nothing ever rivals you
: czw lut 05, 2026 7:55 pm
Myślała o April na wiele sposobów. Myślała też o tym, że była puszczalska, ale przecież miała ku temu swoje powody, prawda? Przez wszystkie te lata Teddy była dla niej wszystkim, czym akurat trzeba było być. Sanitariuszką, gdy kolejna z tych dziewczyn zostawiała ją poranioną. Panią psycholog, kiedy April wyrzucała z siebie wszystkie krzywdzące słowa pod swoim adresem. Przewodniczką, która musiała brać ją za rękę i pokazywać drogę, ilekroć Finch gubiła się w swoich wyborach. W ostatnim czasie była nawet darmową dziwką w chwilach zapomnienia. Teddy robiła to wszystko bez oczekiwań i tylko po to, żeby później usłyszeć, że jest jej najlepszą przyjaciółką.
Ale April miała w sobie mnóstwo cech, za które szczerze ją uwielbiała, więc przede wszystkim myślała o niej w samych superlatywach. Była mądra, wrażliwa i zabawna. Właściwie była najzabawniejszą osobą, jak Darling poznała w ciągu swojego dotychczasowego życia. Jedyny, kto mógł się z nią równać, to pan Darling, chociaż ciężko przebić kogoś, kto bezustannie rzuca ojcowskimi żartami. Miała dobre serce, nawet jeśli mogłaby obdarować nim pół planety. Miała świetne poczucie stylu i gust muzyczny, bo w końcu obie zasłuchiwały się we Floydach i innych starych, rockowych zespołach. To wszystko i wiele więcej sprawiało, że Teddy mogłaby pójść z nią na koniec świata i wziąć kredyt na trzydzieści lat.
Otworzyła oczy i spojrzała na nią tak, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu. Czy naprawdę w była taka durna, że musiała dopytywać, czym dokładnie było ich dzisiejsze spotkanie sprowadzone do interakcji społecznej i przygody, czy to już Darling kompletnie zwariowała i ubzdurała sobie coś, czego nie było, bo zrodziło się wyłącznie w jej głowie? Przecież ona przez tę babę autentycznie wyląduje kiedyś w jakiś zamknięty zakładzie do obłąkanych.
— Myślałam, że wiesz — powiedziała cicho, bardzo starając się nie uciekać spojrzeniem. Może to i lepiej, że April na niej siedziała i ją uziemiała, inaczej pewnie wstałaby z kanapy i z tego wewnętrznego stresu, zaczęłaby łazić w tę i z powrotem. — Założyłam dla ciebie sukienkę i zaprosiłam do muzeum. A potem na tandetę żarcie i do IKEI, żeby wybierać z tobą meble do naszego domu. Pozwoliłam ci wziąć to dziwaczne lustro i pufę w ohydnym kolorze. I pojechałyśmy zrobić sobie identyczne tatuaże. No nie są całkiem identyczne, bo ja mam for long you live, a ty high you fly, ale na tle Mont Tremblant i... Myślałam, że wiesz — dodała jeszcze ciszej, czując jak krew odpływa jej z mózgu. Zrobiło jej się nagle wstyd. To był taki dziwny, gryzący wstyd, który nie potrzebuje świadków. Może za dużo sobie dopowiedziała. Może nazwała coś randką tylko dlatego, że bardzo chciała, żeby nią było. Może cała ta intymność istniała wyłącznie w jej własnej narracji, starannie dopieszczonej i karmionej drobnymi gestami.
Teddy wypuściła powietrze przez nos, zdmuchując z twarzy przyjaciółki pojedynczy kosmyk włosów.
— Zaprosiłam cię na randkę — powiedziała w końcu. Miała nadzieję, że jej głos wybrzmiał pewnie i nie załamał się niekontrolowanie przy ostatnim słowie, ale trudno zapanować nad barwą, kiedy zapominało się, jak się oddycha. — Ale możemy to nazywać inaczej. Na przykład wspólnie spędzonym czasem albo wypadem. O, albo ekspedycją! Albo nawet... — urwała nagle, bo dopiero po chwili dotarł do niej sens kolejnego pytania.
Nie miała pojęcia, jak Finch to robiła, ale fakt, że tak cholernie zawróciła jej w głowie, strasznie ją dziwił. Teraz też była zdziwiona i trochę bała się, że wrócił jej ten niedosłuch po wybuchu w banku, dlatego ściągnęła lekko brwi. Wyglądała, jakby myślała nad czymś intensywnie, ale w rzeczywistości zastanawiała się, czy aby na pewno się nie przesłyszała.
— A chciałabyś? — zapytała, zagryzając w zdenerwowaniu dolną wargę. Nie takie było pytanie, Teddy. — Zabiorę cię następną randkę, April. I na jeszcze jedną. A później na kolejne. Ale tylko, jeśli naprawdę chcesz — cały czas patrzyła jej w jej zielone tęczówki, jakby przekazać samymi oczami, że mówi całkowicie poważnie.
April Finch
Ale April miała w sobie mnóstwo cech, za które szczerze ją uwielbiała, więc przede wszystkim myślała o niej w samych superlatywach. Była mądra, wrażliwa i zabawna. Właściwie była najzabawniejszą osobą, jak Darling poznała w ciągu swojego dotychczasowego życia. Jedyny, kto mógł się z nią równać, to pan Darling, chociaż ciężko przebić kogoś, kto bezustannie rzuca ojcowskimi żartami. Miała dobre serce, nawet jeśli mogłaby obdarować nim pół planety. Miała świetne poczucie stylu i gust muzyczny, bo w końcu obie zasłuchiwały się we Floydach i innych starych, rockowych zespołach. To wszystko i wiele więcej sprawiało, że Teddy mogłaby pójść z nią na koniec świata i wziąć kredyt na trzydzieści lat.
Otworzyła oczy i spojrzała na nią tak, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu. Czy naprawdę w była taka durna, że musiała dopytywać, czym dokładnie było ich dzisiejsze spotkanie sprowadzone do interakcji społecznej i przygody, czy to już Darling kompletnie zwariowała i ubzdurała sobie coś, czego nie było, bo zrodziło się wyłącznie w jej głowie? Przecież ona przez tę babę autentycznie wyląduje kiedyś w jakiś zamknięty zakładzie do obłąkanych.
— Myślałam, że wiesz — powiedziała cicho, bardzo starając się nie uciekać spojrzeniem. Może to i lepiej, że April na niej siedziała i ją uziemiała, inaczej pewnie wstałaby z kanapy i z tego wewnętrznego stresu, zaczęłaby łazić w tę i z powrotem. — Założyłam dla ciebie sukienkę i zaprosiłam do muzeum. A potem na tandetę żarcie i do IKEI, żeby wybierać z tobą meble do naszego domu. Pozwoliłam ci wziąć to dziwaczne lustro i pufę w ohydnym kolorze. I pojechałyśmy zrobić sobie identyczne tatuaże. No nie są całkiem identyczne, bo ja mam for long you live, a ty high you fly, ale na tle Mont Tremblant i... Myślałam, że wiesz — dodała jeszcze ciszej, czując jak krew odpływa jej z mózgu. Zrobiło jej się nagle wstyd. To był taki dziwny, gryzący wstyd, który nie potrzebuje świadków. Może za dużo sobie dopowiedziała. Może nazwała coś randką tylko dlatego, że bardzo chciała, żeby nią było. Może cała ta intymność istniała wyłącznie w jej własnej narracji, starannie dopieszczonej i karmionej drobnymi gestami.
Teddy wypuściła powietrze przez nos, zdmuchując z twarzy przyjaciółki pojedynczy kosmyk włosów.
— Zaprosiłam cię na randkę — powiedziała w końcu. Miała nadzieję, że jej głos wybrzmiał pewnie i nie załamał się niekontrolowanie przy ostatnim słowie, ale trudno zapanować nad barwą, kiedy zapominało się, jak się oddycha. — Ale możemy to nazywać inaczej. Na przykład wspólnie spędzonym czasem albo wypadem. O, albo ekspedycją! Albo nawet... — urwała nagle, bo dopiero po chwili dotarł do niej sens kolejnego pytania.
Nie miała pojęcia, jak Finch to robiła, ale fakt, że tak cholernie zawróciła jej w głowie, strasznie ją dziwił. Teraz też była zdziwiona i trochę bała się, że wrócił jej ten niedosłuch po wybuchu w banku, dlatego ściągnęła lekko brwi. Wyglądała, jakby myślała nad czymś intensywnie, ale w rzeczywistości zastanawiała się, czy aby na pewno się nie przesłyszała.
— A chciałabyś? — zapytała, zagryzając w zdenerwowaniu dolną wargę. Nie takie było pytanie, Teddy. — Zabiorę cię następną randkę, April. I na jeszcze jedną. A później na kolejne. Ale tylko, jeśli naprawdę chcesz — cały czas patrzyła jej w jej zielone tęczówki, jakby przekazać samymi oczami, że mówi całkowicie poważnie.
April Finch