-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zatrzymała się przy drzwiach pasażera, prosto przed nim. Wystarczająco blisko, by czuł jej oddech i wystarczając daleko, by nie wzbudzać podejrzeń. - Jesteś przewrażliwiony - dodała spokojnie. - To tylko samochód, Madden. Ma nas przewieźć z punktu A do punktu B - kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej. - A to, że czasem zamknę drzwi trochę mocniej, naprawdę nie jest tragedią - wiedziała jednak, że go to i r y t o w a ł o. I być może właśnie dlatego robiła to czasem z pełną premedytacją. Było w tym coś absurdalnie zabawnego - obserwowanie jak powoli doprowadza go na skraj cierpliwości, jak zaciska szczękę i próbuje udawać, że wcale go to nie obchodzi.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim jeszcze przez moment, zanim wreszcie usiadła na miejscu pasażera. Jedno musiała mu jednak przyznać; granica jego cierpliwości rzeczywiście się przesunęła.
Drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem, a chwilę później wnętrze samochodu wypełnił niski ryk silnika. Kiedy wyjechali z parkingu i zostawili za sobą budynek komisariatu, napięcie które jeszcze chwilę wcześniej wisiało w powietrzu powoli zaczęło się rozpraszać.
Miasto przesuwało się za szybą spokojnie, w ciepłym świetle latarni. Neonowe szyldy, odbicia reflektorów na mokrym asfalcie, pojedyncze samochody sunące powoli w przeciwnym kierunku, wszystko to tworzyło znajomy, wieczorny krajobraz Toronto.
Oparła głowę o zagłówek i przez chwilę patrzyła przed siebie w milczeniu. Dopiero gdy poczuła jego dłoń na swoim udzie, wypuściła powoli powietrze z płuc. Gest był niemal naturalny. Tak prosty, że przez moment wyglądał jak coś zupełnie odruchowego. Jej spojrzenie przesunęło się w dół, na jego dłoń spoczywającą na materiale jej spodni. Przez krótką chwilę tylko ją obserwowała, jakby rozważała czy w ogóle reagować.
W końcu jednak uniosła własną rękę i bez pośpiechu wsunęła palce między jego, splatając je ze sobą. Nie było w tym nic natarczywego; ot, gest równie prosty jak jego.
Po chwili odwróciła się lekko w jego stronę. Jedną ręką wciąż trzymała jego dłoń, drugą wyciągnęła powoli w jego kierunku, przesuwając palcami po karku tuż przy linii włosów. Dotyk był krótki, prawie przelotny. - Wiesz… - powiedziała cicho po chwili. Jej głos brzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście minut temu na parkingu. - spokojniej i ciszej. - To jest zaskakująco proste - przeniosła wzrok na jezdnię; miasto powoli zostawało za nimi, a droga prowadząca w stronę jeziora była coraz spokojniejsza.
Nie powiedziała nic więcej, choć wiedziała, że prędzej czy później rzeczywistość wyciągnie po nich macki; wiedziała, że były tylko dwie opcje - albo im się uda, albo nie uda, nie było niczego pomiędzy; że będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Niemniej teraz siedziała obok niego, tak samo jak wczoraj w nocy, ignorując wszystkie znaki ostrzegawcze.
Zamiast tego czuła coś znacznie lżejszego. I na tym się skupiała.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Samochód był tylko narzędziem - narzędziem, z którego pomocą Mercer grała mu na nerwach.
Owszem, nie był fanatykiem motoryzacji, ale nie lubił, kiedy znęcała się nad jego biednym samochodem wyładowując złość skierowaną w jego właściciela. Wiedział, że robiła to specjalnie w co najmniej połowie przypadków, więc nie mógł zrzucić tego na karb jej braku cierpliwości. Ona zaś wiedziała, że to, co robiła, oddziaływało na niego - choć on usilnie starał się nie zwracać na to uwagi.
Gdy jej słowa rozbrzmiały we wnętrzu samochodu, jego myśli tylko częściowo były skierowane na drogę. W ten nierozsądny sposób był bardziej świadomy ciepła jej skóry, przenikającego przez materiał spodni - a później dotyku jej palców, splatających się z jego dłonią.
W geście, który był zdecydowanie r o m a n t y c z n y.
- Zrobiłem prawo jazdy dwadzieścia lat temu - odrzucił z początku, wyginając kącik ust ku górze w reakcji na jej słowa. - Wypadałoby, żeby było proste.
Rozbawienie tańczące na jego twarzy wyraźnie wskazywało, że wiedział, o co chodziło jej dokładnie. I na swój sposób to podzielał. Nie było żadnego momentu zawahania między nimi gdy już znajdowali się blisko siebie, skryci przed potencjalnymi spojrzeniami. Nie było niezręczności, charakterystycznej dla wszystkich początków takich relacji. Nie czuł się świadomy każdego swojego ruchu w nerwowy sposób gdy był przy Margo.
Ale czuł, że ta prostota była jej zasługą. Jej obecność go odprężała a jednocześnie zwijała jego żołądek w supeł w miksie, którego nie czuł od dawna - może nawet nigdy.
- Evans by się nie zgodził - westchnął, nie powstrzymując swojego odruchu szukania dziury w całym - bo w końcu czy przed chwilą ledwo uniknęli głośnego konfliktu na parkingu? Czy nie czaiły się na horyzoncie chmury, które miały ich dopaść?
Czy nie zbliżali się do przepaści, której nieustannie był świadomy?
Odegnał te myśli od siebie, ściskając lekko jej dłoń. Wiedział, że nadejdą. Wrócą, nawiedzając go gdy rozejdą się tego wieczora, ruszając każde w swoim kierunku. Ale póki była obok, łatwo było się ich pozbyć.
- Może masz rację - dodał ciszej, z wahaniem, ponieważ nie był skłonny uwierzyć, że to wszystko mogło być tak proste cały czas - ale było, w tym momencie.
Musiał to przyznać.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może tylko odrobinę bardziej przystępnym. A ona stała się odrobinę bardziej odporna.
To dziwne jak naturalnie wszystko się między nimi ułożyło. Jakby ten moment, którego tak długo nie chcieli przekroczyć, od początku był tylko formalnością. Jakby wszystkie ich kłótnie, drobne prowokacje i spojrzenia pełne irytacji prowadziły dokładnie do t e g o miejsca.
Kącik jej ust uniósł się lekko, gdy spojrzała na niego z boku. - Wiesz co jest naprawdę imponujące? - odezwała się spokojnie. Na moment zawiesiła spojrzenie na jego twarzy, a potem przesunęła je powoli niżej, w sposób wystarczająco wymowny, by nie pozostawić żadnych wątpliwości. - Że mimo prawie czterdziestu lat na karku nadal nie opanowałeś podstawowej umiejętności komunikowania się z innymi ludźmi - powiedziała to tylko dlatego, że mogła; bo odruch szturchania go w ten sposób był czymś, nad czym dawno przestała panować. Lubiła to. Lubiła jego reakcje, tę żywą ekspresję, którą potrafił okazywać nawet wtedy, gdy udawał obojętność.
Wbrew temu jak często próbował sprawiać wrażenie zdystansowanego, Rhys Madden był jednym z najbardziej ekspresyjnych ludzi, jakich znała.
Jej palce ścisnęły lekko jego dłoń, gdy wspomniał o Evansie. Westchnęła cicho; nie wyciągnęła ręki, ale jej spojrzenie na chwilę uciekło gdzieś w stronę przesuwających się za szybą świateł miasta. To właśnie była jedna z tych rzeczy, które w końcu się o nich upomną. Jedna z wielu. Sprawy, których nie dało się ignorować w nieskończoność, choć przez ostatnie godziny bardzo starali się udawać, że istnieje tylko ta mała bańka, w której zostawali sami. - To trochę moja wina - powiedziała w końcu ciszej. Nie brzmiało to jak dramatyczne wyznanie, raczej jak zwykłe stwierdzenie faktu. - Umówiłam się z nim głównie dlatego, żeby zrobić ci na złość - jej usta drgnęły w próbie zamaskowania uśmiechu, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, jak dziecinne to teraz brzmiało.
W pewnym momencie pomyślała, że być może go polubi, że to będzie wystarczające, ale równie szybko co pojawienie się tej myśli, nadeszła także świadomość, że to nigdy się nie stanie. - Powinnam była się wycofać wcześniej - powiedziała spokojniej. - Ale nie zrobiłam tego - jej palce przesunęły się lekko po jego dłoni, to był drobny gest, niemal nieświadomy. Stawał się jednym z jej ulubionym, tym uspokajającym, dającym wytchnienie. Brakowało w nim napięcia, a jedyne słowo jakim dało się go opisać była czułość.
Po chwili odwróciła się znów w jego stronę i przez moment po prostu mu się przyglądała. Miękkie światło latarni przesuwało się po jego twarzy, gdy mijali kolejne skrzyżowania. Jej usta wykrzywiły w lekkim uśmiechu. - Ale z twojej zazdrości wyszła jedna dobra rzecz - mruknęła; nie rozwinęła tej myśli, bo nie musiała.
Tak samo jak on nie musiał zaprzeczać, bo choćby to robił przez resztę swojego życia - nigdy by mu nie uwierzyła.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zarzucanie mu jego wieku - niewiele większego od jej w tym momencie, bo takie przepaści spłycały się z każdą cyferką na początku - było jednak obosiecznym mieczem, z czego skorzystał praktycznie natychmiast.
- Mogłabyś nie obnosić się tak swoim upodobaniem do s t a r s z y c h mężczyzn, Margo. Niektórzy uważają to za stygmatyzujące - odgryzł się, wyślizgując dłoń z jej uścisku tylko po to, by dźgnąć ją palcem w ramię - przy tym wykorzystując swoje b o g a t e
Jego szelmowski uśmiech nie zbladł nawet, gdy ich rozmowa stoczyła się na zupełnie inne tory. Evans w jego oczach nie wydawał się groźną przeszkodą na drodze - wręcz przeciwnie, był tylko echem wypadku, który już się wydarzył, jak blizna, która sporadycznie mogła zaswędzieć w pracy. Nie wierzył, by mężczyzna był na tyle urażony żeby poświęcać czas i własne zaangażowanie w aktywne trucie im życia.
Problemy na horyzoncie dostrzegał w zupełnie innym miejscu i może to było również jego zgubą.
Wyznanie Margo go zaskoczyło. Wiedział, że cokolwiek łączyło ją z Danielem nie było tak mocne jak to, co wykwitło między nimi - ale nigdy nie wpadłby na to, że zrobiła to wszystko s p e c j a l n i e. Że jej związek - o ile można było to tak nazwać - był tylko szopką, mającą na celu wywołanie w nim reakcji.
Szopką, której nie przejrzał, a która reakcję całkowicie w nim wywołała.
- Nie wierzę - odrzucił z rozbawieniem, ledwo zerkając na mapę i wyłącznie dlatego, że powoli docierali na miejsce. - Nie posądzałem cię o bycie taką manipulantką, Mercer. Może masz mniej uczciwe serce, niż zakładałem.
Miejsce, które zaproponowała, malowało się przed nimi, choć mrok wcześnie zapadającej ciemności w Kanadyjskiej zimie skutecznie to maskował. Auto toczyło się jeszcze po drodze, powoli dojeżdżając do bramy prowadzącej na parking.
Jej gest stanowił kontrast do słów - wskazujących na jakieś zaplanowane działanie, którym zamierzała osiągnąć swój cel. Był łagodny, delikatny - spokojny, w kontraście do tego, jaka Margo była każdego dnia.
- Biednym, zdeptanym sercem jakiegoś nieszczęśnika - odrzucił z westchnieniem, jakby przejmował się losem Evansa, który obchodził go obecnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Samochód miękko wsunął się na parking, który o tej porze wciąż oferował ogrom wolnych miejsc. - Strasznie okrutna z ciebie kobieta.
I nie zamieniłby jej na żadną inną.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A potem parsknęła śmiechem.
Nie tym krótkim, ironicznym, którym zwykle kwitowała jego zaczepki. Tym razem był to szczery, pełny śmiech, który wyrwał się z niej niemal bez kontroli. Oparła głowę o zagłówek, kręcąc nią powoli, wciąż nie mogąc uwierzyć, że naprawdę to powiedział. - O mój Boże - mruknęła w końcu, wciąż się uśmiechając. - Jeśli każdy glina po czterdziestce zaczyna gadać takie rzeczy jak mój ojciec, to mam nadzieję, że ktoś uprzedzi mnie odpowiednio wcześniej, żebym zdążyła się ewakuować - w jej głosie nie było złośliwości, raczej ten rodzaj ironii, którą czasem przykrywa się rzeczy zbyt skomplikowane, żeby naprawdę o nich rozmawiać. Jednak jego kolejne słowa sprawiły, że jej brwi uniosły się ponownie, tym razem w autentycznym zdziwieniu.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego go to dziwiło. A potem nagle poczuła coś jeszcze - lekkie ukłucie świadomości, które przyszło dopiero wtedy, gdy wypowiedziała to wszystko na głos. Jakby sama dopiero teraz dopuściła do siebie myśl, że faktycznie mogła być aż tak wyrachowana.
Westchnęła cicho i w geście, który był w połowie rozbawieniem, a w połowie zażenowaniem, zasłoniła twarz dłońmi. - Dobra, wystarczy - mruknęła zza palców. - Już mam wyrzuty sumienia, więc naprawdę nie musisz dokładać - opuściła ręce dopiero po chwili, a w jej oczach wciąż czaiło się rozbawienie. To co łączyło ją z Evansem zdecydowanie nie było związkiem; wiedziała czym jest związek i wiedziała też doskonale, że te kilka spotkań z Evansem nie miało z nim nic wspólnego.
Samochód wtoczył się na parking i zatrzymał miękko między liniami. Silnik wciąż pracował cicho, a światła restauracji odbijały się w przedniej szybie, rzucając na wnętrze samochodu miękkie, ciepłe refleksy. Przez chwilę się nie ruszała, nie sięgnęła do klamki. Zamiast tego siedziała dalej w fotelu pasażera, wcale się nie śpiesząc z wyjściem. Powoli odwróciła się w jego stronę, a jej dłoń znów odnalazła jego rękę niemal odruchowo. Splotła ich palce i uniosła je lekko w górę, przez moment patrząc na ich ręce, jakby to właśnie tam szukała odpowiednich słów. - Kiedy bardzo mi na czymś zależy albo na kimś, potrafię zrobić naprawdę dużo, żeby to zdobyć - jej kciuk przesunął się lekko po jego dłoni, a ona na moment odwróciła wzrok, spoglądając przez przednią szybę w stronę ciemnej tafli jeziora majaczącej gdzieś za światłami restauracji.
- Nie jestem aż tak nieskazitelna, jak niektórzy lubią myśleć - dodała ciszej. - Chociaż nadal mogę patrzeć na siebie w lustrze bez większego wstydu - kiedy znów spojrzała na niego, w jej oczach pojawiło się coś miękkiego - coś bardzo szczerego, jakby właśnie powiedziała mu odrobinę więcej, niż początkowo zamierzała.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może był to ten miks, zasłaniania prawdziwych uczuć żartami i złośliwościami by chwilę później parę z nich odkryć. A może fakt, że to, co ich łączyło, zaczęło się dużo wcześniej - wewnątrz komisariatu, w jego samochodzie w drodze na miejsca zbrodni, w laboratoriach techników, a barze na imprezie upamiętniającej służbę jego byłego partnera.
Jakaś jego cząstka czuła się tak, jakby byli ze sobą od zawsze.
Inna przyglądała się z uśmiechem, jak kobieta chowa twarz w dłoniach z zażenowania, uważając ten widok za całkiem uroczy.
- Nie wyglądałaś, jakby było ci szczególnie głupio chwilę temu - odrzucił z rozbawieniem, odwracając od niej wzrok wyłącznie po to, by zaparkować auto na jednym z miejsc. Gdyby miał w sobie więcej empatii, wtedy, na parkingu przed komisariatem, mógłby nawet Evansowi współczuć - mężczyzna wyraźnie zakochał się po uszy i nie zdawał sobie sprawy z tego, że stał się wyłącznie pionkiem w ich wspólnej grze.
Mruczenie silnika wypełniało ciszę między nimi, która zapadła na zaledwie chwilę. Powiódł wzrokiem za ich splecionymi dłońmi gdy uniosła je w górę, przyglądając się temu, jak wyglądają w rozświetlonym blaskiem latarni półmroku. Różowość jego knykci już zbledła, zostawiając po sobie ślad niewyraźny w tym kiepskim świetle.
Ich dłonie pasowały do siebie tak, jakby były do tego stworzone.
- Nikt nie jest - odpowiedział po dłuższej chwili, przesuwając kciukiem po gładkiej powierzchni jej skóry - lekko, subtelnie, ale na tyle, by nie mógł być to przypadkowy dotyk. - Ale niektórzy bardziej niż inni.
Drugą ręką sięgnął do kluczyka w stacyjce i wygasił warczący silnik, sygnalizując, że dotarli na miejsce - choć podobnie jak ona, jego skupienie jedynie częściowo sięgało w stronę jeziora i stojącej przy nim restauracji.
- Jeśli cię to pocieszy, dla mnie jesteś idealna - rzucił lekko, niechętnie rozplątując ich dłonie. Sięgnął do zapięcia jej pasa, wciskając przycisk i rozpinając go zanim zrobił to samo z własnym. - Szczególnie wtedy, kiedy bawisz się ludźmi ich kosztem, żebym stał się zazdrosny.
Z przebiegłym uśmieszkiem otworzył drzwi samochodu, ponieważ pierwsze zdanie brzmiało zbyt s z c z e r z e, zbyt prawdziwie i zbyt odkrywało to ciepło, które czuł w trzewiach, by mógł nie odwracać od niego uwagi żartem. Wyszedł na zewnątrz, na mróz panujący wokół nim obszedł auto - jeśli skorzystała, otwierając jej drzwi
- Prowadź - zarządził, wyciągając w jej stronę dłoń.
Tak, jakby w ogóle się nie rozdzieliły.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie były jednak na tyle silne, żeby mogły zepsuć ten wieczór. Zniknęły zresztą niemal natychmiast, gdy tylko wysiedli z samochodu. Gdy odpiął jej pas, gdy obszedł auto i otworzył jej drzwi, jakby był to najbardziej naturalny gest na świecie. Gdy wyciągnął do niej rękę, nie pytając, czy ją przyjmie. Splotła z nim palce bez wahania i w tej jednej chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Bo o t o właśnie chodziło od samego początku. Każda jej decyzja, każde spojrzenie rzucone ponad biurkiem, każda sprzeczka w socjalnym i każde spotkanie, które prowadziło donikąd - wszystko w jakiś sposób prowadziło właśnie tutaj. Do miejsca, w którym Rhys Madden przestał być tylko partnerem z pracy, a stał się kimś znacznie ważniejszym. Kimś wokół kogo jej myśli zaczęły krążyć niemal bezwiednie.
I, co było może najbardziej zaskakujące, wyglądało na to, że działało to w obie strony.
Zrobiła zaledwie dwa kroki w stronę wejścia do restauracji, zanim zatrzymała się nagle i pociągnęła go lekko za rękę. Nie dlatego, że coś ją zatrzymało, raczej dlatego, że nie chciała jeszcze przekraczać tego progu. Z zewnątrz miejsce wyglądało spokojnie - kilka świateł, przygaszone wnętrze, zaledwie parę samochodów na parkingu. Środek tygodnia robił swoje, a lokalizacja na obrzeżach miasta skutecznie odstraszała przypadkowych gości.
Wiedziała jednak, że kiedy tylko wejdą do środka, coś się zmieni. Nie drastycznie, nie wrócą nagle do chłodnej profesjonalności z komisariatu, ale pojawi się ta niewidzialna granica, której oboje byli świadomi. Ta cienka linia oddzielająca to kim byli w pracy, od tego kim stawali się, kiedy zostawali sami, a ona nie była gotowa, żeby ją z powrotem postawić między nimi.
Dlatego zatrzymała go tuż przed wejściem. Odwróciła się w jego stronę, wspięła lekko na palce i objęła go ramionami, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Pocałunek był miękki, ciepły, spokojniejszy niż te, które dzielili poprzedniego wieczoru, ale w jakiś sposób bardziej znaczący. Jakby nie musieli już niczego sobie udowadniać, a po prostu sprawdzali czy ta bliskość wciąż jest tak samo naturalna.
Ciepło rozlało się po jej ciele w znajomy, przyjemny sposób, gdy na krótką chwilę zatrzymała się przy jego ustach; kiedy zaś się odsunęła, jej czoło na moment oparło się o jego, a ona uśmiechnęła się lekko. - Nie mów takich rzeczy zbyt często - mruknęła cicho, nawiązując do jego wcześniejszych słów. - Bo zacznę w to wierzyć - nie brzmiało to jak żart, ale nie było też całkiem poważne. Przez chwilę jeszcze nie puszczała jego dłoni, jakby naprawdę nie chciała się odsuwać. Przeciągała tę jedną spokojną chwilę przed wejściem do środka tak długo, jak tylko mogła.
W końcu jednak westchnęła lekko i cofnęła się o pół kroku. - Chodź, bo jestem gotowa kazać ci zawrócić i zabrać nas do domu - powiedziała ciszej, splatając ich dłonie mocniej i weszła pewnie do wnętrza knajpki.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo była idealna dla niego.
Nie potrafiłby nawiązać takiej nici porozumienia z kimś, kto pokornie zwieszał głowę i robił to, co było mu kazane. Z kimś, kto pasywnie siedział w swoim miejscu i czekał, aż to Madden nawiąże rozmowę - ponieważ skorupa, którą obrósł przez lata nigdy by mu na to nie pozwoliła. Zignorowałby kogoś, kto nie był dobry w tym, co robi, ponieważ nie uważałby go za równego sobie.
Margo wiedziała, w którym miejscu się zatrzymać, a w którym nacisnąć, przeć do przodu, czekając na reakcję. Zachowywała się tak, jakby znała wnętrze jego głowy, widziała tę pieprzoną konsolę z przyciskami i zawsze potrafiła zrobić bądź powiedzieć dokładnie to, czego w danym momencie potrzebował - nawet, jeśli nie był tego świadomy. Nawet, jeśli wzbudzała w nim wściekłość i dopiero po pewnym czasie dostrzegał idącą wraz z nią energię do działania, której nie miał wcześniej.
Natychmiast zrozumiał jej wahanie gdy stanęła przed wejściem, zerkając do oświetlonego pomieszczenia. Jego ręce same odnalazły kobiecą talię gdy ta wspięła się na palce, składając na jego ustach pocałunek - pocałunek, który być może w założeniu miał być krótki, ulotny, ale przedłużył się gdy przytrzymał ją blisko siebie, nie chcąc wypuszczać z objęć. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny odkąd opuściła jego mieszkanie a on zdążył stęsknić się za jej oddechem na swojej skórze, za słodkim smakiem jej ust i mieszanką perfum i j e j zapachu, który szybko stał się jego ulubionym.
Jego dłonie mimowolnie zjechały po jej zimowej kurtce i po chwili wsunęły pod nią, odnajdując znacznie cieńszy skrawek materiału jej bluzki, który stanowił znacznie mniejszą barierę.
- Nie będę - mruknął, składając jej kolejne kłamstwo - tym razem znacznie bardziej niewinne. Wyczuł, kiedy z powrotem stawała na pełnych stopach, gdy jej twarz zaczęła się oddalać z racji ich różnicy wzrostu i westchnął, nie odrywając od niej swoich rąk. - W zasadzie to nie jestem głodny - dodał, jedno kłamstwo goniąc drugim, ponieważ odkąd rano wtoczył się do komisariatu, nie zjadł absolutnie niczego - poza wypiciem dwóch kaw, lub trzech.
Westchnął, uchylając przed nią drzwi i wkraczając do wnętrza oświetlonej knajpki. Kelner zaprowadził ich do jednego ze stolików usytuowanych nieco z tyłu - przy przeszklonej ścianie, za którą majaczył widok ciemnej nocy i iskrzącej się tafli wody w oddali.
- O czym rozmawia się na randkach, specjalistko od łamania męskich serc? - rzucił bezwiednie, notując przy tym, że choć w restauracji było mnóstwo osób, w ich małym kąciku było ich mniej - oraz nikogo z nich nie znał. Odchrząknął ostentacyjnie. - Jaki jest twój ulubiony kolor, panno Mercer?
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak wszystko, co wydarzyło się pomiędzy tamtym początkiem a dzisiejszym wieczorem, w jakiś dziwny sposób prowadziło dokładnie tutaj. Nie do tej restauracji, nie do stolika przy oknie. Do n i e g o.
Od dawna wiedziała, że coś się zmienia. Najpierw były to drobne rzeczy - momenty, w których łapała się na tym, że czeka na jego reakcję, że jego obecność w pomieszczeniu zmienia sposób, w jaki myśli, że jego głos potrafi wyciągnąć ją z najgorszego dnia szybciej niż cokolwiek innego.
A potem przyszło coś w i ę c e j.
Uczucie, które potrafiła nazwać. Słowo, które znała aż za dobrze i które z jakiegoś powodu wciąż zatrzymywała tylko dla siebie. Nie dlatego, że się go wstydziła, raczej dlatego, że jego ciężar był zbyt duży, żeby wypowiadać go zbyt szybko. To co budziło się w niej przy Maddenie, było nowe, nie w sensie niewinności czy pierwszego razu, ale intensywności. Jakby wszystkie wcześniejsze doświadczenia były tylko szkicem czegoś, co dopiero teraz zaczynało nabierać prawdziwego kształtu.
Wiedziała, że pewnego dnia będzie musiała się z tym zmierzyć. Najpierw przed sobą, a później przed nim. Na razie jednak pozwalała temu uczuciu rosnąć we własnym tempie. Tak samo jak rosło wszystko między nimi; czasem pędząc naprzód z zawrotną prędkością, czasem posuwając się naprzód powoli, jak woda sącząca się między kamieniami, ale zawsze w sposób, który wydawał się naturalny.
Tak jak każdy ich dotyk, każde spojrzenie i każdy pocałunek.
Uśmiech pojawił się na jej twarzy niemal odruchowo, gdy jeszcze przy wejściu usłyszała jego pytanie o randki. Odwróciła się nagle na pięcie, pociągając go lekko za rękę w stronę parkingu. - Wiesz co? - rzuciła z zupełnie poważną miną. - Chyba wrócimy - zrobiła dwa kroki w stronę samochodu, zanim się zatrzymała i faktycznie udała się w głąb pomieszczenia. Gdzieś z tyłu jej głowy przemknęła jeszcze jedna myśl, zupełnie spokojna, niemal oczywista - doskonale wiedziała, gdzie ten wieczór będzie miał swój finał.
Stolik przy przeszklonej ścianie okazał się dokładnie tym, czego potrzebowała. Kiedy usiedli naprzeciwko siebie, poczuła wyraźną ulgę, jakby dopiero teraz mogła naprawdę przestać się rozglądać i zastanawiać, czy ktoś przypadkiem ich nie obserwuje. To było niemal absurdalne. Toronto było ogromne, a jednak gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiła się myśl, że ktoś z komisariatu mógłby nagle pojawić się przy barze.
Uniosła brew, gdy padło pytanie o randki. - Myślę, że przeceniasz moje doświadczenie w tej dziedzinie - odpowiedziała spokojnie, opierając łokieć o stół. - Na ostatniej prawdziwej randce byłam chyba dwa lata temu - zawahała się na moment, jakby próbowała sobie przypomnieć szczegóły. - A te z ostatnich miesięcy - dodała po chwili z lekkim uśmiechem. - raczej ograniczały rozmowę do minimum - pozostawiła tę myśl zawieszoną między nimi na tyle długo, by mógł sam zdecydować, czy mówiła poważnie, czy tylko sprawdzała jego reakcję.
Potem przechyliła lekko głowę. - To będzie jakaś wersja szybkich randek? - zapytała, a jej uśmiech pogłębił się minimalnie. - Ulubiony kolor? Czarny. Ulubione jedzenie? Cokolwiek. Największa wada? Mój partner powiedziałby, że jestem n i e z n o ś n a i zadaje za dużo pytań - zawiesiła głos, patrząc na niego przez moment uważniej, a potem jej spojrzenie zmiękło.
- Twoja kolej, Madden. Chcę wiedzieć coś więcej - i mógł to zinterpretować jakkolwiek tylko chciał.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Potrafił odsuwać od siebie wszystkie, nieprzyjemne wrażenia i bez względu na to co rzucało w niego życie, zawsze odnajdywał w sobie determinację, by spojrzeć w bok i przeć dalej. I właśnie ta sama cecha sprawiała, że to, co kiełkowało między nimi również było przez niego, na swój sposób, odkładane.
Patrzył na ich relację przez pryzmat tego, jak miała się zakończyć - może nie teraz, może za tydzień, miesiąc, a może nawet za cały rok, ale w i e d z i a ł, że koniec nastąpi i nastąpi w mało przyjemny sposób. Dlatego wchodząc do restauracji z Margo, której dłoń wciąż tkwiła w jego własnej, której dotyk ust wciąż czuł na swoich, Rhys nadał starał się nie p r z y w i ą z y w a ć.
I gdyby spojrzał na to trzeźwo, konfrontując własne uczucia w sposób racjonalny, wiedziałby, że to jest niemożliwe. Że od dłuższego czasu zwracał na nią uwagę i szukał jej wzrokiem w każdym pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Że jego serce biło nieco szybciej gdy odwzajemniała jego spojrzenie lub gdy rzucała mu jakąś pełną złośliwości uwagę, która była wysoce niestosowna w ich miejscu pracy. Czy tego chciał, czy nie, przepadł - przekroczył granicę, wkroczył na obce terytorium i już nie znał drogi powrotnej. Nie wiedział jakby to było, gdyby nie pozwolił im kontynuować, gdyby znów się odsunął, wycofał. Osoba, która przecież miała być dla niego opcjonalna, zaledwie kolejny partner na liście wszystkich, których się pozbył, nagle stała się powodem, dla którego pragnął każdego dnia wkroczyć do komisariatu. Stała się centralnym punktem w jego codzienności, w jego myślach, w jego działaniach.
Nie było odwrotu - a jednak uparcie wmawiał sobie, że być może był.
Ponieważ musiał być. Musiało być z tego wyjście - w innym wypadku oboje byli przeklęci, a on ściągnie ruinę nie tylko na siebie, ale też na osobę, dla której biło jego serce.
- To nie nazywa się randka - odpowiedział beztrosko, choć jego szczęka napięła się lekko - znów, w ten irracjonalny sposób, prymitywny, pozbawiony sensu. Oczywiście, że Margo miała innych przed nim tak, jak on miał inne przed nią. Ale może niekoniecznie pragnął to sobie wyobrażać gdy siadali razem do obiadu. - Tylko luźne obyczaje.
Sięgnął po kartę menu, chowając pod nią swój uśmiech. Myśl, że byli jednym samochodem więc - chcąc,
Wymieniane przez nią na szybko odpowiedzi spotkały się z jego kiwaniem głową, jakby układał sobie w głowie, czy była dla niego odpowiednią partnerką na podstawie tego, jaki lubiła kolor. Dostrzegając na horyzoncie kelnera z notesem, gotowego spisać ich zamówienie, uniósł rękę, przerywając Margo nim zdążyła poprosić.
- Będzie dwa razy cokolwiek - polecił skonfundowanemu kelnerowi i, pieczętując swój wybór, zamknął kartę i wcisnął mu w dłoń nim odwrócił się w stronę Margo. - Twoje ulubione - wyjaśnił i odchrząknął, jakby to, co się przed chwilą wydarzyło, miało perfekcyjny sens. Kelner wisiał nad nimi jeszcze przez chwilę, patrząc się na Mercer pytająco, a Maddena intrygowało, czy podejmie wyzwanie. - Pomyślmy, ulubiony kolor... - urwał, zawieszając wzrok na jej ciemnoczerwonej bluzce - Czerwony. Ulubiona książka? Moby Dick. Ulubiona aktywność... - urwał, przebiegłym uśmiechem sygnalizując, że jest skłonny wypowiedzieć ją głośno.
margo mercer