- niczym matka go poinstruowała podchodząc do zlewu i samej to robiąc. Teraz zamierzała wokół Cynthi skakać i dmuchać na zimne, żeby była zdrowa jak najdłużej. To samo również zrobiłaby dla Willa. Kochała ich oboje. Byli jej przyjaciółmi i tak jak oni zaopiekowali się nią po rozwodzie, tak i ona nie zostawi ich nigdy w potrzebie.
- Zrobiłam Ci zakupy, wszystko co lubisz najbardziej. Pamiętałam, że ostatnio źle reagowałaś na ogórki, więc wzięłam więcej cukinii. Pamiętaj, że musisz jej dużo jeść! Zielone warzywa przyspieszają regenerację- powiedziała wypakowując zakupy. Nie podchodziła z żadnym przytulasami i pocałunkami. To nie był ten typ relacji. Cynthia pewnie tylko by się na to skrzywiła.
- W ogóle możesz mieszać wino z lekami?- spytała marszcząc brwi , gdy nagle ją oświeciło w tym temacie. Dotychczas się tym nie przejmowała, ale teraz była bardziej przewrażliwiona na punkcie jej zdrowia.
- Ej Will, jakby teraz Cynthi się coś stało pod naszą opieką, to mogliby nas podciągnąć do odpowiedzialności?- spytała wymachując między nimi wszystkimi wspomnianą cukinią. - Znaczy tylko mnie, bo Ty byś się pewnie jakoś wykręcił skurczybyku- przewróciła z lekkim rozbawieniem oczami, bo zawsze uważała, że Patel to jest w czepku urodzony.
William N. Patel Cynthia A. Ward
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Mara, nie krzycz — mruczy Ward, podnosząc się do siadu. Mara od zawsze była tym głośnym ogniwem w ich przyjacielskim trójkącie. Jedynie Patel był w stanie z nią konkurować. Cynthia wolała stać na boku, spoglądać na nich ciekawskim wzrokiem. Milczeć, siedzieć, czasami powiedzieć kilka groszy. Nie należała do osób narzucających się, raczej ceniła w tej przyjaźni to, że pozwalali być jej przy ich boku.
— Rozmawiamy o warzywach, czy o penisach? — spytała, wbijając wzrok. Przez Lakefield jedyne z czym kojarzył się jej ogórek z cukinią, to grubość męskiego przyrodzenia i rozmiar gumki — bo się zgubiłam — nigdy nie marudziła na jedzenie. Na krewetki przygotowane przez Willa na imprezie pewnie też, nawet jeśli przez nie chodziła później struta przez jakiś czas. Ward należała do osób, które mogłyby jeść suchy chleb, bo wszystko było jej jedno. Dopiero w prosektorium wydawało się jej, że żyła, ale ten ostatni wypadek ponownie uświadomił ją w chęci walki o własne życie.
— A poprosiłeś o niego? — spytała Cynthia, przenosząc wzrok na Williama, a po chwili dodała — jeszcze zrobiłbyś mi imprezę, jakby mnie nie było — Ward wystarczyło, że słyszała imprezowe życie Patela. Mieszkali na innych piętrach, a ona i tak słyszała głośną muzykę. Gdyby nie znała Willa, z pewnością dzwoniłaby po policję. Chociaż czasami to robiła.
— W dupie to mam Mara — mruknęła, słysząc pytanie dotyczące leków. Alkohol mógł być jej głównym problemem. Ulubione powiedzenie Cynthii brzmiało przepięknie: prosecco jest tańszy od terapii i skuteczniejszy. Działało, zwłaszcza kiedy miała obok siebie najbliższe osoby.
— Jestem dorosła Mara — mruknęła, słysząc pytanie o bronieniu. Nie powstrzymała się i strzeliła oczami. Była pełnoletnia, miała medyczne wykształcenie oraz naprawdę sprawdzała, które leki mogła mieszać z alkoholem. Chociaż i tak to nie zmieniało faktu wlewania sobie procentów przy każdej możliwej okazji.
— Przespałam się z Cassianem — powiedziała krótko Cynthia, zostawiając za sobą sporo niedopowiedzeń. Dużo wcześniej powinna zwierzyć się z tego przyjaciołom. Miała wyrzuty sumienia. Pozwoliła sobie na krótką chwilę słabości, jednocześnie zgadzając się na wyjazd ze Scottem. Czuła się suką. Tyle lat uprawiała abstynencje seksualną, by wpierw złamać ją z rezydentem, później Cassianem, a na samym końcu z własnym przyjacielem.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Oczywiście, że mam. Do Ciebie pewnie też gdzieś mam- powiedziała witając się buziakiem w policzek z mężczyzną. Ona w przeciwieństwie do Cynthi nie miała problemu z bliskością. Tym bardziej wobec ludzi na których jej zależało, a ta dwójka właśnie do takich należała. Może powinna się przeprowadzić na to osiedle? Całą trójkę byliby znaczniej bliżej siebie, a Marze ostatnio szczególnie dokuczała samotność.
- Hmm w sumie moje zalecenia tyczą się obu rzeczy- skwitowała chowając wspomniane cukinie do lodówki, aby się nie popsuły. - O uwielbiam te mini kanapeczki!- ucieszyła się na propozycję Patela. Nie czuła dużego głodu, ale jego kanapeczki uwielbiała i pewnie mnóstwo ich pochłonie. Dobrze, że mogła na niego liczyć. A do tego jeszcze wyciągnie z więzienia, gdy będzie trzeba. Chociaż jeszcze nigdy go nie testowała w tym kierunku. - To dobrze, będziesz moim prawnikiem na czarną godzinę. Pamiętaj, że płacę darmową terapią- powiedziała zmierzając do fotela z kieliszkiem wina w ręce. - Dorosła to nie oznacza od razu, że dojrzała- machnęła ręką w stronę brunetki brzmiąc pewnie jak typowa matka. Sama by się wściekła słysząc taki tekst, a jeszcze rzucała nim w jej kierunku. Ale darowała sobie kontrolę jej wina i leków. W końcu nie pierwszy raz tak mieszały. A to, że była komfortów niczego nie wykluczał.
- Jak to?- spojrzała na Willa zaskoczona nowinkami, ale zaraz Cynthia go ubiegła. Je oczy prawie wyszły z orbit. - Że co?!- wyrwało się głośniej z jej ust niz zamierzała. Zrobiła tylko przepraszającą minę i pochyliła się przodu do przyjaciółki. - A co ze Scottem?? A ten chuj Cassian nie jest z tą swoją zdzirowatą lafiryndą Charlotte?- przewróciła oczami na wspomnienie tej dwójki paskudnej na cały świat.
- Dobra Will, lej to wino. Jest ono zdecydowanie potrzebne- przyznała ostatecznie wyciągająca jego kierunku prawie puste kieliszek.
William N. Patel Cynthia A. Ward