Strona 2 z 2

for the fuckteenth time

: czw mar 12, 2026 7:30 pm
autor: Debbie McDowell
Nadwyrężanie jego gościnności nie spoczywało w jej zamiarach. Nie chciała zatrzymać się u niego na skrajnie długi czas, ponieważ w takich okolicznościach Tracy najpewniej w końcu rzeczywiście miałby jej dosyć. To mieszkanie nie było przecież przystosowane do tego, aby pomieścić w nim dwie osoby - nie takie, które nie pozostawały ze sobą w bliższym związku, a przecież ich dwójki to nie dotyczyło. Byli wyłącznie kolegami, a Debbie nie chciała tej relacji popsuć. Odpowiadało jej to, jak się między nimi układało.
Nie sądziła jednak, że zwrócenie się o pomoc akurat do niego mogłoby okazać się błędem. Raynott przecież nie tylko nie odesłał jej z kwitkiem, ale dodatkowo sprawiał wrażenie zaangażowanego w to, aby poczuła się tu jak u siebie. Ta świadomość sprawiła, że Debbie poczuła się naprawdę miło. Zrozumiała, że mogła liczyć na niego nie tylko wtedy, kiedy chodziło o rozgrzanie miejsca w jej łóżku.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy teraz mu się przyglądała. Być może przypisywała sobie tytuł najlepszej współlokatorki na świecie trochę bezpodstawnie, ale to wcale nie znaczy, że nie zamierzała o niego zawalczyć. Jakoś musiała mu się przecież odwdzięczyć za to, co zamierzał dla niej zrobić.
I nie, nie myślała tutaj o wspólnych prysznicach. Choć też nie zamierzała ich wykluczyć.
Na start mogę zaproponować kolację. Jutro, bo pewnie będę musiała zrobić zakupy — stwierdziła, jakoś nie do końca przekonana do tego, że w jego lodówce znalazłaby wszystko to, co przydałoby jej się do ewentualnego gotowania. Zresztą, dzisiejszego wieczora i tak miała już dość wszelkich wrażeń, dlatego chciała już tylko odpocząć. — Ale musisz ładnie się ubrać. Nie siadam do stołu z nieeleganckimi kawalerami — stwierdziła, lekko marszcząc przy tym nos. Sposób, w który przy okazji na niego spojrzała, sugerował jednak, że jej zdaniem niczego mu nie brakowało. Jak zawsze zresztą, teraz także prezentował się nienagannie.
Widząc jego rozbawienie, Debbie uniosła dłonie w obronnym geście. Na jej twarzy też cały czas majaczył uśmiech. To w końcu nie tak, że zamierzała nadmiernie martwić się jego relacjami z innymi kobietami. — Mówiłam. Naprawdę jestem najlepszą współlokatorką na świecie — zadeklarowała, podczas gdy wesoły grymas na jej twarzy jeszcze się poszerzył. Mogła tłumaczyć się tym, że życzyła mu wszystkiego, co najlepsze, choć według tej definicji… Czy nie powinien zadowolić się swoją w s p ó ł l o k a t o r k ą?

Tracy Raynott