Strona 2 z 2

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 8:27 am
autor: margo mercer
Wnętrze restauracji okazało się dokładnie takie, jakiego potrzebowała; przed nimi rozciągała się niemal czarna tafla jeziora, a woda była spokojna, jedynie pojedyncze refleksy świateł z drugiego brzegu migotały w oddali, jakby ktoś rozsypał na niej drobne iskry. Odsunęła lekko krzesło i usiadła, pozwalając sobie przez chwilę chłonąć tę atmosferę. Było tu wystarczająco cicho, by mogli rozmawiać bez podnoszenia głosu, a jednocześnie wystarczająco gwarno, żeby nikt nie zwracał na nich uwagi. Idealne miejsce, żeby na chwilę zapomnieć.
Kiedy Rhys wspomniał o luźnych obyczajach, jej brwi uniosły się minimalnie, a na ustach pojawił się rozbawiony uśmiech. Wspierając się rękoma o stół, przyglądała mu się z tą charakterystyczną mieszanką niewinności i prowokacji, która tak często poprzedzała ich drobne starcia. - Nie mam pojęcia o czym mówisz - odpowiedziała z absolutną powagą; na sekundę zawiesiła spojrzenie na jego twarzy, jakby naprawdę była zaskoczona, że w ogóle przeszło mu to przez myśl. - Mówiłam o kinie - dodała po chwili spokojniej. - Trudno prowadzić rozmowę, kiedy ktoś próbuje przekrzyczeć eksplozje na ekranie - kącik jej ust drgnął lekko. - Albo o kręgielni. Tam też rozmowy zwykle kończą się na twoja kolej - nie poddawała się; mogłaby grać w tę grę bez końca.
Gdy kelner podszedł do stolika nie sięgnęła nawet po kartę menu. Obserwowała z wyraźnym rozbawieniem, jak Madden przejmuje inicjatywę i składa zamówienie w sposób, który na twarzy młodego chłopaka wywołał autentyczną konsternację. Dwa razy cokolwiek nie należało do najbardziej precyzyjnych wskazówek kulinarnych. Pracownik spojrzał na nią, jakby szukał ratunku, a ona tylko wzruszyła lekko ramionami, nachylając się odrobinę nad stołem. - Proszę się nie martwić - powiedziała konspiracyjnym tonem. - Pan obok bywa bardzo niezdecydowany w każdej życiowej kwestii - jej spojrzenie przesunęło się na moment w stronę Maddena. - Dlatego zwykle zostawia podejmowanie decyzji komuś innemu - przeniosła uwagę na partnera.
Oparła się wygodniej na krześle, splatając palce na blacie stołu. - Ja czytam wyłącznie romanse - wtrąciła mimowolnie, bez grama wstydu. - Moby Dick pasuje do ciebie perfekcyjnie - kącik jej ust uniósł się minimalnie, kolejny raz. - Człowiek, który uparcie goni coś, co prawdopodobnie go zniszczy - powiedziała to lekko, niemal żartobliwie, ale w jej spojrzeniu przez ułamek sekundy pojawiło się coś bardziej uważnego. Widziała, że Rhys miał w sobie coś z tej samej upartej determinacji; ten sposób w jaki szedł do przodu nawet kiedy wszystko dookoła sugerowało, że może warto byłoby choć na chwilę zwolnić. Jakby w jego słowniku nie istniało coś takiego jak cofnięcie się o krok nawet jeśli czasem oznaczało to wpakowanie się w sytuację, która rozsądnej osobie powinna zapalić w głowie przynajmniej kilka czerwonych lampek.
Na sugestię o ulubionej aktywności, Margo machnęła dłonią ponaglająco zanim kelner zdążył się oddalić na dobre. - Tak? - rzuciła, jakby zachęcała go do dokończenia myśli. Po chwili jednak sama przejęła inicjatywę, nachylając się lekko. - Pozwól mi zgadnąć... czy to będzie wyganianie mnie po kawę, kiedy sam nie masz ochoty ruszyć się zza biurka? - uniosła jeden palec. - Czy może zmuszanie mnie, żebym po pracy przyjeżdżała w miejsca, w których absolutnie nie powinnam się pojawiać? - drugi palec. - Albo testowanie, czy jestem równie dobrym lekarzem, co gliną? - jej spojrzenie na moment zatrzymało się na nim, a w uśmiechu pojawiła się nuta prowokacji.
- To twoje ulubione aktywności, Madden? - oparła się z powrotem na krześle, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi, choć doskonale wiedziała, co miał na myśli.

Rhys Madden

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 12:03 pm
autor: Rhys Madden
Znał tę minę aż za dobrze - subtelne wygięcie ust, które na pierwszy rzut oka miały łagodny, niewinny wyraz. Niewinne słowa, których nie mogła podważyć osoba, która przypadkiem je usłyszała. I ten prowokacyjny błysk w jej spojrzeniu, który nadawał wszystkiemu, co mówiła, zupełnie innego podtekstu.
Mieszanka, od której jego serce przyśpieszało nieco w swoim biegu, w ciele pojawiało się napięcie, wzrok przestawał krążyć po restauracji czy wyglądać w stronę ciemnego jeziora, świat wokół tracił na znaczeniu. Śledził sposób, w jaki kosmyki jej włosów wymykały się zza ucha, muskając zaróżowione policzki. Jak poruszały się usta, wypowiadając te wszystkie argumenty o zbereźnym znaczeniu.
- Nie wyglądasz mi na fankę kręgli - zauważył niewinnie, podtrzymując fasadę sensownej konwersacji, która nie posiadała zbyt silnych fundamentów.
Z trudem oderwał od niej wzrok by spojrzeć na skonfundowanego kelnera. Był w stanie z nim sympatyzować - nie prosił się o dołączenie do małej gry toczącej się między nimi i prawdopodobnie jedyne, czego chciał, to możliwość wykonania swojej pracy bez zbędnych problemów. Głęboko skrywana w nim empatia zadecydowała, że zostawi mu po tym wszystkim napiwek.
Bardzo głęboko, bo złośliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy gdy tylko usłyszał wyjaśnienia padające z ust Margo.
- Cóż bym zrobił bez ciebie? - odpowiedział zaczepnie, dając przy tym sugestię kelnerowi, by się oddalił i przekazał ich niecodziennie zamówienie w kuchni. Dla niego, prawdopodobnie w ich złośliwościach nie było podszytego, drugiego dna - tylko sama agresja kłócącej się dwójki ludzi.
Madden opadł na oparcie krzesła, rozsiadając się wygodniej gdy słuchał tego, co miała do powiedzenia na temat książek. Romanse jednocześnie kompletnie nie pasowały mu do jego obrazu Margo Mercer, jak i wydawały się idealną kombinacją, która wyjaśniała bardzo wiele.
- Szukasz w nich wskazówek? - odrzucił beztrosko, nawiązując do jej posługiwania się kimś zupełnie innym by wzbudzić jego zazdrość - ale nie zamierzał wypowiadać nazwiska Evansa głośno. Zostawili go na parkingu przed komisariatem i jego myśli rzadko kiedy wracały do tamtej chwili. Podobnie jak mężczyzna, którego ta chwila dotyczyła, oboje byli już przeszłością.
Po odejściu kelnera znów zostali sami - ponieważ trudno było skupić się na siedzących w pobliżu ludziach, którzy prawdopodobnie nie przysłuchiwali się zbyt mocno ich konwersacji, o ile w ogóle mogli ją usłyszeć.
- Robisz bardzo dobrą kawę - przytaknął, gdy pierwszy palec został uniesiony w górę. - Jesteś sumiennym pracownikiem - kontynuował, dopowiadając po każdym jej zdaniu własne. - Z tego co sprawdzałem, jeszcze nie umarłem.
Przytaknął z uznaniem, przyjmując jej odpowiedzi jako wartościowe - ale tak, jak jej oczy zdradzały prowokację, jego stanowiły jej lustrzane odbicie.
- Między innymi - przyznał i wyłącznie diabelski uśmiech zdradzał słowa, które miały paść następne. - Lubię też kłaść cię na mojej kanapie i doprowadzać do stanu, w którym błagasz o więcej.
Kelner odchrząknął, trzymając na tacy dwie szklanki wody.

margo mercer

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 12:46 pm
autor: margo mercer
Przez krótką chwilę wyglądała dokładnie tak, jakby naprawdę nie wiedziała, co z tym zrobić. Nie dlatego, że powiedział coś szczególnie szokującego, w końcu zdążyła się już przyzwyczaić do tego, jak bezceremonialnie potrafił rzucać zdaniami, które w ustach kogokolwiek innego zabrzmiałyby znacznie bardziej nie na miejscu. Raczej dlatego, że zrobił to z tą swoją absolutnie niewinną miną, która w zestawieniu z treścią zawsze działała na nią w sposób niebezpiecznie skuteczny.
Na szczęście kelner odchrząknął.
Odwróciła głowę w jego stronę, przyjmując szklankę wody z taką powagą, jakby przed chwilą nie padło zdanie, które zdecydowanie nie powinno było wybrzmieć w restauracji. Młody chłopak postawił drugą szklankę przed Maddenem i wycofał się z wyraźną ulgą, jak człowiek, który nie chciał wiedzieć nic więcej o tym, co działo się przy tym stoliku. Dopiero gdy oddalił się na bezpieczną odległość, Margo wróciła spojrzeniem do Rhysa, a w jej oczach pojawił się znajomy błysk, który zapowiadał, że absolutnie nie zamierza puścić tego mimochodem.
Przez chwilę nic nie mówiła. Zamiast tego przesunęła dłoń po blacie stołu, jakby robiła to zupełnie bezmyślnie. Jej palce sunęły po drewnie powoli, aż w końcu zatrzymały się przy jego ręce. Dotknęła jej lekko, ledwie muśnięciem opuszków, które trudno byłoby uznać za coś więcej niż przypadek, gdyby nie to, że chwilę później jej palce splotły się z jego na moment, zanim znów się rozluźniły. - Teraz już w pełni rozumiem twoje uwielbienie dla Moby Dicka - kącik jej ust drgnął. - Ta obsesja zaczyna nabierać sensu, ale wybrałeś sobie znacznie bardziej problematyczny cel - w domyśle - ją. Przesunęła powoli kciukiem po jego wciąż zaczerwienionych knykciach, zupełnie jakby mówiła o czymś niewinnym; uniosła wzrok na jego twarz i przez moment pozwoliła tej myśli zawisnąć między nimi.
W końcu oparła się wygodniej na krześle, choć jej dłoń wciąż pozostawała blisko jego. Gest nie był nachalny ani demonstracyjny, a spokojny, naturalny, jakby od chwili, gdy wysiedli z samochodu, bliskość między nimi przestała być czymś nad czym trzeba było się zastanawiać. - A skoro już o tym mowa… - zaczęła po chwili, przyglądając mu się lekko przechylając głowę. - Co właściwie stało się z tą całą teorią o tym, że jesteś dla mnie absolutnie nieodpowiedni? - pozwoliła temu pytaniu wybrzmieć, jakby sama rozważała jego sens. Pamiętała przecież bardzo dobrze wszystkie te rozmowy, w których Madden z uporem przekonywał ją, że to z ł y pomysł; że powinna trzymać się od niego z daleka; że nic dobrego nie może z tego wyniknąć.
Teraz siedzieli naprzeciwko siebie przy stoliku w restauracji nad jeziorem i trudno było udawać, że to tylko przypadek. - Byłeś w tej kwestii bardzo przekonujący - dodała ciszej, a w jej głosie pojawiła się nuta rozbawienia. - Zaczynam się zastanawiać czy to była prawdziwa troska czy raczej bardzo skomplikowany sposób, żeby mnie do tego wszystkiego zachęcić - uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był spokojny i miękki. W tym momencie nie wyglądała na kogoś kto próbuje wygrać kolejną słowną potyczkę. Raczej na osobę, która z autentyczną ciekawością próbuje zrozumieć mechanizm stojący za jego wcześniejszymi decyzjami.
Jej palce przesunęły się jeszcze raz po jego dłoni, jakby ten drobny gest był przedłużeniem rozmowy.

Rhys Madden

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 2:21 pm
autor: Rhys Madden
W żaden sposób nie zwracał uwagi na skonsternowanego kelnera, który nie wiedział do końca jak powinien się zachować. Byli w tej restauracji pierwszy raz i prawdopodobnie ostatni, o ile cokolwiek nie okaże się zmieniającym życie przepisem, do którego będą chcieli wracać. Znajdowali się też na tyle daleko od posterunku czy miejsca ich zamieszkania, że wątpił, by ktokolwiek znajomy widział teraz ich grę.
Grę, którą o n a zaczęła - jak robiła to zawsze, z jednej strony oferując mu swoją miękkość i łagodność, z drugiej wbijając szpilki, przez które jedynie pragnął jej bardziej. Z satysfakcją teraz doświadczał jej wymownej ciszy, jakby szczerość, do której go prowokowała, wymagała komentarza, na który nie była jeszcze gotowa.
Rzucony tytuł książki był pierwszym, który nawinął mu się na język - ale teraz, gdy określiła siebie jako swój cel, musiał dostrzec w nim prawidłowość tej metafory. Pragnął t e g o - chwil takich jak ta, w których bliskość była czymś zupełnie normalnym, elementem ich codzienności, wspólnego życia, ale jednocześnie miał świadomość wysokości fal, które usiłowały go dogonić.
A także tego, że wkrótce to zrobią, pochłaniając go całkowicie.
- Lubię, kiedy rzeczy są skomplikowane - odrzucił, patrząc na jej dłoń, sunącą po drewnianym blacie w jego stronę.
Wyszedł jej naprzeciw, odrobinę, niemal niezauważalnie przesuwając się w stronę jej ręki. Odpowiadając na jej muśnięciem własnym, zahaczając swój palec o jej w tym drobnym, nieistotnym złączeniu, które jednocześnie wydawało się w tej chwili nierozerwalne.
Jej słowa przecięły ciszę, odnajdując wrażliwe podłoże, w którym mogły się ukorzenić. Jego wzrok zjechał w dół, w stronę ich dłoni tkwiących tak blisko siebie na blacie stołu. Uśmiech przygasł odrobinę, gdy to niewinne pytanie przywiodło na myśl tysiące nieprzyjemnych odpowiedzi. Odpowiedzi, których nie mógł jej zaoferować - ponieważ w ten egoistyczny sposób, pragnął utrzymać dłużej to, co było między nimi. Nie chciał tego tracić, nie chciał j e j tracić i choć w głębi duszy wiedział, że prędzej czy później to nastąpi, podtrzymywał iluzję własnej sprawczości - wierząc, że znajdzie rozwiązanie, wyjście z tej sytuacji, które nie zrani żadnego z nich. Żaden, fałszywy obraz nigdy nie wyglądał tak pięknie.
- Ponieważ jestem nieodpowiedzialny, impulsywny i łatwo wpadam w gniew - rozpoczął wyliczanie, jego usta znów rozchyliły się w lekkim uśmiechu, głos przyjął ton beztroski. Poprawił się nieco w krześle, orientując, że gdy dostrzegł jej dłoń sunącą w jego stronę, mimowolnie oderwał się od oparcia, pochylił w jej stronę. Ponieważ cię okłamuję. - Moja etyka pracy ma dużo do zarzucenia, jestem uparty i przyzwyczajony do robienia rzeczy po mojemu, nie ustępując nikomu innemu - kontynuował, choć w przeciwieństwie do niej, nie unosił ręki z wyliczaniem, choć robił to samo. Prawdopodobnie zabrakłoby mu palców. Ponieważ znikam w nocy, robiąc przysługi tym, których powinienem wsadzić za kraty. - Palę papierosy i nie przestanę, więc będę doprowadzać cię do szału. Wyjmuję złą whisky jak potrzebuję rozluźnienia. Nie dbam o to, co jem i kiedy, piję paskudną kawę, którą musisz mi rano robić - kącik jego ust uniósł się w górę w tej teatralnej zasłonie, maskującej wszystko to, co przechodziło mu teraz przez myśli. - Ponieważ nie wiesz o mnie wszystkiego, Margo. Ponieważ kogoś  z a b i ł e m. margo mercer

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 6:16 pm
autor: margo mercer
Zadziwiało ją jak łatwo potrafili wracać do rzeczy, które wydarzyły się dawno temu, jakby żadne słowo, które między nimi padło nigdy tak naprawdę nie znikało. Oboje nosili je gdzieś ze sobą, odkładali w pamięci na później, a potem wyciągali zupełnie niespodziewanie, w najmniej oczywistych momentach. Myślała kiedyś, że to tylko ona miała tę skłonność; że tylko ona z upodobaniem obracała jego własne zdania przeciwko niemu, wyciągała je po tygodniach, wplatała w rozmowę z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką złośliwości, ironii i sarkazmu. Była to przecież jej ulubiona forma komunikacji z nim - półżart, pół zaczepka, słowa podszyte czymś więcej, czego nigdy nie wypowiadała wprost.
Tymczasem Rhys wcale nie pozostawał w tyle. Już nie raz przyłapała go na tym, jak robi dokładnie to samo - sięga do przeszłości i przywołuje jej własne zdania z taką pewnością, jakby dopiero przed chwilą je usłyszał. Tak jak teraz. Tak jak z tymi skomplikowanymi rzeczami. Przecież to ona kiedyś powiedziała coś bardzo podobnego, niemal mimochodem, podczas jednej z tych rozmów, które miały być zwykłą wymianą złośliwości; a on zapamiętał. I teraz odwrócił to z lekkością, która sprawiała, że kącik jej ust uniósł się w cichym, nieco nieobecnym uśmiechu.
Bo miał rację.
Uwielbiał rzeczy skomplikowane. Sprawy trudne, niejednoznaczne, takie, które dla innych byłyby powodem, żeby się wycofać. Dla niego były wyzwaniem. Dla niej jednak to wszystko - ta relacja, to co rosło między nimi od tygodni wcale nie wydawało się tak zawiłe. W jej odczuciu było wręcz przeciwnie - proste, naturalne, oczywiste.
A może tylko bardzo chciała takie je widzieć.
Kiedy zaczął wymieniać kolejne rzeczy, te wszystkie cechy, które w jego ustach miały brzmieć jak lista ostrzeżeń, Margo przytaknęła lekko. Raz, potem drugi i jeszcze trzeci. Nie przerywała mu, nie wtrącała się, pozwalając mu mówić, jakby każde z tych zdań potwierdzało coś, co już dawno wiedziała.
Bo miał rację również w tym.
Był impulsywny; był uparty; był nieznośnie przekonany o własnej racji. Potrafił wpaść w gniew szybciej niż ktokolwiek powinien. Bywał niecierpliwy, nieprzewidywalny, momentami zupełnie nie do zniesienia. Nie lubił, gdy ktoś próbował nim kierować, robił wszystko po swojemu, często ignorując zdrowy rozsądek. Spóźniał się notorycznie, palił za dużo papierosów, pił złą whisky i jeszcze gorszą kawę. Żywił się byle czym, przeklinał częściej niż powinien i miał irytującą skłonność do zamykania się w sobie wtedy, gdy najbardziej chciało się do niego dotrzeć - to wszystko było prawdą.
A jednak kiedy patrzyła na niego teraz, siedzącego naprzeciwko niej przy tym stoliku, żadne z tych słów nie brzmiało jak powód, żeby się odwrócić.
Bo przy tym wszystkim był też kimś zupełnie innym.
Był człowiekiem, który bez słowa stawał obok niej, kiedy sytuacja tego wymagała. Kimś, kto potrafił stanąć za jej plecami albo przed nią w zależności od tego, czego akurat potrzebowała. Kto obejmował ją w milczeniu, gdy nie było sensu nic mówić, i kto nawet w środku kłótni nie potrafił tak naprawdę zostawić jej samej. Nawet wściekły pozostawał obok. Nawet wtedy, gdy odpychał wszystko dookoła, jej obecność była czymś, czego nie odcinał.
Chronił ją; wspierał ją. Rozumiał więcej niż kiedykolwiek przyznałby na głos. A kiedy jego dłonie odnajdywały jej talię albo kiedy patrzył na nią w t e n sposób, który znała już aż za dobrze, świat wokół nich potrafił na chwilę przestać istnieć.
Dla niej to wszystko było w a ż n i e j s z e niż każda z jego wad.
Może dlatego, że w całej tej ludzkiej niedoskonałości był dla niej dokładnie taki, jaki powinien być.
I d e a l n y.
Jej spojrzenie pozostało na nim przez chwilę dłużej. Spokojne, uważne, miękkie w sposób, którego nie dało się pomylić z żadną z ich codziennych słownych potyczek. Jej palce wciąż spoczywały blisko jego dłoni na blacie stołu i przez moment przesunęły się jeszcze odrobinę bliżej, jakby ten drobny gest był naturalnym przedłużeniem wszystkiego, co właśnie przemknęło jej przez myśli. A potem zapytała po prostu cicho: - I co z tego? - nie było w tym wyzwania ani ironii. Nie było prowokacji, którą zwykle rzucała w jego stronę. Zamiast tego mógł usłyszeć wyłącznie spokój i szczerą pewność, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego uważał to wszystko za coś, co mogłoby ją odstraszyć.
Jej kciuk przesunął się powoli po jego knykciach. - Rhys - powiedziała ciszej, niemal miękko. - Przed domem moich rodziców powiedziałam, że nigdy nie chciałabym cię naprawić i to się nie zmieni. Dla mnie jesteś dokładnie taki jaki powinieneś być - nie użyła wielkich słów, nie nazwała uczucia, które rozświetlało jej spojrzenie, gdy na niego patrzyła. A jednak było w nim coś tak o c z y w i s t e g o, że trudno byłoby je pomylić z czymkolwiek innym.

Rhys Madden

one more bad decision

: śr mar 11, 2026 8:23 pm
autor: Rhys Madden
Widział to w jej oczach.
Widział kompletny brak przywiązania do słów, które spływały z jego ust. Widział, jak zwykle drapieżne rysy miękną wraz z każdym wypowiedzianym przez niego zdaniem, jakby wszystkie przedstawiane przez niego wady były wyłącznie zaletami w jej oczach. Jakby nie skupiała się na tym, co mówił, a jedynie doceniała szczerość - szczerość, która przecież była tylko fasadą dla kolejnych kłamstw.
Nie powinno go to dziwić. To nie tak, że argumenty, które wybrał, miały jakąkolwiek siłę przebicia. Wiedziała o tym wszystkim już wcześniej - i o jego nieprzyjemnych zwyczajach, i jeszcze gorszych cechach charakteru. Znali się już wystarczająco długo by wiedziała co bierze i mimo wszystko, chciała j e g o. Nic, co mógł w tej chwili powiedzieć, nie mogło odwieźć jej od tego pomysłu.
Żeby to zrobić, musiałby powiedzieć prawdę.
Znał mnóstwo argumentów za tym, by tego nie robić. Gdyby powiedział jej choćby odrobinę z tego, co chowało się pod powierzchnią, Margo zaczęłaby drążyć. Była świetnym detektywem i spostrzegawczym, dociekliwym człowiekiem. Nie było szans, żeby dostając taką nitkę czegoś na jego temat, o czym nie wie, nie spróbowała podążyć za nią do kłębka.
Musiałby powiedzieć jej wszystko. W s z y s t k o. A choć uczucie tworzące się między nimi, więź, która splotła ich dwoje ze sobą, były silne, wydawały się nierozerwalne - były takie wyłącznie w spektrum, w którym istniały. Uczucia nie miały prawa zwyciężyć z rzeczywistością, z prawem i jego konsekwencjami. Margo być może dostrzegłaby kąt, pod którym mogłaby patrzeć na niego z sympatią - ale była też detektywem. Świetnym detektywem, który dbał o to, by w pracy wciąż istniały między nimi granice - i tych, w przeciwieństwie do poprzednich, przestrzegała tak, jakby były świętością.
Ich związek wciąż nie miałby racji bytu gdyby Madden wylądował w więzieniu.
Patrząc w jej oczy, widząc obraz człowieka, którym nie był, odbijający się w jego czekoladowych tęczówkach, obracał wszystkie te argumenty w głowie. Ale ostatni, który nawinął mu się na myśl, był jednocześnie najważniejszym.
Nie mógł powiedzieć jej prawdy, ponieważ nie chciał jej stracić.
Nawet, jeśli nie było dla nich żadnej przyszłości, jeśli to wszystko było tylko ulotną chwilą, która skończy się w ten sposób czy inny. Nawet, jeśli krzywda, którą jej wyrządzi, będzie znacznie większa niż odrzucenie. Nawet, jeśli Margo Mercer miała być jego z g u b ą.
Nie potrafił się odsunąć. Nie potrafił j e j sobie odmówić.
Ponieważ skoro nie mieli przyszłości, skoro nie czekało ich nic dobrego, dlaczego jego imię tak miękko brzmiało wypowiadane jej głosem? Dlaczego dotyk jej palców na jego knykciach był tak w ł a ś c i w y? Dlaczego gdy ujął jej dłoń, a iskierka czegoś energetyzującego przemknęła przez jego ciało, jego ręka tak dobrze odnajdywała się w jego własnej?
- Margo - odrzucił, niemal mechanicznie, a może dlatego, że lubił czuć jej imię na języku, lubił go używać, gdyż w pracy posługiwali się wyłącznie nazwiskami. Westchnął lekko, unosząc ich splecione dłonie, składając na wierzchu jej krótki pocałunek. - Mogłoby tak być zawsze - dodał, ciszej, dostrzegając nadchodzącego kelnera z czymś ciekawym, czym chyba były owoce morza. - Tak, jak jest teraz.
I oddałby wszystko, by tak było.
koniec
margo mercer