Please, shake me from my lovesick dream
: ndz mar 22, 2026 9:30 pm
Kiedy zapytała, czy nakrzyczał kiedyś na pacjenta, parsknął cicho pod nosem i odchylił się lekko na krześle, obracając szklankę między palcami.
– Zdarzyło mi się kilka razy... – zaczął powoli, ale po chwili skrzywił się lekko. – Ale to było na początku mojej kariery. - ostatecznie uciął temat. Pokręcił głową, jakby tamta scena wróciła do niego na moment bardzo wyraźnie. To było bardzo na świeżo po utracie Jenny. Nie chciał do tego wracać... nie chciał wracać myślami do Niej. Jen należała do świata tylko kilka minut po przebudzeniu, nigdy nie pozwalał sobie na więcej.
– Najgorsze jest to, że jak już krzyczysz, to wiesz, że to nic nie da. To jest tylko moja frustracja, a nie forma pomocy. I tym bardziej to dystansuje od pacjenta. Chociaż tak jak powiedziałem, czasem puszczają nerwy. Najtrudniej zaakceptować fakt, że nie każdemu można pomóc - jak się zaakceptuje ten fakt to potem jest z górki. - Patrzył, jak opiera podbródek na dłoni i nachyla się lekko w jego stronę, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a nie tylko podtrzymywała rozmowę z grzeczności. I znowu pojawiło się w nim to dziwne uczucie, że ta rozmowa nie jest jedną z wielu, które prowadzi się i zapomina po pięciu minutach. To było zaskakująco odświeżające, jakby ktoś na chwilę zdjął mu z ramion ciężar, którego na co dzień już nawet nie zauważał, bo był do niego przyzwyczajony jak do własnego cienia.
Obserwował, jak przygotowuje drinka dla tamtego mężczyzny i niemal natychmiast zauważył zmianę w jej postawie. To nie było nic oczywistego dla kogoś, kto jej nie znał, ale Horacy już dawno musiał nauczyć się czytać ludzi po drobnych sygnałach. Nie musiał słyszeć rozmowy, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak.
Kiedy mężczyzna złapał ją za nadgarstek, Horacy poczuł znajome zimne skupienie, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Na oddziale oznaczało to, że ktoś właśnie przestaje oddychać albo że za chwilę trzeba będzie podejmować decyzje szybciej, niż jest to komfortowe.
Tutaj sytuacja była inna, ale jego organizm zareagował podobnie. Najpierw obserwacja. Ocena. Dopiero potem działanie.
Zauważył, jak Lina próbuje spokojnie uwolnić rękę, jak jej głos się zmienia, jak w tym jednym krótkim zdaniu pojawia się twardość, której wcześniej nie było.
Nie wstał od razu. Nie wtrącił się. Jeszcze nie.
Zamiast tego sięgnął po telefon, jakby coś sprawdzał, jakby nagle przypomniał sobie o czymś zupełnie niezwiązanym z sytuacją przy barze. Przez kilka sekund patrzył w ekran, choć tak naprawdę niczego nie czytał.
Potem podniósł głowę i odezwał się spokojnie, normalnym tonem, jakby kontynuowali zupełnie zwyczajną rozmowę sprzed chwili.
– Lina – powiedział, spoglądając na nią, a potem jakby z lekkim zaskoczeniem na ekran telefonu. – Maggie napisała, że mamy po drodze do niej odebrać jeszcze indyjskie jedzenie. Z tej knajpy co zawsze. - Powiedział to najbardziej naturalnie jak potrafił, dokładnie tak jakby naprawdę byli umówieni i zaraz mieli gdzieś jechać.
Nie patrzył na Larry’ego wyzywająco. Nie podniósł głosu. Nie było w jego postawie agresji. Był za to spokój człowieka, który jest absolutnie pewny swojej obecności w danej sytuacji i który nie widzi powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
I właśnie ten spokój często działał lepiej niż podniesiony głos.
Liyana Sinclair
– Zdarzyło mi się kilka razy... – zaczął powoli, ale po chwili skrzywił się lekko. – Ale to było na początku mojej kariery. - ostatecznie uciął temat. Pokręcił głową, jakby tamta scena wróciła do niego na moment bardzo wyraźnie. To było bardzo na świeżo po utracie Jenny. Nie chciał do tego wracać... nie chciał wracać myślami do Niej. Jen należała do świata tylko kilka minut po przebudzeniu, nigdy nie pozwalał sobie na więcej.
– Najgorsze jest to, że jak już krzyczysz, to wiesz, że to nic nie da. To jest tylko moja frustracja, a nie forma pomocy. I tym bardziej to dystansuje od pacjenta. Chociaż tak jak powiedziałem, czasem puszczają nerwy. Najtrudniej zaakceptować fakt, że nie każdemu można pomóc - jak się zaakceptuje ten fakt to potem jest z górki. - Patrzył, jak opiera podbródek na dłoni i nachyla się lekko w jego stronę, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a nie tylko podtrzymywała rozmowę z grzeczności. I znowu pojawiło się w nim to dziwne uczucie, że ta rozmowa nie jest jedną z wielu, które prowadzi się i zapomina po pięciu minutach. To było zaskakująco odświeżające, jakby ktoś na chwilę zdjął mu z ramion ciężar, którego na co dzień już nawet nie zauważał, bo był do niego przyzwyczajony jak do własnego cienia.
Obserwował, jak przygotowuje drinka dla tamtego mężczyzny i niemal natychmiast zauważył zmianę w jej postawie. To nie było nic oczywistego dla kogoś, kto jej nie znał, ale Horacy już dawno musiał nauczyć się czytać ludzi po drobnych sygnałach. Nie musiał słyszeć rozmowy, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak.
Kiedy mężczyzna złapał ją za nadgarstek, Horacy poczuł znajome zimne skupienie, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Na oddziale oznaczało to, że ktoś właśnie przestaje oddychać albo że za chwilę trzeba będzie podejmować decyzje szybciej, niż jest to komfortowe.
Tutaj sytuacja była inna, ale jego organizm zareagował podobnie. Najpierw obserwacja. Ocena. Dopiero potem działanie.
Zauważył, jak Lina próbuje spokojnie uwolnić rękę, jak jej głos się zmienia, jak w tym jednym krótkim zdaniu pojawia się twardość, której wcześniej nie było.
Nie wstał od razu. Nie wtrącił się. Jeszcze nie.
Zamiast tego sięgnął po telefon, jakby coś sprawdzał, jakby nagle przypomniał sobie o czymś zupełnie niezwiązanym z sytuacją przy barze. Przez kilka sekund patrzył w ekran, choć tak naprawdę niczego nie czytał.
Potem podniósł głowę i odezwał się spokojnie, normalnym tonem, jakby kontynuowali zupełnie zwyczajną rozmowę sprzed chwili.
– Lina – powiedział, spoglądając na nią, a potem jakby z lekkim zaskoczeniem na ekran telefonu. – Maggie napisała, że mamy po drodze do niej odebrać jeszcze indyjskie jedzenie. Z tej knajpy co zawsze. - Powiedział to najbardziej naturalnie jak potrafił, dokładnie tak jakby naprawdę byli umówieni i zaraz mieli gdzieś jechać.
Nie patrzył na Larry’ego wyzywająco. Nie podniósł głosu. Nie było w jego postawie agresji. Był za to spokój człowieka, który jest absolutnie pewny swojej obecności w danej sytuacji i który nie widzi powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
I właśnie ten spokój często działał lepiej niż podniesiony głos.
Liyana Sinclair