He wasn’t a project. He was a warning.
: pt kwie 17, 2026 1:46 pm
Wkurzała ją świadomość, że ludzie w celu poprawienia swojej sytuacji po prostu tchórzyli i uciekali w alkohol, tłumacząc sobie swoje skłonności nałogowe sposobem na radzenie sobie z problemami. Czy w takim razie ona również powinna zacząć pić? Musiała mierzyć się z innymi problemami niż ze złamanym sercem. Miała chorego ojca, salę której nie chciała, martwego przyjaciela i faceta, który hobbystycznie ją nękał. Gdyby za każdą chwilę zwątpienia sięgnęłaby za szklankę z wódką lub rumem, skończyłaby jako alkoholiczka. Nie chciała upaść tak nisko, bo to równałoby się z ostatecznym końcem i poddaniem się niesprawiedliwości. Wolała unieść głowę, stanąć po tej drugiej stronie i jakoś sobie poradzić. Załamywanie rąk i poddawanie się słabościom nie miało żadnego sensu. Pozytywne nastawienie Shereen wspierało ją w tym postanowieniu. Była przekonana, że złe rzeczy po prostu się zdarzały i nie było na nie wpływu. Należało je zaakceptować, nawet jeśli przychodziło to z trudem i nauczyć się z nimi żyć.
Gdy była mała, babcia opowiadała jej starą francuską bajkę o trudnościach losu. Taką z puentą. Opowiadała o mężczyźnie, który stracił swoją posadę na francuskim dworze przez sieć nieporozumień i nieprzyjemne plotki. Ani przez chwilę nie zwątpił w swoją wartość i nie dopuszczał do siebie myśli, że tracąc to wszystko, stał się nikim. Mijały dni, tygodnie, miesiące, aż w końcu pewnego lata ktoś zasłyszał, że Ambroge Rousseau był niewinny. Obarczono go winą za coś, czego nie zrobił i w ramach rekompensaty przyznano mu ponownie dwór i posadę. Bajki tego typu zawsze motywowały ją do życia i dzięki nim wierzyła, że wzejście słońca, nawet jeśli burze utrzymywały się tygodniami, było tylko kwestią czasu. W końcu nikt nie mógł trwać w wiecznym kryzysie, to było uciążliwe. Dlatego Shereen załamywała ręce nad ludźmi, którzy po prostu chcieli się poddawać — załamywała je również nad Erikiem. Nie chciała załamywać ich również nad sobą. Nie oczekiwała współczucia, czy litości. Potrzebowała zrozumienia i świadomości, że choć wszystko się waliło i czuła się trochę tak, jakby została przygnieciona ciężką gałęzią ułamaną przez silną wichurę, miała kogoś, kto był jej na tyle bliski, że nie zostawiłby jej samej. I być może Eric był właśnie tą osobą Czuła, że był po jej stronie, że wraz z nią przeżywał ten trudny moment i tak jak ona, czuł się wobec tego bezsilny.
— Wiesz, że nie mogę i nie chcę się załamywać. Tata sobie ze wszystkim poradzi. Będzie po prostu trochę słabszy... — bo na pewno nie martwy. Nie chciała używać tego słowa, zwłaszcza teraz, gdy doskonale wiedziała, że ojciec z całych sił zamierzał walczyć. Zgodził się na operację, na chemioterapię również na pewno się zgodzi. Nie chciała patrzeć na niego jak na osobę, z której powoli ulatuje życie, skoro wciąż się w nim tliło. Był nieco słabszy, bardziej zmęczony, ale nadal widziała w nim tego uśmiechniętego pana w zabawnych okularach i o specyficznym poczuciu humoru. Nawet jeśli nie wszyscy rozumieli jego żarty i czasem musiał je tłumaczyć, żeby ktoś zaczął się śmieć, nigdy nie tracił tego hartu ducha, którego zazdrościły mu córki.
Zaciągnęła się zapachem jego ubrań, gdy się do niej zbliżył. Wtuliła się w niego na tę krótką chwilę, by móc odetchnąć jego obecnością. Czuła się bezpiecznie, gdy ją przytulał. Zupełnie, jakby jego dłonie miały dziwną, magiczną moc, dzięki której mogła na sekundę odetchnąć od nieprzyjemności.
Między innymi dlatego był jednym z jej powodów. Wiedziała, że mogła do niego wrócić. Niezależnie dokąd by wyjechała, Eric by na nią czekał. W końcu na tym polegała prawdziwa przyjaźń, prawda? Na pewno było mu przykro, gdy wyjeżdżała — jej także. Ale robiła to dla siebie, dla swojej przyszłości i niestety był jedną z osób, która musiała zaakceptować podjętą przez nią decyzję. Nie zyskałby za nią doświadczenia zawodowego, nie ukończyłby za nią uniwersytetu. Była odpowiedzialna za ukształtowanie swojej przyszłości i wyjechała po to, by to zrobić. Zrobiło jej się ciepło na sercu, gdy przyznał, że za nią tęsknił. Podziękowała przepełnionym ciepłem uśmiechem. Czuła, że jest dla niego ważna i zależało jej na tym, by on również wiedział, że odwzajemniała to uczucie. Dlatego, choć wydało jej się to zbyt osobiste, wymieniła go jako jeden z powodów.
Zostanie u niego na noc. W jego ubraniach. Nic nadzwyczajnego. To miał być pierwszy taki wieczór, odkąd wróciła i planowała go wykorzystać, skoro sam wyszedł z taką propozycją. Za oknem wciąż było jasno, choć pochmurno, co oznaczało, że mieli jeszcze trochę czasu, dopóki Toronto nie zostanie w pełni pochłonięte przez nocną ciemność. Może w tym czasie powinna rozważyć wstąpienie do swojego domu, chociażby po kosmetyki do włosów? Czy to miało jakikolwiek sens? Nie musiała codziennie nakładać na nie tony olejków i maseczek, ale to była taka jej... Rutyna. I trudno było zrezygnować z tej rutyny, nawet jeśli była to tylko pierdoła. Biła się przez moment ze swoimi myślami. Brała pod uwagę każdy możliwy scenariusz i jak na razie dochodziła do wniosku, że mogłaby szybko skoczyć po te rzeczy, ale z drugiej strony... Nie bardzo jej się chciało. Z tyłu głowy miała tę świadomość, że o n mógł tam gdzieś być. Nie chciała otwierać drzwi z sercem podchodzącym do gardła i obawą, że wejdzie tuż za nią. Ciche westchnięcie, które wyrwało się spomiędzy rozchylonych warg Shereen, zniknęło w materiale t-shirtu, który miał na sobie Eric. Przymknęła oczy, przytulając go w taki sposób, jakby nie chciała go wypuścić.
— Zamierzam cię namówić na jakiś durny serial... Poza tym to twoje mieszkanie. Po pierwsze, nie powinnam wyganiać cię na kanapę. Po drugie i tak oglądalibyśmy w twojej sypialni, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu zasnę — wyjaśniła, albo raczej wymruczała wprost w jego ramię, przesuwając nieco głowę, by mogła zerknąć na profil jego twarzy.
— Ale zanim do tego dojdzie... Pomożesz mi jakoś namierzyć te wiadomości, czy jest to niemożliwe? — nie zapomniała o powodzie swojej wizyty, choć w towarzystwie Erica nietrudno było zapomnieć o trudnościach.
Eric Stones
Gdy była mała, babcia opowiadała jej starą francuską bajkę o trudnościach losu. Taką z puentą. Opowiadała o mężczyźnie, który stracił swoją posadę na francuskim dworze przez sieć nieporozumień i nieprzyjemne plotki. Ani przez chwilę nie zwątpił w swoją wartość i nie dopuszczał do siebie myśli, że tracąc to wszystko, stał się nikim. Mijały dni, tygodnie, miesiące, aż w końcu pewnego lata ktoś zasłyszał, że Ambroge Rousseau był niewinny. Obarczono go winą za coś, czego nie zrobił i w ramach rekompensaty przyznano mu ponownie dwór i posadę. Bajki tego typu zawsze motywowały ją do życia i dzięki nim wierzyła, że wzejście słońca, nawet jeśli burze utrzymywały się tygodniami, było tylko kwestią czasu. W końcu nikt nie mógł trwać w wiecznym kryzysie, to było uciążliwe. Dlatego Shereen załamywała ręce nad ludźmi, którzy po prostu chcieli się poddawać — załamywała je również nad Erikiem. Nie chciała załamywać ich również nad sobą. Nie oczekiwała współczucia, czy litości. Potrzebowała zrozumienia i świadomości, że choć wszystko się waliło i czuła się trochę tak, jakby została przygnieciona ciężką gałęzią ułamaną przez silną wichurę, miała kogoś, kto był jej na tyle bliski, że nie zostawiłby jej samej. I być może Eric był właśnie tą osobą Czuła, że był po jej stronie, że wraz z nią przeżywał ten trudny moment i tak jak ona, czuł się wobec tego bezsilny.
— Wiesz, że nie mogę i nie chcę się załamywać. Tata sobie ze wszystkim poradzi. Będzie po prostu trochę słabszy... — bo na pewno nie martwy. Nie chciała używać tego słowa, zwłaszcza teraz, gdy doskonale wiedziała, że ojciec z całych sił zamierzał walczyć. Zgodził się na operację, na chemioterapię również na pewno się zgodzi. Nie chciała patrzeć na niego jak na osobę, z której powoli ulatuje życie, skoro wciąż się w nim tliło. Był nieco słabszy, bardziej zmęczony, ale nadal widziała w nim tego uśmiechniętego pana w zabawnych okularach i o specyficznym poczuciu humoru. Nawet jeśli nie wszyscy rozumieli jego żarty i czasem musiał je tłumaczyć, żeby ktoś zaczął się śmieć, nigdy nie tracił tego hartu ducha, którego zazdrościły mu córki.
Zaciągnęła się zapachem jego ubrań, gdy się do niej zbliżył. Wtuliła się w niego na tę krótką chwilę, by móc odetchnąć jego obecnością. Czuła się bezpiecznie, gdy ją przytulał. Zupełnie, jakby jego dłonie miały dziwną, magiczną moc, dzięki której mogła na sekundę odetchnąć od nieprzyjemności.
Między innymi dlatego był jednym z jej powodów. Wiedziała, że mogła do niego wrócić. Niezależnie dokąd by wyjechała, Eric by na nią czekał. W końcu na tym polegała prawdziwa przyjaźń, prawda? Na pewno było mu przykro, gdy wyjeżdżała — jej także. Ale robiła to dla siebie, dla swojej przyszłości i niestety był jedną z osób, która musiała zaakceptować podjętą przez nią decyzję. Nie zyskałby za nią doświadczenia zawodowego, nie ukończyłby za nią uniwersytetu. Była odpowiedzialna za ukształtowanie swojej przyszłości i wyjechała po to, by to zrobić. Zrobiło jej się ciepło na sercu, gdy przyznał, że za nią tęsknił. Podziękowała przepełnionym ciepłem uśmiechem. Czuła, że jest dla niego ważna i zależało jej na tym, by on również wiedział, że odwzajemniała to uczucie. Dlatego, choć wydało jej się to zbyt osobiste, wymieniła go jako jeden z powodów.
Zostanie u niego na noc. W jego ubraniach. Nic nadzwyczajnego. To miał być pierwszy taki wieczór, odkąd wróciła i planowała go wykorzystać, skoro sam wyszedł z taką propozycją. Za oknem wciąż było jasno, choć pochmurno, co oznaczało, że mieli jeszcze trochę czasu, dopóki Toronto nie zostanie w pełni pochłonięte przez nocną ciemność. Może w tym czasie powinna rozważyć wstąpienie do swojego domu, chociażby po kosmetyki do włosów? Czy to miało jakikolwiek sens? Nie musiała codziennie nakładać na nie tony olejków i maseczek, ale to była taka jej... Rutyna. I trudno było zrezygnować z tej rutyny, nawet jeśli była to tylko pierdoła. Biła się przez moment ze swoimi myślami. Brała pod uwagę każdy możliwy scenariusz i jak na razie dochodziła do wniosku, że mogłaby szybko skoczyć po te rzeczy, ale z drugiej strony... Nie bardzo jej się chciało. Z tyłu głowy miała tę świadomość, że o n mógł tam gdzieś być. Nie chciała otwierać drzwi z sercem podchodzącym do gardła i obawą, że wejdzie tuż za nią. Ciche westchnięcie, które wyrwało się spomiędzy rozchylonych warg Shereen, zniknęło w materiale t-shirtu, który miał na sobie Eric. Przymknęła oczy, przytulając go w taki sposób, jakby nie chciała go wypuścić.
— Zamierzam cię namówić na jakiś durny serial... Poza tym to twoje mieszkanie. Po pierwsze, nie powinnam wyganiać cię na kanapę. Po drugie i tak oglądalibyśmy w twojej sypialni, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu zasnę — wyjaśniła, albo raczej wymruczała wprost w jego ramię, przesuwając nieco głowę, by mogła zerknąć na profil jego twarzy.
— Ale zanim do tego dojdzie... Pomożesz mi jakoś namierzyć te wiadomości, czy jest to niemożliwe? — nie zapomniała o powodzie swojej wizyty, choć w towarzystwie Erica nietrudno było zapomnieć o trudnościach.
Eric Stones