Strona 2 z 2

not everything offered is wanted

: wt lut 24, 2026 8:48 pm
autor: margo mercer
Rhys Madden był jej u t r a p i e n i e m.
Liczyła, że jej awans przyniesie wielkie zmiany. Wierzyła, że dostanie partnera, który chociaż w najmniejszym stopniu będzie się cieszył jej towarzystwem; nie potrzebowała atencji i przyjaźni, ale chciała kogoś, kogo doświadczenie i pasja, pchną ją do rozwoju. Tymczasem przed nią stanął on - butny egoista, podważający każde słowo i stający w ofensywie do każdego pomysłu. Negujący, krytyczny, spięty. Znudzony, prymitywny i nierespektujący zasad. Zawsze po czasie, zawsze mający czas. A jednak... nikt inny, przez kilka długich lat jej kariery, nie wzbudzał w niej tylu emocji. Doprowadzał ją do granicy wytrzymałości i właśnie dlatego nie mogła go zignorować. Był sprzecznością, którą chciała rozwiązać; był wyzwaniem, którego nie potrafiła odrzucić.
W pracy, i co właśnie bardzo ją uderzyło - poza nią.
Łapała się na tym, że czeka na jego sprzeciw; na to uniesienie brwi; na irytującą, sarkastyczną uwagę, która zmuszała ją do dopracowania argumentu.
Odszukała wzrokiem rzeczonego Evansa, a przynajmniej udawała, że faktycznie to robi, rozglądając się z dbałością po sali pełnej ludzi, nim skupiła spojrzenie na tym, kto najbardziej przykuwał jej dzisiejszą uwagę. - Jest całkiem przystojny. Żałuję, że do tej pory się na to nie zdecydował - odparła zaledwie ułamek sekundy po tym, kiedy jego słowa dźwięcznie odbiły się echem w jej głowie. - Może sama powinnam to zrobić? - uniosła nieco cynicznie brew, niezliczony raz tego wieczoru. Była pewna, że jej twarz po tych kilku godzinach spędzonych w towarzystwie Maddena, przyozdobi kolejna, poprzeczna zmarszczka.
- To akurat prawda. Całe moje zainteresowanie skupione jest gdzieś indziej - nie musiała dopowiadać gdzie. - Ale powiedziałabym raczej, że to kłopoty pchają się na mnie - tym razem nie tylko słowem zaprzeczyła wypowiedzianemu przez Maddena stwierdzeniu. Jej palec przesunął się po jego knykciach wolno, z niemal demonstracyjną dokładnością. Skóra pod opuszką była szorstka, naznaczona bliznami, które wyglądały jak historia zapisana bez zgody właściciela. Dotyk był lekki, ale jego intencja wyraźna. Nie patrzyła na ich dłonie, skupiła się na twarzy - na minimalnym napięciu w kąciku ust, sposobie w jaki powolnie przełykał ślinę.
Czuła zacierającą się linię pomiędzy kontrolą a impulsem.
Powinna się odsunąć.
Powinna przypomnieć sobie, kim są. Partnerami. Detektywami. Ludźmi, których reputacja na posterunku nie jest już neutralna.
- Wracając do Evansa... - rzuciła mimochodem, zatrzymując palce w nieruchomym punkcie. To co czuli oni było właściwie niezauważalne dla otoczenia. - Dać mu szansę? - w ogóle tego nie rozważała. Nie była nawet pewna czy do końca wie czy mówią o tej samej osobie. Szukając go wcześniej tłumie przecież tylko blefowała. - Czy masz lepszą propozycję? - tym razem to ona zrobiła pierwszy krok w bok, odsuwając się od stolika; nie uciekając, lecz zmieniając układ w taki sposób, że rozgrywka właśnie przestała być teoretyczna.

Rhys Madden

not everything offered is wanted

: wt lut 24, 2026 9:06 pm
autor: Rhys Madden
Sam podrzucił jej tę piłkę, a jednak jego szczęka zacisnęła się bezwiednie gdy odwróciła wzrok, szukając nim drugiego mężczyzny. Reakcja była krótka, impulsywna i zniknęła gdy tylko uwaga kobiety z powrotem powróciła do ich rozmowy, ale nie wątpił, że jej wszędobylskie spojrzenie to dostrzegło. Miał wrażenie, że nic nie jest w stanie się przed nią schować i choć zawsze miał się za eksperta w chowaniu prawdziwych intencji za fasadą neutralnej obojętności, upór Mercer nieustannie tworzył w niej kolejne szczeliny. Szczeliny, przez które dostrzegała więcej, niż chciałby jej pokazać.
Myśl, że dzięki ich rozmowie, ich głupiej g r z e miałaby odejść od tego stolika i ruszyć do Jacoba Evansa wydawała mu się dziwnie nieprzyjemna - jak drzazga wbita w skórę. Na tyle drobna i nieistotna, że z łatwością był w stanie ją zignorować, a jednocześnie nie potrafił o niej zapomnieć. Tkwiła wciąż w jego świadomości, jej nieznośna obecność uprzykrzająca mu każdą sekundę.
- Może powinnaś - odrzekł wbrew tej drzazdze, uparcie ją ignorując. Jego racjonalny umysł próbował nieustannie odzyskać nad nim kontrolę. Evans obiektywnie nie był przecież taką złą partią - a już z pewnością w porównaniu do alternatywy w postaci Daniela Hargrove, który obecnie, zamiast obmacywać swoją tymczasową partnerkę, był przez nią podtrzymywany, tracąc z upojenia równowagę.
Jego ciało spięło się w reakcji na kobiecy dotyk, na drobne przekroczenie wciąż widocznej między nimi granicy. Nie pozwolił spojrzeniu opaść w dół, nie oderwał go od spojrzenia czekoladowych tęczówek patrzących na niego w ten wyzywający sposób. Świadomość jej palców wędrujących po jego skórze była niemal b o l e s n a w zupełnie inny sposób od drzazgi, do której mógłby porównać nieprzyjemne myśli.
Potrzeba rewanżu zapłonęła w jego sercu w ułamku sekundy. Walczył z nią, w ten sam sposób, w jaki żołnierz wychodzi na pole walki wiedząc, że wojna już dawno jest przegrana. Obserwował, jak odchodzi w bok - na ułamek serca myśląc, że faktycznie spełni swoją groźbę, że pobiegnie za rzuconą jej piłką byle tylko mu dopiec. Gdy jednak wychyliła się zza stolika, gdy jego blat przestał być namacalną barierą pomiędzy nimi, zrozumiał, że był to tylko kolejny element ich rozgrywki.
Zbliżył się, zaledwie w pół kroku, lecz wystarczająco by stanąć tuż obok. Wyglądając jak osoba, która pragnie przekrzyczeć gwar panujący w barze, pochylił się nad niższą od siebie kobietą, wkraczając w świat wypełniony jej zapachem.
- Jeśli próbujesz mnie sprowokować - mruknął koło jej ucha, jak przyjaciel przekazujący drugiemu plotkę w trakcie przyjęcia. Jego dłoń dawno już zsunęła się z blatu, teraz przysunęła się bliżej - lodowata powierzchnia schłodzonej szklanki musnęła nagą skórę jej ramienia. - Będziesz musiała bardziej się postarać.
Powtarzając jej własne słowa, na jedno uderzenie serca, jeden zaczerpnięty oddech zatrzymał się tuż obok, niebezpiecznie blisko nim racjonalność nakazała mu ukrócić to szaleństw. Wyprostował się, bokiem zwracając do stolika, o który swój łokieć. Kostka lodu zawirowała w szklance.
- Jest porządny, nie ma ukrytych kochanek i nigdy wcześniej się nie ożenił - przytaknął, udając zainteresowanego Evansem lub k i m k o l w i e k innym na tej imprezie. - Ale w łóżku jest punktualnie o dwudziestej drugiej i jest na bieżąco z Love is blind.
Odwrócił od niej wzrok, z trudem przenosząc go na resztę towarzystwa. Ignorując odczuwane przez niego napięcie, wskazał podbródkiem innego mężczyznę - wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna.
- Roberts to najlepszy śledczy na oddziale - dodał rzeczowo, choć niełatwo było mu wymyślić jakiekolwiek zalety dla mężczyzn, o których mówił. - Postanowił, że do końca roku znajdzie swoją przyszłą żonę. Brzmi na osobę w twoim typie.

margo mercer

not everything offered is wanted

: wt lut 24, 2026 9:39 pm
autor: margo mercer
Rozbawił ją. I to bardziej, niż powinna pozwolić sobie okazać.
Zacytował jej własne słowa z tą charakterystyczną pewnością, jakby właśnie odbierał jej broń i odwracał ją w jej stronę. Powiedział to tak, jakby naprawdę wierzył, że to on kontroluje sytuację; jakby nie zauważył, że już dawno przestali grać w tę samą grę, co w pracy. Na moment uniosła lekko brew w geście uznania. - Dobrze zagrane - nie mogła powstrzymać dłużej uśmiechu.
A potem zaczął wyliczać. Evans, Roberts. Stabilność, punktualność. Brak byłych żon, plany na przyszłość - jak w katalogu. Jakby próbował racjonalnie rozłożyć ją na czynniki pierwsze i przypisać do najbardziej logicznej opcji, co ją bawiło, bo jeśli naprawdę było mu wszystko jedno, nie siliłby się na analizę. Nie poświęcałby temu uwagi i nie powtarzałby jej własnych zdań z taką precyzją.
Jego chłód był zbyt świadomy i miał rację - ona była wystarczająco spostrzegawcza, by dostrzec tę krótką, impulsywną reakcję, gdy odwróciła wzrok, szukając Evansa. Ten ułamek napięcia w szczęce, gdy coś w nim zadrżało, zanim zdołał to przykryć. - Brzmi obiecująco - powiedziała spokojnie, odnosząc się do Robertsa. Tym razem to nie była prowokacja - to była decyzja. Minęła go bez pośpiechu, przesuwając ramieniem blisko jego klatki piersiowej; wystarczająco, by poczuć jego obecność, ale nie na tyle, by można było nazwać to dotykiem. Jej zapach pozostał w powietrzu na ułamek sekundy dłużej. Nie spojrzała na niego, gdy go mijała, nie chciała dawać mu tej przewagi. Dopiero po kilku krokach pozwoliła sobie na krótkie, kontrolne zerknięcie przez ramię.
Sprawdzała. Nie czy jest zazdrosny, ale czy zareaguje.
Kiedy weszła w krąg, w którym stał Roberts, jej postawa zmieniła się subtelnie. Ramiona rozluźniły się, uśmiech stał się lżejszy i naturalny. Płynnie wtopiła się w rozmowę, jakby naprawdę interesowało ją to, co mówił. Po chwili zaśmiała się miękko i swobodnie w reakcji na jakiś żart. Pochyliła się nieznacznie bliżej; kiwnęła głową, pozwalając, by dystans między nimi wyglądał na mniej formalny. Z zewnątrz wyglądało to dokładnie tak, jak powinno, jak coś więcej niż zwykła pogawędka.
Słowa, które padały były trywialne - o grafiku, o jakiejś anegdocie z patrolu, o czymś, co nie miało żadnego znaczenia. Jej oczy nie należały do niego, patrzyły ponad ramieniem blondyna - prosto na Maddena. Nie udawała, że to przypadek, nie odwracała wzroku, gdy krzyżował się z jego, wręcz przeciwnie, wytrzymywała je.
Przesuwając lekko po przedramieniu Robertsa, naturalnym, niemal niedbałym gestem, który z zewnątrz wyglądał jak flirt, wciąż nie przestawała patrzeć. Jej spojrzenie było świadome i niewinne tylko dla tych, którzy nie wiedzieli, czego szukać. Uśmiechała się do swojego rozmówcy, ale prowokowała partnera
I chciała, żeby o tym wiedział.

Rhys Madden

not everything offered is wanted

: wt lut 24, 2026 10:08 pm
autor: Rhys Madden
Pieczołowicie wytyczone granice między nimi okazały się równie trwałe, jak linia z piasku. Napięcie i wzajemna frustracja odnajdywała nagle ujście w sposobie, którego nie mógł się spodziewać. W morzu lanego alkoholu, z którego wypili może po jednym drinku. W cichej muzyce grającej na przyjęciu, którego wcale nie byli częścią, a żadne z nich nie wylądowało na parkiecie. W uniesieniu celebracji, które całkowicie ich nie dotyczyło.
W dotyku, który się nie wydarzył.
Jego głowa wykręciła się w jej stronę gdy ostentacyjnie podeszła, wymijając go w marginalnej odległości. Być może gdyby ją zignorował, ktoś z zewnątrz uznałby, że nie dbała o zachowanie stosownego dystansu względem innych ludzi. Ale gdy jego wzrok powiódł za nią, uparcie utrzymując kontakt z ciemnymi tęczówkami gdy jej twarz znalazła się tak blisko jego, ta krótka chwila nabrała innego charakteru. Zyskała na intymności, która nie wymagała żadnego kontaktu fizycznego.
Wzbudziła w nim złość, gdy wpatrywał się w jej plecy gdy odchodziła.
Obrócił się nieco, nie odchodząc od stolika, o który wciąż stał oparty. Przyglądał jej się gdy wmieszała się w tłum, udając, jakby od początku była jego częścią. Już wcześniej nie potrafił zignorować jej obecności w pomieszczeniu, choć bardzo próbował - teraz jego spojrzenie tkwiło zafiksowane na jednym punkcie, podczas gdy ciało zesztywniało pod wpływem emocji i krążącej w jego żyłach adrenaliny.
Jego usta wygięły się w wyrazie rozbawienia gdy sączył średniej jakości whisky, patrząc, w jak ostentacyjny sposób Mercer nachyla się nad jednym ze wskazanych przez niego mężczyzn. Prawdopodobnie gdyby ich konwersacja była krótsza, gdyby podeszła do Evansa czy Robertsa czy kogokolwiek z nich z faktyczną intencją poznania ich lepiej, nie przejąłby się tym aż t a k. Odwróciłby wzrok, na przykład odnalazł nim swojego dawnego partnera, zajął się czymś innym na resztę wieczoru.
Ale widział jej spojrzenie, gdy kosmyki jej włosów opadały nisko przy pochyleniu się, muskając wyciągnięte ku niej ramię Robertsa. Wiedział, że ten stał się wyłącznie pionkiem, za którego pomocą pragnęła sprowokować go do działania. Kolejnym ruchem w ich grze, w której jej skupienie pozostawało utkwione w nim.
I doprowadzało go do wrzenia.
Analizował swój następny ruch z metodyką zawodowego gracza. Rozważał podejście do grupki, przy której stała, nawiązanie kontaktu z tymi z nich, z którymi niegdyś miał bardzo dobry. W jego głowie brzmiało to jednak jak wyrównanie jej zagrania, a przecież czy nie powinien go przebić? Wbrew racjonalności, wbrew sobie, oderwał spojrzenie, przenosząc je w bok - na grupkę kobiet, gromadzącą się przy barze. Znał każdą z nich, znał ich imiona, lata spędzone na służbie, a nawet drobne informacje, którymi wymieniały się na przerwie obiadowej bądź gdy mijał ich biurka po drodze do kuchni.
Jak w transie, natchniony do tego przez prawdziwego d i a b ł a, porównywał je między sobą. Wybierał tą najmłodszą, najładniejszą spośród kompetentnych i inteligentnych. Zastanawiał się nawet nad ich pozycjami w hierarchii, gdy telefon w jego kieszeni zawibrował. 122 Richmond St W, 23:15. Bądź punktualnie. W miejsce ognia płonącego w jego żyłach nagle pojawił się lód. Niczym kubeł zimnej wody spadający na jego głowę, wezwanie przyszło na jego telefon z numeru, który nie posiadał adresata - ale doskonale znał jego właściciela. Wpatrywał się w ekran twarzą pozbawioną wyrazu nim schował urządzenie z powrotem do kieszeni, wracając spojrzeniem do bawiącej się w oddali Mercer.
Jego własna lekkomyślność uderzyła w niego niczym taran, trzaskając stan uniesienia, w który wszedł pod wpływem wyzwania. Tkwiąc przez kolejne kilka minut przy stoliku, pozwalał, by pragmatyzm i racjonalność znów zawładnęły jego umysłem. Jakiekolwiek zbliżanie się do Margo było ostatnim, co powinien robić w swoim położeniu. Wodząc spojrzeniem po bawiących się funkcjonariuszach, po czerwonym na twarzy Stevensonie opowiadającym z przejęciem historie sprzed lat, po Mercer słuchającej jakiejś przejmującej opowieści Robertsona, z wolna przypominał sobie, że nie był już częścią tego świata.
W zasadzie to nie był częścią żadnego.
Nawykł do przyjmowania zgłoszeń po godzinach. Nie wzbudzały w nim już wielkich emocji, a jednak teraz, z frustracją uniósł szklankę do ust i przechylił jej zawartość, haustem wypijając resztę whisky. Z głośnym stukotem odstawił ją na blat stolika i odwrócił się, tyłem do niej imprezy, ruszając do wyjścia bez pożegnania, po drodze zgarniając swój płaszcz z jednego z wieszaków.

margo mercer