las vegas parano, baby
: śr lut 25, 2026 11:33 pm
Madox tylko zerknął na te Trumpy, jeszcze ich nie żarł, ale wyglądały mu całkiem dobrze, ten pomarańcz był taki toksyczny, jakby po prostu sam kolor miał sugerować, że dobrze poklepią. Może coś w tym było...
Potem jeszcze się obejrzał na tancerkę, kiedy William robił interesy, bo nawet nie chciał wiedzieć ile on za te prochy płaci. Ale wiedział doskonale, bo w Toronto, to on zawsze załatwiał towar, odwrócił się dopiero, kiedy William zapytał to co, rzeczywiście głupie pytanie.
- Kok... - nawet nie zdążył powiedzieć do końca, a Patel już mu dawał tego Trumpa, Madox tylko obrócił go w palcach. Dobra, jak szaleć to szaleć, umieścił sobie pikse na języku i też napił się drinka - jak będę się lepił do jakiś lasek, to strzel mnie w łeb, zawsze jestem po emce jakiś kurwa przytulaśny - stwierdził, bo coś w tym było. On się wtedy robił taki miły, a zresztą wtedy wszyscy dookoła mu się wydawali mili i mięciutcy. Na to fu, ale ohyda Williama, Madox tylko wzruszył ramionami, dla niego to nie było jakieś bardzo ohydne, zresztą on wychodził z założenie, że im bardziej gorzkie, tym lepiej klepie, a o to chyba chodziło?
Dostał woreczek z koksem od Williama i od razu usiadł sobie przy stoliku, a potem wyjął swoją zdezelowaną kartę kredytową i tak jej nigdy nie używał, bo wolał płacić gotówką, więc zaraz ją użył do robienia kresek.
- Ja jebie, William nie bierz dwóch, wiesz jak to się skończy - trochę chamsko, że tak gadał o tancerkach, jakby to była... cola. Ale Madox wiedział jak to się skończy po pigułach, bo już nie raz je we dwóch żarli. Oczywiście Madox się wcale nie wtrącał w rozmowę z panienką, bo on i tak nie zamierzał dotykać, bo on sobie zamierzał tylko posypać tutaj kokainy, na ten stolik właśnie, sobie i Williamowi.
Szczerze to Noriega nawet nie rzucił okiem na tą drugą, bo właśnie zrobił na stoliku dwa zgrabne szczury, grubasy, potężne. Dopiero ta ich rozmowa o tym dzieleniu się sprawiła, że podniósł na nich ciemne tęczówki.
- Dobra kurwa, to cztery? - zapytał, ale już wiedział, że tak. Musiał dosypać, a jak zaczął dosypywać, jeszcze troszeczkę i jeszcze... To wyszły z tego cztery potężne krechy. Madox zwinął stówkę w rulonik, bo on tancerkom skąpił, ale wciągał zawsze stówami. Taki po prostu był. No i też taki, że najpierw dał dziewczynom. Najpierw tej co wbijała w niego ciemne spojrzenie. Pochyliła się nad stolikiem tak, że Noriega mógł jej z powodzeniem zajrzeć... w cycki, ale ona się pochylił i zaglądał, czy ona mu tych kresek nie psuje, bo takie były równiutkie i piękne. Wciągnęła, na dwie dziury, aż ją otrzepało, a Madox się uśmiechnął, bo mimo wszystko go to trochę kręciło. Później wciągała ta druga, a William na pewno ją obłapiał, bo miała mu przecież pozwolić, jak się podzielą, a ładnie się dzielili...
Trzeci był Madox, który pierdolnął całego szczura na jedną dziurkę, a jak poczuł koks w mózgu i podniebieniu, to aż się zerwał i podskoczył, ciarki mu przeszły po plecach. Dobry towar, ale dużo, dużo, dużo...
Wcale nie tak dużo słabszy niż w Kolumbii, bo zaraz siedzieli przy stoliku we czwórkę, a brunetka nawijała coś o tym, że to dobry towar, bo ona czuje, bo ona się zna.
- Ja to się kurwa znam, matka mnie na kokainie chowała... - rzucił Madox, a ta się na niego spojrzała, William to już się lizał z tą blondi. Bo też im się akurat trafiła blondynka i czarnulka - no jak mały byłem, to mieliśmy w domu w chuj koksu i czasem jak się bawiliśmy w chowanego to mnie na nim sadzała - tak jej wyjaśnił, ale ona chyba nie czai i przechyla na bok głowę.
- Fajny masz kapelusz - nagle wypaliła i do niego sięga, a Madox się odchylił do tyłu.
- Nie no kurwa, ale to jest od Dolly Parton, nie ruszaj - rzucił...
A jakieś trzy minuty później, kiedy emka się zaczęła wczytywać, to brunetka już siedziała w tym jego kapeluszu, a Madox pochylał się nad stolikiem zaglądając jej... w oczy.
- Fajnie wyglądasz, pasuje ci - no bo jej pasował, ale w sumie to... teraz to mu już wszystko pasowało chyba. Do tych zaszklonych przez piguły oczu.
William N. Patel
Potem jeszcze się obejrzał na tancerkę, kiedy William robił interesy, bo nawet nie chciał wiedzieć ile on za te prochy płaci. Ale wiedział doskonale, bo w Toronto, to on zawsze załatwiał towar, odwrócił się dopiero, kiedy William zapytał to co, rzeczywiście głupie pytanie.
- Kok... - nawet nie zdążył powiedzieć do końca, a Patel już mu dawał tego Trumpa, Madox tylko obrócił go w palcach. Dobra, jak szaleć to szaleć, umieścił sobie pikse na języku i też napił się drinka - jak będę się lepił do jakiś lasek, to strzel mnie w łeb, zawsze jestem po emce jakiś kurwa przytulaśny - stwierdził, bo coś w tym było. On się wtedy robił taki miły, a zresztą wtedy wszyscy dookoła mu się wydawali mili i mięciutcy. Na to fu, ale ohyda Williama, Madox tylko wzruszył ramionami, dla niego to nie było jakieś bardzo ohydne, zresztą on wychodził z założenie, że im bardziej gorzkie, tym lepiej klepie, a o to chyba chodziło?
Dostał woreczek z koksem od Williama i od razu usiadł sobie przy stoliku, a potem wyjął swoją zdezelowaną kartę kredytową i tak jej nigdy nie używał, bo wolał płacić gotówką, więc zaraz ją użył do robienia kresek.
- Ja jebie, William nie bierz dwóch, wiesz jak to się skończy - trochę chamsko, że tak gadał o tancerkach, jakby to była... cola. Ale Madox wiedział jak to się skończy po pigułach, bo już nie raz je we dwóch żarli. Oczywiście Madox się wcale nie wtrącał w rozmowę z panienką, bo on i tak nie zamierzał dotykać, bo on sobie zamierzał tylko posypać tutaj kokainy, na ten stolik właśnie, sobie i Williamowi.
Szczerze to Noriega nawet nie rzucił okiem na tą drugą, bo właśnie zrobił na stoliku dwa zgrabne szczury, grubasy, potężne. Dopiero ta ich rozmowa o tym dzieleniu się sprawiła, że podniósł na nich ciemne tęczówki.
- Dobra kurwa, to cztery? - zapytał, ale już wiedział, że tak. Musiał dosypać, a jak zaczął dosypywać, jeszcze troszeczkę i jeszcze... To wyszły z tego cztery potężne krechy. Madox zwinął stówkę w rulonik, bo on tancerkom skąpił, ale wciągał zawsze stówami. Taki po prostu był. No i też taki, że najpierw dał dziewczynom. Najpierw tej co wbijała w niego ciemne spojrzenie. Pochyliła się nad stolikiem tak, że Noriega mógł jej z powodzeniem zajrzeć... w cycki, ale ona się pochylił i zaglądał, czy ona mu tych kresek nie psuje, bo takie były równiutkie i piękne. Wciągnęła, na dwie dziury, aż ją otrzepało, a Madox się uśmiechnął, bo mimo wszystko go to trochę kręciło. Później wciągała ta druga, a William na pewno ją obłapiał, bo miała mu przecież pozwolić, jak się podzielą, a ładnie się dzielili...
Trzeci był Madox, który pierdolnął całego szczura na jedną dziurkę, a jak poczuł koks w mózgu i podniebieniu, to aż się zerwał i podskoczył, ciarki mu przeszły po plecach. Dobry towar, ale dużo, dużo, dużo...
Wcale nie tak dużo słabszy niż w Kolumbii, bo zaraz siedzieli przy stoliku we czwórkę, a brunetka nawijała coś o tym, że to dobry towar, bo ona czuje, bo ona się zna.
- Ja to się kurwa znam, matka mnie na kokainie chowała... - rzucił Madox, a ta się na niego spojrzała, William to już się lizał z tą blondi. Bo też im się akurat trafiła blondynka i czarnulka - no jak mały byłem, to mieliśmy w domu w chuj koksu i czasem jak się bawiliśmy w chowanego to mnie na nim sadzała - tak jej wyjaśnił, ale ona chyba nie czai i przechyla na bok głowę.
- Fajny masz kapelusz - nagle wypaliła i do niego sięga, a Madox się odchylił do tyłu.
- Nie no kurwa, ale to jest od Dolly Parton, nie ruszaj - rzucił...
A jakieś trzy minuty później, kiedy emka się zaczęła wczytywać, to brunetka już siedziała w tym jego kapeluszu, a Madox pochylał się nad stolikiem zaglądając jej... w oczy.
- Fajnie wyglądasz, pasuje ci - no bo jej pasował, ale w sumie to... teraz to mu już wszystko pasowało chyba. Do tych zaszklonych przez piguły oczu.
William N. Patel