cookie
: ndz mar 01, 2026 4:41 pm
Charlie Marshall
Ivy bardzo lubiła czytać Małego Księcia. Może dlatego jej kąciki ust powędrowały jeszcze wyżej. W końcu [stajesz się na zawsze odpowiedzialny, za to co oswoiłeś. Tylko czy ona chciała oswoić Charliego? Kiedy rozmawiali o tak lekkich rzeczach, czuła przedziwną rzecz. Przy Dante pewnie rozpoczęłaby się właśnie kłótnia wszech czasów, a tutaj... mogli tak zwyczajnie dyskutować, wpatrując się niczym zakochane kundle w tęczówki.
— Mam doświadczanie w oswajaniu ludzi — stwierdziła dość śmiało, nie unikając ani przez moment kontaktu wzrokowego z Marshallem. Mogłaby się nim zaopiekować, choć raczej przyzwyczajony do luksusów wiceprezes nie znalazłby u niej szczęścia wśród pogryzionych mebli przez Murphy'ego, niekończącego się melanżu Dante, czy samą jej nieobecnością, która potrafiła trwać sporo. Chociaż... czy oni już nie oswoili siebie nawzajem?
— A co takiego do niej wnoszę, panie Marshallu? — spytała, unosząc jedną brew do góry — same ze mną kłopoty — zaśmiała się cicho pod nosem. W końcu została zatrudniona jako profesjonalny wywoływacz kłopotów. Przechyliła delikatnie głowę, czekając na odpowiedź. Może usłyszałaby z ust Charliego coś ciekawego, coś co byłoby w stanie ją w jakiś sposób zaskoczyć. Na razie poważnie zastanawiała się nad odmową w sprawie oferty. Pytanie jeszcze brzmiało, co dostanie za jej przyjęcie?
Nic już nie powiedziała. Jej usta ułożyły się we wąską kreskę. Czy naprawdę była opiekunką Dante? Na pewno była opiekuńcza wobec niego. Starała się, by ich mieszkanie było posprzątane, opiekowała się ich wspólnym psem, sprawdzała, czy lodówka jest pełna. Levasseur był wolnym duchem, a ona kiedyś była jego towarzyszką. Już wtedy nie przypominali standardowej pary. Często potrafili się kłócić o głupoty. Jednocześnie nigdy nie była w stanie wyobrażać sobie życia bez niego. Przeprowadziła się tu z jego powodu, a choć nie spędzali zbyt wiele czasu, to zawsze cieszyła się na jego widok. Choć tłumaczyła sobie zachowanie Dantego w głowie, to w pewnym momencie zdawała sobie sprawę, że będzie musiała przestać go bronić. Jaką granicę przekroczyłby kolejną?
— Hmm... czyli jestem wyjątkowym pracownikiem — zaśmiała się, kiedy zaczął wypowiadać po kolei własne obowiązki — czy osoba zarządzająca ryzykiem powinna zatrudniać osobę, która ma je sprawiać? — bawiła ją ta wizja. Charles Marshall, wielki wiceprezes, miał minimalizować jakiekolwiek ryzyko dotyczące firmy, a zamiast tego wzniecał je. Zgodził się, by przyszła wprost do jego biura, by dała mu ciasteczka i by zapanował między nimi ostateczny pakt dotyczący przyjaźni.
I Ivy była skłonna uwierzyć w ten akt. Dotyk, uśmiechy i spojrzenia prosto w oczy były przecież całkowicie naturalne dla przyjaciół. Tylko wystarczył jeden jego ruch, by zburzyć tę iluzję. To właśnie jej potrzebował. Całe ciało jej zesztywniało na samą myśl, przełknęła nerwowo własną ślinę. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Potrzebowali siebie nawzajem.
— Charlie... — wymsknęło się spomiędzy jej warg. Kiedy tak trzymał ją za podbródek, była totalnie niewinna. Jedyne co chciała patrzeć, to były jego usta. Świat przestał istnieć dla niej. Chciała, by ją pocałował. Może dlatego zaczęła to szalone odliczanie, by rozładować atmosferę. Tylko wraz z puszczeniem podbródka poczuła pustkę, której nie była w stanie w żaden sposób zamaskować. Była obrzydzona samą sobą. Poczuła zawód, że jej nie pocałował, a przyjaciele tego na pewno nie robią.
— Tak... — mruknęła pod nosem z widocznie gorszym humorem — wygrałam. — w końcu on się uśmiechnął, a żadne z nich nie przekroczyło granicy. Za to Ivy czuła się przegrywem. Westchnęła cicho. Chciała znowu uciec, ale wtedy Marshall wznowił temat o pływaniu.
— Ale ja bym chciała walczyć z linami! — zaśmiała się i poklepała się w klatkę piersiową — jak prawdziwy marynarz — dodała z najszczerszym uśmiechem na twarzy, jaki mogła zaoferować — zostałabym twoim majtkiem — Ivy dlaczego podkreśliłaś to słowo? Chciała zostać... jego — wtedy... nikt by nam nie przeszkadzał, prawda? — zagadnęła, unosząc oba kąciki ust i przechylając głowę. Za ścianą znajdowali się pracownicy, w ich domach osoby, które oni kochali. W Toronto było zbyt wiele rozpraszaczy, by mogli cieszyć się własną obecnością.
Skoro o przeszkadzaniu mowa wtedy rozbrzmiał telefon Marshalla, oświadczając, że jest spóźniony na spotkanie. Spotkanie z własną siostrą. Szybko się pożegnali, doskonale wiedząc, że... czas to pieniądz.
z/t x 2
Ivy bardzo lubiła czytać Małego Księcia. Może dlatego jej kąciki ust powędrowały jeszcze wyżej. W końcu [stajesz się na zawsze odpowiedzialny, za to co oswoiłeś. Tylko czy ona chciała oswoić Charliego? Kiedy rozmawiali o tak lekkich rzeczach, czuła przedziwną rzecz. Przy Dante pewnie rozpoczęłaby się właśnie kłótnia wszech czasów, a tutaj... mogli tak zwyczajnie dyskutować, wpatrując się niczym zakochane kundle w tęczówki.
— Mam doświadczanie w oswajaniu ludzi — stwierdziła dość śmiało, nie unikając ani przez moment kontaktu wzrokowego z Marshallem. Mogłaby się nim zaopiekować, choć raczej przyzwyczajony do luksusów wiceprezes nie znalazłby u niej szczęścia wśród pogryzionych mebli przez Murphy'ego, niekończącego się melanżu Dante, czy samą jej nieobecnością, która potrafiła trwać sporo. Chociaż... czy oni już nie oswoili siebie nawzajem?
— A co takiego do niej wnoszę, panie Marshallu? — spytała, unosząc jedną brew do góry — same ze mną kłopoty — zaśmiała się cicho pod nosem. W końcu została zatrudniona jako profesjonalny wywoływacz kłopotów. Przechyliła delikatnie głowę, czekając na odpowiedź. Może usłyszałaby z ust Charliego coś ciekawego, coś co byłoby w stanie ją w jakiś sposób zaskoczyć. Na razie poważnie zastanawiała się nad odmową w sprawie oferty. Pytanie jeszcze brzmiało, co dostanie za jej przyjęcie?
Nic już nie powiedziała. Jej usta ułożyły się we wąską kreskę. Czy naprawdę była opiekunką Dante? Na pewno była opiekuńcza wobec niego. Starała się, by ich mieszkanie było posprzątane, opiekowała się ich wspólnym psem, sprawdzała, czy lodówka jest pełna. Levasseur był wolnym duchem, a ona kiedyś była jego towarzyszką. Już wtedy nie przypominali standardowej pary. Często potrafili się kłócić o głupoty. Jednocześnie nigdy nie była w stanie wyobrażać sobie życia bez niego. Przeprowadziła się tu z jego powodu, a choć nie spędzali zbyt wiele czasu, to zawsze cieszyła się na jego widok. Choć tłumaczyła sobie zachowanie Dantego w głowie, to w pewnym momencie zdawała sobie sprawę, że będzie musiała przestać go bronić. Jaką granicę przekroczyłby kolejną?
— Hmm... czyli jestem wyjątkowym pracownikiem — zaśmiała się, kiedy zaczął wypowiadać po kolei własne obowiązki — czy osoba zarządzająca ryzykiem powinna zatrudniać osobę, która ma je sprawiać? — bawiła ją ta wizja. Charles Marshall, wielki wiceprezes, miał minimalizować jakiekolwiek ryzyko dotyczące firmy, a zamiast tego wzniecał je. Zgodził się, by przyszła wprost do jego biura, by dała mu ciasteczka i by zapanował między nimi ostateczny pakt dotyczący przyjaźni.
I Ivy była skłonna uwierzyć w ten akt. Dotyk, uśmiechy i spojrzenia prosto w oczy były przecież całkowicie naturalne dla przyjaciół. Tylko wystarczył jeden jego ruch, by zburzyć tę iluzję. To właśnie jej potrzebował. Całe ciało jej zesztywniało na samą myśl, przełknęła nerwowo własną ślinę. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Potrzebowali siebie nawzajem.
— Charlie... — wymsknęło się spomiędzy jej warg. Kiedy tak trzymał ją za podbródek, była totalnie niewinna. Jedyne co chciała patrzeć, to były jego usta. Świat przestał istnieć dla niej. Chciała, by ją pocałował. Może dlatego zaczęła to szalone odliczanie, by rozładować atmosferę. Tylko wraz z puszczeniem podbródka poczuła pustkę, której nie była w stanie w żaden sposób zamaskować. Była obrzydzona samą sobą. Poczuła zawód, że jej nie pocałował, a przyjaciele tego na pewno nie robią.
— Tak... — mruknęła pod nosem z widocznie gorszym humorem — wygrałam. — w końcu on się uśmiechnął, a żadne z nich nie przekroczyło granicy. Za to Ivy czuła się przegrywem. Westchnęła cicho. Chciała znowu uciec, ale wtedy Marshall wznowił temat o pływaniu.
— Ale ja bym chciała walczyć z linami! — zaśmiała się i poklepała się w klatkę piersiową — jak prawdziwy marynarz — dodała z najszczerszym uśmiechem na twarzy, jaki mogła zaoferować — zostałabym twoim majtkiem — Ivy dlaczego podkreśliłaś to słowo? Chciała zostać... jego — wtedy... nikt by nam nie przeszkadzał, prawda? — zagadnęła, unosząc oba kąciki ust i przechylając głowę. Za ścianą znajdowali się pracownicy, w ich domach osoby, które oni kochali. W Toronto było zbyt wiele rozpraszaczy, by mogli cieszyć się własną obecnością.
Skoro o przeszkadzaniu mowa wtedy rozbrzmiał telefon Marshalla, oświadczając, że jest spóźniony na spotkanie. Spotkanie z własną siostrą. Szybko się pożegnali, doskonale wiedząc, że... czas to pieniądz.
z/t x 2