reverse my fall and leave me there
: pn kwie 20, 2026 2:44 am
Było coś urokliwego w nakładającym się sprostowaniu Milesa opisującym przestrzeń, na którą wcześniej ukradkiem spoglądał Nadir. Zapewne powinien poczuć ukłucie wstydu po przyłapaniu na wścibskiej wędrówce po cudzej prywatności, lecz myślami pozwolił sobie popłynąć d a l e j. Głębiej korytarzem, by skonfrontować - do własnego zawstydzenia w głębi duszy - pęd poranków naznaczających również inne sfery życia. Czy pozostawiał kołdrę falami skłębioną w nogach łóżka, gdy zrywał się wraz z budzikiem? Czy poduszka - po prawej, a może lewej... ktoś zajmował drugą? - nosiła nadal odciśnięty kształt jego głowy? Były to myśli
natrętne,
n i e p o ż ą d a n e
i głośne na tyle, by zagłuszyć nimi własne troski. Dlatego unosiły się w jego świadomości bez desperackich prób rozwiania ich zupełnie innymi. Bezsprzecznie bezpieczniejszymi, lecz nie gwarantującymi mu niebycia tym mężczyzną skulonym na chłodnej płycie chodnika. Uciekłby do prywatnej biblioteczki, wzrokiem wyznaczając nowe trasy po mniej lub bardziej znanych tytułach. Czy gdyby odrobina bezczelności uniosłaby wtedy jego dłoń do grubego tomiszcza, by na przypadkowo wybranej stronie między wersami dopuścić się aktu niewyobrażalnie egoistycznemu. Zapisać drobnymi zakrzywieniami liter własne myśli, by kiedyś przypadkowo napotkały te cudze. Wkraść się ponownie w nienależącą do siebie historię, by choćby przez chwilę
b y ć.
Wyrwać się od wiszącego nad głową fatum niebytu lub zapomnienia, które niebezpiecznie kusiło każdego poranka po powrocie na kanadyjskie ziemie. Z każdą połkniętą tabletką powoli formującą go w utracone ramy rzeczywistości. Desperacko pragnął po prostu być - w myślach innych - być - w cudzej przestrzeni - być - g d z i e k o l w i e k - być!
Z łaskoczącym w kark wietrznym pocałunkiem nadciągającej nocy, zamyślił się na dłuższą chwilę nad zadanym przez Milesa pytaniem. Najłatwiej byłoby podać coś z katalogu banalnych odpowiedzi, by nie iść naprzeciw fali kolejnych trudnych pytań samoistnie cisnących się na usta. Był jednakże c h o l e r n i e ciekawy jak możliwie daleko zarysować mógł własną granicę na tych ziemiach należących do współrozmówcy. I jego decyzji o rabunku, którą zamierzał przehandlować za swą prawdę. Szczątkową, gdyż reszta dusiła się w nim boleśnie gdzieś na wysokości jabłka Adama.
- Spokój... we własnych myślach, głównie od siebie i może kontrolę nad sobą. A Ty nie chciałbyś czegoś skraść?- Z bladym uśmiechem goszczących nieproszenie w kącikach ust, odpowiedział mu najprościej, jak potrafił przy tym zamglonym zmęczeniem umyśle. Pogładził krawędź balustrady opuszkami palców, mimowolnie myśląc o tym, czy z każdego luksusowego apartamentu sięgającego chmur rozciągał się taki widok. Czy on również spoglądał na samo, co teraz Nadir przywłaszczał sobie tak łapczywie? Czy była to jego wieża Babel?Kiedy dosięgnie go więc należyta k a r a?
Przekrzywił delikatnie głowę, przenosząc spojrzenie na dłonie mężczyzny, które sięgały właśnie po własnoręcznie skręconego papierosa. Błysnęła mu również na serdecznym palcu ślubna obrączka; coś, co spodziewał się dostrzec od samego początku. Po zderzeniu z tym faktem doznał jednakże dysonansu jakby w dzielonych - dość krótko - chwilach nie potrafił dostrzec zajętego miejsca u boku Milesa.
- Całe moje życie - Z westchnięciem wypuścił spomiędzy warg ciche westchnięcie. Pozorne poczucie anonimowości w obecnej sytuacji wydawało się zbawiennym dla tkania słowami o własnej prywatności. Mógłby opowiedzieć mu dziecięcych przeprawach z tłumaczeniem babci praktycznie każdej lekarskiej wizyty lub nieustannym wypełnianiu koślawym jeszcze pismem jej dokumentów... albo o odejściu ojca, którym przypieczętował na ich rodzinie wieczną walkę o wytchnienie. Zdążyłby dotrzeć w tej opowieści do własnych utraconych marzeniach, nim głos ucichłby w nim z paraliżującego przygnębienia? Wybierz mądrze, Nadirze. - Trudy imigranckiej rodziny.... wyobcowanie, tęsknota i ostatecznie próby wyzbycia się własnej kultury, a potem wstyd za samego siebie i podobne myśli. Myślę, że nie starczy papierosów w paczce, bym zdołał dotrzeć choćby do połowy...
Przyglądał się, jak sylwetkę bruneta otula kotłujący się na wietrze dym. Sięgając potem z wdzięcznością po zaoferowaną mu zapalniczkę, by pójść niezgrabnymi ruchami w jego ślady. Włożył między wargi papierosa, by następnie dopiero z trzecim podejściem pomyślnie go zapalić. Trener zapewne wysłałby teraz ku niemu wiązankę przekleństw... jeśli w ogóle jeszcze pokładał w nim jakiekolwiek nadzieje. - A ile takich dotknięć może znieść człowiek... nie masz dosyć? - Ileż śmierci i cudzych nieszczęść w sobie dźwigasz, nieznajomy? Naiwnie szukał spojrzeniem w nim choćby cienia tych osób, śladów d o t k n i ę ć po ciężarze obcego istnienia. Trudno było uwierzyć Al Khansie, iż płynąca z prysznica woda miała takie niezwykłe właściwości. Najwyraźniej ciało Nadira uodporniło się na nią przy każdym kolejnym epizodzie depresyjnym, gdy skulony na rozgrzanych kafelkach marzył wyłącznie by się w niej zatopić. - ...czyli przeszkodziłem Ci w rutynie?
Ucieczka; tańczyło na końcu języka Nadira, lecz w porę powstrzymał się przed zdradzeniem własnej słabości. Porady, która przynieść mogła drugiemu mężczyźnie złudne poczucie wolności od dręczących demonów. A przecież... nie chciał ściągać własnego przekleństwa również na niego.
- Gdybym znał... nie byłbym pewnie w takim stanie -W tym miejscu?[/i] Ze wzrokiem błądzącym mimowolnie ku przepaści, jakby jego ciało w wyuczonym odruchu miało po prostu s p a d a ć. Niefortunnie, kiedy ze wspomnień przywołało się obraz nie tak dawnej Olimpiady i ikarowego lotu przy ostatniej łyżwiarskiej figurze.
Miles Howard
Z łaskoczącym w kark wietrznym pocałunkiem nadciągającej nocy, zamyślił się na dłuższą chwilę nad zadanym przez Milesa pytaniem. Najłatwiej byłoby podać coś z katalogu banalnych odpowiedzi, by nie iść naprzeciw fali kolejnych trudnych pytań samoistnie cisnących się na usta. Był jednakże c h o l e r n i e ciekawy jak możliwie daleko zarysować mógł własną granicę na tych ziemiach należących do współrozmówcy. I jego decyzji o rabunku, którą zamierzał przehandlować za swą prawdę. Szczątkową, gdyż reszta dusiła się w nim boleśnie gdzieś na wysokości jabłka Adama.
- Spokój... we własnych myślach, głównie od siebie i może kontrolę nad sobą. A Ty nie chciałbyś czegoś skraść?- Z bladym uśmiechem goszczących nieproszenie w kącikach ust, odpowiedział mu najprościej, jak potrafił przy tym zamglonym zmęczeniem umyśle. Pogładził krawędź balustrady opuszkami palców, mimowolnie myśląc o tym, czy z każdego luksusowego apartamentu sięgającego chmur rozciągał się taki widok. Czy on również spoglądał na samo, co teraz Nadir przywłaszczał sobie tak łapczywie? Czy była to jego wieża Babel?
- Całe moje życie - Z westchnięciem wypuścił spomiędzy warg ciche westchnięcie. Pozorne poczucie anonimowości w obecnej sytuacji wydawało się zbawiennym dla tkania słowami o własnej prywatności. Mógłby opowiedzieć mu dziecięcych przeprawach z tłumaczeniem babci praktycznie każdej lekarskiej wizyty lub nieustannym wypełnianiu koślawym jeszcze pismem jej dokumentów... albo o odejściu ojca, którym przypieczętował na ich rodzinie wieczną walkę o wytchnienie. Zdążyłby dotrzeć w tej opowieści do własnych utraconych marzeniach, nim głos ucichłby w nim z paraliżującego przygnębienia? Wybierz mądrze, Nadirze. - Trudy imigranckiej rodziny.... wyobcowanie, tęsknota i ostatecznie próby wyzbycia się własnej kultury, a potem wstyd za samego siebie i podobne myśli. Myślę, że nie starczy papierosów w paczce, bym zdołał dotrzeć choćby do połowy...
Przyglądał się, jak sylwetkę bruneta otula kotłujący się na wietrze dym. Sięgając potem z wdzięcznością po zaoferowaną mu zapalniczkę, by pójść niezgrabnymi ruchami w jego ślady. Włożył między wargi papierosa, by następnie dopiero z trzecim podejściem pomyślnie go zapalić. Trener zapewne wysłałby teraz ku niemu wiązankę przekleństw... jeśli w ogóle jeszcze pokładał w nim jakiekolwiek nadzieje. - A ile takich dotknięć może znieść człowiek... nie masz dosyć? - Ileż śmierci i cudzych nieszczęść w sobie dźwigasz, nieznajomy? Naiwnie szukał spojrzeniem w nim choćby cienia tych osób, śladów d o t k n i ę ć po ciężarze obcego istnienia. Trudno było uwierzyć Al Khansie, iż płynąca z prysznica woda miała takie niezwykłe właściwości. Najwyraźniej ciało Nadira uodporniło się na nią przy każdym kolejnym epizodzie depresyjnym, gdy skulony na rozgrzanych kafelkach marzył wyłącznie by się w niej zatopić. - ...czyli przeszkodziłem Ci w rutynie?
Ucieczka; tańczyło na końcu języka Nadira, lecz w porę powstrzymał się przed zdradzeniem własnej słabości. Porady, która przynieść mogła drugiemu mężczyźnie złudne poczucie wolności od dręczących demonów. A przecież... nie chciał ściągać własnego przekleństwa również na niego.
- Gdybym znał... nie byłbym pewnie w takim stanie -
Miles Howard