Strona 2 z 4

He wasn’t a project. He was a warning.

: pt kwie 17, 2026 1:46 pm
autor: Shereen Winfield
Wkurzała ją świadomość, że ludzie w celu poprawienia swojej sytuacji po prostu tchórzyli i uciekali w alkohol, tłumacząc sobie swoje skłonności nałogowe sposobem na radzenie sobie z problemami. Czy w takim razie ona również powinna zacząć pić? Musiała mierzyć się z innymi problemami niż ze złamanym sercem. Miała chorego ojca, salę której nie chciała, martwego przyjaciela i faceta, który hobbystycznie ją nękał. Gdyby za każdą chwilę zwątpienia sięgnęłaby za szklankę z wódką lub rumem, skończyłaby jako alkoholiczka. Nie chciała upaść tak nisko, bo to równałoby się z ostatecznym końcem i poddaniem się niesprawiedliwości. Wolała unieść głowę, stanąć po tej drugiej stronie i jakoś sobie poradzić. Załamywanie rąk i poddawanie się słabościom nie miało żadnego sensu. Pozytywne nastawienie Shereen wspierało ją w tym postanowieniu. Była przekonana, że złe rzeczy po prostu się zdarzały i nie było na nie wpływu. Należało je zaakceptować, nawet jeśli przychodziło to z trudem i nauczyć się z nimi żyć.
Gdy była mała, babcia opowiadała jej starą francuską bajkę o trudnościach losu. Taką z puentą. Opowiadała o mężczyźnie, który stracił swoją posadę na francuskim dworze przez sieć nieporozumień i nieprzyjemne plotki. Ani przez chwilę nie zwątpił w swoją wartość i nie dopuszczał do siebie myśli, że tracąc to wszystko, stał się nikim. Mijały dni, tygodnie, miesiące, aż w końcu pewnego lata ktoś zasłyszał, że Ambroge Rousseau był niewinny. Obarczono go winą za coś, czego nie zrobił i w ramach rekompensaty przyznano mu ponownie dwór i posadę. Bajki tego typu zawsze motywowały ją do życia i dzięki nim wierzyła, że wzejście słońca, nawet jeśli burze utrzymywały się tygodniami, było tylko kwestią czasu. W końcu nikt nie mógł trwać w wiecznym kryzysie, to było uciążliwe. Dlatego Shereen załamywała ręce nad ludźmi, którzy po prostu chcieli się poddawać — załamywała je również nad Erikiem. Nie chciała załamywać ich również nad sobą. Nie oczekiwała współczucia, czy litości. Potrzebowała zrozumienia i świadomości, że choć wszystko się waliło i czuła się trochę tak, jakby została przygnieciona ciężką gałęzią ułamaną przez silną wichurę, miała kogoś, kto był jej na tyle bliski, że nie zostawiłby jej samej. I być może Eric był właśnie tą osobą Czuła, że był po jej stronie, że wraz z nią przeżywał ten trudny moment i tak jak ona, czuł się wobec tego bezsilny.
— Wiesz, że nie mogę i nie chcę się załamywać. Tata sobie ze wszystkim poradzi. Będzie po prostu trochę słabszy... — bo na pewno nie martwy. Nie chciała używać tego słowa, zwłaszcza teraz, gdy doskonale wiedziała, że ojciec z całych sił zamierzał walczyć. Zgodził się na operację, na chemioterapię również na pewno się zgodzi. Nie chciała patrzeć na niego jak na osobę, z której powoli ulatuje życie, skoro wciąż się w nim tliło. Był nieco słabszy, bardziej zmęczony, ale nadal widziała w nim tego uśmiechniętego pana w zabawnych okularach i o specyficznym poczuciu humoru. Nawet jeśli nie wszyscy rozumieli jego żarty i czasem musiał je tłumaczyć, żeby ktoś zaczął się śmieć, nigdy nie tracił tego hartu ducha, którego zazdrościły mu córki.
Zaciągnęła się zapachem jego ubrań, gdy się do niej zbliżył. Wtuliła się w niego na tę krótką chwilę, by móc odetchnąć jego obecnością. Czuła się bezpiecznie, gdy ją przytulał. Zupełnie, jakby jego dłonie miały dziwną, magiczną moc, dzięki której mogła na sekundę odetchnąć od nieprzyjemności.
Między innymi dlatego był jednym z jej powodów. Wiedziała, że mogła do niego wrócić. Niezależnie dokąd by wyjechała, Eric by na nią czekał. W końcu na tym polegała prawdziwa przyjaźń, prawda? Na pewno było mu przykro, gdy wyjeżdżała — jej także. Ale robiła to dla siebie, dla swojej przyszłości i niestety był jedną z osób, która musiała zaakceptować podjętą przez nią decyzję. Nie zyskałby za nią doświadczenia zawodowego, nie ukończyłby za nią uniwersytetu. Była odpowiedzialna za ukształtowanie swojej przyszłości i wyjechała po to, by to zrobić. Zrobiło jej się ciepło na sercu, gdy przyznał, że za nią tęsknił. Podziękowała przepełnionym ciepłem uśmiechem. Czuła, że jest dla niego ważna i zależało jej na tym, by on również wiedział, że odwzajemniała to uczucie. Dlatego, choć wydało jej się to zbyt osobiste, wymieniła go jako jeden z powodów.
Zostanie u niego na noc. W jego ubraniach. Nic nadzwyczajnego. To miał być pierwszy taki wieczór, odkąd wróciła i planowała go wykorzystać, skoro sam wyszedł z taką propozycją. Za oknem wciąż było jasno, choć pochmurno, co oznaczało, że mieli jeszcze trochę czasu, dopóki Toronto nie zostanie w pełni pochłonięte przez nocną ciemność. Może w tym czasie powinna rozważyć wstąpienie do swojego domu, chociażby po kosmetyki do włosów? Czy to miało jakikolwiek sens? Nie musiała codziennie nakładać na nie tony olejków i maseczek, ale to była taka jej... Rutyna. I trudno było zrezygnować z tej rutyny, nawet jeśli była to tylko pierdoła. Biła się przez moment ze swoimi myślami. Brała pod uwagę każdy możliwy scenariusz i jak na razie dochodziła do wniosku, że mogłaby szybko skoczyć po te rzeczy, ale z drugiej strony... Nie bardzo jej się chciało. Z tyłu głowy miała tę świadomość, że o n mógł tam gdzieś być. Nie chciała otwierać drzwi z sercem podchodzącym do gardła i obawą, że wejdzie tuż za nią. Ciche westchnięcie, które wyrwało się spomiędzy rozchylonych warg Shereen, zniknęło w materiale t-shirtu, który miał na sobie Eric. Przymknęła oczy, przytulając go w taki sposób, jakby nie chciała go wypuścić.
— Zamierzam cię namówić na jakiś durny serial... Poza tym to twoje mieszkanie. Po pierwsze, nie powinnam wyganiać cię na kanapę. Po drugie i tak oglądalibyśmy w twojej sypialni, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu zasnę — wyjaśniła, albo raczej wymruczała wprost w jego ramię, przesuwając nieco głowę, by mogła zerknąć na profil jego twarzy.
— Ale zanim do tego dojdzie... Pomożesz mi jakoś namierzyć te wiadomości, czy jest to niemożliwe? — nie zapomniała o powodzie swojej wizyty, choć w towarzystwie Erica nietrudno było zapomnieć o trudnościach.

Eric Stones

He wasn’t a project. He was a warning.

: ndz kwie 19, 2026 1:52 pm
autor: Eric Stones
W dzieciństwie Stones oglądał wiele bajek i jedną z nich było “Dawno temu w trawie”, gdzie jedna mrówka, której nic nie wychodziło, postanowiła wyruszyć na misję odnalezienia kogoś, kto pomoże w zbieraniu zapasów i w obronie mrowiska. Na samym początku tejże animacji, gdy koniki polne przylatują, by zabrać uzbierane przez mrówki zapasy, te drugie chowają się w mrowisku i po prostu czekają, a jedna z mrówek wypowiada tekst, który został przy Ericu po dziś dzień, mianowicie Przylecą, zjedzą i odlecą. to trochę jak Veni, vidi, vici - przybyłem, zobaczyłem, wygrałem - lecz mimo wszystko przy różnych stresujących sytuacjach, przypominał sobie właśnie o tekście z bajki - bo przecież nic nie trwało
w i e c z n i e. Wszystko miało swój początek i koniec. Każdy produkt miał datę ważności i człowiek jakby nie patrzeć także.

Telefon do klienta? Szybko wykonać, powiedzieć, co nie działa, wyjaśnić, że robione jest wszystko, byleby jak najszybciej przywrócić prawidłowe działanie i jazda - to tak jak ze ściąganiem plastra, przyklejonego na ranę.
Kod się wykrzaczył? Pewnie jeszcze niejednokrotnie się wykrzaczy ale grunt, to żeby działać i próbować go naprawić.
A to, że gdzieś po drodze Eric się zgubił, otworzył o jedne drzwi za dużo i zaczął nieco bardziej lubić pić, to już inna historia. Imprezy, złamane serce, nerwy, zwątpienia przede wszystkim w samego siebie… to wszystko się w nim kumulowało i choć cieszył się, że miał przy sobie przyjaciół oraz siostrę, tak nie potrafił ot tak po prostu wszystkiego wyrzucić. Dlatego łatwiej mu było nalać sobie whisky i ją wypić. Czasami wystarczyła mu szklanka, a czasami cała butelka, po której szedł spać.
Eric złapał Sher za ramiona, a następnie spojrzał jej prosto w oczy, chcąc by skupiła na nim swoją uwagę albo raczej na kryjącym się za słowami, które chciał wypowiedzieć przekazem. Bo oczywiście całkowicie rozumiał, co przed chwilą powiedziała, lecz chciał jeszcze dorzucić swoje trzy grosze.
- Słuchaj - zaczął poważnym tonem, patrząc Sher prosto w oczy. - po pierwsze, świat się nie zawali, jeśli raz się załamiesz z całkowicie zrozumiałego powodu. Ja będę przy Tobie i będę Cię trzymał za rękę, żeby pomóc wstać lub po prostu byś mogła się na niej wesprzeć. - powiedział zgodnie z tym, co podpowiadało mu serce i skierował wzrok na swoją rękę, jakby chciał Winifield pokazać, gdzie i o której części ciała przed chwilą wspomniał. Nawet jeśli mówił metaforycznie, bo zdawał sobie sprawę, że nie zawsze ktoś dosłownie potrzebował czyjejś dłoni. Czasem wystarczała sama obecność drugiego człowieka. - A druga kwestia to oczywiście, że Twój tata sobie poradzi. Na pewno jego organizm będzie walczył, bo ma dla kogo żyć. Ma wspaniałą, niesamowicie mądrą i piękną córkę, dlatego myślę.. nie. - pokręcił energicznie głową. - Ja WIEM, że w jakimś stopniu to właśnie Ty będziesz jego siłą. - powiedział całkowicie szczerze, zjeżdżając rękami z ramion, na dłonie Sher, by sekundę później zacząć kciukami gładzić ich zewnętrzną stronę. Miała gładką i bardzo przyjemną w dotyku skórę - nie miał pojęcia, czy to za sprawą kremów, czy naturalnie tak miała, bo nie pytał, czy kremowała ręce, poza tym, odkąd pamiętał, takie miała i dlatego tak lubił je dotykać.
Po swojej przemowie wykonał jej prośbę i przytulił - w sumie o to mogła go prosić codziennie, nie narzekałby ani trochę. Potrzebował tego i uświadomił sobie po kilku sekundach, gdy jego ciało przylegało do ciała Sher. Wdychał zapach jej perfum i na chwilę przymknął oczy. Otworzył je, gdy usłyszał, co przyjaciółka zamierzała.
Parsknął śmiechem.

- W sumie, durny serial byłby dobrym odmóżdżaczem. Ja w sumie… już dawno dobrego serialu nie oglądałem. - odparł zgodnie z prawdą, wzruszając lekko ramionami. On jak już, to sobie włączał albo jakiś mecz, albo film. I szczerze? Jakoś tak miło mu się znowu zrobiło, bo no... nie wyganiała go, ba! Dała mu zielone światło, by mogli r a z e m leżeć w JEGO łóżku. Aż kąciki ust mu same do góry powędrowały.
Słysząc pytanie, skinął głową, by dać znać, iż dało się namierzyć nadawcę wiadomości.
- Pomogę. Zrobię, co się da, obiecuję. - odparł z błyskiem w oczach świadczącym o tym, że naprawdę zamierzał poważnie podejść do tematu. Nie raz i nie dwa pomagał namierzać telefony czy lokalizacje, dlatego był pewien, że także w przypadku Sher oraz tego, z czym do niego przyszła, da radę - jak nie on, to kto? Potrzebował jedynie czasu oraz telefonu Winifield, który będzie należało podłączyć do skarbnicy, jaką był jego laptop.
- Mogę? - spytał, niechętnie wykonując krok do tyłu i wyciągając rękę po komórkę Sher.

Mon Sheri

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr kwie 22, 2026 1:26 pm
autor: Shereen Winfield
Świat się nie zawali...

W i e d z i a ł a.


Duma nie pozwalała jej dopuścić do siebie myśli, że mogłaby to zrobić. Shereen Winfield n i g d y się nie poddawała. Nawet jeśli na świat miałby w tym momencie ściągnąć legion piekielny pod przywództwem samego Lucyfera, nie zmieniłoby to zakorzenionego w podświadomości podejścia. Upór Winfield, duma i zbyt wysokie ambicje nieraz działały przeciw niej. Chciała osiągnąć wiele, najchętniej w jak najkrótszym czasie. Dążyła do perfekcjonizmu i było to zgubne. Wciąż czuła się niewystarczająca, co rzutowało na jej samopoczuciu i sposobie, w jaki postrzegała niekorzystne sytuacje. Załamanie się oznaczałoby tylko tyle, że matka miała rację — że jej córka nie jest na tyle odpowiedzialna i silna, by poradzić sobie w chwilach mentalnego zagrożenia. Choroba taty właśnie tym była. Musiała być silna dla n i e g o. A on będzie silny dla niej. Rozklejanie się w niczym nie pomoże. Musiała przełknąć tę gorycz, zacisnąć zęby i unieść głowę, żeby móc dojrzeć przebijające się przez ciemne chmury słońce. Skupiała swoją uwagę na Ericu. Odnalazła jego spojrzenie. Skrzyżowała z nim swoje, wpatrując się w jego oczy z uwagą kogoś, kto próbował zatrzymać ten moment na dłużej, niż było to konieczne. Lubiła go słuchać. Rozczulał ją swoją szczerością i sprawiał, że robiło jej się ciepło na sercu. Tylko czasem było to trudne. Zdarzało się, że gadał od rzeczy i opowiadał głupoty, innym razem nie potrafiła skupić się na jego słowach...

...bo myślała o tym, co zaszło między nimi w przeddzień jej wyjazdu.


Bo uciekała myślami gdzie indziej.
Tym razem słuchała i starała się nie rozkleić, choć wewnątrz — mimo tego ciepłego uczucia, którego nie próbowała nazwać — czuła drżenie każdej komórki ciała. Myśl, że tata mógłby umrzeć, sprawiała, że kruszyła się jak lód pod silniejszym naciskiem. Działo się to powoli, spokojnie. Lód nie pękał, tylko ustępował. Wiedziała, że za jej obecny stan i tę wrażliwość odpowiadał również alkohol. Doprawiła tego drinka, zmniejszyła proporcje alkoholu, ale niektórym wystarczyła kropla, by aż nadto rozwiązać język. Wiedziała, że przed Erikiem nie musiała niczego udawać. Przyjaźnili się od tylu lat, że próba ukrycia czegokolwiek zakończyłaby się od razu porażką. Dlatego pozwoliła sobie na tę chwilę słabości. Nie załamania. Podzieliła się z nim swoimi obawami i powiedziała, co wprawiło ją w stan serdecznego żalu.
— Wiem. Zawsze jesteś ze mną, gdy cię potrzebuję. Czasem mam wyrzuty sumienia, wiesz? — uśmiechnęła się do niego rozczulająco. Miewała wyrzuty sumienia, gdy prosiła go o pomoc, bo wiedziała, że rzuciłby wszystko, byle ją wesprzeć. Zrobiłaby to samo, dlatego tak zawzięcie próbowała wybić mu z głowy drinkowanie. Motywował ją swoimi słowami i sprawiał, że jej dusza napawała się nadzieją.
Dotykiem również. Ceniła sobie drobne gesty, które pozwalały jej uwierzyć w szczerą obecność. Tą prawdziwą. Namacalną. Nie wymyśloną przez zdradziecki umysł.
Mogła trwać w tym czułym przytuleniu przez kolejne pół godziny. Wdychać zapach jego ubrań. Cieszyć się jego bliskością i tym ładnym, lekko drzewnym, acz słodkim zapachem otulającym miękko jego skórę. Zaciskając nieco mocniej, choć z wyczuciem, palce na jego barkach, przysunęła się bliżej, wtulając się w niego, jakby w tym momencie stał się nie tylko ostoją, ale i czymś w rodzaju źródła ukojenia dla odczuć.
Pomysł z serialem przyszedł jej do głowy dość nagle, spontanicznie. Dawno niczego razem nie oglądali. Ogólnie ostatnio nie mieli szczególnie dużo czasu dla siebie. Od chwili przyjazdu z Ottawy, Winfield była niemalże cały czas zalatana. Dokumentacja dotycząca przejęcia sali wciąż nawiedzała ją w snach, podobnie jak czas, który straciła. Te długie, cholerne minuty krążenia od jednego urzędu do drugiego. Parafki. Zezwolenia. Umowy. Naprawdę chciała odetchnąć. Nieszczególnie pocieszał ją fakt, że Eric zaproponował jej, żeby tutaj przenocowała, głównie ze względu na Olivera. Prawdopodobnie, gdyby nie ta sytuacja, nie przystałaby na tę propozycję — może miał jakieś plany, które nagle uległy zmianie?
— Nie wiem, czy to będzie dobry serial. Zależy, co chcemy oglądać... — wymruczała niemalże w jego ramię, przesuwając nieco głowę, by móc na niego spojrzeć. Ciepło bijące od jego ciała otulało ją w sposób przyjemny i lekki, jakby było mgiełką osiadającą na skórze.
Kiwnęła przytakująco głową, słysząc jego obietnicę i pytanie o telefon. Podała mu go do ręki bez dramatycznego zawahania się. Prawda była taka, że nie miała nic do ukrycia. Nie skalała się parszywym sekretem, którego nie mogła dopuścić do świata zewnętrznego, bo ten mógłby przynieść jej zgubę. Rozmowy Winfield były proste, lekkie. Pozbawione dramaturgii czy chaotyczności. Najczęściej pisała z przyjaciółkami albo omawiała sprawy biznesowe. Wiadomości od Olivera już ujrzały światło dzienne. Eric miał jej tylko pomóc zlokalizować źródło ich nadania.
— Pokażesz mi, jak to robisz? — zapytała, zerkając na niego z ciekawością wymalowaną w szmaragdowych tęczówkach. Zawsze lubiła dużo wiedzieć.

sweetie boy

He wasn’t a project. He was a warning.

: ndz kwie 26, 2026 1:31 am
autor: Eric Stones
Eric na ogół też się nie poddawał - próbował wszystko co zaczynał, doprowadzać do samego końca, a że czasami gubił trasę, przez co zaczynał tracić nadzieję… cóż no, porażki też kształtują. W pracy kilka razy też popełnił gafy, przez które myślał, że go wyrzucą, ale okazywało się, że albo dało się je jakoś naprawić, albo, że nie były AŻ TAK poważne, jak przypuszczał. Mimo wszystko bardzo nie lubił popełniać błędów, z których potem musiał się tłumaczyć. Czasami docierał do takiego momentu wątpienia w siebie do takiego stopnia, iż zaczynał wątpić zarówno w swoje umiejętności, jak i czy zajmował prawidłowe stanowisko. Czasami zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej po prostu bawić się w krypto, na giełdzie oraz przebranżowić z młodszego inżyniera oprogramowania na chociażby influencera albo raczej streamera, o! Nagrywałby jak naprawia laptopy oraz telefony, a czasami zarzucałby jakimiś nowinkami ze świata technologii i nowych gier. Kilka razy nawet streamował swoje rozgrywki w CS’a na Twitchu, lecz jakoś tak przerwał to.

Może kiedyś wróci. 


Może.
Na razie nie potafił określić, czy tak (i jeśli tak, to kiedy), czy nie, a jeżeli bycie influencerem by nie wypaliło, to miał jeszcze przygotowanego asa w rękawie na zasadzie… wyścigów. Samochodowych wyścigów typu nascar.  Znaczy nie był pewien, czy dobrze by mu szło ale z chęcią by spróbował.
Przy Stones’ie Sher nie musiała być twarda. Jeśli chciała płakać, on chętnie użyczy jej swojego ramienia albo chusteczek, bo je także u siebie w mieszkaniu posiadał ale jeśli miał wybór, to wolałby, by posłużyła się nim, zamiast chusteczkami
Uśmiechnął się, kiedy usłyszał - w sumie to prawdziwe - stwierdzenie faktu przez Sher. Było dokładnie tak, jak powiedziała. Wystarczyła jedna wiadomość, jeden telefon, jedno pojawienie się w drzwiach, by Eric zareagował i starał się pomóc, gdy tego potrzebowała. Czy można to było uznać za bycie osobistym superbohaterem? Tylko czy bycie superbohaterem w tych czasach się opłacało? Zmarszczył natomiast brwi, kiedy usłyszał o wyrzutach sumienia.
- Co? Czemu? Nie powinnaś ich mieć. - odpowiedział prędko, kręcąc głową. Nie rozumiał DLACZEGO tak myślała. Przecież nie robiła NIC złego. Każdy czasem potrzebował pomocy, a dla ludzi, którzy byli mu bardzo bliscy, był gotów zrobić wiele. Był gotów góry przenosić i wskakiwać za nimi w ogień
- Mi to całkowicie obojętne bo... - Z Tobą każdy serial będzie dobry... - sam nic aktualnie nie oglądam. Skończyłem jeden serial kilka dni temu. - odparł, wzruszając ramionami.
- Ale jakimś kryminalnym lub z elementami horroru bym nie pogardził. - dodał, by było wiadome, jakie miał preferencje. Oczywiście wybór serialu pozostawiał Shereen, bo jej całkowicie i bezgranicznie u f a ł. I ogólnie to nie tylko w tej jednej kwestii - bo inaczej raczej ich relacja nie wyglądałaby tak, jak wyglądała i nie nazywaliby siebie przyjaciółmi. Chociaż...
Czy przyjaciele żegnają się tak, jak my się pożegnaliśmy, gdy Sher wyjeżdżała? Ano właśnie… Oj wiele powracało mu to wspomnienie w snach.
Uśmiechnął się w podzięce, gdy Sher wręczyła mu swój telefon i choć bardzo go zastanawiało z kim pisała ale… 
Eric zamrugał, wyraźnie zbity z tropu. Przez moment wyglądał tak, jakby próbował się upewnić, czy dobrze usłyszał, jednakże wyraz twarzy Winifield świadczył o powadze pytania. Stones był pod wrażeniem i bardzo doceniał, że Winifield chciała zobaczyć, jak on obchodzi system; postał chwilę, podrapał się po głowie, rozważając wszelkie za oraz przeciw ale ostatecznie po nieco dłuższej chwili, uniósł kąciki ust.
- Okej, tylko pod jednym warunkiem… to co zobaczysz, zostaje tylko i WYŁĄCZNIE między nami. - odpowiedział poważnym tonem, grożąc palcem wskazującym i z powagą wymalowaną na twarzy, a następnie zaczął iść do swojego - stojącego w sypialni -  biurka, sprawdzając, czy Sher za (lub z) nim podąża, a przed zajęciem miejsca przy biurku, poszedł po krzesło z jadalni, by Sher miała gdzie siedzieć. Postawił je tuż obok swojego, po czym sam usiadł na swoim gamerskim fotelu. Chrząknął głośno, podpiął telefon Sher do kabla (który był podłączony do laptopa), a na koniec wcisnął przycisk uruchamiający sprzęt.
- No dobrze.. to zaczynajmy. - powiedział,czując się, jakby był nauczycielem albo profesorem na uniwersytecie. Standardowo po włączeniu laptopa, gdy Eric zalogował się do systemu, wyskoczyło kilka okien, wymagających wpisania loginu oraz hasła ale ich teraz nie potrzebował z wyjątkiem może dwóch - więc do nich się zalogował. 
Następnie odpalił Wiresharka (którego nazywał wiertarką) - będącego cyfrowym podsłuchem - na drugim monitorze, by następnie zacząć filtrować ruch po jednym z protokołów. 
- Na chwilę do niego zadzwonię ale nie martw się, nie będę czekał aż odbierze. - powiedział spokojnie, klikając ikonę słuchawki na Messengerze - oczywiście robił to z fake konta - i szybko wyłączył mikrofon wraz z kamerą, puścił sygnał. Pan stalker nie musiał odbierać, bo i bez tego skrypt spróbował nawiązać bezpośrednie połączenie. 
Po kilkunastu minutach na ekranie terminala, pośród ściany kodu, wykwitł adres IP zaczynający się od 99.25... Eric radośnie klasnął w dłonie. Lubił takie momenty.
- Mamy go. - zostało już tylko namierzyć IP i są w domu. Oczywiście od razu się za to zabrał z pełnym skupieniem wymalowanym na twarzy.

mon sheri

He wasn’t a project. He was a warning.

: pn kwie 27, 2026 4:51 pm
autor: Shereen Winfield
Wyrzuty sumienia Shereen brały się głównie z przekonania, że nie chciała być dla nikogo ciężarem. Dobitne uświadamianie jej przez matkę, że powinna radzić sobie sama, znalazło specjalne miejsce w sercu Winfield. Powinna pogrzebać tę myśl, jak bezużyteczny przedmiot, ale nie potrafiła tego zrobić. Ta myśl zakorzeniła się w jej jestestwie, niczym trudny do wyplenienia chwast. Jego korzenie stały się częścią jej osobowości. Nauczyła się żyć z tym chwastem, choć sprawiał jej wyraźny kłopot i niszczył plony.
W odpowiedzi na nie powinnaś ich mieć, wzruszyła lekko ramionami. Niewiele mogła zdziałać w tym kierunku, ale n a p r a w d ę się starała. Chcąc czy nie, rdzeniem osobowości było wychowanie przez rodziców. Ojcowska miłość, nieważne jak duża by nie była, nie potrafiła zaleczyć pragnienia, którym było uzyskanie aprobaty matki. Shereen zawsze robiła jej na złość, chcąc zwrócić swoją uwagę i owszem — zwracała ją — ale nie w sposób, w jaki chciała. Przecież była rozczarowaniem i porażką wychowawczą, bo takiej damie jak Evelyn Winfield nie przystoi mieć szatańskiej córki. Co myśleli ludzie? Czuła się odpowiedzialna za każde przewinienie młodszego dziecka i zawsze zastanawiała się przede wszystkim nad tym, czy jej pozycja w oczach innych nie ulegnie nagłej zmianie. Była przerażona zachowaniem Shereen. Wściekała się, gdy jej córka, jako nastolatka otwarcie flirtowała przy członkach rodziny z synem jakiegoś bogatego przyjaciela. Denerwowała się, gdy dziewczyna znów wpadła na świetny pomysł, jakim było urządzenie ogniska na środku podwórka rodzinnego domu i włączenie muzyki na pełen głośnik. Pomyślą sobie, że ona tyle imprezuje. Jak to dziecko się prowadza? — fakty były takie, że na te wielkie imprezy zapraszała tylko starszą siostrę i wąskie grono przyjaciół. Po prostu chciała zrobić matce na złość.
— Bo zawsze mogłeś mieć inne plany. Może byłeś umówiony z jakąś miłą dziewczyną, a ja jestem wredną przyjaciółką i właśnie zrujnowałam ci wieczór? Albo nawet i dzień — ⁣chociaż wolałabym, żebyś nie był.
Zanotowała w pamięci jego preferencje. Ucieszyła się, bo była podobnego zdania. Nie chciała oglądać żadnych komedii ani niczego lekkiego. Wolała obejrzeć horror albo serial kryminalny. Coś, co mogłoby ją wcisnąć w fotel i przestraszyć, by mogła później z ekscytacją dzielić się swoimi wrażeniami z Erikiem i powtarzać, że bał się bardziej, niż ona, nawet jeśli nie byłoby to prawdą. Usta, jak dotąd pełne i wydatne, gdy mówiła, ściągnęła w wąską kreskę, zastanawiając się, co powinni obejrzeć. Zapewne na netflixa wpadło kilka nowych filmów, zarówno słabszych, jak i lepszych, więc wystarczyłoby przejrzeć powierzchownie listę ostatnio dodanych i coś wybrać. — A kasztanowy ludzik? To o takim seryjnym zabójcy. Czytałam książkę i była świetna. Serialu nie widziałam, a wyszedł drugi sezon... — zaproponowała nagle i energicznie, unosząc palec wskazujący. Najwidoczniej miał symbolizować żarówkę, czy olśnienie.
Zaufanie, którym obdarzyła Erica, było dla niej ważne. Czuła, że mogła podzielić się z nim każdą tajemnicą i wierzyła, że nie zawiódłby jej zaufania. I nie chodziło tylko o tajemnice. Chciała poznawać z nim nowe rzeczy i sprawdzać, dokąd by ich to zaprowadziło. Swoboda, którą odczuwała, przebywając w jego towarzystwie, pozwalała jej na przekraczanie granic. Stones nie oczekiwał od niej podporządkowania i odpowiedniego zachowania. Nie zwróciłby jej uwagi, gdyby przyszła do niego bez nienagannego makijażu. Widywał ją w zbyt luźnych spodniach i wiedział, że potrafiła być nieznośnie męcząca i ceniła sobie wolność. Nie miałaby nic przeciw urządzeniu bitwy na kulki błotne ani na kąpanie psów w zniszczonej koszulce. Chętnie robiłaby te wszystkie niekulturalne rzeczy, ale tylko przy Ericu. Przy innych czuła się nie tylko skrępowana, ale i ograniczona — nie chciała popełnić żadnej wtopy, by nie mówiono o niej w sposób negatywny.

Przytaknęła głową, słysząc jego warunek. I nagle, tak po prostu, bez żadnego wcześniejszego uprzedzenia, przeszło jej przez myśl, że był cholernie inteligentny. Mimo głupich pomysłów i głupkowatego zachowania potrafił obmyślić cały program komputerowy, wymyślić aplikację i namierzyć kogoś po wiadomościach. Imponowało jej to. Shereen nigdy nie miała głowy do matematyki czy informatyki. Znała podstawowe programy, potrafiła wykorzystywać internet do swoich zachcianek i komputer do gier, ale kody, zabezpieczenia, analiza danych... To brzmiało przerażająco. Ratowało ją tylko wścibstwo i to, że lubiła uczyć się nowych rzeczy. Z radością przygryzła dolną wargę, gdy się zgodził i odprowadziła go wzrokiem, świętując w myślach to małe zwycięstwo. Chciała pomóc mu z krzesłem, ale uznała, że nie miałoby to sensu — prawdopodobnie by się sprzeciwił. Zamiast tego, poszła za nim, i usiadła obok — przed centrum dowodzenia.
— Coś jeszcze, twoim zdaniem powinno zostać tylko między nami? — spojrzenie Shereen — pytające i śmiałe — przemknęło po twarzy Erica, zatrzymując się na wysokości jego ciemnobrązowych oczu. W pytaniu Winfield rozbrzmiewało rozbawienie, lecz pod jego powierzchnią, kryła się charakterystyczna zaczepność. Wyłapanie jej nie było trudnym zadaniem. Wystarczyło spojrzeć na delikatnie uniesione kąciki ust i błysk zieleni w jej oczach, podszyty lisią przebiegłością.
Usiadła blisko, lecz na tyle daleko, by dać mu wolną przestrzeń do swobodnego operowania dłońmi. Przeniosła wzrok na ekran, śledząc każde kliknięcie i ruch wskaźnika myszki na monitorze. Niewiele potrafiła zrozumieć z tego, co robił. Wyłapywała poszczególne rzeczy, programy. Nastrój Shereen uległ nieco zmianie, gdy Eric wspomniał o zadzwonieniu do Olivera. Zaczepny nastrój zastąpiła na krótką chwilę markotność. Na chwilę, bo zdążyła rozchylić usta w celu oponowania, ale zanim weszła w słowo brunetowi, Eric dokończył swoje zdanie. Odetchnęła z ulgą, dotykając dłonią do piersi, a spomiędzy jej ust wyrwało się westchnięcie. Nie chciała rozmawiać z Oliverem, ani słyszeć jego głosu. Całkowicie zepsułby jej humor. Przysłoniła z zaciekawieniem usta dłonią, nachylając się w stronę ekranu, by dokładniej śledzić skrypty. Radość Erica nie umknęła jej uwadze. Poczuła natomiast, jak serce podchodzi jej do gardła i na chwilę się zatrzymuje. Naprawdę go namierzyli. A ona nie wiedziała, w jaki sposób powinna się teraz zachować. — Jesteś cudowny — wydukała z zachwytem, przytulając go do siebie. — Ale co to za miejsce? Czy to kilka miejsc?

sweetie boy

He wasn’t a project. He was a warning.

: wt kwie 28, 2026 9:05 pm
autor: Eric Stones
Usłyszawszy odpowiedź na zadane wcześniej pytanie o wyrzuty sumienia, Eric po chwili w pełni zrozumiał, co Sher miała na myśli - bo przecież on też nie chciał jej przeszkadzać i włazić zabłoconymi butami do jej czystego mieszkania. Uniósł lekko kąciki ust.
- Przesunąłem je na jutro. - odparł, wzruszając ramionami, lecz zaraz parsknął śmiechem, co świadczyło o tym, iż nie mówił poważnie.
- A tak serio... bo wiesz...- zaczął niepewnie, przeczesując dłonią włosy. - byłem umówiony z miłą - i bardzo ładną- dziewczyną i wiesz co? - spytał, unosząc brew, specjalnie robiąc pauzę, wpatrując się w oczy Sher. - Przyszła tu niecałe... dwadzieścia minut temu. - dokończył, spoglądając na zegarek, aby oszacować, ile czasu minęło od przyjścia wrednej przyjaciółki, a potem jego spojrzenie utonęło w zielonych oczach Sher. Zastanawiało go, czy nie powinien podtrzymać, że faktycznie był umówiony z kimś dzisiaj, ale szczerze? Naprawdę cieszył się ze wspólnie spędzanego czasu z Sher. Odkąd pamiętał, lubił z nią spędzać czas, nawet jeśli jedno czytało książkę, a drugie komiks, albo kiedy Eric był tak wściekły, że nie miał ochoty z nikim gadać, a Sher... tak po prostu siedziała lub stała bok niego i on to naprawdę doceniał. Doceniał drobne gesty, wysłuchania, rady... A potem wyjechała. O tyle dobrze, że nie do innego państwa. bo przecież tak też mogło być - on sam doskonale wiedział, co znaczy zmienić miejsce zamieszkania oddalone (w linii prostej) o 6561 km i jako dzieciak nie mógł ot tak sobie wsiąść w samolot, aby odwiedzić krewnych czy kolegów z przedszkola lub osiedla, z którymi bawił się na placu zabaw.
Plac zabaw miejsce, gdzie rano i popołudniu najczęściej bawiły się dzieciaki, a w nocy można było spotkać nastolatków lub osoby dorosłe. Zabawne. bo wychodzi na to, że tego typu miejsca, były praktycznie dla każdego - choć często regulaminy mówiły inaczej, ale kto by się tam nimi przejmował! Poza tym regulaminy są często po to, aby je łamać. Wiele huśtawek było świadkami różnych historii - zarówno radosnych, jak i tych bardziej ckliwych lub zwyczajnie smutnych. Raz kiedyś, gdy Stones przechodził obok jednego z placów zabaw, zauważył płaczącą dziewczynę oraz siedzącego obok chłopaka. Mówił do niej, a ona nagle wstała i poszła szybkim krokiem, nie patrząc za siebie. Eric podejrzewał, że albo zerwali, albo powiedział jej coś bardzo przykrego. Miał ochotę za nią pójść, lecz ostatecznie kontynuował spacer, którego meta znajdowała się w domu. On jako dzieciak najczęściej albo zjeżdżał ze zjeżdżalni, albo udawał pirata, biegając po takim drewnianym a la mostku łączącym dwie wieże, a trzecią atrakcją były dla niego sprzęty na sprężynach, które próbował wygiąć najbardziej, jak się tylko dało.
- Kasztanowy ludzik… - powtórzył, nie kojarząc, aby wspomniany tytuł obił mu się o uszy, choć tytuł brzmiał całkiem ciekawie i intrygująco. Eric już sobie zaczął wyobrażać fabułę opowiadającą o tym, że ludzie, którzy widzieli kasztanowego ludzika, umierali lub znikali w przeciągu kilkunastu minut.
- Nie słyszałem o tym, ale dla mnie spoko. Ogólnie często jest tak, że książki są lepsze od adaptacji. - stwierdził. - Ale może w przypadku Kasztanowego ludzika jest inaczej. To ja ten… przygotuję, co trzeba. - powiedział, wskazując sypialnię - bo musiał w niej jeszcze pozbierać leżące na środku pokoju skarpetki. Tak więc wziął ze dwa łyki swojego drinka, a następnie czmychnął do swojego pokoju. Podczas uruchamiania projektora, zaczął zgarniać swoje rzeczy z podłogi i kiedy już wszystko zebrał, pochował je tam, gdzie powinny leżeć - albo raczej wrzucił po prostu wszystko do szafy. I jasne, mógł to zrobić później - szczególnie, że projektor pewnie i tak sam wygaśnie ze względu na brak wyświetlania czegokolwiek, ale cóż, przynajmniej nie będzie się wstydził za swoją sypialnię.
Po powrocie do Sher przypomniała mu, po co tu przyszła, i on, rzecz jasna, zgodził się, by była jego asystentką mu towarzyszyła.

Posłał Winifield uśmiech, gdy ta poprzez skinięcie głowy, zaakceptowała postawiony przez niego warunek. Cóż, to, co robił, nie było ani bezpieczne, ani legalne - wystarczył jeden błąd, a mógł mieć poważne kłopoty i dlatego miał powgrywane przeróżne zabezpieczenia oraz modyfikatory. Zabawne, bo na studiach wybrał cyberbezpieczeństwo, co jakby nie patrzeć, przydało mu się w pracy, zarówno pracy pracy, jak i swojej prywatnej pracy bo wiedział, na co i kiedy zwracać SZCZEGÓLNĄ uwagę. W sumie nie wybrałby tej specjalizacji, gdyby nie doświadczył włamania na swoje gamerskie konto. Wkurzyło go to strasznie i odkąd wiedział, jak obdarować kogoś wirusem, każda próba przejęcia kończyła się miłą niespodzianką.
Ogólnie Sher mogła... ba! Powinna czuć się wyróżniona, ponieważ Eric nie każdemu pozwalał patrzeć, jak odwalał robotę po godzinach. Nie każdemu u f a ł tak jak jej.
- Hmm... - zaczął i wsadził kosmyk włosów za ucho Sher. - Nie wiem. A według Ciebie, coś jeszcze powinno zostać... między... nami? - spytał, jakby nieco ciszej, odbijając piłeczkę, choć widział ten lekki uśmiech, namalowany na twarzy Winifield, dlatego sam Stones również zaczął się uśmiechać.
Mimo pełnej swobodności podczas poruszania rękami, tj. jedną jeździł myszką, a drugą klikał w klawiaturę, a czasami odrywał dłoń od myszki, bo szybciej pisało się dwoma rękoma (na klawiaturze, rzecz jasna), zaczepnie tykał dłoń Sher, jakby chciał sprawdzić, czy odpowie na zaczepkę, czy wręcz przeciwnie. Może można było zaliczyć takie zachowanie do dość… dziecinnych, ale Eric miał to gdzieś. Poza tym, dał radę, znaczy, mimo zaczepek, był skupiony na misji. Poza tym gdyby były Sher odebrał, on miał wgrany modulator głosu, więc nie zostałby rozpoznany - tak, o tym też pomyślał, tworząc swoje centrum dowodzenia.
Był zadowolony z siebie, bo nie dość, że spełnił prośbę Sher, choć nie był pewien, czy ona była równie szczęśliwa. Jasne, otrzymał przytulańca, lecz jej wyraz twarzy był... smutny? Przestraszony? Hmm...
- Już sprawdzam. - powiedział, nanosząc współrzędne na mapę.
- Wychodzi na to, że nadawał z okolicy, gdzie znajduje się Emptiness. - odparł, przybliżając obszar przypisany do adresu IP oraz robiąc zrzut ekranu, by wkleić go do dokumentu, a dokument zapisując. Spojrzał uważnie na przyjaciółkę.
- Jeżeli planujesz tam iść sama, to wiedz, że Ci nie pozwolę. - mówił poważnym i stanowczym tonem. Nie pozwoli Sher spotkać się sam na sam z psycholem. Jego oczy też mówiły głośno: NIE MA OPCJI.
Nagle Eric nachylił się do przodu ze skrzyżowanymi rękoma.
- Pójdę z Tobą. Albo sam. - dodał zaraz, bo co miał do stracenia? A poza tym, po coś uczęszczał do Madoxa na zajęcia gdzie szlifował sztukę walki. I miał wrażenie, że naprawdę potrafił dobrze przywalić.

mon sheri

He wasn’t a project. He was a warning.

: wt kwie 28, 2026 11:44 pm
autor: Shereen Winfield
Jak to na jutro? — zapytała samej siebie w myślach, mierząc Erica pytającym spojrzeniem. Poczuła ukłucie zazdrości, choć jako przyjaciółka powinna się c i e s z y ć z faktu, że z kimś się spotykał. Słowem się na ten temat nie odezwała. Próbowała tylko pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, które przypominało jej, że każdy był po części samolubny. Nieważne ile pieniędzy wpłaciłaby na cele charytatywne, ani ilu dobrych uczynków w życiu poczyniła, wciąż chęć posiadania kogoś z powodu egoistycznej zachcianki, czyniło ją samolubną. Nie podobało jej się to uczucie. Eric nie należał do niej. Tłumaczyła sobie tę nieprzyjemność tym, że zawsze miała go dla siebie, bo był jej p r z y j a c i e l e m i naturalnie nie podobał jej się fakt, że gdyby zaczął się z kimś spotykać, przestałby poświęcać jej aż tyle czasu. Nie zrobiłaby mu problemu, gdyby z jakiegoś powodu ją wyprosił. Wyszłaby z jego mieszkania z dumnie uniesioną głową i wymuszonym uśmiechem.
Krótki śmiech Erica rozwiał wszelkie wątpliwości Winfield. Nieprzyjemne ukłucie minęło równie szybko, jak się pojawiło — mogła to porównać do płytko wbitej pod skórę zadry. Takiej, którą łatwo było wyjąć, bez szkód. Chwilę później zanotowała jego gest — tę rozkoszną niepewność, gdy zaczynał mówić, przeczesując palcami włosy. Rozczulał ją tymi gestami. Czasem odnosiła wrażenie, że pod maską dorosłego mężczyzny, był uroczy chłopiec, którego chciała do siebie przygarnąć, przytulić i ochronić przed złem całego świata. Nie chciała go peszyć, dlatego mu nie przerwała. Domyśliła się, że gdyby nagle się wtrąciła, prawdopodobnie nie dokończyłby zdania — a Shereen chciała je usłyszeć. Cierpliwość przynosiła obfite plony — nie czuła się ani trochę skrępowana jego słowami. Gdyby miała w sobie dużo więcej z dziewczęcego uroku, niż kobiecości, być może w tym momencie jej policzki oblałyby się intensywnym rumieńcem.
Podobało jej się to, co do niej mówił — jak i sposób, w jaki na nią patrzył. Nie pamiętała, jak zachowywali się przed jej wyjazdem. Czy wodził za nią wzrokiem, gdy znikała gdzieś w tłumie? Czy była zazdrosna na myśl o tym, że gdy nie była obok, on mógł z kimś intensywnie flirtować? Dlaczego wcześniej nie zwracała na takie rzeczy uwagi?
— Byłaby głupia, gdyby odwołała to spotkanie... Które wcześniej sama zaproponowała — odrzekła śmiało. W przeciwieństwie do niego nie czuła skrępowania. Była w tym momencie szczera — zarówno ze sobą, jak i z Erikiem. I cholerna pewna swoich słów. Winfield rzadko się wahała. Ceniła sobie bezpośredniość i nie bawiła się w zbędne gierki. Z tą samą śmiałością nachyliła się w stronę Erica, by musnąć ustami jego policzek i następnie odsunąć się z rozbawieniem.

Place zabaw zawsze przyciągały różne osoby. Za dnia spędzały tam czas głównie dzieci, wieczorami nastolatkowie, którzy chcieli spotkać się z przyjaciółmi, by zapalić papierosa, albo coś wypić. Tego typu miejsca — dopóki nie były zamykane na noc — tętniły życiem przez większość dnia i wieczora. Shereen również lubiła place zabaw, gdy była młodsza. Plac wyłożony miękką pianką, stojące w cieniu podwójne huśtawki, zjeżdżalnia z domkiem i otaczające zabawki drzewa, kojarzyła z prawdziwym dzieciństwem. Często w zabawie towarzyszyła jej opiekunka, którą traktowała jak ulubioną ciocię. Potrafiła spędzić z nią na placu zabaw około trzech godzin, nawet jeśli w tym czasie sama umierała z nudów, a jej podopieczna, jak przystało na energiczne dziecko, biegała po całym terenie i szukała sobie zajęć. Co zabawne, na ten plac zabaw przychodziła również później, jako nastolatka. Domek osłaniający zjeżdżalnię przed deszczem był świadkiem wielu wydarzeń. Pierwszych pocałunków, kłótni i wylanych łez. Gdy miała piętnaście lat, zostawiła tam po sobie ślad — inicjały wycięte kluczem od domu. Zdarzało się, że wracała myślami do tego miejsca i zastanawiała się, czy wciąż tam były — szczerze wierzyła, że czas nie zatarł śladów po jej dzieciństwie, a plac zabaw nie przeszedł żadnej renowacji. Byłaby szczerze rozczarowana, gdyby władze miasta do tego dopuściły. W ten sposób straciłaby cząstkę siebie i część dzieciństwa.
Zgadzała się co do stwierdzenia, że książki były lepsze od adaptacji. Reżyserzy mieli różne wyobrażenia książkowego świata i przeniesienie ich na ekran nie zawsze było arcydziełem, choć każdemu na tym zależało. Aktorzy, scenografowie, reżyserzy, charakteryzatorzy — wszyscy pełnili ważną funkcję podczas tworzenia filmu i nie należało im umniejszać, nawet jeśli film nie miał nic wspólnego z materiałem źródłowym. Winfield wystarczyło przekonanie, że się starali. Mogłaby opowiedzieć Ericowi o fabule książki, ale czy miałoby to jakikolwiek sens, skoro i tak mieli oglądać serial? — To później mi oczywiście powiesz, co myślisz o serialu.

Ryzykował dla niej utratą stanowiska i problemami z prawem. Stresowała się myślą, że gdyby coś poszło nie tak, mógłby ściągnąć na siebie czyjąś uwagę. Ufała mu. I wierzyła w jego umiejętności, lecz przekonanie tym razem nie wystarczyło. Poprosiła go pomoc, zanim zdążyła pomyśleć. Siedziała obok niego w oczekiwaniu na koniec. Przez chwilę myślała, że czas się dłużył i ciągnął w nieskończoność, ale gdy tylko do niego zagadała — ś w i a d o m i e go kokietując — przestała się tym zadręczać. Wmawianie sobie, że łączyła ich czysta przyjaźń, było absurdalne.
Patrząc na przyjaciela, nie myśli się o smaku jego ust, miękkości włosów czy dotyku.
Z przyjaciółmi się nie flituje, bo to komplikuje relacje.
Między nimi unosiło się to dziwne napięcie. Powietrze gęstniało, za każdym razem, gdy decydowali się na śmielsze gesty. Shereen przyłapywała się na tym, że wstrzymywała oddech w piersi, gdy Eric jej dotykał, a serce łomotało niespokojnie, jak przestraszony ptak szukający sposobu, by wydostać się na zewnątrz. Przekroczyli pewną granicę trzy lata temu. Nie dało się zmienić przeszłości, a udawanie, że wszystko jest w porządku, było kolejnym absurdem. Nawet jeśli nie chcieli o tym mówić, ten pocałunek zaważył na przeszłości. Według niej wiele rzeczy powinno pozostać między nimi, ale były również te, które musiały zostać przede wszystkim z nią.

Przecież nie chciała przyznać, że gdy poprawiał kosmyk jej włosów, liczyła na to, że ją pocałuje.


— Może to, że wezmę dzisiaj u ciebie prysznic, założę twoją koszulkę i zostanę na noc? — odparła zaskakująco niewinnie; w sposób, który do niej nie pasował. — Twoja przełożona randka nie będzie wtedy zazdrosna — randka, która nie istniała, o czym przecież wiedziała. Musiała jednak wrócić do tematu, nawiązać do niego, by dać Ericowi do zrozumienia, że uważnie go słuchała. To był idealny moment, by nachylić się w jego stronę, ale tego nie zrobiła. Posłuchała rozsądku, zamiast niesfornych uczuć i serca. Wyciszyła emocje, skupiając się na tym, co było w tym momencie ważne — na telefonie. Przyszła przede wszystkim po to, by dowiedzieć się, z jakiego miejsca Oliver wysyłał wiadomości. Potrzebowała odpowiedzi na to pytanie, by się z nim rozliczyć. Liczyła też na to, że uda jej się ochłonąć, bo bliskość bruneta odbierała jej rozum. Siedząc obok, odpowiadała na te dziecinne zaczepki. Za każdym razem, gdy czuła szturchnięcie, odpowiadała tym samym. Zamierzała go połaskotać, lub wcisnąć palec wskazujący między żebra, ale nie zdążyła tego zrobić. Zamiast tego serdecznie go uścisnęła w ramach podziękowania.
Z dłońmi ułożonymi na wysokości jego karku, zastygła niemal w bezruchu, gdy usłyszała nazwę klubu. Przez krótką chwilę po prostu stała w ciszy, wpatrując się we współrzędne na mapie i mieląc w myślach to, co właśnie usłyszała. Zmroziło ją, gdy zrozumiała, że Oliver przebywał w klubie należącym do Madoxa. Znała go. Mieli dobrą relację. I wiedziała, że Eric również go znał. Nie wiedziała, ile czasu minęło między pierwszy szokiem i muśnięciu palcami włosów Erica, a zsunięciu się na jego kolana. Umknęło to jej uwadze, choć wciąż wpatrywała się z niedowierzaniem w monitor.
— Madox prowadzi ten klub. Myślisz, że się znają? — zapytała cicho, nie ośmielając się spojrzeć w stronę Erica. Przemknęło jej przez myśl, że powinna tam jak najszybciej pojechać, żeby spotkać się z Oliverem. Zaczęła już obmyślać plan działania. Charakterystyczne ocieranie o siebie palcami i ściągnięcie brwi, zdradzały jej skupienie. Rano, gdy tylko wstanie, zbierze się i pojedzie do klubu — tak przynajmniej zakładała, dopóki nie usłyszała stanowczego tonu Erica tuż za swoimi plecami. Kurwa. Przeszło jej przez myśl, gdy odwracała się w jego stronę. Nie prosiła go o zgodę.
— Eric, skarbie. Doceniam twoją troskę, ale nie proszę cię o zgodę. Co zrobisz? Zmusisz mnie, żebym została? — problem Shereen był taki, że jeśli chodzi o upartość, mogłaby konkurować ze skałą. Jeśli raz coś postanowiła, m u s i a ł a to zrobić. Zmarszczyła z niezadowoleniem nos, gdy nachylił się w jej stronę ze skrzyżowanymi rękoma. Nawet nie miała jak się cofnąć. Nie, żeby planowała.
— Zapomnij. Z tego, co wiem, to mój były. Nie twój — powiedziała ze spokojem, unosząc butnie podbródek. Próbowała być opanowana, ale teraz, gdy wiedziała, gdzie powinna szukać tego człowieka, chciała się z nim spotkać. Zależało jej na szybkim rozwiązaniu sprawy, dlatego mogła rzucić w tej chwili wszystko tylko po to, żeby pojechać do klubu i rozliczyć się z Oliverem. W domu Erica była bezpieczna, ale poczucie bezpieczeństwa nie potrafiło przysłonić tej nieokiełznanej potrzeby doprowadzenia sprawy do końca.

sweetie boy

He wasn’t a project. He was a warning.

: śr kwie 29, 2026 9:12 pm
autor: Eric Stones
W odpowiedzi na pytające spojrzenie rozłożył ręce, jakby chciał tym gestem powiedzieć, że no… po prostu jakoś tak wyszło, lecz spalił to przez zbyt szybkie parsknięcie śmiechem. Aż przypomniał sobie, kiedy Sher pofiniromowała go o poznaniu kogoś. Pamiętał tamtą rozmowę, zaciśnięcie dłoni i wymuszony miły ton podczas gratulowania, choć w środku krzyczał - dlatego potem postanowił pójść na basen i zrobić kilka rundek, ale to mu nie pomogło.No ale z drugiej strony, można było przewidzieć, że kogoś pozna na studiach. On też poznał różne koleżanki, z którymi flirtował lub one flirtowały z nim. Poza tym, doskonale zdawał sobie sprawę, iż miała prawo do pozania kogoś z kim po prostu… byłaby szczęśliwa - bo zdaniem Erica, zasługiwała na prawdziwe szczęście, dlatego miał tylko ogromną nadzieję, że typ jej nie skrzywdzi, ale no cóż… Gdy Eric poznał Olivera, niezbyt go polubił - jakiś taki… dziwny mu się wydawał. I trochę egoistyczny także, dlatego zastanawiało go, co Sher w nim widziała, ale oczywiście zostawił to dla siebie, bo domyślał się, co by usłyszał - że PRZESADZA albo, że specjalnie wyrobił sobie na starcie negatywne zdanie. Kiedy on znał prawdę. Rozmawiał z typem znaczy rozmawiał. Głównie to typ mówił, a Eric o ile na samym początku naprawdę próbował go słuchać, tak po jakimś czasie, automatycznie się wyłączał, jakby ktoś wyjął od niego wtyczkę z kontaktu.
Uśmiechnął się ciut szerzej, gdy usłyszał, jak Sher podłapuje, o kim chwilę wcześniej mówił.
- Zawsze coś komuś może wypaść lub zachorować. - stwierdził, podtrzymując kontakt wzrokowy i wzruszając lekko ramionami.
- Ale cieszę się, że tu przyszła. Naprawdę BARDZO się cieszę. - dodał zaraz, niekontrolowanie biorąc rękę Sher, by następnie przyłożyć ją do swojego serducha, które, nota bene, zabiło szybciej, gdy się nachyliła. Zamrugał kilkakrotnie, bo absolutnie się nie spodziewał, że otrzyma… taki miły prezent. Dla takich niespodzianek, aż chciał mówić więcej, choć w tamtej chwili miał wrażenie, jakby zapomniał języka w gębie.
Miał wrażenie, jakby usta Sher spowodowały rozlanie się wewnątrz niego przyjemnego ciepła, a wszystko dookoła nagle niespodziewanie ucichło. Automatycznie dotknął dłonią miejsca, gdzie chwilę temu spoczywały usta Winifield, jakby chciał mieć pewność, że to czego doświadczył, wydarzyło się naprawdę - może i był to zwykły buziak, ale dla niego był on dość… w a ż n y.

- Oczywiście. - Chyba, że zasnę, to wtedy na pewno dużo powiem. pomyślał, choć oczywiście planował walczyć ze sobą, gdy poczuje coraz to cięższe powieki. Najwyżej walnie energola przed pójściem do łóżka i po problemie.
- Wymienimy się ocenami i opiniami. - dodał zataz, bo on też na pewno będzie ciekaw, co ona sądziła o tym, co obejrzeli. Ciekawe, ile miał odcinków. w sumie mógł sprawdzić podczas ogarniania pokojuuruchamiania projektora, lecz jakoś tak umknęło mu to w tym całym ferworze pracy.

Znowu zrobiło mu się cieplej, kiedy Sher zaczęła wymieniać to, co powinno zostać między nimi. Przełknął ślinę, ponownie czując falę przyjemnego ciepła.
- Zostaniesz na noc… u mnie. - poprawił Sher, bo skoro za każdym razem było podkreślone, że weźmie prysznic u NIEGO i będzie spać w JEGO koszulce, to do trzeciego punktu, również dodał coś, co wypowiedziała przy poprzednich czynnościach. I w dodatku jej głosik…
- Umyć… -Się razem z Tobą?- Ci plecy? - zaproponował, zabawnie poruszając brwiami, choć w rzeczywistości naprawdę mógł… umyć jej plecy. Przygryzł nieco dolną wargę, bo mówiąc o wzięciu prysznica, Sher uruchomiła jego wyobraźnię, dlatego czym prędzej złapał za drinka - którego już wcale tak dużo nie było - lecz on ani trochę nie pomógł uspokoić swojej projekcji slajdów. Przełknął ślinę i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, jakby nie chciał, by Sher spojrzała mu w oczy, bo miał wrażenie, że go zdradzały. Uniósł kąciki ust, gdy usłyszał kolejne słowa przyjaciółki, całkowicie nie spodziewając się tego tekstu. Czyli mnie słucha… pomyślał, a gdyby byli simami, nad ich głowami - lub na pewno nad głową Erica - pojawiłyby się dwa plusy.
- Oby nagle nie zadzwoniła… - rzucił, uderzając ręką o trzymający wewnątrz kieszeni telefon. Oczywiście, podłapał Sher i postanowił pociągnąć ten fake’owy temat związany z jutrzejszą randką. Poza tym miał aktualnie wyciszony telefon, więc nawet jeśli ktoś by się do niego dobijał, to… zauważyłby to na swoim smartwatchu, który nosił naprzemiennie ze zwykłym zegarkiem.

Cieszyło go, kiedy Sher odpowiadała na jego zaczepki, bo przypominało mu to dawne czasy, kiedy odrabiali lekcje i jedno szturchało drugie tak dla zabawy. Raz Eric przez nią zrobił piękną długą kreskę przez całą jedną stronę w zeszycie, co wyglądało tak, jakby chciał ją przekreślić. Nauczycielce powiedział, że jego młodsze rodzeństwo dorwało się do tego zeszytu i niewiele brakowało, a pozostałe strony także wyglądałyby bardzo artystycznie. Nauczycielka ostatecznie przyjmowała to wyjaśnienie, a Eric był z siebie zadowolony, bo nie dostał negatywnej oceny za zeszyt.
Gdy Stones otrzymał przytulasa, uśmiechnął się do samego siebie. Nie spodziewał się tego, dlatego w pierwszym odruchu nieco podskoczył. Nie chciał, aby zabierała od niego ręce, i koniec końców cicho westchnął, gdy przestała go przytulać. Nagle jednak dostrzegł ją na swoich kolanach. Zamrugał szybko kilka razy, bo… zaskoczyła go. Serce znowu zaczęło mu szybciej bić, a on niepewnie ulokował swoją rękę na udzie Sher.
Widząc klub należący do jego mistrza od sztuk walk i ogólnie gościa, którego znał, którego szanował i którego lubił - bo inaczej nie przyniósłby mu gorącej zupy, gdy tamten leżał w szpitalu i nie wyczyścił kompa z wirusów - zaczynało się robić… niezbyt ciekawie. Jasne, można było zakładać, że panowie (Madox i Oliver) się nie znają, lecz Erica interesowało jedno - prawda. Nie kojarzył, by Madox kiedykolwiek wspominał mu o byłym Sher.
- Wiesz co… nie wiem. Nigdy mi o nim nie mówił, ale niedługo idę na sparing z Madoxem, to mogę go zapytać, czy zna typa. - odpowiedział zgodnie z prawdą. Z tego, co pamiętał, Madox był w Meksyku przez jakiś czas i jeszcze chyba nie wrócił - albo wrócił, tylko nie dał znać. Tak czy siak, niezbyt podobało mu się, że Winifield chciała jechać na spotkanie z psycholem SAMA. Zmarszczył czoło, a na twarzy można było dostrzec niezadowolenie.
- Tak, zwiążę Cię i zamknę w piwnicy… a tak serio, wiem, że nie o moją zgodę tutaj chodzi, lecz o to, że… - zrobił krótką przerwę, jakby szukał odpowiednich słów.
- Planujesz konfrontację sam na sam z gościem, który chuj wie, do czego jest zdolny. Z gościem, który nie potrafi odpuścić i napastuje Cię. A ja… - kolejna przerwa i mocniejsze zaciśnięcie dłoni na udzie Sher.
- Nie chcę, żeby Ci się coś stało, rozumiesz? - dokończył i sam nie wiedział, co mu uderzyło do głowy, ale przysunął ją jeszcze bliżej, tak, by jego klatkę piersiową a jej bok dzieliło naprawdę niewiele. Patrzył przyjaciółce prosto w oczy, a w jego oczach można było dostrzec… troskę i zmartwienie.
- Jadę z Tobą. Wezmę jutro zdalną albo wolne. Będę albo czekał w aucie, albo gdzieś sobie siądę. - nalegał dalej, bo to, że to był JEJ były, Eric o tym doskonale wiedział. Tak samo jak wiedział, że gość mógł stanowić zagrożenie. Chciał przy niej być, nawet jeżeli miałby się tylko wtopić w tło. Być obserwatorem, aby w razie co, zareagować. Nagle drugą ręką zaczął jeździć po plecach Sher i choć wpierw miział ją przez koszulkę, tak po minucie lub dwóch, włożył rękę pod koszulkę, tak, by mogła poczuć na swoich plecach jego ciepłą dłoń. Drugą ręką natomiast kreślił palcami kółka po górnej części uda Shereen. Jakby chciał tym dotykiem zmusić ją, by pozwoliła mu na pójście dalejto, by poszedł Z nią. Żeby NIE szła SAMA.

mon sheri❤️

He wasn’t a project. He was a warning.

: czw kwie 30, 2026 7:51 pm
autor: Shereen Winfield
Związek Shereen i Olivera był... Trudny. Skomplikowany. Zostawał w pamięci na dłużej ze względu na intensywność, lecz poza przyjemnymi wspomnieniami, zostawił również skazę. Był pełen kłótni, sprzeczek i zazdrości — Winfield nie lubiła ograniczeń i ceniła sobie niezależność. Związek z kimś, kto od początku próbował przysłonić cały świat swoją osobą i wyplenić z niego inne znajomości, realnie nie mógł mieć dobrego zakończenia. Z początku nie zdawała sobie z tego sprawy. Raczej ignorowała egoizm ciemnowłosego i nie brała do siebie gorzkości jego słów. Im dłużej i częściej próbował nastawić ją przeciw przyjaciółkom, tym bardziej się od niego oddalała. Kochała go w sposób dziwnie pokręcony i wiedziała, że on ją też — tyle, że zbyt intensywnie. Miłość od obsesji dzielił niewielki krok i Oliver diametralnie szybko przekroczył tę granicę. Zaczął traktować ją jak własność i nadmiernie kontrolować. A ona nie była n i c z y j ą własnością. Należała sama do siebie i nie życzyła sobie, by ktokolwiek traktował ją przedmiotowo — nie pozwalała jej na to duma. Z dumą też go zostawiła. Pożegnali się w pewien słoneczny dzień, gdy zaprosił ją na spacer po parku. To było latem. Do tej pory pamiętała promienie słońce muskające odsłoniętą skórę na karku i te intensywnie zielone oczy chłopaka, który trzymał ją za rękę. Między nimi unosiła się niezręczna cisza. Shereen była wtedy pewna, że domyślał się, iż ten spacer będzie ich ostatnim — a na pewno wspólnym. Nie rozstali się na spokojnie, lecz burzliwie. Rozeszli się. Każdy poszedł w swoją stronę i w scenariuszu Winfield, ta scena oznaczała koniec — w scenariuszu Olivera najwidoczniej początek. Nie wiedziała, że Eric go nie polubił; choć mogła się domyślić. Był trudnym człowiekiem. Wiedziała o tym, ale faktycznie powiedziałaby Ericowi, że przesadzał. Nie była ślepa na wady Olivera. Zaczynała je zauważać, gdy spotykali się dłużej, ale też nie pozwoliłaby go obrażać. Lojalność względem partnera jej na to nie pozwalała.

Oliver wciąż pozostawał cieniem, który nie pozwalał jej wyjść do światła.
Świadomość, że mógł być wszędzie, przyprawiała ją o przyspieszone bicie serca.
Odczuwała strach na myśl o tym, że stracił resztki człowieczeństwa, gdy zaczął nękać ją wiadomościami zza grobu. Szczerze chciała to wszystko zakończyć.

Odsuwała od siebie te myśli w obecności Erica, zamykając je głęboko w sobie, tam, gdzie nie miały do niej dostępu. Zachowywała się naturalnie, bez zbędnych skrupułów czy przesadnej wstydliwości. Miała dwadzieścia cztery lata. Była dorosła i nie wprawiały ją w zakłopotanie takie gesty, jak buziak w policzek, przytulenie, czy dotyk. Wstydziła się, gdy miała piętnaście lat i zaczynała poznawać swoje preferencje. Najdrobniejszy gest potrafił przyprawić ją o zakłopotanie i sprawić, że uciekała wzrokiem. Teraz była dużo pewniejsza siebie i bardziej przebojowa, niż siedem lat temu. Z Toronto wyjeżdżała w wieku dwudziestu jeden lat, i wydawało jej się, że przez te trzy lata nabrała dodatkowej brawury. Dla niej buziak w policzek był sympatycznym gestem. Dla niego najwidoczniej czymś więcej — zawsze tak reagował? Uważała go za słodkiego chłopaka o łagodnym uosobieniu i przyciągającą uwagę aparycją. Miała słabość do azjatyckiej urody — zwłaszcza do ciemnych oczu. Dopiero potem dostrzegała resztę; jasną cerę i delikatne rysy twarzy, które tylko podkreślały to pierwsze wrażenie i pogłębiały fascynację. Lubiła tę ujmującą egzotyczność, której nie dostrzegała w osobach o europejskiej urodzie. Przypadki różne się zdarzały — faktycznie mogła się rozchorować, mogła nawet nie mieć ochoty na spotkania, ale sytuacja była nieco... Trudniejsza. Spotkanie traktowała jak wybawienie. Dosłowne i metaforyczne.

U ciebie — powtórzyła za nim. Powoli i wyraźnie.


— Z tym sobie sama poradzę. Wiesz, że to najgorszy tekst na podryw? — zaśmiała się. Uważała, że mężczyźni byli na tyle inteligentni, że mogli wymyślić coś bardziej kreatywnego od najprostszego tekstu, który stał się już memem. Istniały praktyczniejsze sposoby na zaciągnięcie kobiety pod prysznic. Podobnie jak na zwrócenie na siebie uwagi, ale najwidoczniej preferowali bardziej dziecinne zagrywki. Stąd to wzajemnie poszturchiwanie. Osobiście wolała brak telefonu ze strony randki Erica, ale jeśli już by zadzwoniła... Cóż, Winfield nie miałaby na to żadnego wpływu. Eric po prostu wstałby od komputera, odebrał telefon i wyszedł do drugiego pokoju, żeby spokojnie porozmawiać. Tak jej się wydawało. Cieszyła się, że nie zadzwoniła.
Gdyby dostał telefon, musiałaby wstać z jego kolan, a te były dużo wygodniejsze od kuchennego krzesła. Poruszyła się nieznacznie, poprawiając nieco swoją pozycję i wsłuchała się w słowa Erica. Madox nie wspominał jej o Oliverze. Ale ona jemu także nie. Nawet jeśli mężczyzna tam przebywał, Madox mógł nie wiedzieć o łączącej ich relacji — no bo skąd? Próbowała zapomnieć o tym wątku z przeszłości. Wolała skupić się na teraźniejszości i dłoni Erica na swoim udzie zastanowieniu się, czy spotkanie z byłym chłopakiem było dobrym pomysłem.
— Też mogę do niego zadzwonić... — to nie był taki zły pomysł, prawda? Chociaż, czy był na tyle częstym gościem w klubie, że personel go kojarzył? Nie byłaby zaskoczona. Często przebywał w tego typu lokalach, więc istniało wysokie prawdopodobieństwo, że tak właśnie było.
— Ach szkoda... Naprawdę myślałam, że zamkniesz mnie w piwnicy — wtrąciła, niby rozczarowana, że te słowa okazały się tylko żartem. Mimowolnie przygryzła usta, gdy poczuła mocniejszy uścisk palców na udzie. Materiał chronił ją przed doświadczeniem intensywniejszych bodźców, ale nie potrafiła skupić się na myśleniu, gdy Eric znajdywał się tak blisko — w dodatku jej dotykał i zmniejszał dystans. Nie oponowała. Nie miała nic przeciw temu, a nawet rzekłaby, że tej fizyczności p o t r z e b o w a ł a. Poczuła znajome ciepło na policzkach, gdy świadomie naraził ich na bliskość.
— Nie skrzywdziłby mnie. Jest pierdolnięty, ale nie głupi... — szła w zaparte i chciała, by wycofał się ze swojego planu. Przegrywała tę potyczkę. Nie przez upartość Erica, lecz przez to, że dotykając jej, naprawdę mógłby przekonać ją do zmiany zdania.
— Dlaczego jesteś taki uparty? — mruknęła z niezadowoleniem, choć przyciszony ton głosu i czająca się w nim nuta sfrustrowania, nie mogła równać się z tym uczuciem ciepła tlącym się tuż pod powierzchnią. Czując jego palce pod swoją koszulką, wyprostowała się mimowolnie, wstrzymując na chwilę oddech. — I przestań mnie tak dręczyć... — poprosiła, nawiązując do jego dłoni pod materiałem bluzki. Wstała z jego kolan — ale tylko na chwilę. Po odsunięciu krzesła od biurka wróciła na poprzednie miejsce. Usiadła przodem do niego, przylegając do linii jego bioder.
— Bo ja zacznę dręczyć ciebie. I nie będę zastanawiać się nad tym, czy ci to pasuje, czy nie — przestrzegła, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie. Oparła dłonie o kark Erica, wplatając palce między jego włosy i przysunęła się bliżej — ignorując bezpieczną przestrzeń i nie zwracając uwagi na to, że czuła na swoim biuście jego tors. Każdy oddech, każdy ruch klatki piersiowej, każdy głębszy wdech.

my best friend in the whole world

He wasn’t a project. He was a warning.

: czw kwie 30, 2026 10:36 pm
autor: Eric Stones
Czy reakcję Erica, jaką było ucieszenie się, gdy dotarła do niego wiadomość, że Sher i Oliver zerwali, można było uznać za dość… samolubną? Niestosowną? Wtedy był przekonany, że nigdy więcej nie usłyszy jego imienia, ani nie zobaczy jego gębytwarzy, a Sher oczywiście pocieszał - mówił jej, iż na pewno znajdzie sobie kogoś lepszego chociaż najlepszym wyborem byłbym ja. tak właśnie myślał, lecz nigdy nie powiedział tego głośno. Nie chciał, by była smutna, dlatego codziennie wysyłał jej memy na przemian ze śmiesznymi filmikami, jakie mu wyskoczyły podczas scrolowania Instagrama.
Nie spodziewał się jednak, że nagle znowu usłyszy o byłym Winifield i o tym, że zachowywał się jak psychol A może zawsze był psycholem, tylko zakładał dobrą maskę? bo jednak Eric nie miał zielonego pojęcia, czy typ już wcześniej zachowywał się podejrzanie. Nie śledził go i wiedział tylko tyle, co usłyszał i rozmawiał podczas może... dwóch lub trzech spotkań i to właśnie na ich podstawie, potrafił stwierdzić, że no... to nie był ktoś, z kim poszedłby na piwo. Ach ta intuicja.
Intuicja.

Stones naprawdę nie potrafił zrozumieć, dlaczego i jaki interes miał psychol (Oliver), by wysyłać absurdalne wiadomości do Sher. Dlaczego nie potrafił odpuścić i ułożyć sobie życia na nowo? Znaleźć kogoś i po prostu... odwalić się od Sher. pytał Eric samego siebie w myślach, przypominając sobie kryminały które czytał i które oglądał, jakby szukał w nich kogoś podobnego. Nie sądził, by chodziło o pieniądze. Czy jest możliwe, że czerpał po prostu satysfackję z tego? A może jarało go gdy widział, że Sher się boi? kontynuował monolog w głowie, lecz potem ten buziak jakby go zresetował do ustawień fabrycznych. A przynajmniej na chwilę. I to nie tak, że KAŻDY buziak go peszył, czy powodował taką samą reakcję. To było wyłącznie zarezerwowane dla Sher, bo... choć byli przyjaciółmi, to jednak uczucie, którym ją darzył, nie wygasło całkowicie. Gdzieś tam w środku Erica, ognisko nie zostało całkowicie zgaszone i dopalający się kawałek drewna, nagle jakby rozpalił je na nowo. Wiedział, że nie powinien tak reagować, bo wygląda to dosyć... komicznie - a może nawet żałośnie, bo nie miał nastu lat, tylko dwadzieścia cztery - a w sumie zaraz już dwadzieścia pięć, więc powinien zachować się tak, jak na swój wiek przystało Chociaż, skoro jeszcze nie uciekła, to chyba nie uznała tego za jakoś bardzo cringe'owe. A może uznała, tylko potrafiła dobrze przykryć taki załamany wyraz twarzy? Nieważne. Nie chciał o tym zbytnio myśleć, bo z automatu przypomniał też sobie słowa ojca, który mówił: Naprawdę zachwycasz się, bo złożyłeś klocki? Może byś przeczytał jakąś książkę, dzięki której się czegoś nauczysz? Musisz się uczyć, ponieważ inaczej nic nie osiągniesz. Oj tak, Eric doskonale pamiętał te słowa, wyraz twarzy wraz z poważnym tonem ojca oraz ogólnie całą sytuację, gdy przyszedł, aby pokazać złożone dzieło. Nie spodziewał się jednak aż tak miłego feedbacku. Pan Stones choć spojrzał na to, co Eric przyniósł, rzucił pogardliwe spojrzenie, a po sekundzie wrócił do oglądania meczu, bo sport go relaksował. Nieważne, że potrafił komentować i drzeć się tak, jakby sam był komentatorem. Eric uważał, że zamiast w biznesie, powinien zgłosić się na komentatora Przynajmniej może częściej byłby w domu... przy mamie. bo to głównie ona chyba najbardziej za nim tęskniła. I widząc tę tęsknotę, Eric rozumiał, że ona naprawdę go kochała.

Podobało mu się, jak Sher powtórzyła, u kogo zostanie na TĘ noc, dlatego posłał jej lekki , a jednocześnie szczery uśmiech.
U
Mnie.

powtórzył ponownie, jakby dwa razy mu nie wystarczyły. Choć nie powiedział tego głośno, tylko właśnie jakby ciszej, bardziej, wolniej, bardziej… subtelnie, choć miał ochotę wykonać taniec radości.
Westchnął natomiast, gdy usłyszał, że to, co powiedział, było uznawane za najgorszy tekst na podryw.
- Sorry, chyba wypadłem z wprawy. - odparł, zastanawiając się nad tekstem, którym mógłby przykryć tamten żałosny tekst, zapamiętując, by go nigdy więcej nie użyć.
- W takim razie co powiesz na to... muszę wejść z Tobą, żeby Cię łapać, gdybyś się poślizgnęła na śliskim prysznicowym brodziku. - poruszył zabawnie brwiami, choć czy był z siebie zadowolony? Nieszczególnie. No ale jeżeli Sher się uśmiechnie, to będzie okej. pomyślał, próbując z całych sił nie wyobrażać sobie Sher stojącej pod strumieniem wody. Dobrze, że nie założył bluzy na t-shirt, bo raczej by w niej nie wytrzymał - w t-shircie ledwo dawał radę. Zaczął zastanawiać się, czy nie powinien włączyć wiatrka - choć wpierw musiałby go przynieść z piwnicy.
- Jest to jakiś pomysł. - stwierdził, choć i tak planował zapytać Madoxa o Oliviera, bo skoro i tak się spotkają, to czemu miałby tego nie robić? Ciekawiło go, czy panowie się znali, czy były Sher często bywał w Emptiness i czy zachowywał się jakoś dziwnie.
- Nie wiedziałem, że masz takie fantazje... ale jeśli bardzo chcesz... - uniósł ręce do góry, jakby dawał znać, że jeśli FAKTYCZNIE bardzo chciała, to ją zamknie - będzie taki miły i spełni tę zachciankę.
- Mam tam jakieś przetwory od mamy, więc miałabyś co jeść. - dodał, przypominając sobie, że na półkach stało m.in. kimchi.
Zmarszczył brwi, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
- Bronisz go? - spytał z powagą, unosząc brew. Miał wrażenie, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody.
- Naprawdę jesteś pewna, że nic by Ci nie zrobił? - bo przecież ludzie potrafili być nieobliczalni, szczególnie gdy kierowała nimi złość lub chcieli się zemścić. Zastanawiało go, czy Sher powiedziała to, bo faktycznie była tego pewna, czy po prostu... chciała tak myśleć. Mimo wszystko, nie przerywał ruchów dłońmi. Ani nie uciekał spojrzeniem.
- Bo... taki już jestem. Przecież mnie znasz. - odpowiedział ściszonym tonem, wzruszając ramionami i zaczynając drapać Sher po plecach. Lekko. Nie chciał przecież zostawiać czerwonych śladów - choć możliwe, że raz drapnął ciut mocniej niż chciał. Ups.
- I dlatego, że mi... na Tobie... zależy. - dodał, specjalnie robiąc przerwy, stawiając nacisk na Tobie.
Obserwował ją uważnie, planując przerwę w mizianiu po plecach - choć cholernie nie chciał, no ale skoro tak poprosiła - z miną, jakby niezbyt rozumiał, o co jej chodziło.
- Ja Ciebie dręczę? - spytał głosem niewiniątka, wskazując siebie oraz unosząc brew, bojąc się, że przesadził i spowodował, że Cher wróci na krzesło lub całkiem wyjdzie z pokoju... przełknął ślinę, kiedy jednak ponownie zajęła miejsce na JEGO kolanach, lecz tym razem przodem i to w taki sposób, jaki by nie przypuszczał. Serce zaczęło mu walić, oddech przyspieszył, a na czole pojawiła się kropla potu.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Co my... robimy...? Co ja... robię?
Tak bardzo chciał się przekonać, do czego była zdolna, lecz nie wiedział, czy lepiej ją znowu sprowokować, czy może jednak powiedzieć wprost. Nagle zaczepnie zaczął jeździć palcami po górnej części spodni Sher w taki sposób, że palcem wskazującym dotykał jej ciała, a kciukiem sunął po zewnętrznym materiale. Zatrzymał się przy rozporku, jakby chciał tym pokazać, że nie zamierzał jej słuchać. Kolejne, co zrobił, to rozpiął górny guzik tegoż rozporka. Oczywiście mogła to przerwać, wystarczyło po prostu wstać. Nagle nachylił się do ucha Sher.
- Co Ty... mi zrobiłaś. - odnosił wrażenie, że zaczynał wariować przez nią. Ta bliskość... tak cholernie mu tego brakowało i jasne, przytulali się, lecz teraz miał wrażenie, jakby zaczynali NAPRAWDĘ ciekawą grę. Miał tego nie robić, ale ta cała atmosfera, perfumy oraz klatka piersiowa Sher ocierająca się o jego tors spowodowały, że zaczął muskać ustami jej szyję.

my lovely best friend, what are you doing with my head?