Strona 2 z 2

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 1:06 am
autor: Rhys Madden
Na swój pokręcony sposób w o l i ł kłótnię. Słysząc jej natychmiastowe potwierdzenie, obietnicę siedzenia cicho i wyłącznie słuchania tego, w jaki sposób zamierzał to poprowadzić, nieomal jawnie się skrzywił. Zdecydowanie bardziej wolał widzieć Margo w roli swojego przekleństwa, irytującej, spostrzegawczej osoby, której jedynym celem było przekształcanie jego życia w udrękę.
Jej słowa były wyłącznie potwierdzeniem, że to o n był problemem.
Były nawet czymś jeszcze gorszym - iluzją, złudną wizją świata, w którym mogliby po ludzku ze sobą współpracować. Takiego, w którym nie walczyłby za wszelką cenę o swoją niezależność jakby ta była towarem deficytowym. W którym odnalazłby w drugiej osobie prawdziwego partnera, takiego, który byłby w stanie mu dorównać, który uzupełniał jego braki i tworzył z nim zgrany zespół. Cementowały w nim przekonanie, że odpowiednia osoba mogła zjawiać się w życiu w nieodpowiednim czasie.
Gdyby Margo pojawiła się w jego życiu wcześniej, kilka lat temu, jego teraźniejszość mogłaby wyglądać zupełnie w inny sposób. Przypominała mu o wszystkich poglądach i cechach, które z nią dzielił. Przypominała j e g o, nim ugiął się pod ciężarem własnego losu.
Ale pojawiła się w jego życiu za późno.
Nie burknął niczego w odpowiedzi, nie mając już w sobie siły na zaczepki i kontynuację ich kłótni. Przytaknął tylko, niemo, skinieniem głowy nim oboje ruszyli w stronę wejścia do kawiarni tak, jakby ostatnie piętnaście minut wcale się nie wydarzyło - jakby nie byli na krawędzi zaduszenia się nawzajem jeszcze wewnątrz jego samochodu, poszkodowanego jej przemocą.
Miles niedawno brał. Znał go na tyle, by to wiedzieć, by widzieć to w jego ruchach - nerwowych, pełnych energii, jakby samo siedzenie w miejscu stanowiło dla niego wyzwanie. Nie dostrzegł ich póki nie znaleźli się tuż obok, przy loży, w której zajął miejsce. Żółte, jaskrawe siedzenia kontrastowały z jego czarną bluzą i kapturem nałożonym na głowę. Chłopak podniósł głowę w górę, napotykając spojrzenie Rhysa - a później przeniósł je w bok.
Na widok Margo, podskoczył w miejscu.
- Kto to jest? - rzucił głośno, od razu, domagając się odpowiedzi. - Umawialiśmy się, żadnych psów!
Ręce Maddena uniosły się w górę w uspokajającym geście, jakby on wcale nie był psem, ponieważ znali się na tyle, że Miles przestał go jako takiego traktować.
- To Margo. Jest w porządku. Zajmuje się sprawą, o której rozmawialiśmy - odrzucił szybko, choć jego ton był spokojny - miał nadzieję uspokoić nim chłopaka. Widząc, jak ten nadal stoi, wpatrując się w kobietę podejrzliwie, westchnął ciężko. - Ufam jej.
Ciężkie słowa zawisły w powietrzu - chłopak nie mógł wiedzieć, jak dalekie były od prawdy, która rozegrała się jeszcze pięć minut temu poza kawiarnią. Wodząc podejrzliwym wzrokiem po twarzy kobiety, z wahaniem przytaknął, akceptując jej obecność. Powoli opadł na swoje siedzenie, odgarniając kaptur z głowy. Jego młodzieńczą twarz znaczyły wybroczyny i blizny, ślady pozostawione przez ogrom branych przez niego używek.
- Mówiłeś, że masz dla mnie informacje - zaczął ostrożnie, siadając naprzeciw niego. Na kanapie w ich loży było miejsce na dwie osoby, lecz nie było go wiele. Nie było sposobu, by siedział koło Margo nie stykając się z jej ramieniem.
- Nie, najpierw to, co zawsze - zażądał chłopak, skubiąc skórki paznokci. Jego noga unosiła się i opadała pod blatem w nerwowym wyrazie. - Wiesz, czego chcę.
Detektyw westchnął ciężko, sięgając po kartę menu. Uniósł dłoń, wzywając do ich stolika kelnerkę.
- Który tym razem?
- Czekoladowy mus z lodami w pucharze z rurką - wyrecytował, wybierając najdroższą pozycję z całej karty, która jednak wciąż nie była zbyt wielkim obciążeniem dla portfela detektywów. Rhys skinął głową, przekazując zamówienie kelnerce i dodając do niego filiżankę czarnej kawy, nim pozwolił Mercer zamówić coś dla siebie - jeśli miała na to ochotę.
Kelnerka obrzuciła krytycznym spojrzeniem chłopaka nim zanotowała ich zamówienie. Ten zaś przesunął swoje zainteresowanie na Margo, niechętny do mówienia czegokolwiek nim jego deser znajdzie się przed nim.
- Wy jesteście partnerami, tak? - zapytał z ciekawością, nieustannie stukając kolanem w blat od spodu. - Jak w telewizji.

margo mercer

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 8:15 am
autor: margo mercer
Margo nie odezwała się ani słowem, kiedy padło jej imię wypowiedziane w tonie, który brzmiał zupełnie inaczej niż wszystko, co słyszała od niego wcześniej. Ufam jej - słowa zawisły w powietrzu, cięższe niż powinny, a ona zarejestrowała je bez widocznej reakcji. Nie spojrzała na niego, nie uniosła brwi. Nie pozwoliła, by cokolwiek zdradziło, że to jedno zdanie stało w sprzeczności ze wszystkim, co zostało zamknięte w ciasnej przestrzeni jego samochodu.
Usiadła obok niego, nie mając żadnej innej alternatywy. Ich ramiona się stykały, materiał jego płaszcza ocierał się o rękaw jej kurtki przy każdym minimalnym ruchu. Była wystarczająco blisko, by słyszeć zmianę w jego oddechu, by rejestrować jego zapach, ale uparcie skupiała wzrok na tym co przed nią.
Rhys mówił spokojniej niż przed chwilą. Jego ton nie był szorstki ani obronny. Nie było w nim tej zadziorności, którą rezerwował wyłącznie dla niej. Był wyważony, cierpliwy, dostosowany do chłopaka siedzącego naprzeciw nich. Prowadził rozmowę tak, jakby robił to setki razy i prawdopodobnie robił. Po prostu czekał, aż Miles sam się zapętli, sam coś dopowie i sam zdradzi więcej. Nie znała tej wersji Maddena.
Kiedy chłopak zażądał deseru, Margo była pewna, że usłyszy odmowę. Czekała, aż pojawi się chłodne najpierw daj nam informacje - tymczasem jej jeszcze partner bez wahania zamówił czekoladowy mus z lodami , jakby to była najbardziej naturalna waluta wymiany.
Kącik jej ust uniósł się mimowolnie. Było w tym coś absurdalnie miękkiego. W świecie, w którym tropili sprawcę podwójnego zabójstwa, w świecie cynków, brudnych pieniędzy i zniszczonych ludzi, on zamawiał lody dla uzależnionego dzieciaka, bo wiedział, że to działa lepiej niż groźby. Zauważyła też spojrzenie kelnerki, oceniające i niechętne. On też musiał je zobaczyć i je zignorował. Nie tłumaczył się, nie dystansował, nie dawał żadnego sygnału, że chłopak jest problemem. Swoją postawą niezauważalne chronił go w tak trywialnej rzeczy, jak świadomy osąd.
To ją uderzyło. I znowu poczuła to nieprzyjemne, rozpychające się na dnie żołądka uczucie, jakby coś próbowało wzbić się w górę. Przełknęła mocno ślinę, próbując je zdusić.
Pozwoliła sekundzie ciszy wybrzmieć. Nie patrzyła na Maddena, skupiała się chłopaku, bo jego słowa skierowane były do niej; ignorował teraz jej partnera i wlepiał w nią rozszerzone źrenice. - Tak, tylko w telewizji mają więcej dramatycznych pauz i muzykę budującą napięcie - odpowiedziała spokojnie. - My mamy kawę, raporty i lody jako środek negocjacyjny - na moment w jej głosie pojawił się cień rozbawienia. - I rzadko zamykamy sprawę przed napisami końcowymi - Miles prychnął cicho, napięcie w jego ramionach opadło o kilka milimetrów, to wystarczyło - miała go.
A później po prostu zamilkła zgodnie z obietnicą. Nie wtrącała się dalej, notowała w pamięci każde zawahanie, każde spojrzenie uciekające w bok, każde drgnięcie palców. Ciało Milesa mówiło więcej niż jego słowa. W międzyczasie zauważyła coś jeszcze - Madden nie patrzył na nią ani razu, ale był świadomy jej obecności. Minimalnie przesunął się, robiąc jej miejsce, kiedy kelnerka odstawiła kawę. Odsunął łokieć, żeby jej nie zahaczyć. To były drobiazgi, automatyczne gesty.
- Za torami, te stare magazyny przy bocznicy. Słyszałem, że w nocy ktoś podrzucił tam jakieś lewe papiery i że ktoś inny miał je odebrać. Na wierzchu było nazwisko tego waszego Mastersa. Ale coś poszło nie tak, bo rano nadal tam były - Miles wreszcie się odezwał, cicho i niespokojnie wiercąc się na krześle. Ona nadal milczała, a zimna i analityczna część jej umysłu była pod wrażeniem tego jak detektyw prowadził rozmowę. Po raz pierwszy od początku ich współpracy naprawdę była jego cieniem.
Kiedy rozmowa zaczęła zwalniać, a chłopak zajęty ostatnimi łyżkami musu mówił już ciszej i bardziej składnie, pozwoliła sobie na krótką pauzę w analizowaniu każdego jego słowa. Nie odrywała wzroku od stołu, ale jej uwaga przesunęła się gdzieś dalej, poza lożę, poza ich trójkę. Coś ją tknęło. To nie był dźwięk, nie było gwałtownego ruchu ani podniesionego głosu przy innym stoliku. Raczej subtelna zmiana w powietrzu, trudna do uchwycenia. Jak moment, w którym pomieszczenie na sekundę zamiera, zanim ktoś upuści szklankę.
Poczuła lekkie, nieprzyjemne mrowienie na karku. Instynkt, którego nauczyła się nie ignorować.
Unosząc wzrok znad blatu, pozwoliła spojrzeniu prześlizgnąć się po wnętrzu kawiarni - powoli, bez gwałtowności, bez zdradzania czujności. Dwójka studentów przy oknie, kobieta z laptopem, mężczyzna w garniturze czytający coś w telefonie. Nic nie wyglądało alarmująco. Nikt nie patrzył na nich zbyt długo, nikt nie zachowywał się nienaturalnie.
A jednak uczucie nie zniknęło.
Przez ułamek sekundy miała ochotę obejrzeć się przez ramię, sprawdzić przestrzeń za sobą wprost, ale powstrzymała ten impuls. Nie chciała spłoszyć Milesa, sygnalizując, że coś jest nie tak, kiedy wszystko na pozór było normalne.
Może to były tylko resztki adrenaliny z kłótni. Może wyobraźnia, która po burzliwej rozmowie w samochodzie wciąż nie wróciła do pełnej równowagi.

Rhys Madden

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 10:26 am
autor: Rhys Madden
Skupienie się na czymś innym ułatwiało mu ignorowanie siedzącej obok kobiety, choć nie usuwało wszystkich śladów jej obecności. Skupiał swoje spojrzenie na tkwiącym naprzeciw chłopaku, na jego nerwowych ruchach, na miotaniu się po drugiej stronie blatu gdy dostrzegł nadchodzącą kelnerkę. Udało mu się nie spojrzeć na drugą detektyw ani razu - gdy rozmawiała z Milo, wpatrywał się nadal w twarz swojego informatora, jakby w jego oczach był w stanie dojrzeć jej obicie.
Nieustannie jednak ją c z u ł.
Gdy postawiono przed nimi kawy, odsunął swój łokieć oparty o blat nim zdążył zetknąć się z jej ramieniem. Ciepło jej ciała, jej miarowy oddech, jej z a p a c h stawały się dla niego innego rodzaju udręką, przez którą przeklinał w głowie każdy kęs czekoladowego musu, który opóźniał następne słowa Milo.
- Gdzie dokładnie to było? - zapytał, nie wyjmując notesu, choć odruchowo pragnął wszystko zapisać. Wiedział już, że z ludźmi takimi jak Milo, zwykły akt zapisywania podawanych przez nich informacji ich przerażał. Był czymś innym niż pogawędką nad lodami w małej, przydrożnej kawiarence - był potencjalnymi konsekwencjami, gdy dostrzegali, że ich słowa miały swoją moc.
Dlatego mu o tym nie przypominał. Kiwał głową, z cierpliwością czekając, aż w potoku słów chłopak dotrze do wartościowych części. Jego wskazówki były chaotyczne, niepoukładane, ale dodawały kolejną pinezkę na mapę miejsc, które dotychczas mieli - pinezkę, której nigdy wcześniej w ogóle nie rozważali. W jego trzewiach pojawiło się coś więcej poza supłem zmęczenia i trzepotem czegoś irytująco świadomego obecności Margo, pojawiła się odrobina ekscytacji.
Eskalowała, powoli, nieubłaganie gdy Milo mówił, aż wreszcie zorientował się, że w tej energii czai się coś więcej. Włoski na jego karku stanęły dęba, mięśnie napięły się lekko, jakby w oczekiwaniu. Dyskretnie rozejrzał się, szukając powodu, dla którego jego intuicja zaczynała wariować. Cały świat wydawał się zamierać gdy zerknął na Margo pytająco, wyczuwając w niej źródło niepokoju emanujące na zewnątrz.
A potem ten świat został rozdarty na pół.
Huk wystrzału był niemal ogłuszający, a jednak wtapiał się w tło innych odgłosów - eksplozję wielkiego okna, przy którym siedzieli, szalejącego wiatru wpadającego do środka, krzyku zszokowanych klientów kawiarni Na jedno uderzenie serca, nim to ruszyło galopem, Madden przeniósł swoje spojrzenie na szybę - jakby to ona mogła być źródłem tego ferworu, podczas gdy w ułamku sekundy, jego umysł łączył kropki.
W morzu tysiąca, szklanych odłamków mknących w ich stronę, skrzących się w świetle dnia, dostrzegł coś więcej.
Dostrzegł krew.
Czas przyśpieszył, bańka wokół nich rozprysła się niczym szklana bariera, przywracając do mknącej do przodu rzeczywistości.
Głowa Milo opadała bezwładnie w stronę stolika, jego twarz wykrzywiona tym samym, spokojnym grymasem, z którym sięgał po kolejną porcję. Łyżka wypadła z jego dłoni, mus rozlał się na blacie, zbroczonym jego krwią. Nim jego czoło uderzyło o blat, zauważył, że jego wzrok stał się pusty, a oblicze martwe.
Pragmatyzm podpowiadał mu, że strzał padł tylko jeden. Że jego cel tkwił przed nim, martwo wpatrując się w niedojedzony deser. A jednak instynkt był czymś zgoła innym od racjonalnych myśli - instynkt wziął jego ciało we władanie gdy natychmiast odwrócił się w bok.
W stronę j e j.
Objął jej ciało ramieniem, ściągając ją w dół, pod stolik, poza zasięg strzelca atakującego przez okno. Nawet w tym gwałtownym, szybkim ruchu, jego dłoń spoczęła na kobiecej głowie gdy padali na ziemię - na wypadek, gdyby miała zderzyć się z krawędzią blatu.
Powietrze przeszyły kolejne strzały, wysoko ponad ich głowami - zupełnie nieprzypominające pierwszego. Nie były celne, nie trafiały w wyznaczony cel - niszczyły szklane okna kawiarni i wprowadzały zamęt w środku, ponieważ miały maskować to, co właśnie się wydarzyło. Miały sprawić, że media będą mówić o strzelaninie, a nie o jednym chłopaku, którego wiedza była warta morderstwa.
Gdy strzały ustały, powoli, z ociąganiem wypuścił kobietę ze swoich ramion. Chwytając jej własne dłońmi, odsunął ją lekko - tylko na tyle, by móc się jej przyjrzeć. Jego wzrok prześledził jej bladą twarz, natrafił na krwawą szramę na policzku w miejscu, w którym jeden z odłamków naruszył skórę. Upewniając się, że również na niego patrzy, niemo sprawdził - wszystko w porządku?
Dopiero wtedy wychylił się, zerkając na zewnątrz, ponad framugą okna. Zmrużył powieki, dostrzegając ruch na ulicy, sto metrów od nich.
- Widzę strzelca, ucieka w kierunku skrzyżowania piątej i szóstej - warknął, prostując się - nie w akcie pokazywania własnej odwagi, ale w przestrzeganiu p r o t o k o ł u. - Idę za nim.
Musieli go złapać, musieli mieć go żywego.

margo mercer

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 1:12 pm
autor: margo mercer
Pierwszą rzeczą, którą zarejestrowała, nie był dźwięk. Było drżenie powietrza - jakby coś przecięło je brutalnie, zbyt szybko, zbyt blisko. Potem był huk, do którego dołączyło rozsypujące się szkło.
Nie zdążyła nawet odruchowo zakryć głowy; to on ją pociągnął. Uderzenie o podłogę wybiło jej powietrze z płuc, a czyjaś dłoń, jego dłoń, osłoniła jej potylicę w chwili, gdy nad nimi eksplodowało kolejne okno. W uszach dzwoniło jej tak głośno, że przez sekundę była przekonana, że ogłuchła.
Zapach kawy wymieszał się z zapachem prochu. W oddali słyszała krzyk, szuranie krzeseł i płacz. Ciało Milesa bezwładnie osunęło się na blat stolika, ale nie patrzyła na niego; jeszcze nie.
Oddychała szybko, próbując ustabilizować wzrok. Dopiero gdy poczuła, że Rhys odsuwa ją od siebie, zorientowała się, że wciąż kurczowo ściskała materiał jego płaszcza. Opuściła dłoń natychmiast, jakby ją oparzyła, dostrzegając w jego spojrzeniu coś, czego nigdy wcześniej nie widziała skierowanego w swoją stronę. Nie irytację, nie chłód, nie tę złośliwą satysfakcję z kolejnej słownej wygranej. Było tam czyste zmartwienie i troska, które zniknęło, gdy tylko mrugnęła.
Uniosła się lekko na łokciu, czując pieczenie na policzku. Jej palce natrafiły na wilgoć - cienką ścieżkę krwi wytyczoną przez odłamek szkła, który niefortunnie znalazł drogę do jej twarzy. Nieistotne. - Nic mi nie jest - rzuciła krótko, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Głos miała stabilniejszy, niż się spodziewała. Nim się obejrzała ten już wychylał się ponad framugę okna, oceniając sytuację. W jego ruchach nie widziała chaosu, tylko czystą koncentrację. Ułamek sekundy później widziała jak rusza.
Poderwała się niemal równocześnie, ale zamiast pójść za nim, zatrzymała się w pół kroku. Kawiarnia była w rozsypce - ludzie leżeli na podłodze, niektórzy w szoku, inni osłaniający głowy rękami. - Policja! Wszyscy niech pozostaną na ziemi - jej głos ostro przeciął pomieszczenie. Przemieszczała się między stolikami, szybko oceniając sytuację. Kilka drobnych ran od szkła, szok, płacz, i panika, ale nikt więcej nie leżał nieruchomo. Miles nie oddychał, wiedziała to jeszcze zanim dotknęła jego szyi.
Zgłosiła strzały przez radio, podała lokalizację, jedną ofiarę śmiertelną, sprawcę uciekającego pieszo. Dopiero gdy upewniła się, że nikt nie krwawi tak, by umrzeć w ciągu minut, wybiegła na zewnątrz.
Rhysa nie było w zasięgu wzroku. Pobiegła w kierunku, który wskazał jej przerażony przechodzień. Skręciła w boczną ulicę, potem w węższą alejkę między budynkami. Oddech palił ją w płucach, ale ciało pracowało mechanicznie. Na końcu wąskiej uliczki zobaczyła ich obu - Madden był już przy nim, widziała jak strzelec próbował się wyrywać, szarpał się, uderzając plecami o ścianę. Chwyt wyglądał pewnie, kontrolowanie, jakby miał to zakończyć w ciągu kilku sekund. Przycisnął go do muru, próbując wytrącić równowagę. Zwolniła na ułamek sekundy, unosząc broń i przyjmując stabilną pozycję.
I wtedy coś się rozmyło.
Może to był ruch na końcu uliczki; może błysk w bocznym lusterku zaparkowanego samochodu; może zwykła sekunda nieuwagi. A może coś więcej, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Ale to wystarczyło.
Strzelec uderzył łokciem w bok, trafiając Rhysa w skroń, a jego chwyt osłabł. Kolejne uderzenie - gwałtowne, wymierzone w brzuch, i Madden cofnął się o pół kroku. Nie upadł od razu, jakby walczył z równowagą, jakby przez moment coś go zatrzymało.
Na końcu uliczki rozległ się ryk silnika. Ciemne auto, które mogło stać tam od dawna, nagle ożyło; drzwi od strony pasażera otworzyły się, a uciekinier rzucił się w ich kierunku. Margo oddała kontrolowany strzał w asfalt przed maską. Samochód nie zwolnił, koła zapiszczały, nadwozie szarpnęło w przód i w ciągu sekund zniknęło za rogiem.
Cisza, która po tym zapadła, była niemal gorsza niż huk. Margo opuściła broń i natychmiast podbiegła do partnera. - Cholera - rzuciła pod nosem, kucając przy nim. Dotknęła jego ramienia, sprawdzając, czy uderzenie nie było poważniejsze, niż wyglądało. Na jego skroni zaczynał rysować się ciemny ślad. Łapiąc za radio, poinformowała: - Strzelec zbiegł czarnym sedanem, częściowe tablice K–3–7, kierunek południowy, ostatnio widziany na Szóstej - a potem przez krótką chwilę patrzyła na niego uważnie.
To, co zobaczyła, albo to, co jej się wydawało, że zobaczyła, nie dawało jej spokoju. Ten moment, ta sekunda zawahania. To nie był czysty brak szczęścia i nie wyglądało jak zwykła porażka w walce. Miała złudzenie jakby pozwolił tej chwili potrwać odrobinę dłużej, niż powinien. Nie była jednak pewna, dlatego zacisnęła szczękę i, jak nigdy, nie wygłosiła swoich uwag werbalnie.
Adrenalina potrafiła przecież zniekształcać obraz. W biegu, w napięciu - łatwo było nadinterpretować ruch, spojrzenie i oddech. A jednak w jej głowie zapaliła się mała, czerwona lampka. Nie krzyczała, nie oskarżała. Po prostu zaczęła świecić.

Rhys Madden

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 3:08 pm
autor: Rhys Madden
To był impuls - jeden, gwałtowny ruch w reakcji na chaos, który rozpętał się wokół nich. Wiedział, że Margo była przeszkolona. Że wiedziała, co powinna zrobić, znała protokoły, znała podstawowe zasady dbania o własne bezpieczeństwo. Wiedział też, że gdyby coś jej się stało, poinformowałaby go o tym natychmiast, by mógł wezwać pomoc bądź odeskortować ją do bezpiecznego miejsca nim ruszy w pościg za sprawcą.
Wiedział to wszystko, ale musiał się u p e w n i ć.
Musiał dostrzec w jej oczach, że nic jej nie było - pośród wszystkich innych, kotłujących się w nich emocji i szoku. Musiał zerknąć na ranę na jej policzku, zbłąkane szkło, które naruszyło jej skórę i potwierdzić, że obrażenia były płytkie, nie groziły konsekwencjami. Musiał wyczuć, że krew, która bryzgnęła w ich stronę w momencie strzału, nie należała do niej.
W głębi duszy czuł nitkę łączącą tę potrzebę z tym samym uczuciem, które gościło w jego trzewiach gdy znajdowała się obok. Ale w swojej potrzebie racjonalizacji, znalezienia logicznego wytłumaczenia na jego ramię, oplatające kobietę w pierwszym odruchu, na pierwszy sygnał zagrożenia, powtórzył sobie, że zrobił to, ponieważ tak powinien zachować się odpowiedzialny partner.
A jednak gdy przeskoczył przez pustą już ramę wielkiego okna, jego serce rwało się w innym kierunku. Jakaś jego część nie wychodzić, chciała tam zostać. Słyszał jej głos, gdy nakazywała wszystkim zachowanie spokoju, położenie się na ziemi. Słyszał go gdy oddalał się w kierunku uciekającego, gdy zgłaszała wydarzenie dalej, do góry, wzywając posiłki.
Jej głos był ostatnim, co zniknęło, gdy wszystkie odgłosy zastąpiło szaleńcze bicie jego własnego serca.
Uciekający mężczyzna był niskim blondynem o umiarkowanej budowie. Miał przewagę w dystansie, ale po kilkunastu metrach przepełnionemu furią i adrenaliną detektywowi udało się go dogonić. Szarpnięciem chwycił za materiał jego kurtki, wytrącając go z równowagi, pchając ich oboje na ścianę.
Musiał go tylko obezwładnić.
Nadgarstek mężczyzny uderzył z całej dostępnej Maddenowi siły o cegły, a broń wypadła z jego ręki, usuwając największe zagrożenie. W starciach tego typu nie było niczego metodycznego, był tylko cel, który należało osiągnąć za wszelką cenę - cel, do którego dążył, wykręcając mężczyźnie rękę.
I zawahał się, dostrzegając coś znajomego.
Trzy gwiazdy splątane ze sobą cierniem wychyliły się spod odciągniętego materiału ubrań, zdobiąc jego kark.
Chwila zawahania była wyłącznie sekundą, jednak wystarczyła by oddalić go od zwycięstwa na zawsze. Dostrzegł spadającą ku niemu pięść zbyt późno, gdy mężczyzna wyrwał się z jego uścisku i kontratakował. Uderzenie w skroń było oślepiające, zasnuło jego obraz bielą, wygłuszyło świat zewnętrzny na wzór amoku, w który wpadł uciekający. Przekleństwo wyrwało się z ust Maddena gdy rzucił się ku mężczyźnie, pragnąc naprawić swój błąd - i zamiast tego zachwiał się, gdy cios w brzuch wyrwał powietrze z jego płuc.
Sięgnął po broń.
Po pistolet nadal czekający na niego w kaburze. W pierwszym, wściekłym instynkcie sięgnął po coś ostatecznego, po co wiedział, że mógł. Uciekający nie był uzbrojony, ale był sprawcą, był mordercą. Miał c z e l n o ś ć dokonać tego, co dokonał.
Nim jednak zdążył oddać strzał, drzwi samochodu zamknęły się z hukiem godnym Margo Mercer, a pojazd ruszył z piskiem opon.
Dysząc ciężko po biegu i uderzeniu, od którego jego żebra zadrżały w swoich miejscach, odwrócił wzrok ku kobiecie, pozwalając by zameldowała o ich statusie.
- Mamy problem - zakomunikował ponuro, na wydechu, prostując się gdy zorientował się, że jego barki ugięły się pod ciężarem tego wszystkiego. - Kurewsko wielki problem.

margo mercer

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 6:35 pm
autor: margo mercer
Dźwięk silnika uciekającego samochodu zniknął w oddali, zostawiając po sobie tylko zapach spalonej gumy i ciężkie, nieprzyjemne echo w wąskiej uliczce. Margo przez chwilę stała w bezruchu, próbując uspokoić oddech i uporządkować myśli, które jeszcze przed momentem rozbijały się o siebie w chaotycznym tempie. Adrenalina wciąż krążyła w jej żyłach, ale pierwsza fala szoku już opadała, ustępując miejsca chłodnej analizie.
- Jesteś pewien, że wszystko w porządku? - zapytała ciszej, już bez tamtej ostrości, która towarzyszyła im jeszcze godzinę temu w samochodzie. Nie wyglądał, jakby miał się przewrócić, ale widziała, że cios musiał być solidny. Nie przyszło jej nawet do głowy, by powiedzieć, że powinien był utrzymać chwyt, że miał przewagę, że wystarczyła sekunda. Była ambitna, bywała bezlitosna w ocenach, ale nie była samobójczynią. Podważenie jego umiejętności tu i teraz nie tylko byłoby nieuczciwe, byłoby też zwyczajnie głupie. W walce wręcz wszystko mogło się odwrócić w jednej chwili.
A ona nie widziała wszystkiego, widziała tylko moment. - Co się stało? - dodała po chwili, tonem bardziej rzeczowym niż podejrzliwym; na końcu języka zatrzymało się inne pytanie, to które prawdopodobnie by go rozwścieczyło. Dlatego próbowała zrozumieć tę jedną, drobną pauzę, która w jej pamięci powtarzała się jak klatka filmu zatrzymana w niewłaściwym miejscu. Może zobaczył coś, czego ona nie dostrzegła albo usłyszał coś za plecami.
Spojrzała w kierunku, w którym zniknęło auto. Daleko było temu do improwizacji, wszystko mieli zaplanowane - ktoś czekał w uliczce i ją obserwował, wiedząc, że ten drugi ktoś załatwi sprawę w kawiarni i pobiegnie prosto w to miejsce. I to była myśl, która naprawdę ją niepokoiła. - Mamy - przytaknęła w odpowiedzi. - Bo to nie była przypadkowa strzelanina. Jeden kulka prosto w głowę twojego informatora, a reszta była tylko zbędnym pokazem - Miles nie zginął dlatego, że znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Nie żył, bo ktoś wiedział, że tam będzie i że porozmawia z detektywem. - Ktoś wiedział, że dla ciebie donosił.
Widząc jego napięcie, to jak ciężko oddychał, jak jego ramiona pracowały pod materiałem płaszcza, znowu poczuła niezrozumiałe przyciąganie. To uczucie przychodziło niespodziewanie; w najmniej oczekiwanym momencie nagle pragnęła go zrozumieć. Pragnęła, żeby pozwolił jej sobie pomóc. Mogła to zrobić, i z czego właśnie po raz pierwszy zdała sobie sprawę, c h c i a ł a to zrobić. Zbliżywszy się jeszcze o krok, odezwała się ściszonym głosem. - Przykro mi z powodu Milesa - zacisnęła dłoń w piąstkę, bo była pewna, że poczuła mimowolny ruch - tę chęć, aby ją podnieść i zimnymi palcami przesunąć po siniaku, który już zdążył uformować się na jego skroni w bolesną pamiątkę po uderzeniu. Jeszcze nienazwane coś pchało ją w ogień i coraz ciężej było jej nad tym panować.
Dźwięk syren policyjnych wyrwał ją z chwilowego transu. Nie odsunęła się, ale odzyskała rezon. - Rhys - pierwszy raz nazwała go imieniem; dotychczas zawsze używała jego nazwiska, jakby przejście do tej lżejszej formy było krokiem w kierunku przesadnej poufałości. - Mam wrażenie, że to była wiadomość skierowana do ciebie - bo w końcu kto chciałby zabijać przypadkowego ćpuna na oczach innych ludzi? Jeśli ktoś wiedział, że chłopak donosił, to mógł zamknąć mu usta w każdym innym miejscu, upewniając się, że nikt nie zauważy jego zniknięcia. Tymczasem tutaj wszystko było precyzyjnie dostosowane - i czas, i miejsce, i ludzie.
A ona była tylko nic nieznaczącym dodatkiem, bo przecież wcale nie miału jej tu być.

Rhys Madden

the bane of my existence

: czw lut 26, 2026 9:41 pm
autor: Rhys Madden
Tak, jak jej nie przyszło nawet do głowy by go strofować, by przypomnieć, że miał uciekającego w garści, tak on nawet przez chwilę nie ulokował swojej wściekłości w Margo. Wręcz przeciwnie, w tej chwili całkowicie rozumiałby ją, gdyby sama go szturchnęła, oskarżając o bycie niekompetentnym - bo w tej jednej sytuacji miała ku temu powody.
Zawahał się. Kosztowało go to pulsujący ból w skroni i żebrach, ale przede wszystkim świadomość odniesionej porażki. Wiedział też, że musiała dostrzec tę szamotaninę - nie myślał, że doszukiwała się w tym drugiego dna, ale musiała widzieć, że nie p o d o ł a ł.
A samo to piekło bardziej, niż byłby w stanie się tego spodziewać.
Nie - to, co bolało go w tej chwili bardziej to fakt, że musiał to przyznać. Musiał okazać się słabszy od swojego przeciwnika, czy też mięśniowo, czy strategicznie, ponieważ nie mógł zdradzić Mercer powodu, dla którego faktycznie dostrzeżony przez niego symbol wprawił go w osłupienie.
- Zjebałem - warknął pod nosem, nie lokując swojej wściekłości w niej, ale pragnąc się odsunąć gdy przyglądała się z uwagą cieniowi, który powoli formował się na jego twarzy. Nie chciał jej współczucia, nawet jeśli chwilę temu to on sam z troską przesuwał dłońmi po jej ramionach, upewniając się, że nic jej się nie stało.
Nie powinno do tego dojść. Do dzisiejszego dnia, do dzisiejszej sytuacji. Nie powinno dojść do postrzału Milesa, który, mimo wszystko, był po prostu niewinnym chłopakiem zaplątanym w skomplikowanym systemie, ale przede wszystkim nie powinno do tego dojść z rąk mafii, z którą Madden zaznajomiony był tak dobrze.
Nie wiedział, że byli powiązani z tą sprawą. Do teraz.
- Nie była - mruknął na potwierdzenie, bo choć wszyscy inni mówiliby o przypadkowej ofierze strzelaniny w tej dzielnicy, które przecież się zdarzały, oni znali prawdę. Wiedzieli, że pierwszy strzał padł celnie, prosto w czaszkę informatora.
Jej bliskość na moment przerwała strumień myśli, które rzuciły się w pogoń za nieprzyjemnymi wnioskami. Wyrwała go z procesu, w który automatycznie wchodził, jak zwykle, s a m, choć teraz miał też perspektywę, którą nie mógł się z nią podzielić. Uniósł wzrok, dotychczas utkwiony w losowym punkcie przestrzeni, przenosząc go na stojącą obok kobietę.
- Jesteś ranna - wychrypiał, w odpowiedzi gdy wspomniała o nieruchomym ciele informatora, które pozostawili w kawiarni kilka ulic wcześniej. W chwili, w której szyba roztrzaskała się na milion kawałków, jego żołądek zwinął się w supeł, z którego nie był w stanie się wydostać, lecz jej obecność skupiała jego myśli na jednym punkcie, jednej osobie.
Jego dłoń drgnęła lekko, w nagłej potrzebie sięgnięcia do strużki krwi, która zastygła na jej policzku, starcia jej, usunięcia tej skazy. Zamiast tego odwrócił się, szukając innego punktu zaczepienia - takiego, który były właściwy, racjonalny. Pochylił się, sięgając po broń porzuconą przez mężczyznę, chwycił ją w palce nie chcąc zostawiać na niej zbyt wielu odcisków.
Jego własne imię dźwięczało w jego głowie, wypowiedziane kobiecym głosem. Brzmiało inaczej, niż gdy posługiwali się nim inni. Miękko, ciepło.
- To była wiadomość skierowana do nas - odparł, wpatrując się w porzuconą broń, z pewnością niezarejestrowaną. - Ten gość miał tatuaż. Zobaczyłem go gdy się wyrywał.
Ignorując dźwięk nadciągających syren, uniósł wzrok znad broni na stojącą naprzeciw brunetkę.
- Ktokolwiek stoi za tymi morderstwami, jest powiązany z Ventrescą.

margo mercer