Śnieg wirował w powietrzu, tworząc białą mgłę, przez którą ledwo można było dostrzec drogę. W trakcie powrotu Teddy musiała kilkukrotnie zatrzymywać samochód, żeby przeczekać nagłe, porywiste podmuchy wiatru, ale burza nie słabła ani na moment. Po pewnym czasie zrezygnowała i stwierdziła, że lepiej jechać powoli i ostrożnie, bo w takim tempie nigdy nigdzie nie dotrą.
W centrum, jak zwykle, miała problem ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego. Garaż podziemny był już zajęty, bo jej motocykl stał tam od listopada (ale nie tego z kalendarza) i z utęsknieniem wyczekiwał wiosny. Po rundzie wzdłuż ulicy udało jej się znaleźć lukę pomiędzy dwoma innymi osobówkami. Trochę ciasno, ale jakoś się wcisnęła. Pewnie tym sposobem zablokowała im wyjazd, ale to była ostatnia rzecz, jaką zamierzała się przejmować. Byle tylko nie obili jej Toyoty!
— Zostawmy te rzeczy — oznajmiła, mając na myśli lustro i pufę. Kalendarz i ośmiornica też się do niczego nie przydadzą. No chyba, że April się uprze i Teddy nie będzie miała zbyt wiele do gadania. — Jeszcze nie zdecydowałyśmy, co która z nas bierze. Weźmy tylko... Och, kurwa, momencik — stęknęła i nachyliła się do tyłu, wyciągnęła spod mebli płaszcze. — Nie wygłupiaj się, tylko załóż. Nie, to nie jest blisko — uprzedziła, zanim przyjaciółka zdążyła otworzyć usta.
Do klatki miały kilkaset metrów, a już wystarczająco często chodziły dzisiaj roznegliżowane. Chciałoby się powiedzieć, że zwłaszcza Finch, ale to Darling paradowała po salonie tatuażu w samej bieliźnie. Nie w tym rzecz! Szkoda, żeby ten cudowny dzień zakończyły z zawalonymi zatokami. Teddy owinęła się szalikiem i zarzuciła na ramiona długi płaszcz. Poczekała aż przyjaciółka zrobi to samo i obie wysiadły na zewnątrz. Nie no, ta pogoda to był jakiś kiepski żart. Na szczęście zdołały bez większych przeszkód (chociaż Darling dwa razy zobaczyła zaświaty, kiedy poślizgnęła się na oblodzonym chodniku) dotrzeć do mieszkania.
— Chryste, ale zimno! — jęknęła, gdy ściągała buty. Stopy były jej za to bardzo wdzięczne, bo przez pół dnia dzielnie znosiły jej widzimisię z łażeniem na obcasach. — Chcesz herbatę? Po co w ogóle pytam i tak zrobię — machnęła ręką, odwieszając płaszcz na wieszak. — Weź sobie jakieś moje rzeczy na przebranie z szafy na antresoli. I przynieść coś dla mnie — poprosiła, bo razem z płaszczem i butami, ściągnęła też sukienkę. Już nawyglądała się dzisiaj zajebiście, teraz mogła wskoczyć w domowe pielesze.
April Finch