Silnik jeszcze nie pracował. W aucie było duszno, jakby powietrze stało się gęstsze od słów, które padły. Przez krótką chwilę Margo patrzyła przed siebie, nie odwróciła się od razu, nie rzuciła riposty. Jego osąd, szybki, wygodny i uproszczony, zawisł między nimi jak coś brudnego.
Idealnie przystrzyżony trawnik. Dwójka kochających rodziców. Rzucanie forsą.
Jej szczęka napięła się niemal niezauważalnie.
- Skończyłeś już pisać moją biografię? - zapytała w końcu cicho; jeszcze nie pozwoliła emocjom przejąć nad nią kontroli.
Odwróciła się w jego stronę powoli.
- Masz niesamowity talent do zakładania, że wiesz wszystko o ludziach, których nawet nie próbujesz poznać - jej głos nie drżał; jeszcze
nie drżał. Krótki, ostry uśmiech przeciął jej twarz.
- Gratuluję. Właśnie udowodniłeś, że robisz dokładnie to, o co mnie oskarżasz - nie odwróciła wzroku, kończąc swoją myśl:
- Upraszczasz - miała ochotę nawet uderzyć dłonią o dłoń, aby tym teatralnym gestem podkreślić sens swoich słów. Być może sama wyrokowała, być może powinna w pewnych momentach ugryźć się w język i z pokorą pochylić głowę, ale w walce, bo tym właśnie była ich praca - nieustającą walką, z nim nie odczuwała najmniejszej potrzeby kajania się. Nie przed kimś, kto na sumieniu miał więcej niż ona. A nie zdawała sobie sprawy z tego jakie sekrety chował w rogu swojej szafy.
W aucie było tak cicho, że słychać było ich oddechy.
- Powinieneś wiedzieć, że nie wszyscy, którzy nie skończyli z igłą w ręku mieli łatwo, Madden - to było pierwsze pęknięcie.
- I nie wszyscy, którzy mieli ciężko, mają monopol na moralność - uniosła brew, widząc jego cofnięcie ręki przy jej
jedź. Zauważyła ten gest. Zauważyła, jak bardzo potrzebował nie podporządkować się jej słowu.
Powinnaś czasem spojrzeć w lustro, Margo. To było to. To jedno zdanie, które przestawiło coś w jej wnętrzu o kilka stopni.
Kiedy wspomniał o
patrolówce i
dziurze, z której się wydostała, jej spojrzenie przesunęło się w jego stronę powoli, jakby dawała mu jeszcze jedną szansę, by się wycofał. Nie zrobił tego. Jego ton był wyższy niż zwykle, ostry. Zraniona duma brzmiała w każdym słowie - mówił o efektach, o papierologii, o tym, że inni doceniają mniej pracy przy biurku. Mówił tak, jakby ona była jedyną osobą, która mu tę wygodę odbierała.
- Skończyłeś? - zapytała cicho.
- Bo jeśli tak, to pozwól, że ja coś powiem - odwróciła się do niego dopiero wtedy, gdy skręcił w boczną ulicę. Każdy jego ruch, odsłaniał napiętą linię szczęki.
- Mówisz o zaufaniu, jakbyś w ogóle wiedział, co to znaczy - zaczęła spokojnie, kontrolowała swój głos zdecydowanie za bardzo.
- Mówisz, że kwestionuję wszystko, co robisz. Może dlatego, że nigdy nie uznałeś mnie za partnera - zrobiła krótką pauzę, a gdy tylko próbować wtrącić coś pomiędzy jej słowa, pokręciła głową, dając mu wyraźny znak, żeby tego nie robił, żeby pozwolił jej dokończyć. Miał swoją okazję do przemowy, teraz jej kolej.
- Od pierwszego dnia traktujesz mnie jak intruza - jej oddech przyspieszył nieznacznie, choć nieudolnie starała się to ukryć.
- Nie jak kogoś, kto ma z tobą pracować. Tylko jak problem, który trzeba przeczekać albo zepchnąć na bok - przez moment w aucie było słychać tylko opony sunące po asfalcie.
- I wiesz co? - dodała ciszej.
- Mam dość udawania, że to mnie to nie rusza - odwróciła się do niego całym ciałem. I wtedy puściło.
- W pierwszej chwili, w której mnie poznałeś, kazałeś mi iść zaparzyć sobie pieprzoną kawę - warknęła, wszystkie trzymane na wodzy emocje, zostały wypuszczone wolno. Nikt inny nie potrafił wyprowadzić jej z równowagi tak szybko, tak sprytnie, tak celowo.
- W drugiej chwili zasugerowałeś, że zdobyłam swoją posadę nie ciężką pracą, a długim jęzorem za zamkniętymi drzwiami kogoś na górze - wyliczała.
- W trzeciej chwil, zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek zrobić, powiedziałeś, że nie chcesz żebym była twoją partnerką i przekonam się, jak wielka kara mnie spotkała - jej dłonie uniosły się w bezradnym geście, jakby naprawdę nie mogła uwierzyć, że musi to wszystko przypominać.
- W czwartej chwili kazałeś mi zapomnieć o tym, że czegokolwiek się od ciebie nauczę - jej śmiech był krótki, pozbawiony humoru.
- A kiedy znudziło ci się zgrywanie pieprzonego pana świata, postanowiłeś flirtować ze mną na przyjęciu pożegnalnym swojego partnera - jej spojrzenie było twarde, miała dość jego bzdur.
- Przestań więc pieprzyć o tym, że kwestionuję wszystko co robisz, bo do tej pory nie dałeś mi ani j e d n e g o powodu, żebym robiła inaczej - w samochodzie zrobiło się duszno. I po raz pierwszy to ona przestała być opanowana.
Nie wyglądała już jak detektyw analizująca fakty, wyglądała jak kobieta, która przez tygodnie gryzła się w język - i w końcu przestała.
Rhys Madden