30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lokal wybrany na pożegnalne spotkanie nie należał do tych, w których bywała prywatnie - zbyt głośny, zbyt jasny, zbyt przepełniony ludźmi, którzy po kilku drinkach zaczynali mówić rzeczy, których na trzeźwo by nie wypowiedzieli. Ściany obwieszone były zdjęciami dawnych patroli, wyblakłymi wycinkami z gazet i oprawionymi w ramki dyplomami. Zapach alkoholu mieszał się z ciężką wonią smażonego jedzenia i męskich perfum.
Mercer stała przy jednym z wysokich stolików, kieliszek trzymając luźno w dłoni. Nie przyszła tu dla zabawy, przyszła z obowiązku; z szacunku do człowieka, którego kariera była dłuższa niż jej całe dorosłe życie. Uśmiechała się, kiedy trzeba było, kiwała głową, słuchała anegdot o pościgach sprzed dwóch dekad, o partnerach, którzy dziś byli już tylko nazwiskami na tablicy pamiątkowej.
Nie piła szybko, wiedząc, że towarzystwo nie jest odpowiednim, by pozwolić sobie na niekontrolowany luz. W pewnym momencie poczuła, że przestrzeń wokół niej nieznacznie się zmieniła. Najpierw był to tylko cień w polu widzenia, potem zapach. Ciężki, intensywny, jakby ktoś przesadził z wodą kolońską. Kiedy odwróciła głowę, zobaczyła go już zbyt blisko.
Daniel Hargrove, jej zmora, uśmiechał się szeroko, jakby właśnie wygrał zakład. Jego twarz była lekko zaczerwieniona, ruchy odrobinę mniej precyzyjne niż zwykle. W dłoni trzymał szklankę z bursztynowym płynem, która na pewno nie była pierwszą dziś skosztowaną. - Mercer - powiedział, przeciągając jej nazwisko w sposób, który od dawna ją drażnił. - Nie spodziewałem się, że jesteś aż tak towarzyska - nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok z jego twarzy na rękę, która opadła na blat stolika tuż obok jej dłoni. - To impreza służbowa - odparła spokojnie, będąc pewną, że nie pozwoli sobie na nic więcej. Wokół było pełno znajomych twarzy, a on piastował pozycję sierżanta sztabowego - z pewnością nie chciałby, aby publicznie dała wyraz temu, co sądziła o jego zalotach. Tych którymi męczył ją od kilku miesięcy. - Wystarczy, że się pojawię - doprecyzowała, próbując się od niego oddalić, ale akurat wznoszono toast i wszyscy zwrócili się w stronę mówcy, przekrzykując się.
- Zawsze taka zdystansowana - zrobił pół kroku bliżej, zmniejszając dystans, który i tak był już niewielki. Ramieniem niemal musnął jej ramię, jakby przypadkiem. - Wydział zabójstw trochę cię rozluźnił czy dalej udajesz, że nie słyszysz komplementów? - Margo uniosła na niego wzrok; jej twarz nie zdradzała emocji, ale w spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego. Wykonywane gesty były zbyt krótkie, by zrobić scenę, a jednocześnie zbyt świadome, by były przypadkiem. - Proszę uważać, sierżancie, alkohol zmniejsza koordynację - wokół nich ktoś wybuchnął śmiechem, szkło zadźwięczało o szkło. Hargrove pochylił się nieco, jakby chciał powiedzieć coś bardziej poufnego, ale w tym samym momencie Margo odeszła, zostawiając go samego.
Próbowała spławić go już kilka razy. Zauważył ją, na jej nieszczęście, kilka miesięcy temu, jeszcze przed awansem. Na początku ich rozmowy były zwyczajne, z biegiem czasu stawały się coraz częstsze i śmielsze. Nie wykazywała najmniejszego zainteresowania, a on naciskał, jednak do tej pory nie przekraczał granicy. Nie na tyle, aby musiała interweniować.
Miała nadzieję, że tego wieczora nie zaszczyci jej już swoją uwagą, gdy nagle, wychodząc z toalety wąskim korytarzem, złapał ją za łokieć: - Wiesz, że mógłbym bardzo ułatwić ci życie w tym wydziale? - zapytał tonem sugerującym przysługę, która nie była bezinteresowna. Jej szczęka napięła się minimalnie, a z jego twarzy nie zniknął uśmiech. Przeciwnie, stał się szerszy, mniej subtelny. - Radzę ci przestać - szarpnęła ramieniem, zrywając niepożądany kontakt fizyczny. Powiedziała to na tyle wyraźnie, by nie było wątpliwości, ale bez podnoszenia głosu. Wystarczająco głośno, by kilka osób kręcących się nieopodal mogło zarejestrować ton.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich śledztwo dotyczące śmierci państwa Masters wyglądało obiecująco. Podobnie jak jego partnerka, podejrzewał, że nie mieli do czynienia z niefortunnym zbiegiem zdarzeń i podwójnym samobójstwem, na które wskazywały powierzchowne dowody. Jednak pomimo ich mocnego startu, ten tydzień nie przyniósł żadnych, wartościowych wskazówek. Na powierzchni leżało sporo rzeczy, z których mogliby czerpać - złamane serca kochanków, bogactwo Elliota i sprawa rozwodowa założona przez jego żonę, żądną otrzymania sporego kawałka jego fortuny. Gdyby mógł, byłby w stanie tę sprawę zamknąć. Tak byłoby prościej, łatwiej, dałoby przełożonym wiarygodny przebieg zdarzeń i nawet nie pozostawiło ofiar postronnych, walczących o sprawiedliwość. Nie mieli dzieci, ich rodziny były zdruzgotane, lecz nie pikietowały pod drzwiami komisariatu, domagając się ukrytego znaczenia.
Nie mieli wystarczających dowodów by w papierach dojść do innych wniosków - i właśnie to wzbudzało w nim narastającą frustrację. Podświadomie czuł, że w tej sprawie chodziło o coś więcej. Intuicja podpowiadała mu drążenie dalej tej sprawy, chwytanie się luźnych nitek, które z niej wystawały. Spotkania Mastersa przy drzwiach ewakuacyjnych jego mieszkania. Karty sim, prowadzącej do jednorazowego numeru zakupionego przy pomocy gotówki, ewidentnie wyrzuconej przez balkon. Coś w tej sprawie śmierdziało, a on nie wiedział, ile jeszcze mieli czasu by tego dowieźć - z góry przychodziły już pytania o datę zamknięcia sprawy, która być może była zbędnie rozgrzebana.
W tej jednej rzeczy - i być może tylko tej - zgadzał się z Margo. Wierzył, jak ona, że nie doszło do przypadku, że ktoś pozbył się małżeństwa z pomocą przemocy fizycznej, bądź nakłonił ich do usunięcia się z równania z pomocą szantażu. Ostatni tydzień spędzili na wzajemnym tolerowaniu swojej obecności, ale żadne nie dokonało przełomu, który mógłby pchnąć ich dalej.
Nie spodziewał się też odnaleźć tego przełomu tutaj. Wewnątrz wynajętego klubu, pełnego głośnych współpracowników poszukujących rozluźnienia. Pod ostrym światłem lamp padającym na pamiątki z przeszłości - zdjęcia przyklejone do ścian, na których rozpoznawał swoje młode oblicze.
Nie lubił żadnego rodzaju celebracji przywiązanych do jego zawodu, lecz nie był w stanie odmówić zaproszenia przechodzącemu na emeryturę Stevensonowi. Zawsze go lubił, a stary wyga był idealnym, pierwszym partnerem dla niego po jego awansie na detektywa. Przede wszystkim jednak, znał go wtedy, w czasach przed, a starszy detektyw nie zmienił swojego podejścia do Maddena gdy wszystko się skomplikowało. Zawsze traktował go dokładnie tak samo, jako młodego, cholernie upartego funkcjonariusza, którego serce leżało w dobrym miejscu - nawet, jeśli teraz pokrywały je blizny.
Tkwił na uboczu, sącząc schłodzony alkohol w bursztynowym kolorze. Wiedział, że o n a również tutaj była. Mignęła mu w przejściu, wchodząc na imprezę. Czasem widział jej sylwetkę pośród innych gdy rozmawiała z ludźmi, z którymi prawdopodobnie mogła podyskutować na przyziemne tematy - w przeciwieństwie do niego. Słyszał jej śmiech gdy wybuchał salwą przy którymś stoliku, wybijał się ponad inne, trafiając do jego uszu. Fakt tego, jak świadom był obecności wzbudzał w nim irytację.
Toteż tym razem spróbował ją zignorować - tak, jak ignorował ją wiele razy tego wieczoru. Wracając od baru z nową szklanką w dłoni, dostrzegł ją stojącą przy stoliku wraz z Danielem Hargrove. Z politowaniem pokręcił głową, choć nie mogła tego zauważyć, stojąc zwrócona do niego tyłem. Hargrove zawsze wydawał mu się śliski, z rodzaju tych policjantów, których otrzymana władza upajała, może nieco zbyt mocno.
Odwracał się już w innym kierunku gdy dostrzegł zmianę w jej postawie. Napięcie, które wkradło się do jej ciała. Przesunął po nim spojrzeniem, natrafiając na złapany przez mężczyznę łokieć, gdy Daniel pochylił się naprzód, wyraźnie wbrew jej woli.
- Żona wie, że szukasz sobie zastępstwa, Hargrove? - wyrzucił z siebie, kpiąco, nagle znajdując się obok kobiety, która miała dla niego być niewidzialna.
Wyraz twarzy sierżanta natychmiast się zmienił, z przebiegłego uśmiechu i rozmarzonych oczu przekształcił w coś zdystansowanego, chłodnego. Dostrzegł w jego oczach pogardę.
- Była żona, Madden - wycedził w odpowiedzi, prostując się i puszczając kobiecy łokieć. - Chyba się zapominasz.
Wyminął Mercer, stając obok niej przy tym samym stoliku. Odstawił na niego swoją szklankę, jakby planował zabawić w tym miejscu na dłużej.
- Żeby była byłą, druga strona musi podpisać papiery rozwodowe - odrzucił beztrosko, jawnie prowokując mężczyznę, który nigdy nie potrzebował zbyt wiele by okazać mu wrogość.
- Nie wpierdalaj się w sprawy, które cię nie dotyczą - syknął wściekle, zanim nachylił się ku kobiecie, wypełniając powietrze między nimi swoim przesączonym alkoholem oddechem. - Do później, Margo.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dłoń Hargrove'a była cięższa, niż powinna. Nie przez siłę uścisku - tę mogłaby zignorować, ale przez sposób, w jaki jego palce zacisnęły się na jej łokciu, jakby to była naturalna pozycja, jakby miała tam pozostać. Gest wykonany bez wahania i, co gorsze, bez pytania.
Mercer znieruchomiała tylko na ułamek sekundy. Gwar lokalu płynął dalej. Stevenson śmiał się przy barze, muzyka sączyła się z głośników w tle. Idealny moment na drobne przekroczenia; nikt nie patrzył wystarczająco uważnie, żeby zauważyć różnicę między żartem a czymś więcej. Kiedy znowu się pochylił, wyczuła zmianę. To był jeden impuls, na który stała się przesadnie wrażliwa w ciągu ostatnich dni.
Nie zobaczyła go od razu, nie wiedziała, kiedy podszedł, ani nie słyszała jego kroków. A jednak była boleśnie świadoma momentu, w którym stanął obok. Za to Hargrove zareagował szybciej, niż zamierzał. Jego palce wyraźnie niechętnie poluzowały uścisk, a Margo nieświadomie zrobiła krok w kierunku partnera, dystansując się od przełożonego. Wymiana między mężczyznami trwała krótko, była ostra, podszyta czymś więcej niż tylko kpiną. Zarejestrowała napięcie w barkach Maddena i sposób w jaki ustawił się bokiem by przeciąć linię, którą przed chwilą przekroczył sierżant. Kiedy ten odszedł, nie oglądając się za siebie, pozwoliła sobie na ciche westchnięcie.
Odwracając się w strony Rhysa, dostrzegła jak blisko się znajdował; mogłaby zarzucić mu to samo, co tamtemu, ale różnica była namacalna. Nie dotykał jej, mimo że ich spojrzenia się spotkały - nie były niepokojące, w jego oczach nie dostrzegała triumfu i chociaż napięcie było wręcz namacalne, było też inne. - Nie musiałeś - powiedziała w końcu spokojnie, odzyskując rezon. Dzierżony w dłoni kieliszek opróżniła jednym haustem, odstawiając szkło na drewniany blat nieco energicznie. W słowach Margo na próżno było szukać pretensji. - Poradziłabym sobie - a jeśli spróbowałby czegoś więcej, prawdopodobnie wywołałaby skandal, licząc, że towarzystwo wokół stanęłoby po jej stronie. Poza tym potrafiła się bronić i to całkiem nieźle.
A jednak coś w niej było czujniejsze w inny sposób niż jeszcze minutę temu. Świadomość, że Madden zareagował natychmiast, że ją obserwował, że nie wahał się wejść między nich. Brak zaufania, którym rzuciła mu prosto w twarz w pierwszym dniu pracy zdawał się blednąć, a ona była dziwnie świadoma każdego jego ruchu i każdej zmiany jaka w nim zachodziła.
Ta myśl pojawiła się nieproszona i natychmiast ją odrzuciła. Odsunęła się o pół kroku, wyrównując dystans. - On liczy na reakcję, nie dawaj mu jej, Madden - spojrzała na niego uważnie, jakby szukała śladów skrywanej impulsywności, ale zdawało się, że ta, przynajmniej chwilowo, została zgaszona. - To nie był pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Nie warto jednak tego ruszać, nie przekroczy granicy, jestem pewna - w postawie mężczyzny dostrzegła skupienie i coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać - tę cienką linię napięcia biegnącą między nimi, niewidoczną dla nikogo wokół.
Dlatego nie odeszła, została, bo chciała sprawdzić, czy to napięcie zniknie samo, jeśli przestanie je zauważać.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podejście Hargrove'a do jego współpracowników było wszystkim znane w komisariacie. Na jego pozorowaną uprzejmość i udawany szacunek zasługiwali wyłącznie ci, którzy wciąż mogli mu się przydać. Nie było przyjemniejszej osoby na całym posterunku niż Daniel Hargrove rozmawiający ze swoim przełożonymi, tłumaczący się z podjętych przez siebie decyzji. Jednocześnie ta sama osoba spoglądała z wyższością i pogardą na wszystkich poniżej siebie, w tym tych, którzy w jakikolwiek sposób zaszli mu za skórę.
Madden należał do tej grupy jeszcze zanim wszystko się zmieniło.
Nie znosił ludzi takich jak on i czerpał niezdrową dozę przyjemności ze sprowadzania ich na ziemię. Apogeum ich nieprzyjemnych stosunków znalazło się wkrótce po śmierci jego narzeczonej. Wtedy, gdy wciąż był ogarnięty oficjalnym okresem żałoby, odkrył, że mógł sobie pozwolić na bardzo wiele, ponieważ jego przełożeni machną na to ręką, zrzucając to na karb jego rozstrojenia psychicznego.
Hargrove był osobą, z którą niemal wdał się wtedy w bójkę.
Jego okres ochronny już się skończył, ale wątpił, by Daniel miał faktyczne możliwości zaszkodzenia jego karierze - nie bardziej, niż szkodził jej sobie on sam zachowując się tak, jak się zachowywał.
- Wiem - odparł mruknięciem, samemu również przyjmując perspektywę tego, że zwyczajnie był obok. W końcu Hargrove podrywał wiele innych kobiet na tego typu imprezach, dlaczego Madden czuł potrzebę wtrącenia się w j e j przypadku? - Nie wątpię.
Stojąc tuż obok i przyglądając jej się z góry, zorientował się, że w ciągu ostatniego tygodnia głównie spędzali czas przy swoich biurkach, lub bez sukcesu szukając innych poszlak w terenie. Z jakiegoś powodu ta bliskość tworzyła napięcie, które brało jego ciało w swoje władanie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak blisko stanął dopóki nie odwróciła się w jego stronę - a może zdawał, jedynie nie dopuszczał do siebie możliwości, by stanął w tym miejscu s p e c j a l n i e?
Przyglądał się jej twarzy, częściowo rozświetlonej miękkim światłem lamp, częściowo schowanej w półmroku. Dostrzegł w jej spojrzeniu coś znajomego, jakąś nić porozumienia, której nie spodziewał się tam zastać - nić, którą natychmiast zerwała, odsuwając się o pół kroku. I on wyprostował się, jakby przywołany tym gestem do porządku, orientując się, że pochylał się lekko w jej stronę.
- Hargrove to zwykły gnojek, któremu wydaje się, że może sobie pozwolić na więcej teraz, gdy dostał awans - burknął w odpowiedzi, ponieważ wizja nieprowokowania go wcale mu nie odpowiadała. Wręcz przeciwnie, pragnął wyzwolić w nim reakcję. Pragnął jedynie pretekstu.
Jego brwi zmarszczyły się nagle w reakcji na jej słowa. Myśl, że mógłby zaczepiać ją w ten sposób wcześniej i planował robić to nadal wzbudzała w nim złość, gdzieś głęboko w jego wnętrzu, choć nie zamierzał pokazywać tego na zewnątrz.
- Jesteś popularna, Mercer - odparł zamiast tego, uśmiechając się do niej znad krawędzi szklanki, decydując się na przełamanie chwili sarkazmem. To nie było miejsce by ją ostrzegać, by szukać wzrokiem nagabującego ją mężczyzny bądź w jakikolwiek sposób udzielać jej rad. W zasadzie to był jednym z tych, którzy uprzykrzali jej w ostatnim czasie pracę. - Wielu dupków będzie się do ciebie ślinić. Możesz ćwiczyć ustawianie ich do pionu na ludziach takich jak Hargrove.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mercer słuchała go bez przerywania, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały do końca. W jego głosie wciąż pobrzmiewała ta sama znajoma szorstkość - nie tyle skierowana do niej, co do całego świata, który regularnie testował jego cierpliwość. Widziała, jak marszczą mu się brwi przy wzmiance o wcześniejszych zaczepkach. Złość, którą próbował przykryć ironią.
Kiedy wspomniał o awansie, jej spojrzenie przesunęło się ponad jego ramieniem, w kierunku grupy, do której dołączył sierżant. Śmiał się głośno, jedna dłoń spoczywała już na plecach innej funkcjonariuszki. Tam był w swoim żywiole. Skupiając się na powrót na Maddenie, uśmiechnęła się ledwo zauważalnie. - Oczywiście - nie mogła przecież zaprzeczyć. Opisał go w idealnych słowach, nie miała prawa tego zanegować. Wiedziała przecież o tym nawet lepiej niż on; Hargrove wisiał nad jej głową od dobrych kilku miesięcy, niestety czasami dosłownie. - Nie powiesz, że to moja wina? Zero przytyków, żadnych komentarzy? Przecież kilka dni temu sam zasugerowałeś, że to mój język załatwił mi tę robotę, więc dlaczego miałabym teraz ustawiać go do pionu? - w jej głosie pojawiła się nuta zaczepności, lekka i w pełni przez nią kontrolowana. Celowo tworzyła między nimi dystans, aby to drażniące pod skórą napięcie, zniknęło na dobre. - Może sobie na to zasłużyłam? - przez chwilę patrzyła na niego z wyzwaniem w oczach. Nie miała już drinka, jej ręce były puste i zauważyła, że splata palce tylko po to, by po chwili je rozluźnić. Brakowało jej czegoś tak prostego jak chłód szkła pod opuszkami, drobnego gestu, który pozwalał zapanować nad ciałem, gdy myśli zaczynały iść w niepożądanym kierunku.
W tle ktoś znów krzyknął imię Stevensona, a śmiech rozlał się po sali. Przy ich stoliku rozmowa toczyła się ciszej niż reszta wieczoru. Kiedy wspomniał o dupku, który będzie się do niej ślinił, jej usta drgnęły. - A więc tak oceniasz sytuację, partnerze? - zapytała lekko. - Ostrzegasz mnie, czy właśnie w bardzo zawoalowany sposób mówisz, że jestem ładna? - nie brzmiała jak ktoś, kto potrzebuje potwierdzenia, a raczej jakby sprawdzała, czy druga strona zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziała. - Bo jeśli to drugie, to mogłeś się bardziej postarać - dodała. - Zabrzmiało, jak notatka z raportu - w jej oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia. Nigdy wcześniej nie pokazywała mu się z tej strony. Nie flirtowała z nim jawnie, ale była znacznie swobodniejsza, nie uciekając przy tym od głównego tematu.
Stała stabilnie, nie cofając się tym razem ani o krok. - A jeśli to pierwsze - ciągnęła ciszej. - To uwierz mi, nie potrzebuję instrukcji obsługi męskiego ego - przez sekundę patrzyła na niego bez mrugnięcia, szukając na próżno śladu zakłopotania, irytacji, czegokolwiek. Minimalnie uniosła podbródek, jakby przypominała samej sobie, że to ona nadaje ton tej rozmowie. - Poradzę sobie - zapewniła go kolejny raz, nie tłumacząc się, stawiając kropkę tam, gdzie uznała to za stosowne.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego brew mimowolnie uniosła się w górę na tę jawną prowokację z jej strony. Oczywiście, jak mógłby spodziewać się z jej strony czegokolwiek innego? Tydzień temu udało jej się wzbudzić w nim złość, ale teraz okoliczności były inne, a zamiast przepracowania i trudnego dnia, towarzyszyła im atmosfera celebracji - nawet, jeśli byli jej tylko biernymi uczestnikami.
- No tak, oczywiście. Przepraszam, zapomniałem dziś włożyć swoje szowinistyczne buty - odparł z ironią, maskując prawdziwe rozbawienie jej insynuacjami. Odchrząknął teatralnie, robiąc odpowiednią pauzę by namyślić się, co byłoby stosowną odpowiedzią, której po nim się spodziewała. - Czego innego się spodziewałaś, przychodząc tutaj ubrana w ten sposób?
W jego głosie przebrzmiał skandal, jakby co najmniej miała na sobie kusą spódnicę i wysokie szpilki. Ostentacyjnie powiódł spojrzeniem po jej sylwetce, zerkając na nią znad krawędzi uniesionej do łyka szklanki. Gdzieś w trakcie tego teatralnego przedstawienia, jego wzrok zatrzymał się na niej na dłużej na zaledwie ułamek sekundy - zauważając, że pierwszy raz widzi ją ubraną w ten sposób, a nie w oszczędne, nierzucające się w oczy ubrania noszone do pracy.
Westchnął przeciągle w reakcji na jej słowa, jakby sama konwersacja, która wywiązała się z jego prostej ingerencji zaczynała go męczyć i tylko lekko uniesione kąciki jego ust zdradzały, że całkiem nieźle się przy tym bawił.
- Właśnie tak powinnaś robić, dobrze ci idzie - odrzucił niezrażony, odstawiając szklankę na blat, przy którym stali. - Dorzuć do tego wykład na temat tego, jak samowystarczalna, silna i niezależna jesteś, a nawet najebany Hargrove przerzuci się na cokolwiek innego, byle tylko miało puls.
A może i nawet bez niego byłby w stanie się obyć. Wzrok Maddena prześlizgnął się w stronę grupy, do której dołączył sierżant, zerkając na dłoń na plecach innej funkcjonariuszki - mężatki, która po jednej rundzie shotów wędrowała spojrzeniem ku mężczyznom z jej oddziału.
Rhys nie uczestniczył w życiu społecznym tych osób zbyt często - nie z własnej woli - ale jego spostrzegawczość nie była czymś, co był w stanie włączyć i wyłączyć. Znał każde ich nazwisko i pamiętał każdą, popełnioną pod wpływem alkoholu kompromitację.
Mercer pod tym względem była powiewem świeżości.
Kolejne potwierdzenie z jej ust sprawiło, że powrócił do niej spojrzeniem, a na jego twarz wpełznął przebiegły uśmiech. Pochylił się lekko w jej kierunku, częściowo dlatego, że muzyka i gwar wrzeszczących ludzi oddających się jakiejś pijackiej zabawie uniemożliwiały normalną konwersację - a częściowo dlatego, że miał na to ochotę.
- Odczuwasz silną potrzebę przekonania mnie, że sobie poradzisz. Czyżbyś miała jakieś wątpliwości? - rzucił zaczepnie, odkładając łokcie na blat ich stolika i tym samym zmniejszając ich dystans permanentnie, póki nie zapragnęła się od niego odsunąć. Jego uśmiech nabrał szelmowskiego charakteru. - Nie chciałbym, żeby ktoś naprzykrzał ci się w pracy.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mercer uniosła brew, gdy tylko zaczął swój teatralny wywód. Ton szowinistycznych butów przyjęła bez drgnięcia, choć w jej spojrzeniu błysnęło lekkie rozbawienie, skrywane pod płaszczykiem chłodu. - Co za ulga - mruknęła sucho. - Już myślałam, że zostawiłeś je w samochodzie - kiedy przesunął po niej wzrokiem w przesadnie demonstracyjny sposób, nie cofnęła się ani kawałek. Stała spokojnie, świadoma każdego centymetra jego wzroku. Tym razem nie miała na sobie roboczej koszuli ani ciemnej marynarki. Dobrze dopasowane dżinsy podkreślały linię bioder, miękka bluzka z dekoltem odsłaniała obojczyki i zaznaczała talię w sposób, którego nie sposób było pomylić z przypadkiem. Delikatny łańcuszek przyciągał uwagę do linii szyi. Włosy miała rozpuszczone, a jej twarz zdobił makijaż.
- Nie wiedziałam, że dżinsy i bluzka kwalifikują się jako zachowanie wysokiego ryzyka - przechyliła głowę wyraźnie zainteresowana, tę zgoła inną od dotychczasowych, rozmową. - Może to po prostu kwestia tego, kto patrzy - czy się pomyliła, może to było tylko złudzenie, a może faktycznie dostrzegła ten jeden moment, ułamek sekundy, w którym jego wzrok zatrzymał się na dłużej? Nie spodziewała się, że kiedykolwiek przeskoczą z tamtej rozmowy przy biurku pierwszego dnia po ósmej rano, aż do dzisiejszego wieczora, gdy ubierali niepozorny, i być może nieświadomy flirt, w maskę złośliwej utarczki słownej.
Kiedy pochylił się bliżej, poczuła zmianę w przestrzeni między nimi - ciepło, zapach alkoholu zmieszany z czymś ostrzejszym, znajomym. - Tak jak nagminnie czynisz to ty? - odbiła piłeczkę. Zdaję się, że pod wieloma względami byli do siebie bardzo podobni - świetnie radzili sobie w towarzyskich gierkach, zarówno jako ich uczestnik, a także prowokator. - Naprawdę się o mnie martwisz, czy po prostu w niezbyt wyszukany sposób sam zaznaczasz teren, który chciałbyś, żeby należał do ciebie? - czy przesadziła? W każdej chwili mogła przecież obrócić to wszystko w żart, którym cały czas była podszyta ich wymiana zdań. Do tej pory trzymała przecież na wodzy tę nić napięcia między nimi, ale widząc jego jawny i bezkompromisowy krok na przód, nie pozostała bierna. W jego bliskości nie było tej lepkości, którą zostawił po sobie Hargrove. Nie było w niej przymusu ani roszczenia, więc kiedy wkroczył w jej strefę komfortu, przyjęła to z rosnącym zaciekawienie.
Chciała wiedzieć, jak daleko się posunie i jak ona daleko pozwoli mu się posunąć. Uniósłszy lekko podbródek, wyrównała linię ich spojrzeń. Impreza trwająca wokół nich rozmywała się w tle, nie dlatego, że chyliła się ku końcowi, lecz dlatego, że w tej chwili przestała mieć większe znaczenie.
Kącik jej ust drgnął minimalnie, jakby sama nie była pewna, czy powinna pozwolić sobie na ten cień uśmiechu. Jeszcze chwilę temu kontrolowała każdą nutę napięcia między nimi, prowadziła je jak dobrze znaną melodię. Teraz jednak wyczuwała, że nie tylko ona gra.
Powoli przesunęła dłoń na blat między nimi w naturalnym geście, wyznaczającym granicę albo przesuwającym ją dalej.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madden nie był podatny na takie głupie gierki.
Zwykle.
Nie czuł potrzeby udowadniania niczego zarówno w pracy, jak i poza nią - czy ludziom, których znał czy tym całkowicie mu nieznajomym. Opinie na jego temat mogły krążyć różne i w żaden sposób go nie obchodziły. Na komisariacie z kolei często organizowano różne, nieoficjalne zawody - na osobę, która zamknie najwięcej spraw w danym miesiącu albo skończy najwięcej papierkowej roboty, na którą czekała lepsza kawa z pobliskiej kawiarni i żartobliwy pączek. Nie był podatny na tego typu rywalizacje ani wcześniej, ani tym bardziej teraz. Uważał się ponad to.
Ale z jakiegoś powodu nie pamiętał tego teraz.
Nawet wtedy, gdy siedzieli do późna w pustym pokoju usiłując przebrnąć przez godziny nagrań z monitoringów, wyczuł toczącą się między nimi grę, w której Mercer okazała się zwyciężczynią. Jakby sprowokowanie go nie było wyłącznie kwestią obrażenia się za to, że porzucił ją pod domem ostatniej ofiary, jakby w doprowadzeniu go do granicy, którą przekroczył, było coś do wygrania. Z poczuciem zwycięstwa odeszła z poprzedniej rundy, a z jakiegoś powodu ten fakt nieustannie ciążył mu z tyłu głowy. Nie lubił, gdy ktoś miał nad nim przewagę.
Co prawda własnoręcznie wręczył jej ją do ręki w chwili, w której przejął się jej opinią, ale ten fakt postanowił zignorować.
- Miałem być twoją karą, czyż nie? - odrzucił bezwiednie, w jedno uderzenie serca, nie potrzebując ani sekundy dłużej do namysłu - a może powinien z niej skorzystać. Może powinien oderwać od niej spojrzenie, wziąć łyk orzeźwiającego napoju, zaczerpnąć powietrza. Stworzyć dystans, który teraz desperacko się między nimi kurczył, z czym powinien walczyć - ale w tej chwili dostatecznie trudną walką okazywało się utrzymywanie pozycji, gdy sam pragnął się zbliżyć.
Przekrzywił głowę, spoglądając na stojącą obok niego kobietę. Intensywność jej wzroku, zacięcie na twarzy i sarkastyczny uśmiech na ustach przypominały mu własne odbicie, gdy spoglądał na nią pod innym kątem. Kątem oka dostrzegł, jak jej ręka odkłada się na blacie stolika, nieopodal jego szklanki, wciąż dzierżonej w dłoni. W tym ruchu wyczuł potrzebę zagarnięcia przestrzeni, którą zajmował, kolejną rundę w tej g ł u p i e j grze, której nie mógł się oprzeć.
- Chciałabyś, żeby tak było? - odrzucił natychmiast, a jego własna ręka przesunęła się do przodu. Lód uderzył o ścianki naczynia gdy szklanka zaszurała po blacie, a jego knykcie musnęły kobiecą dłoń. - Żebym martwił się o ciebie i ustawiał w kolejce za wszystkimi śliniącymi się do ciebie policjantami z naszego posterunku?
Zignorował dotyk jej skóry na własnej, uparcie trzymając się swojej połowy stolika, jakby ten blat wyznaczał w tej chwili przewagę między nimi i żadne nie zamierzało oddać jej ani skrawka. W jego oczach błyszczało wyzwanie, to samo, które dostrzegł w dnie jej ciemnych tęczówek chwilę wcześniej.
Gdzieś rozległy się uradowane krzyki, gdy inna gierka zakończyła się zwycięstwem solenizanta - gierka, której nie poświęcał ani odrobiny swojej uwagi.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona była inna. Być może dlatego, że miejsce ich pracy było poletkiem dla mężczyzn, w którym musiała walczyć o to, żeby zostać zauważoną. Nie pokazywała tego, nie obnosiła się z tym i trzymała ukryte gdzieś głęboko w sobie, ale obchodziła ją każda usłyszana opinia na kolejnych szczeblach kariery. Te złe motywowały ją do wyciskania z siebie ostatnich sił, a te dobre, co było ironiczne, sprawiały, że wątpiła w siebie jeszcze bardziej. Bo przecież była kobietą, prawda? Może przychylne słowa wynikały właśnie z tego, dlaczego takim zainteresowaniem obdarzał ją Hargrove.
Nikt tego nie wiedział, ale swoim największym wrogiem była ona sama - nikt inny nie wątpił w nią równie bardzo. Dlatego tamta wygrana potyczka dała jej satysfakcję.
Niemniej nie w takich sytuacjach jak ta. Nie, kiedy zapominała o pracy, odstawiała na boczny tor myśl o tym, że jest wyłącznie policjantką i skupiała się na czymś innym - na tym, co zupełnie nieoczekiwanie wypełzło na pierwszy plan - swojej kobiecości. Bo rozmowa między nią a Maddenem już dawno przestała dotyczyć ich profesji.
- Wydaje mi się, że to tylko twoja wyobraźnia - odpowiedziała niemal mechanicznie, jakby w ogóle nie kontrolowała swoich słów; całą uwagę i zainteresowanie przywiązywała do tego, co działo się poza werbalną strefą. Interesowały ją drobne gesty, których się dopuszczał; wzrok, którym leniwie wodził po sali, by za chwilę wrócić do niej i intensywnie się jej przypatrywać; lekkie drżenie, które próbował ukryć. Odczuwała to coraz silniej, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi, za którą prawdopodobnie czekało ją wyłącznie bolesne sparzenie. - Nie zauważyłam żadnej kolejki. Nie musiałam od nikogo się opędzać - przeniosła wzrok na ich dłonie znajdujące się blisko-za-blisko siebie. Czuła ciepło bijące od niego, chociaż ich kontakt był dosłownie lekkim muśnięciem. Nie cofnęła ręki, nie zrezygnowała wbrew logice i temu, co podpowiadał jej rozum. - Ale jeśli już o tym mówimy, to nie wyglądasz na kogoś kto grzecznie czekałby na swoją chwilę - zamiast odpowiedzieć na jego wyzwanie wprost, pochyliła się minimalnie bliżej. Ruch był subtelny, niemal niedostrzegalny dla kogokolwiek poza nimi. A nawet jeśli, to zdawała się tym teraz nie przejmować.
Nie była kobietą, która pozwalała sobie na impulsy, przynajmniej niezbyt często, a jednak teraz stała tu, zbyt blisko, zbyt świadoma, zbyt ciekawa. Już nie tylko dla przesunięcia szali zwycięstwa na swoją stronę, zaprosiła go do następnego ruchu. - Martwienie się o mnie to ryzykowna inwestycja - powiedziała cicho. - Nie zawsze przynosi zwrot - czuła puls pod skórą. Nie gwałtowny, nie zdradzający nerwowość, ale wyraźniejszy niż zwykle. Świadomość własnego ciała była teraz niepokojąco intensywna.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo Mercer była n i e z n o ś n a.
Pojawiła się w jego względnie ułożonym życiu jak burza, wywracająca wszystko do góry nogami. Mógłby spędzić cały wieczór wymieniając wszystkie jej cechy, które wzbudzały w nim negatywne odczucia - od irytacji aż przez furię. Naciskała zawsze wtedy, kiedy nie powinna, a trafiając na odcisk, wzburzała się gdy miał czelność zareagować. Skupiała się na detalach, wypytywała o każdą, najdrobniejszą rzecz, zapamiętując przy okazji każde złe słowo, którego użył odpowiadając. Widząc okazję do wypomnienia czegoś, czego nie zrobił bądź, co gorsza, zrobił natychmiast z niej korzystała. Jego dotychczas spokojne dni na komisariacie przekształciły się w nieustanną wojnę o to, które z nich tym razem będzie g ó r ą.
A on nie potrafił jej tego zwycięstwa oddać.
Chciałby powiedzieć, że ta rozmowa również była elementem ich zwyczajnej, biurowej przepychanki, którą uskuteczniali niemal każdego dnia od rana do wieczora. Że chodziło o udowadnianie, które z nich miało lepsze przeczucie, które podchodziło do sprawy w odpowiedni sposób i wreszcie - które odkryje coś nowego, co pchnie ich do przodu i okaże się wartościowe.
Ale praca, rzecz, której oddawał się zwykle bez końca byle tylko zająć czymś umysł, była teraz w nim nieobecna. Ba! Była ostatnim, na czym potrafił się skupić. Nie dostrzegał błękitnych uniformów wkraczających przez drzwi funkcjonariuszy, którzy dopiero skończyli swoją zmianę. Nie widział przylepionych do ścian zdjęć z patrolów, z komisariatu, ze znajomych miejsc, które kojarzyły mu się wyłącznie ze śledztwami.
Widział tylko jej przeklęte, wyzywające spojrzenie.
- Nie? - odrzucił pod nosem, jakby przejrzał tworzoną przez nią iluzję. - Twoje pojawienie się w wydziale zrobiło prawdziwe zamieszanie. Evans już cztery razy informował wszystkich, że zamierza zaprosić cię na kolację.
Zdał sobie sprawę z tego, że i on po raz pierwszy tkwi w jej obecności nie w uniformie, lecz nie miał on wiele wspólnego z jego czarną koszulą i względnie eleganckimi spodniami. Jego ubiór gdy wtaczał się na posterunek każdego ranka nie miał dla niego większego znaczenia, ale poniekąd, czuł się tak, jakby zakładał na siebie mundur, którego teraz był pozbawiony. Teraz nie byli dwójką detektywów na służbie, byli jedynie dwójką osób, które nie znały się zbyt dobrze.
I które doprowadzały się wzajemnie do szału.
- Może brakuje im odwagi, żeby spróbować - dodał niedbale, patrząc, jak kobieca sylwetka znów się ku niemu zbliża. - A może jesteś zbyt zapatrzona na coś innego, żeby ich zauważyć.
To było irracjonalne. Nie miało żadnego sensu, a jeden drink, którego dotychczas wypił, nie był w stanie uzasadnić ani odrobiny jego zachowania. Jej ciche słowa wabiły go bliżej, w stronę powietrza wypełnionego zapachem jej perfum, gorącem znajdującego się obok ciała. Nie spostrzegł, gdy przysunął się bliżej w reakcji na jej gest, na przesunięcie pionka po ich wyimaginowanej planszy, któremu wyszedł naprzeciw. Jego wzrok zsunął się z ciemnych tęczówek wzdłuż rysów jej twarzy, miękkości przeplatanych ostrymi końcami, zatrzymując na pełnych ustach.
- Beznadziejna wręcz - zgodził się, po raz pierwszy odkąd jego spojrzenie padło na nią po raz pierwszy tydzień temu. - Masz tendencję do pchania się prosto w kłopoty.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”