Kolejne wiadomości przychodziły co kilka godzin. Ignorowała je, jak tylko mogła. W pewnym momencie przestała zerkać na telefon. Odkładała go ekranem do dołu w obawie, że na ekranie znów pojawi się dymek z imieniem i nazwiskiem Joela. Żarty skończyły się już pierwszego dnia. Od dnia pogrzebu — czyli równo od dwóch tygodni — nie miała ani jednego dnia spokoju. Zgłosiła się na policję, podała dane personalne podejrzanego i sprawa ucichła. Policjant przyjmujący zgłoszenie wzruszył szerokimi ramionami, dając jej znać, że coś zrobią. Napomknął, że na razie nie mogą zrobić zbyt wiele — co w slangu policyjnym znaczyło tyle samo, co nic — bo nikt nie ucierpiał, a fizyczna przestrzeń nie została naruszona. Poza tym, oni to nie wiedzą, czy to na pewno ten mężczyzna. Zderzyła się ze ścianą, a poziom irytacji wzrósł dwukrotnie. I w ogóle nie malał od kilku dni. Przesiadując w pracy, nie potrafiła skupić się na tym, co mówił do niej ojciec. Coś tam jej tłumaczył, że nie wszystkie dokumenty powinna podpisywać, bo niektórzy partnerzy najchętniej naciągnęliby ją na zwiększone koszta, a jeśli uda im się raz, to będę próbować kolejny. Siedziała przy tym biurku i słuchała, choć myślami była gdzieś indziej, dokładnie w mieszkaniu Erica. Słuchasz mnie w ogóle? — słowa ojca wyrwały ją ze znużenia. Pokręciła przytakująco głową, chcąc, by dał jej święty spokój. Nigdy nie lubiła matematyki, a zarządzanie, przypominało jej te nudne zajęcia. Ojciec głęboko westchnął, rozkładając ręce, jakby prosił o pomoc niebiosa. Po jego wyjściu z biura Shereen sięgnęła po telefon. Napisała krótką, zapowiadającą wizytę wiadomość do Erica. Obawiała się odmowy — przecież mógł mieć plany, co było zrozumiałe. Odzew był pozytywny, a ona tylko dodała, żeby zostawił otwarte drzwi.
Mieszkała nieopodal. Zaledwie kilka numerów dalej. Przed wejściem do budynku zamieszkiwanego przez Erica, zdążyła wpaść do siebie. Rozpuściła włosy, założyła mniej urzędowe ubrania, zostawiła drobne zakupy na stole i wyszła. Nie chciała siedzieć sama w domu. Szczerze mówiąc, zupełnie tego nie lubiła. Wolała spędzać czas w czyimś towarzystwie, bo w ten sposób, czuła się bezpieczniej. Na zewnątrz panowało zimno. Chłód uderzał w jej policzki, zostawiając na nich zaczerwienienia. W takich momentach najbardziej doceniała to, że Stones mieszkał blisko. Nie groziło jej całkowite wychłodzenie ani zamarznięcie. Same plusy. Nie martwiła się też o spóźnienie. Zapukała dziesięć minut przed umówioną godziną, weszła do środka cztery minuty później. W szóstej już zostawiała zbędną warstwę ubrań w miejscu do tego przeznaczonym i była gotowa na przywitanie Erica.
— Za dwadzieścia sekund wchodzę. Jeśli musisz coś ogarnąć, masz na to tylko chwilę — przestrzegła, dając mu chwilę dla siebie, jeśli była mu taka potrzebna. Doliczyła do czterdziestu i weszła do środka, witając ciemnowłosego ciepłym uśmiechem. To nie było jej mieszkanie. Mogła czuć się bezpieczniej.