Obudził się po piątej, zanim w ogóle zadzwonił budzik. Przez chwilę leżał w bezruchu, wpatrując się w sufit i czując znajomy ciężar na klatce piersiowej. Obok niego spała Blair, zupełnie nieświadoma jego wewnętrznych rozterek z ostatnich dni. Wyglądała spokojnie, niemal niewinnie... Charlie patrzył na nią i czuł ogromne wyrzuty sumienia. Gdy kilka dni temu wrócił do domu przesiąknięty zapachem dymu, skłamał jej prosto w oczy, mówiąc, że cały czas był z ojcem w szpitalu. Westchnął - nie był fair w stosunku do narzeczonej i doskonale zdawał sobie z tego sprawę już teraz. Ostrożnie przeniósł Blair na poduszki i w ciszy udał się do łazienki. Wziął prysznic - gorący, niemal parzący, jakby chciał zmyć z siebie dotyk dłoni Ivy i wspomnienie jej twarzy przy jego szyi. Jednak za każdym razem, gdy starał się o tym nie myśleć, myślał o tym jeszcze bardziej. Zanim wyszedł z domu, pochylił się nad Blair i przelotnie musnął ustami jej czoło w ramach pożegnania. W Northland Power był przed siódmą - o tej porze budynek był jeszcze cichy, w drodze do swojego biura minął zaledwie kilku pracowników. Kwadrans po siódmej otrzymał kawę od swojego asystenta. Czarną, gorzką i bez cukru, czyli taką, jaką lubił najbardziej. Pił ją powoli i zamiast skupić się na kolejnym raporcie, wpatrywał się w telefon, jakby spodziewał się ujrzeć tam wiadomość od...
kogoś. O ósmej napisał wiadomość do Blair. O ósmej piętnaście wysłał też do Theo. O dziewiątej rozpoczął konferencję z prawnikami. Podpisywał dokumenty automatycznie, a jego wzrok ciągle uciekał w stronę okna. W myślach wciąż wracał do momentu, gdy siedział na tylnym siedzeniu swojego auta i trzymał w objęciach Ivy. Naprawdę próbował skupić się na liczbach i wykresach, ale twarz Harrison ciągle wyskakiwała mu przed oczami jak reklama żelu do prania.
Dłuższe życie każdej pralki to Calgon, ale dłuższe życie Charlesa Marshalla bez Ivy Harrison wymagało gruntownego odkamieniania. Znaczy, no, nie dosłownie! Po prostu Ivy rozpuszczała go szybciej niż najlepszy odkamieniacz dostępny na rynku, HIHI (
Autorka obiecuje, że na tym kończy porównania z działu chemii gospodarczej). O jedenastej odezwał się jego interkom. Długopis, którym Charlie od dziesięciu minut bezmyślnie stukał w blat biurka, znieruchomiał.
-
Tak, Thomas? - rzucił Charlie, naciskając przycisk. Kolejny prawnik, kolejna umowa do podpisania czy kolejna akcja charytatywna?
-
Panie Marshall, przepraszam, że przeszkadzam - głos asystenta brzmiał na lekko skonsternowany. -
Wiem, że nie ma pan wpisanych żadnych spotkań rekrutacyjnych przed lunchem, ale na dole czeka kobieta. Twierdzi, że jest umówiona w sprawie rekrutacji bezpośrednio z panem. Dość... zdeterminowana kobieta.
Charles zmarszczył brwi. Przez ułamek sekundy chciał kazać mu ją spławić i odesłać do działu HR na drugim piętrze. Już otwierał usta, by wydać krótkie polecenie, gdy nagle coś go tknęło.
Zdeterminowana kobieta.
-
Jak się nazywa? - spytał spokojnie, powracając do kręcenia długopisem pomiędzy palcami.
- Panna Harrison, proszę pana.
No i cyk. W jednej chwili wszystkie raporty, konferencje z prawnikami i poranne wyrzuty sumienia wobec Blair przestały istnieć. Ogarnęła go czysta ciekawość, a serce mu przyspieszyło. Czyżby
Ivy Harrison, która go potrzebowała i nie chciała przed nim uciekać, ale było to trudne zadała sobie trud i wymyśliła całą tę bajeczkę o rekrutacji, żeby dostać się do jego szklanego zamku? To było tak absurdalne i tak bardzo w jej stylu, że poczuł, jak kącik jego ust drga w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.
-
Wpuść ją, Thomas - zadecydował ostatecznie. -
Zobaczymy, jakie ma kwalifikacje.
Oparł się wygodnie w fotelu, poprawił mankiety koszuli i utkwił wzrok w drzwiach. Wiedział, że to błąd. Wiedział, że wpuszczenie jej tutaj było jeszcze gorszym pomysłem niż wspólne siedzenie w jego samochodzie. Kilka minut później usłyszał to, na co czekał. Miękki, rytmiczny odgłos szpilek na korytarzu. Kiedy klamka drgnęła, Charles wstrzymał oddech, czując, że ten poranek właśnie przestawał być nudny. Kiedy Ivy Harrison weszła do środka, zlustrował ją od stóp do głów - od szpilek, przez zgrabne nogi, czarną sukienkę, marynarkę i wysoko upięte włosy. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że na moment zapomniał o bożym świecie. Wyglądała...
niebezpiecznie dobrze. Elegancki kok odsłaniał linię szyi, którą Charlie wciąż pamiętał z tamtego dnia w aucie. Kiedy drzwi huknęły, Ivy stanęła jak sparaliżowana pod ostrzałem spojrzeń jego pracowników.
Mógłbyś zasłonić widok na nas? Wszyscy patrzą, co się dzieje. Bez słowa sięgnął do panelu sterowania na biurku. Szum opadających rolet był jedynym dźwiękiem w gabinecie, dopóki nie opadły całkowicie. Teraz byli już sami.
-
Dzień dobry, panno Harrison - odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała nutka rozbawienia, którą starał się ukryć pod maską powagi. Wstał powoli z fotela, ignorując leżącą na stole stertę dokumentów. -
Muszę przyznać, że Twoje CV jest... co najmniej zaskakujące.
Zrobił krok w jej stronę, obserwując, jak podchodzi do jego biurka.
Chciałam Cię przeprosić za nasze ostatnie spotkanie. Widział, jak się chwiała, widział jej stres i widział ten słoik, który ściskała, jakby był jej ostatnią deską ratunku.
I wiesz... Chciałam przynieść ci coś za to, jak się mną zająłeś. A kiedy wspomniała o tym, że on "już wszystko ma", zatrzymał się tuż przed nią. Patrzył na słoik z niebieską wstążką, a potem przeniósł wzrok na jej równie błękitne oczy.
-
Ciasteczka według przepisu mamy? - powtórzył po niej. Przyjął od niej słoik, a gdy ich palce na moment się zetknęły, poczuł to samo uderzenie adrenaliny, co w samochodzie. To nie był błąd. A przynajmniej nie taki, którego chciałby żałować. To były
tylko ciasteczka, prawda? Najbardziej autentyczny prezent, jaki dostał od... lat. -
Dziękuję, Ivy. Doceniam ten gest.
To ja już pójdę... Usłyszał te słowa i poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Nie ruszył się jednak i nic nie powiedział. Tak musiało być. Wiedział, że tak będzie lepiej. Dla wszystkich. Powinien pozwolić jej wyjść, a sam powinien wrócić do raportów, do Thomasa i do planowania kolacji z Blair. Powinni pozwolić tej historii umrzeć śmiercią naturalną. Już miał wrócić z powrotem do biurka, gdy okazało się, że Ivy miała inne plany. Zanim jej dłoń zacisnęła się na klamce, zamarła. Charlie obserwował, jak jej ramiona drgnęły, jak nabrała głęboko powietrza, a potem powoli, niemal boleśnie, odwróciła się z powrotem w jego stronę.
Charlie... Wiem, że zabrzmię jak najgorsza idiotka na świecie, ale moglibyśmy się zaprzyjaźnić? Przyjaciele też sprawiają, że pojawia się uśmiech na twarzy, prawda? Kiedy skończyła mówić, w gabinecie zapadła cisza tak ciężka, że niemal słyszał tykanie swojego zegarka na nadgarstku.
-
Przyjaźń? - zapytał, po czym zrobił dwa powolne kroki w jej stronę, nie wypuszczając słoika z rąk. Zatrzymał się w bezpiecznej, a jednak wystarczająco bliskiej odległości, by znów widzieć, jak błękit jej oczu miesza się z niepokojem. Czy chciał się zaprzyjaźnić? I tak, i nie. Z jednej strony poczuł ulgę.
Przyjaźń była bezpieczną przystanią i idealną wymówką, żeby mógł legalnie spędzać z nią czas, nie musząc natychmiast mierzyć się z faktem, że zdradza Blair emocjonalnie. Z drugiej strony, czuł cynizm - doskonale wiedział, że między nimi nie było miejsca na...
niewinną relację. Zastanawiał się, czy Ivy w ogóle zdawała sobie z tego faktu sprawę czy może wręcz naiwnie wierzyła, że będą chodzić razem na spacery i jeść lody na patyku? Z trzeciej strony - nie wyobrażał sobie przedstawienia Ivy komukolwiek ze swoich znajomych. Po co mu była taka
przyjaciółka? Och, no tak - po prostu ta niepotrzebna relacja była jedyną rzeczą, która w ostatnich dniach wywoływała w nim szybsze bicie serca. -
Wiesz, Ivy... Moi przyjaciele zazwyczaj nie potrzebują kłamać w recepcji, żeby się ze mną zobaczyć.
Zrobił jeszcze jeden krok, skracając dystans na tyle, że Ivy musiała mocniej zadrzeć głowę. Widział w jej oczach walkę - tę samą, którą on toczył od piątej rano. Wyciągnął wolną rękę i, zanim zdążyła zaprotestować lub uciec wzrokiem, delikatnie ujął jej dłoń. Pewnym, ale nienachalnym ruchem zaczął prowadzić ją w stronę skórzanej kanapy stojącej pod oknem panoramicznym, z dala od biurka. Stąd mieli idealny widok na pół Toronto.
-
Przyjaźń to poważne zobowiązanie, wiesz? - mruknął, siadając obok niej, ale zachowując ten centymetr dystansu, który był jego ostatnią linią obrony. Lustrował jej twarz, czując, że ta cała
przyjaźń to tylko cienka zasłona dymna, którą oboje desperacko próbowali na siebie zarzucić, ale w tej chwili to mu wystarczało. Posiadanie Ivy w roli
przyjaciółki dawało mu prawo, by patrzeć na nią bez poczucia, że każda sekunda jest...
nieprzyzwoita. -
Skoro tak bardzo chcesz to nazwać, to niech będzie. Bądźmy przyjaciółmi.
Uśmiechnął się do niej, tym razem bez cienia ironii. Kciukiem delikatnie pogładził wierzch jej dłoni, co było tak bardzo lekkomyślne, że aż głupie - w końcu w każdej chwili ktoś mógł tutaj wejść i zobaczyć go z
inną kobietą. Kobietą, która nie była Blair.
-
Masz ochotę na ciasteczko i kawę, Ivy? - spytał po chwili, dalej się w nią wpatrując. Zastanawiał się, kiedy do Ivy dotrze, że właśnie podpisali na siebie odroczony wyrok. Doskonale wiedział, że prędzej czy później żadnemu z nich nie uda się utrzymać tej relacji w bezpiecznych ryzach koleżeństwa, ale postanowił podjąć rzuconą mu rękawicę. Od teraz grali na jej zasadach.
Ivy Harrison