the bane of my existence
: czw lut 26, 2026 1:06 am
Na swój pokręcony sposób w o l i ł kłótnię. Słysząc jej natychmiastowe potwierdzenie, obietnicę siedzenia cicho i wyłącznie słuchania tego, w jaki sposób zamierzał to poprowadzić, nieomal jawnie się skrzywił. Zdecydowanie bardziej wolał widzieć Margo w roli swojego przekleństwa, irytującej, spostrzegawczej osoby, której jedynym celem było przekształcanie jego życia w udrękę.
Jej słowa były wyłącznie potwierdzeniem, że to o n był problemem.
Były nawet czymś jeszcze gorszym - iluzją, złudną wizją świata, w którym mogliby po ludzku ze sobą współpracować. Takiego, w którym nie walczyłby za wszelką cenę o swoją niezależność jakby ta była towarem deficytowym. W którym odnalazłby w drugiej osobie prawdziwego partnera, takiego, który byłby w stanie mu dorównać, który uzupełniał jego braki i tworzył z nim zgrany zespół. Cementowały w nim przekonanie, że odpowiednia osoba mogła zjawiać się w życiu w nieodpowiednim czasie.
Gdyby Margo pojawiła się w jego życiu wcześniej, kilka lat temu, jego teraźniejszość mogłaby wyglądać zupełnie w inny sposób. Przypominała mu o wszystkich poglądach i cechach, które z nią dzielił. Przypominała j e g o, nim ugiął się pod ciężarem własnego losu.
Ale pojawiła się w jego życiu za późno.
Nie burknął niczego w odpowiedzi, nie mając już w sobie siły na zaczepki i kontynuację ich kłótni. Przytaknął tylko, niemo, skinieniem głowy nim oboje ruszyli w stronę wejścia do kawiarni tak, jakby ostatnie piętnaście minut wcale się nie wydarzyło - jakby nie byli na krawędzi zaduszenia się nawzajem jeszcze wewnątrz jego samochodu, poszkodowanego jej przemocą.
Miles niedawno brał. Znał go na tyle, by to wiedzieć, by widzieć to w jego ruchach - nerwowych, pełnych energii, jakby samo siedzenie w miejscu stanowiło dla niego wyzwanie. Nie dostrzegł ich póki nie znaleźli się tuż obok, przy loży, w której zajął miejsce. Żółte, jaskrawe siedzenia kontrastowały z jego czarną bluzą i kapturem nałożonym na głowę. Chłopak podniósł głowę w górę, napotykając spojrzenie Rhysa - a później przeniósł je w bok.
Na widok Margo, podskoczył w miejscu.
- Kto to jest? - rzucił głośno, od razu, domagając się odpowiedzi. - Umawialiśmy się, żadnych psów!
Ręce Maddena uniosły się w górę w uspokajającym geście, jakby on wcale nie był psem, ponieważ znali się na tyle, że Miles przestał go jako takiego traktować.
- To Margo. Jest w porządku. Zajmuje się sprawą, o której rozmawialiśmy - odrzucił szybko, choć jego ton był spokojny - miał nadzieję uspokoić nim chłopaka. Widząc, jak ten nadal stoi, wpatrując się w kobietę podejrzliwie, westchnął ciężko. - Ufam jej.
Ciężkie słowa zawisły w powietrzu - chłopak nie mógł wiedzieć, jak dalekie były od prawdy, która rozegrała się jeszcze pięć minut temu poza kawiarnią. Wodząc podejrzliwym wzrokiem po twarzy kobiety, z wahaniem przytaknął, akceptując jej obecność. Powoli opadł na swoje siedzenie, odgarniając kaptur z głowy. Jego młodzieńczą twarz znaczyły wybroczyny i blizny, ślady pozostawione przez ogrom branych przez niego używek.
- Mówiłeś, że masz dla mnie informacje - zaczął ostrożnie, siadając naprzeciw niego. Na kanapie w ich loży było miejsce na dwie osoby, lecz nie było go wiele. Nie było sposobu, by siedział koło Margo nie stykając się z jej ramieniem.
- Nie, najpierw to, co zawsze - zażądał chłopak, skubiąc skórki paznokci. Jego noga unosiła się i opadała pod blatem w nerwowym wyrazie. - Wiesz, czego chcę.
Detektyw westchnął ciężko, sięgając po kartę menu. Uniósł dłoń, wzywając do ich stolika kelnerkę.
- Który tym razem?
- Czekoladowy mus z lodami w pucharze z rurką - wyrecytował, wybierając najdroższą pozycję z całej karty, która jednak wciąż nie była zbyt wielkim obciążeniem dla portfela detektywów. Rhys skinął głową, przekazując zamówienie kelnerce i dodając do niego filiżankę czarnej kawy, nim pozwolił Mercer zamówić coś dla siebie - jeśli miała na to ochotę.
Kelnerka obrzuciła krytycznym spojrzeniem chłopaka nim zanotowała ich zamówienie. Ten zaś przesunął swoje zainteresowanie na Margo, niechętny do mówienia czegokolwiek nim jego deser znajdzie się przed nim.
- Wy jesteście partnerami, tak? - zapytał z ciekawością, nieustannie stukając kolanem w blat od spodu. - Jak w telewizji.
margo mercer
Jej słowa były wyłącznie potwierdzeniem, że to o n był problemem.
Były nawet czymś jeszcze gorszym - iluzją, złudną wizją świata, w którym mogliby po ludzku ze sobą współpracować. Takiego, w którym nie walczyłby za wszelką cenę o swoją niezależność jakby ta była towarem deficytowym. W którym odnalazłby w drugiej osobie prawdziwego partnera, takiego, który byłby w stanie mu dorównać, który uzupełniał jego braki i tworzył z nim zgrany zespół. Cementowały w nim przekonanie, że odpowiednia osoba mogła zjawiać się w życiu w nieodpowiednim czasie.
Gdyby Margo pojawiła się w jego życiu wcześniej, kilka lat temu, jego teraźniejszość mogłaby wyglądać zupełnie w inny sposób. Przypominała mu o wszystkich poglądach i cechach, które z nią dzielił. Przypominała j e g o, nim ugiął się pod ciężarem własnego losu.
Ale pojawiła się w jego życiu za późno.
Nie burknął niczego w odpowiedzi, nie mając już w sobie siły na zaczepki i kontynuację ich kłótni. Przytaknął tylko, niemo, skinieniem głowy nim oboje ruszyli w stronę wejścia do kawiarni tak, jakby ostatnie piętnaście minut wcale się nie wydarzyło - jakby nie byli na krawędzi zaduszenia się nawzajem jeszcze wewnątrz jego samochodu, poszkodowanego jej przemocą.
Miles niedawno brał. Znał go na tyle, by to wiedzieć, by widzieć to w jego ruchach - nerwowych, pełnych energii, jakby samo siedzenie w miejscu stanowiło dla niego wyzwanie. Nie dostrzegł ich póki nie znaleźli się tuż obok, przy loży, w której zajął miejsce. Żółte, jaskrawe siedzenia kontrastowały z jego czarną bluzą i kapturem nałożonym na głowę. Chłopak podniósł głowę w górę, napotykając spojrzenie Rhysa - a później przeniósł je w bok.
Na widok Margo, podskoczył w miejscu.
- Kto to jest? - rzucił głośno, od razu, domagając się odpowiedzi. - Umawialiśmy się, żadnych psów!
Ręce Maddena uniosły się w górę w uspokajającym geście, jakby on wcale nie był psem, ponieważ znali się na tyle, że Miles przestał go jako takiego traktować.
- To Margo. Jest w porządku. Zajmuje się sprawą, o której rozmawialiśmy - odrzucił szybko, choć jego ton był spokojny - miał nadzieję uspokoić nim chłopaka. Widząc, jak ten nadal stoi, wpatrując się w kobietę podejrzliwie, westchnął ciężko. - Ufam jej.
Ciężkie słowa zawisły w powietrzu - chłopak nie mógł wiedzieć, jak dalekie były od prawdy, która rozegrała się jeszcze pięć minut temu poza kawiarnią. Wodząc podejrzliwym wzrokiem po twarzy kobiety, z wahaniem przytaknął, akceptując jej obecność. Powoli opadł na swoje siedzenie, odgarniając kaptur z głowy. Jego młodzieńczą twarz znaczyły wybroczyny i blizny, ślady pozostawione przez ogrom branych przez niego używek.
- Mówiłeś, że masz dla mnie informacje - zaczął ostrożnie, siadając naprzeciw niego. Na kanapie w ich loży było miejsce na dwie osoby, lecz nie było go wiele. Nie było sposobu, by siedział koło Margo nie stykając się z jej ramieniem.
- Nie, najpierw to, co zawsze - zażądał chłopak, skubiąc skórki paznokci. Jego noga unosiła się i opadała pod blatem w nerwowym wyrazie. - Wiesz, czego chcę.
Detektyw westchnął ciężko, sięgając po kartę menu. Uniósł dłoń, wzywając do ich stolika kelnerkę.
- Który tym razem?
- Czekoladowy mus z lodami w pucharze z rurką - wyrecytował, wybierając najdroższą pozycję z całej karty, która jednak wciąż nie była zbyt wielkim obciążeniem dla portfela detektywów. Rhys skinął głową, przekazując zamówienie kelnerce i dodając do niego filiżankę czarnej kawy, nim pozwolił Mercer zamówić coś dla siebie - jeśli miała na to ochotę.
Kelnerka obrzuciła krytycznym spojrzeniem chłopaka nim zanotowała ich zamówienie. Ten zaś przesunął swoje zainteresowanie na Margo, niechętny do mówienia czegokolwiek nim jego deser znajdzie się przed nim.
- Wy jesteście partnerami, tak? - zapytał z ciekawością, nieustannie stukając kolanem w blat od spodu. - Jak w telewizji.
margo mercer