Polerując szklankę poczuła delikatne szarpnięcie, które ktokolwiek inny być może by zignorował, ale nie ona. Podniosła ją wyżej, na wysokość swoich oczu; nie myliła się – malutki kawałek szkła odłupał się od całości, wyszczerbiając szklankę. Bez chwili wahania wyrzuciła ją do kosza i sięgnęła po kolejną.
Praca za barem mogła wydawać się powtarzalna – upływająca na tych samych schematach.
Nalej, potrząśnij, dodaj lodu, przelej do kieliszka, podaj. Nawet butelki z alkoholami stały w zawsze tej samej konfiguracji. Te najczęściej podawane niżej, żeby łatwo było po nie sięgnąć, te rzadkie, luksusowe, zamawiane raz na jakiś czas, wysoko, tak, że Liyana wspinała się wówczas na palce stóp, balansując na granicy walki z własnym ciałem, które napinało się wtedy całe. Dziś jeszcze jej się to nie zdarzyło. Była właściwie z tego powodu zadowolona, bo po tym, jak wczoraj zdjęto jej szwy z rany na ramieniu, te okolice trochę ją bolały przy gwałtowniejszych ruchach. Ale i tak cieszyła się, że nie musi już niczym jej osłaniać, jak to robiła zazwyczaj w pracy, przez to, że ubierała się dość lekko – zazwyczaj w bluzki na cienkich ramiączkach, bo wiecznie było jej za ciepło.
Wbrew pozorom jej dni tutaj nie były takie same. Zmieniały się twarze klientów, zmieniały się problemy, z którymi nierzadko musiała się mierzyć. Jednego dnia wystarczyło, że weszła pomiędzy kłócących się mężczyzn, żądając, by przestali się zachowywać jak idioci (z tego co zrozumiała jeden był mężem, a drugi kochankiem stojącej nieopodal kobiety, która wyglądała, jakby żałowała znajomości z każdym z nich), kolejnego musiała wytoczyć cięższe działa i zadzwonić po ochronę. Dziś było spokojnie i Lina miała nadzieję, że to już się nie zmieni.
Whiskey sour na dymnej.
Liyana tylko rzuciła za siebie okiem, zbyt pośpiesznie, żeby wyłapać cokolwiek znajomego w siedzącej przy barze sylwetce.
–
Robi się. – Odłożyła szklankę i ścierkę na bok, unosząc spojrzenie na stojące w równych rzędach butelki. Szybko znalazła tę, której szukała. Świetnie, środkowa półka. Sięgnęła po nią, a potem po resztę składników, których używała do tego drinka, w tym to na podkręcenie smaku. Kilka mocnych potrząśnięć shakerem (i kilka pociągnięć w miejscu, gdzie skóra jeszcze się goiła) i wylała całość do szklanki, z zadowoleniem patrząc, że wyszła jej idealna pianka. Całość udekorowała plasterkiem suszonej pomarańczy i odwróciła się, przesuwając szklankę w stronę mężczyzny.
–
Proszę – mówiąc to podniosła wzrok na twarz klienta, a na jej własnej odmalował się wyraz zaskoczenia. –
To pan – wyrwało jej się, a dopiero kilka sekund potem coś do niej dotarło. –
Zszywał mi pan ramię jakieś dwa tygodnie temu – powiedziała, na wypadek gdyby lekarz jej nie pamiętał, co nie byłoby zaskakujące, biorąc pod uwagę ilu pacjentów przewijało się przez oddział ratunkowy. W większości na pewno dużo bardziej ciekawych przypadków niż ten jej. Przez chwilę przyglądała mu się, nawet nie przejmując tym, że mógłby czuć się z tym niezręcznie.
–
Ciężki dyżur? – spytała odruchowo, w końcu puszczając szklankę z jego drinkiem i cofając dłoń. Sięgnęła po ścierkę i niby od niechcenia przetarła blat nieopodal, w miejscu gdzie niedawno siedział inny klient. Teraz przy samym barze nie było nikogo, prócz lekarza.
Horacy Bell