30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

007
reverse my fall and leave me there
nurse my soul into care
Amira Al Khansa rzadko kiedy płakała.
Latami nie pozwalała dojrzeć własnym dzieciom kropel lśniących od słońca w drobnych zmarszczkach zaczynających się w kąciakach jej oczu. Dusiła w sobie trudy młodego rodzicielstwa zrzucone na jej barki tuż po wpadnięciu w sidła gorzkiej miłości, za którą zapłaciła zbyt wieloma bolesnymi nadziejami o spełnienie rzucanych na wiatr obietnic. Każdą niedolę grzebała głęboko w sobie z przerażającą dla syna ciszą. Nie ugięła się ani razu; na pogrzebie własnego ojca z małymi dziećmi uwieszonymi jej długiej sukni i zawodzącą matką u boku czy pochylając się nocami nad stosem nieopłaconych rachunków, kredytów oraz długów pozostawionych im przez byłego męża.
Nadir Al Khansa swego czasu płakał bardzo często.
Pozwalał łzom wyznaczać nowe trasy na opalonych policzkach, gdy nieszczęścia wbijały swe szpony w jego młodzieńcze serce. Swymi uczuciami naznaczał całą swoją przestrzeń, niekiedy dusząc się od ich nadmiaru. Był przeciwieństwem dla matczynej stabilności, miotając się dramatycznie na granicy własnego życia. Zawsze jednakże na końcu każdej z tych przeklętych emocjonalnie wędrówek czekała ona; ze spokojem prowadząc go przez kolejne dni, aż wspomnienia złamanego serca wyblakły na tyle, by stał się kimś więcej niż przekleństwem z nich ulepionym.
Stając przed drzwiami rodzinnego mieszkania tuż nad matczynym sklepikiem, poczuł, jak całe ciało sztywnieje mu od bolesnej niemocy. Zaciśnięta w pięść dłoń Nadira jakby wbijała o nie sygnał SOS, choć na ratunek było dla niego za późno o miesiące nieszczęść. Słyszał niewyraźne kobiece nawoływanie wraz z krokami stawianymi w pośpiechu, a gdy klamka powoli przechyliła się ku dołowi, rozszczelniając tym samym drzwi, dobiegła jeszcze jego uszu dobrze znana melodia utworu Umm Kulsum. Kiedy pojawiła się przed nim - w biegu, oderwana od codziennych obowiązków - dostrzegł najpierw pojedyncze siwo-czarne kosmyki wypadające spod na prędko nasuniętego na głowę jedwabistego hidżabu. Następnie ich spojrzenia odnalazły drogę ku sobie, splatając się w mieszance intensywnych uczuć niepokoju i niedowierzania.
Nadir! Melodyjny głos zacisnął się niczym pętla na szyi łyżwiarza, gdy przy tym kobieta silnymi szarpnięciami wciągnęła go do przedpokoju. Potem czuł już jedynie u d e r z e n i a.
Pierwsze; jak mogłeś, يا ابني?
Drugie; nikt nic nie wiedział... - czy dzwoniła też do n i e g o?
Trzecie; na Allaha, myślałam, że nie żyjesz, Nadirze!
Czwarte, piąte, szóste, siódme... zostawiające na jego duszy kolejne pęknięcie, gdy w obcej dla niej histerii przeklinała pierworodnego syna. I choćby pragnął w akcie pocieszenia objąć ją ramionami, by zamknąć jej drobne ciało w silnym uścisku, to wszystko w nim odmawiało posłuszeństwa. Siłą zaprowadziła go na kanapę, samej niczym huragan przenosząc się z jednego końca salonu do drugiego. Wodził za nią otumanionym spojrzeniem, już wcale nie skupiając się na wypowiadanym przez nią potoku słów. Oprzytomniał na moment, gdy wcisnęła mu w dłoń słoiczki z jego lekami; pamiętałeś, by je brać... pamiętałeś, prawda? Dla spokoju jej ducha skłamał, powoli potwierdzając jej kiwnięciem głową. Następnie z rosnącym do siebie obrzydzeniem, podniósł się z miejsca, całując ją w czoło przepraszająco, gdyż bez słowa ruszył ku wyjściu. Gdzie idziesz, Nadir? Nadir, Nadir! Goniło za nim korytarzem, lecz każdy kolejny krok pozwalał mu, choć na chwilę złapać oddech.
Zaraz,
zaraz
wrócę mamo... Błądząc po mieście, wydeptał kilometry zmęczonych myśli z ciążącymi mu pojemniczkami nieszczęsnego remedium upchniętymi w kieszeń kurtki. Zwolnił dopiero wraz z pierwszymi kroplami lodowatego deszczu dosięgającymi jego skóry. Niechybnie przystanął w półkroku przy kiosku ze sprzedawcą w popłochu chowającym gazety, by dojrzeć na jednym z barwnych magazynów własne zdjęcie;
Kanadyjski łyżwiarz z olimpijskim srebrem...
Momentalnie odwrócił wzrok, czując przypływ mdłości na samo wspomnienie tamtego dnia. Nie zdołał jednakże uciec daleko od widma swojej przeszłości, gdyż ulewa sprawnie starała się dotrzeć do każdego skrawka jego ciała. W efekcie czego zrezygnowany opadł pod ścianą jednego ze szklanych drapaczy chmur, chowając się pod niewielkim daszkiem dającym złudną ochronę przed deszczem. Gdy sięgał drżącymi dłońmi po - choć pragnął odszukać w kieszeni rozładowany telefon i cudem wybrać ten jeden numer - paczkę papierosów miał już dość tego życia. Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Zwykle udawało mu się filtrować uczucia. Oddzielając myśli od kości głowy, warstwa po warstwie, ściągał z siebie ciężar cudzych traum niemal z tą samą rutyną, co ściąga się płaszcz. W życiu chirurga na wiecznie obleganej urazówce była to umiejętność niemal konieczna.
Nie istniały dni bez nieszczęść (szczególnie, gdy wzywano go na ER-kę), a zbyt głębokie współodczuwanie mogło przyprawić o zawrót głowy. Dyżury i praca chirurga miały jednak ukrytą w sobie pułapkę, dzieliły się na dni nieszczęść c u d z y c h, tych powypadkowych, i jego w ł a s n y c h, gdy podczas zbyt długiego dyżuru, niekiedy ulegał własnym słabościom: empatii. Zmęczenie zaczynało wżynać mu się wtedy głęboko pod skórę i sztychem tępego wrażenia docierało aż do sztywnych od wysiłku mięśni i twardych wszędzie tkanek.
To wtedy, zbyt skoncentrowany na ciele, nie panował nad pochłaniającymi go emocjami.
Powtarzająca się dzień za dniem ciężkość cudzych skrzywień, pęknięć i złamań, które raz za razem leczył na oddziale, utykała w takich momentach w neuronach świadomości wbrew jego woli. Mimo lat spędzonych na tej samej pracy nie potrafił oderwać się od cudzego nieszczęścia w chwilach, gdy piętrzyło mu się ono przed oczami operacja za operacją. Nie tak całkiem. Smutne uśmiechy matek i krwawe przebicia skóry obrazem nędzy i rozpaczy wbijały się do jego głowy jak krótki, uwierający go gwóźdź, i choć nie raniły go bezpowrotnie (zawsze cudem odnajdował drogę do spokoju), sprawiały, że przez chwilę czuł się o jotę bardziej sfrustrowany i zmęczony, niż był w stanie wcześniej przewidzieć i również o jotę bardziej odpowiedzialny za pacjentów, niż powinien.
Jedyną słuszną reakcją na przebodźcowanie i przesilenie emocji było... odcięcie się od myśli i skupienie wyłącznie na działaniu.
W obronnym geście i w dniach największego zmęczenia, w imię obrony własnej stabilności, załączała mu się więc głęboko ukryta w nim obojętność – ta cienka błona osowienia i spokoju, która oddzielała go od absolutnie wszystkiego, co jeszcze chwilę wcześniej próbowało wgryźć się w niego, pozostawiając przygnębiający ślad na duszy.
W strzępiących się klinach niedopowiedzeń, w zawodowej kurtuazji i w mnożących się w ciągu pracy interakcjach, brakowało więc miejsca na dłużące się współczucie. Była w nim empatia, zawsze z szacunkiem i zrozumieniem traktował bowiem swoich pacjentów, ale przed słowami pocieszenia pierwsze skrzypce grała u niego sprawność rąk, poprawność słów i ilość branych nadgodzin, by dobrze się kimś zająć.
Nigdy nie pochylał się natomiast nad prywatą; nad źródłem płaczu, czy źródłem cudzego śmiechu. Negatywne skutki podobnych działań zawsze przewyższały te pozytywne. Oddzielony od pacjentów grubą kreską profesjonalizmu, podnosił więc z nóg szpitalnych łóżek ich karty zdrowia i w skupieniu oraz wyciszeniu przyglądał się procesom zmian z minionych tygodni – wynikom badań, rentgenowskim zdjęciom, czy ich prognozom na dalsze miesiące. W żaden sposób nie starał się wyjść poza rytm ich pulsu i biologię ciał.
Rytuał odcięcia się był wszystkim dobrym, co znał –
wszystkim, co chroniło go przed oniemieniem i tym okruchem grozy, który jak największy zbrodniarz, potrafił wściubić się między przedsionki serca i ugrzęznąć tam na dobre, pijąc bez umiaru.
Tego unikał.
Tego nie znosił.
Po długim dyżurze, powracając do swojego niebagatelnie drogiego w utrzymaniu drapacza chmur, miał nadzieję zrzucić z siebie ciężar emocji, które zdążył nazbierać podczas pracy. Jednak życie miało inne plany. Uparcie narzucało na niego szereg testów z tą przedziwną kapryśnością losu, sprawdzając jego granice wytrzymałości, gdy tuż przed drzwiami wejścia, w horyzoncie wzroku uchwycił J e g o.
Chłopak na oko wyglądał na dwadzieścia parę lat, choć w świetle zimnych lamp ulicznych jego twarz niknęła w półcieniu i niejasnym dla Milesa grymasie. Krople deszczu, dzięki zadaszeniu spływałyby poza obręb młodej sylwetki, gdyby nie fakt, że wiatr popychał je z uporem pod nędzny daszek, odbierając chłopakowi jakiekolwiek schronienie.
Z początku minął go, popychając dłonią drzwi wejściowe do holu. Przeszklone skrzydło drapacza, pod naporem palców otworzyło się na oścież, wpuszczając na wycieraczkę parę pojedynczych kropel wody, które zmiażdżone w wolnym kroku Milesa, zginęły bezpowrotnie pod podeszwą jego buta.
Westchnął cicho, przywołując w głowie siność smukłych palców, które z zimna lub z nerwów, drgały lekko, ujmując między siebie paczkę papierosów.
Zatrzymał się, wciąż z ręką na drzwiach.
Chcesz wejść? Nie zapowiada się, żeby szybko miało przestać padać.
Nie powinno go to obchodzić. W mieście tak tłocznym i pulsującym od życia jak Toronto, ludzie stojący pod ścianami wieżowców byli prawie częścią krajobrazu, równie częstym obrazem przestrzeni, co odbicia neonów w kałużach i przeszkleniach budynków w centrum.
A jednak niejednoznaczność w tym chłopaku go p o r u s z a ł a.
Może chodziło o dymiącą od niepokoju aurę nieznajomego?
Towarzyszący chłopakowi nastrój bezwiednie wchodził w dialog z jego własną popracową apatią, a kontrast, który w pierwszej sekundzie zdawał się Milesa uwierać, równie szybko zaczął coś w nim budzić. Coś, czego nie potrafił zignorować.
Niech to szlag, niewymowność uczucia zastygła w trzewiach, przekuta w uprzejmy uśmiech, gdy ostatecznie oparł się plecami o szklane skrzydło, wciąż nieco wilgotne od deszczu, dając nieznajomemu jasny sygnał zaproszenia oraz przestrzeń do przejścia.
Zrobię Ci herbaty. Możesz spalić papierosa u mnie.
Ostatni z argumentów był najmniej oczywisty, ale za to najbardziej prawdopodobny w realizacji. Sam palił i zamierzał sięgnąć po papierosa już w domu, na tarasie.
Tutaj jest zakaz — dodał wyjaśniająco.
Przechylił podbródek nieco w bok, w kierunku ściany budynku, nieopodal chłopaka. Spojrzenie sięgnęło tabliczki „Nie palić”, która niemo potwierdzała to, co zdążył mu już przekazać.

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wyraz twarzy matki w tym pierwszym po powrocie spotkaniu malował się boleśnie w jego pamięci, gdy tylko pozwalał na dłuższy moment opaść potwornie ciężkim powiekom. Jej zaszklone oczy i usta wykrzywione w grymasie sprawiły, iż nie istniało już miejsce na tej przeklętej ziemi, gdzie mógłby się we własnym odczuciu udać bez niepotrzebnego ranienia bliskich. W dodatku zapalniczka przy każdym kolejnym pstryknięciu płatała mu figla, nie sięgając płomieniem zawilgoconego tytoniu.
Chcesz wejść?Wkradło się między lodowate stróżki, by zatańczyć łaskoczącym ciepłem na karku Nadira. Półprzytomnym spojrzeniem powędrował w stronę barytonu wyłaniającego się na pierwszy plan miejskiej kakofonii, dostrzegając ciemne oczy utkwione właśnie w nim. Mierząc nieznajomego wzrokiem - zdecydowanie zbyt długo, by dało się to uznać za niewiążące w żaden sposób - rozkładał na czynniki pierwsze skierowane ku niemu pytanie.
Pierwsza myśl zaplątała się w ogóle jego sylwetki; stojącej w opozycji do nadirowego chaosu kryjącego się w każdym niedociągnięciu jego wyglądu. W dobranych do siebie nienachalnie eleganckich ubraniach zdawał się prosić o zadanie pytania; czemu miałby przekraczać granice swojego świata?
Kolejne bardziej chaotyczne przeskakiwały od jego twarzy, próbując wyszukać w niej oznak zastawianej pułapki; d l a c z e g o?
Z napinającymi się mięśniami od doświadczanego dysonansu, sam nie rozumiał, czego tak naprawdę zamierzał się doszukać w nadal wiszącej między nimi propozycji i przede wszystkim jak powinien na nią teraz normalnie zareagować, gdyż większość jego czynów zazwyczaj plasowała się poza granicami wszelkich norm.
Mężczyzna wyglądał p o r z ą d n i e, a było to najbardziej obdartą z uczuć opinią, jaką zdołał wyłowić z zalewającego go potoku sprzecznych barw. Z własną naiwnością - lub obecnym nieskrywanym zbyt dobrze życiowym umęczeniem - potrafił uwierzyć intuicji, iż w planach mężczyzny nie leżało zamordowanie go tuż po przekroczeniu progu apartamentu. Bądź chwilę potem, by nie splamić zbyt mocno krwią parkietu, a wyłącznie przyozdobić nią łazienkowe płytki.
- Nie zapowiada się... - Odezwał się w końcu, swoim głosem tworząc echo jego słów i mimowolnie śledząc tym samym potwierdzenie tego unoszące się wysoko na niebie w postaci kłębiących się na nim ciemnych chmur. Myśli Nadira nie pędziły tak daleko w przyszłość, a tym bardziej nie w poszukiwaniu rozwiązania niedogodnej sytuacji. Mimo wszystko to nie ona więziła go pod tym cholernym daszkiem, choć dla przypadkowego obserwatora nie było to wszak takie oczywiste.
Nim ponownie odnalazł drogę do spojrzenia mężczyzny, dość niezgrabnie jak na posiadacza ciała wyćwiczonego latami katorżniczych treningów podniósł się z wilgotnej płyty chodnikowej.
Żonglował w umyśle możliwymi zakończeniami tego spotkania; chodnikiem za swymi plecami, który w deszczu poprowadziłby go dalej w miejski labirynt oraz niewiadomej zaczynającej się za szklanymi drzwiami przytrzymywanymi mu przez bruneta.
O d e j d ź,
zostaw tego Bogu ducha winnego człowieka.Wpraszanie się do cudzego życia, choćby teraz z wcześniejszym zaproszeniem w przypadku Nadira nie zwiastowało nigdy niczego dobrego. Czyż egoistyczne nie byłoby wprowadzenie własnej destrukcji w tak stabilnie wyglądające życie w sięgającym nieba wieżowcu? Pośpieszał się w myślach, by grzecznie odmówić na próbę ratunku inicjatywę ugoszczenia go we własnym domu. Sięgnął wolną dłonią do czoła, by delikatnie odsunąć z niego wilgotne od deszczu czarne kosmyki, formując przy tym ostateczną odpowiedź.
Nie, dzięki... przejdę się dla zdrowia. Zamiast tego z ust Al Khansy ku jego własnemu zaskoczeniu wyrwało się coś zupełnie innego;
- Herbata brzmi dobrze - Stawiając pierwszy krok ostatecznie w kierunku nieznajomego, pchnął swój los w zupełnie inną pajęczynę utkaną z cudzych nici życia, gdy jego własna od tygodni była naciągana do niechybnego przecięcia przez dłonie Atropos. W ciągu ostatnich miesięcy (by nie skłamać, nie poszerzał w czasie dalej tych widełek) nie stał się adresatem tak odmiennej propozycji, którą nieznajomy mógłby kierować akurat do niego. Herbatę?
- Och - Och? Mimowolnie kąciki ust Al Khansy drgnęły ku górze, wyginając usta w coś bliskiemu delikatnemu uśmiechowi. Nie pomyślałby, że ktoś naprawdę przejmował się w takim stopniu zakazami umieszczanymi przy gwarnych ulicach Toronto. Wychowany w dość biednej dzielnicy wyciągnął też odmienne nawyki, które najwyraźniej nieumyślnie przekształcały postrzeganie takich zdarzeń.
Na sekundę zawahania zatrzymał się tuż przed nim, starając się nie przyglądać mu zbyt wnikliwie i tylko wyłapać fakt, że był niewątpliwie starszy. Czy na górze wpaść mieli na jego żonę oburzoną nieproszonym gościem przybłędą? Porzucił prędko malowanie takiej wizji, będąc zbyt zmęczonym na zamartwianie się uwikłaniem w kolejną niewygodną sytuację.
- Często urządzasz u siebie palarnie? - Rzucił lekko przez ramię do mężczyzny, zatrzymując się już w błyszczącym czystością holu. Po skórze Nadira przebiegło znajome uczucie wstydu, gdy zdał sobie sprawę, jak mocno odcina się od otaczającej go scenerii, mokrymi śladami własnego obuwia znacząc kolejne metry posadzki.

Miles Howard
Ostatnio zmieniony pt mar 20, 2026 5:36 pm przez nadir al khansa, łącznie zmieniany 1 raz.
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza sączyła się powoli, jak zdławiona w krtani myśl lub woda, przeciekająca przez pęknięcia w betonie na chodniku; wąską strugą, leniwie i z naturalną sobie pasywnością, spływała po kamieniach ich spotkania upiornie wolno, by zaraz potem wsiąknąć w grunt wprost pod ich butami, rozmiękczając nieco i tak już niestabilne podłoże.
Nie istniał jeszcze żaden punkt zaczepienia, ani żadna wspólna płaszczyzna, na której mogliby oprzeć tę relację, rodzącą się dopiero między nimi. Co za tym idzie, nie było pod nimi silnego fundamentu powiązania, a w zasadzie nawet: żadnego. Los skąpił im hojności, nie obdarowując ich ani nawet najmniejszym pretekstem, dla którego mieliby dalej ze sobą rozmawiać. Tego (pretekstu do rozpoczęcia interakcji) musiał szukać sam w odmętach własnej uprzejmości, by proponując mu wejście do holu, uczynić z tej chwili coś więcej, niż przecięcie się dwóch skrajnie różnych aur.
Wbrew pozorom nie robił tego za darmo.
W zamian Miles zyskiwał cudzą o b e c n o ś ć – dostrzegał ją jako szczególną, łatwo zapamiętywalną formę. Po pierwsze, jako melancholię, która poruszała do myślenia tym intensywniejszego, im intensywniej patrzył na niego; po drugie jako niejednoznaczność, jaka przenikała przez ubrania aż do serca jego duszy.
E m o c j ę, która nie znikała bezpowrotnie, jak wiele innych wcześniej. Tych przygnębiających, które obejmowały jego ciało ledwie na chwilę i ledwie jak podszept, czy przesuwający się po nim szybko cień (za emocje tego typu – silne, trwalsze, bez zbędnej ulotności – dałby się pokroić).
A więc mężczyzna ten, choć nieznany, miał dla niego wyjątkowe znaczenie.
Nadawał inny ton jego myślom i łatał samotność dzisiejszego wieczoru, jakby nagle ktoś przestawił jego wewnętrzny kompas na drogę usłaną silniejszymi doznaniami, nie pozwalając mu przy tym wrócić do obojętności.
I właśnie ta nieoczywistość, zamiast go zniechęcić, czy przestraszyć, wciągała go głębiej w uważną, niemal mimowolną obserwację cudzego ciała. Trudno było mu przy tym ocenić, czy apatia, osadzona w krawędziach ust i twarzy nieznajomego, kierowana była do niego, czy może raczej świadczyła jedynie o życiowym zmęczeniu. Trwał więc cierpliwie pod drzwiami, z plecami, które chłonęły chłód i gładkość powierzchni, obserwując, jak z sekundy na sekundę twarz chłopaka tężeje z zimna lub z narastających w głowie myśli lub ocen.
Kiedy po tak długim milczeniu wreszcie nadeszła ta chwila – głos chłopaka poniósł się po trakcie dystansu między ich ciałami – omal nie prychnął w rozbawieniu.
Powtórzenie jego własnych słów przez nieznajomego było prawie jak kpina, biorąc pod uwagę, że dał mu tyle (tj. dużo) czasu na przemyślenie kwestii. Jednak nie wytknął mu tego. W zrywce uśmiechu zamknął ewentualną chęć skomentowania go w jakikolwiek sposób. Opuścił nawet podbródek do ziemi, by zamaskować gest, w pobłażliwym wzniesieniu kącików ust czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Przewidywał już odmowę, unosząc na niego wzrok i gotowy odepchnąć się od drzwi, gdy...
Herbata brzmi dobrze zabrzęczało w jego uszach zapamiętanym echem słów, a następnie zostało przypieczętowane paroma krokami w kierunku holu.
Odetchnął z ulgą, dotąd nie zdając sobie sprawy z tego, że w ogóle wstrzymywał wcześniej powietrze w płucach. Podbródek podniósł się ku górze, gdy mijający go obrys cudzej sylwetki zdominował cieniem jego własną, znacznie niższą, czemu towarzyszyło podświadome wyprostowanie pleców przez Milesa. W kolejnych sekundach odepchnął się od skrzydła drzwi, zamykając je za nimi.
Tylko w uzasadnionych przypadkach... — odpowiedź nadeszła stosunkowo szybko, płynnie wypełniając lukę po zadanym pytaniu. Miles w tym czasie zdążył kiwnąć głową witająco na krótkie „Panie Howard”, wypowiedziane przez recepcjonistę w holu. I był to jedyny moment, w którym dzielił skupienie na dwie osoby, w dalszej perspektywie zarówno myśli jak i wzrok koncentrując na chłopaku. Pracownika budynku zostawił tymczasem za plecami i wyrównał krok z nieznajomym, dochodząc do niego parę kafli później.
W tym kierunku — ramiona Milesa otworzyły się na moment w subtelnym geście, jedno zajęło powietrze za cudzymi plecami, jakby chciał go objąć, choć robił to bez wyraźnego dotknięcia, w szacunku i w naturalnym sobie spokoju odnajdując sposób na połączenie kurtuazji ze stanowczym prowadzeniem do celu. Druga dłoń, także wzniesiona, wskazała jednocześnie luźno i krótko w stronę wind.
Musnął go po plecach tylko raz, gdy jego własny krok okazał się wyprzedzać ten cudzy. Dalsze metry pokonał jednak wolniej, konsekwentnie parędziesiąt centymetrów za nim, póki nie znaleźli się w kwadracie windy.
Ciężkie, metalowe drzwi kabiny zasunęły się przed nimi niemal bezgłośnie, z ledwie przytłumionym, prawie niedosłyszalnym szelestem, odcinając ich od reszty świata grubą ścianą. Charakterystyczne kliknięcie piętra i pierwsze drgnięcie po tym, jak Miles kliknął odpowiedni guzik na panelu, zwiastowało dalszą drogę do apartamentu.
Dopiero wtedy, stojąc sam na sam z mężczyzną, znów się odezwał:
Jesteś pierwszym takim... — głos osiadł miękko w przestrzeni — ...przypadkiem — dodał wyjaśniająco, jako że powracał myślami do wcześniejszej kwestii.
Jedna z dłoni oparła ciężar na przewieszonej przez ramię, eleganckiej torbie, w której zwykł trzymać dokumentację i lunchboxa. Druga wsunęła się w kieszeń spodni, choć gest daleki był od aroganckiego. Zakończony wyciągnięciem niewielkich rozmiarów papierośnicy, stał się nowym zarzewiem pomocy.
Nie boisz się, że okażę się psychopatycznym sadystą? — słowa wypowiedział spokojnie, bez wyraźnej, dominującej emocji. Wysunął przy tym jednego z papierosów z pudełka, zawieszając dłoń w kierunku nieznajomego, gdyby ten zechciał jednak teraz lub później zrezygnować z walki z namokniętym tytoniem.
Wzrok zszedł poniżej twarzy chłopaka, przyglądając się ubraniu i ewentualnym gestom.

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W oczach Nadira nie miał już nic, co mógłby sobą zaoferować. Kontur sylwetki nieznacznie przygarbionej, by łatwiej zniknęła z cudzego pola widzenia oraz zainteresowania była w jego oczach jedynym widocznym punktem. Powłoką dla rozbijającego się echa uczuć, które boleśnie obijały się po zmęczonej duszy Al Khansy; jeśli oczywiście takowej nie zaprzedał już dawno temu w grzechach dyktowanych epizodami maniakalnymi, a to zdecydowanie plasowało się na liście kwestii spornych i niekiedy uciekających poza ramy jego pamięci.
Panie Howard; zaplątało się między ich ciałami, a jego ciekawość łapała się każdego dźwięku poznanego nazwiska. Pasowało mu? W myślach przez moment wymawiał je półprzytomnie, by stwierdzić ostatecznie, że dobrze układa się w ustach. Będąc tak zaoferowanym okruchem cudzej prywatności, prawie nie skierował przy tym swej uwagi na - zbyt długie jak dla Nadira - krótkie spojrzenie rzucone przez mężczyznę stojącego za ladą portierni.
Bezwiednie pozwalał prowadzić się holem wieżowca, by w pewnym momencie poczuć przypadkowe muśnięcie na własnych plecach. Ciche westchnięcie zgrało się wraz z mięśniami na moment naprężającymi się w miejscu tego i n c y d e n t u nieznaczącego właściwie nic. Bo - na nieszczęścia tego świata - balansował nad dwoma przepaściami skrajności; tęsknotą za dotykiem osoby, którą zostawił w tamtym życiu oraz niechęcią do każdego rodzaju bliskości, który mógł sięgnąć g ł ę b i e j.
Ulokował się przy przeciwnej ścianie widny do pana Howarda, zawieszając już bardziej bezwstydnie na nim własne spojrzenie, by w symfonii mechanicznych dźwięków tkać sobie w umyśle jego obraz. Kim jesteś?
- Pierwszym? A zdradzisz jakie uzasadnienie stało za tym razem? - Pomimo wystarczającego czasu na przetworzenie kotłujących się myśli, nie zdołał wyklarować sobie wystarczająco jasnego powodu zachowania nieznajomego mężczyzny. Dlatego zapewne mimo letargu ogarniającego ciało, słowa same ułożyły się w gnębiącego go wewnętrznie pytanie. Bo nagle chciał przywłaszczyć sobie to w s z y s t k o; każdą niejasność oraz wątpliwość ukrytą w dźwięcznie wymawianych sylabach, bo może wtedy wkradłby się niepostrzeżenie do cudzych myśli w poszukiwaniu czegoś prawdziwego, kiedy on czuł się brutalnie z tego obdarty własnymi dłońmi przez los.
- Pewnie powinienem - Odpowiedział szczerze bez większego namysłu, choć w głębi nie odczuwając nawet cienia z wiadomych obaw. Utknął w przeklętym zawieszeniu, gdy życie biegło tuż obok Ciebie i obawy nad własnym istnieniem wydawały w zupełności go nie dotyczyć. - Ale chyba nie ma to teraz większego znaczenia? Trudno mi wyobrazić sobie, do jakiego rodzaju sadyzmu mógłbyś pasować - Odparł wraz ze wzruszeniem ramion, jakby naprawdę miał zacząć snuć podobne rozważania.
Dostrzegł niemą propozycję, wyciągniętą ku niemu w przecinającym dystans geście. Z ulgą wcisnął własną zwilgotniałą paczkę papierosów do kieszeni, by wprawiła w ciche grzechotanie znajdujący się tam plastykowy słoiczek leków. Sięgnął po zaoferowaną pomoc, zatrzymując swoją dłoń na papierośnicy dłużej, niżeli byłoby to koniecznie. Dopiero po chwili umieścił między dwoma palcami wysuniętego papierosa, zamykając to następnie krótkim skinięciem wdzięczności głową w kierunku mężczyzny.
- Może jednak sam zaprosiłeś takiego do własnego mieszkania? Nie wyglądam na groźnego? - Drgnęły kąciki ust Al Khansy w delikatnym i trochę zaczepnym uśmiechu, gdy przekrzywił lekko głowę, opierając ją o metalową ścianę. Ten stan nie trwał zbyt długo, kiedy ledwo dostrzegalnie wstrząsnęło nim od zatrzymania na odpowiednim piętrze. Pozwolił sobie poczekać, aż nieznajomy pierwszy ruszy do wyjścia, podążając za nim dalej korytarzem. Tym razem nie rozglądał się jak po holu, utkwiwszy spojrzenie ciemnych oczu wyłącznie w profilu H o w a r d a... aż do przeznaczenia ich niedługiej podróży.
- A myślisz, że któremuś z nas pisana jest dzisiaj śmierć? - Jakże lekko wybrzmiały w ustach Nadira te słowa, kiedy oparłszy się niedbale o ścianę nieopodal wejściowych drzwi, wzrokiem powędrował trasą cudzego spojrzenia do oczu rozmówcy. Prawie jakby zapytał o coś tak trywialnego, jak przesolenie sobotniego obiadu, a nie dywagacje o możliwych drogach prowadzących do nieuniknionego fatum. Nawet jeśli ta śmierć nie miała oznaczać dosłownego wydobycia z siebie ostatniego oddechu, a wyłącznie czegoś metaforycznego, co współgrałoby z tragizmem trzymający jego sylwetkę w pionie. Bawił się przy tym nieodpalonym jeszcze papierosem, delikatnie obracając go w palcach.

Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ostrym ujęciu świateł windy, sylwetka nieznajomego pierwszy raz wydała mu się nader prawdziwa i dostatecznie namacalna, by mimo dzielącego ich dystansu, uznać obecność chłopaka za wiążącą. Tak jakby wszystkie pozostałe działania, których dotąd się podjęli, były jedynie sennym poruszeniem ciał, ugniecionych przypadkowo w rzeczywistość. Dopiero teraz jednak, w przestrzeni skurczonej do małej kabiny, nie mając innego widoku, niż obrys cudzego ciała przed sobą, strzała cudzej fizyczności – tej pięknej, młodej i pełnej jędrności – dotarła do niego mocnym przebiciem. Sporą pomocą w otarciu się o ten wniosek było również zadane przez chłopaka pytanie.
Dlaczego zaprosił obcego do własnego domu?
Samotność, która dyskretnie zakradała się do jego serca nie była wystarczającym powodem. Funkcjonował z nią od lat i łatał jej skutki czasem wieczornym piciem w pojedynkę, innym razem wizytą w pubie z kolegami-lekarzami po pracy. Co się zmieniło?
Dziś tępe zmęczenie, jakie osiadało na ramionach po długim dyżurze i utykało w kościach sztywnością, wyrzucało z niego obcy kaprys. Zalęgająca w nim obojętność przestała wystarczać, a umysł, wbrew temu nawet, co myślał o tym rozsądek, domagał się nowego bodźca.
Czegoś, co go dotknie...
...czy może czegoś, czego on sam może dotknąć?
Chwila wyciszenia, w trakcie którego składał język na podniebieniu, w gotowości do udzielenia mu bezpiecznej informacji, trwała dłużej, niż planował. Nie potrafił odpowiedzieć mu sensownie bez obnażenia własnych słabości.
Mam problem z zostawianiem ludzi w potrzebie — po chwili wahania streścił zwinnie to, co błąkało się w nim w szerszej skali. Mam problem z zostawieniem Ciebie brzmiało bliżej jego własnych myśli, w których to z nieznanych sobie przyczyn, nieznajomy utkwił na ołtarzu jego zainteresowania.
Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego reaguje na jego obecność żywiej. Dlaczego zależy mu akurat na nim i jego potrzebach, choć na ulicy mijał co najmniej kilku innych ludzi, przemoczonych i potrzebujących schronienia przed deszczem. Nie wiedział, dlaczego pragnie objąć go dziś troską.
Bo się... napatoczył tuż przy wejściu?
I nie pogardzę towarzystwem. A Ty? Dlaczego się zgodziłeś? — dodał bardziej przyziemnie.
Nie kłamał w obu przypadkach. Nie do końca.
Dzień za dniem ratował cudze życia, a ignorowanie krzywd pacjentów nie leżało w naturze lekarzy. Jedni udzielali pomocy dla pieniędzy, inni z poczucia misji. Każdy jeden z ich branży, postawiony przed potrzebującym, z pewnością jednak sięgnąłby po bandaż, czy skalpel.
A koniec końców i tak w rutynie zawodu czaiła się brutalność codzienności, gdy po kraksie samochodowej przyjmował kilku poszkodowanych naraz, albo zajmował się beznadziejnymi przypadkami, które trafiały na ER-kę. Dlatego właśnie w słowach nieznajomego dostrzegał ironię. Wyrwała ona z niego lekki uśmiech, którego tym razem nie starał się tuszować.
Łamię na co dzień kości. Jestem chirurgiem na urazówce, więc czasem ciężko u nas bez radykalnych środków — zaśmiał się rozbawiony, w odpowiedzi na potencjalne rozważania chłopaka. Towarzyszyło temu ciche kliknięcie papierośnicy, którą właśnie chował z powrotem do tylnej kieszeni spodni,
Na wzmiankę o ryzyku zaproszenia go do mieszkania nie miał okazji zareagować, gdy poruszenie windy przerwało ewentualną chęć wypowiedzenia się w temacie. Oczywiście mógł z łatwością wrócić do tej kwestii... gdyby tylko chciał.
Gdyby tylko chciał…
(A nie miał ochoty przyznawać się do zaskakująco bliskiej mu dziś naiwności
Nie rozumiał tego stanu chyba bardziej nawet, niż samej obecności Nadira).
Zamiast tego w tętnie ciała właśnie topił impuls ostrożności, pozwalając, by rozproszył się on jak drżenie krwi pod skórą. Z nagle podkarmianą w sobie chorobą nadziei, zupełnie bez powodu wręczał mu kredyt zaufania, wierząc, że nieznajomy ani nie otworzy przy nim zawiasów zbyt przystojnej twarzy w manipulacji, ani nie skorzysta z przewagi wzrostu, próbując ustawić się nad nim w agresji.
Nie widział w nim niczego, co mogłoby rozedrzeć pewność dzisiejszych decyzji. Ręka zastygła mu jednak na klamce wejścia do własnego mieszkania, gdy lotność słów musnęła ucho, wciągając w wir zastanowienia.
Mam nadzieję, że nie — zaczął spokojnie, ostatecznie przekręcając klucz w drzwiach i popychając je do przodu, by wejść do środka. — Nawet nie zdążyłem spytać Cię o imię — dodał przez ramię, z automatu włączając światła w przedpokoju.
Cichy szelest ściąganej kurtki i skrzypnięcie butów przy odstawieniu ich pod ścianą przerwało dialog. Dopiero po spełnionej rutynie wejścia, odwrócił się w kierunku gościa, wyciągając ku niemu zachęcająco dłoń (na powitanie):
Miles — przedstawił się krótko z imienia.
Nazwiska nie wymienił. Podejrzewał, że osoba, która myśli o śmierci w dzień poznania, jest na tyle ostrożna, by wychwycić je w lobby, gdy wypowiadał je recepcjonista.

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mam problem z zostawianiem ludzi w potrzebie... Wkradło się słowami pod skórę Nadira; och, najłatwiej byłoby stanąć w opozycji do tego stwierdzenia i zaprzeć co sił przeciwko swemu losu, by uchronić resztki dumy pozostawionej zapewne na chodniku przed budynkiem. Przygryzł delikatnie policzek od wewnątrz, wzrokiem uciekając g d z i e k o l w i e k, byle daleko od linii cudzego spojrzenia. Choć nieznajomy nie dał mu faktycznych powodów do odczuwania wstydu, to nie dało się uchronić od dreszczu zażenowania własną osobą. Najwyraźniej jego chwila na wysokości miała swoją cenę, a okazał się nią bolesny upadek. Jak miałby się z tego pozbierać, kiedy tysiące oczu śledziło każdą sekundę olimpijskiej klęski? Zamykając oczy, potrafił wyobrazić sobie to uczucie więżących go świateł reflektorów na tafli lodowiska oraz przylegającej do ciała fali gromkich oklasków; czemu oni nie czuli tego, co on? Kiedy r o z p a d a ł się... oni po prostu mu gratulowali, a z każdym klepnięciem w plecy i pełnym ich radości objęciem tracił oddech. Z tych wspomnień nie potrafił wysupłać słów trenera ani monologów własnej rodziny, gdyż był po prostu obcym w tym szczęściu. Nadir Al Khansa był w potrzebie. Nadzieja nieznajomego nie splatała się z jego własną. Pomimo tego delikatnie kąciki ust Nadira drgnęły ku górze, trochę w wymuszonym uśmiechu. On - do teraz, może dość nieświadomie - wędrował myślami w stronę śmierci, tą prostą ścieżką blizn znajdujących się w okolicach nadgarstka i uczuciem otępienia krępującego resztę ciała. Utkwił wzrok na dłoniach mężczyzny, śledząc zw zamyśleniu, jak pracują przy zamku. Wraz z cichym dźwiękiem ustępującego mechanizmu, odepchnął się lekko od ściany i stanął tuż za brunetem. Nie przekroczył progu przez dłuższy moment, obserwując wyłącznie jak ten się od niego oddala.
Miles. Miles Howard; zwieńczył tym swój obraz intensywnie malowany w myślach Nadira od kilkunastu minut. I sam Al Khansa nie mógł się zdecydować, które z tych dwóch odkrytych niewiadomych pasowało mu do zatańczenia na ustach bardziej. Prawie to wstrzymał oddech przechodząc przez próg, by...
- Nadir - Nie skłamać tym razem, choć po języku snuły się inne nieprawdziwe odpowiedzi. Najpierw niepewnie musnął wnętrzem dłoni jego, by następnie mocniej zacisnąć szczupłe palce w powitalnym geście.
Raz,
dwa,
trzy.
Wyswobodził dłoń mężczyzny z uścisku, swą prędko w impulsie przyciskając do boku własnego ciała. Jakby zbyt długi kontakt z drugim człowiekiem mógłby roztrzaskać go na jeszcze mniejsze kawałeczki. Spojrzeniem powędrował do odstawionych na boku butów Milesa, dopiero po chwili orientując się, że powinien pójść w jego ślady. Nie schylając się, nogą o nogę ściągnął własne obuwie, przesuwając je delikatnie pod ścianę.
- Pytałeś, dlaczego się zgodziłem? Myślę, że życie po prostu polega na podejmowaniu decyzji... nie zawsze jestem w tym dobry - Powrócił do wcześniej zadanego pytania, zamykając własną odpowiedź delikatnym wzruszeniem ramion. W wielu aspektach oraz chwilach swego życia Al Khansa po prostu nie zastanawiał się zbytnio nad czekającymi na niego konsekwencjami, a z ciężarem własnej choroby na barkach przychodziło mu to dość często. - Tym razem też? - Z bardziej szczerym bladym uśmiechem pozostawił Milesowi decyzję nad trafnością podjętej przez zebranego z ulicy nieznajomego.
Dopiero po tym pozwolił sobie w kiełkującej ciekawości, uciec spojrzeniem nad głowę mężczyzny. Powoli przechwytywał kolejne detale tej części mieszkania, które były dostępne dla jego oczu. Naiwnie wierzył, iż dopełnią one luki i odkryją skrywane - przed nim a może i przed całym światem - tajemnice.
- Chirurg? Nie przytłacza Cię odpowiedzialność za cudze życie? - Wizja takiej odpowiedzialności przytłaczała Nadira. Nam nie pojmował, jak jego właśni lekarze nie uginali się pod smętnym wzrokiem niosącym w sobie miliony nieszczęść, którym w nich celował na kontrolnych wizytach. On sam ledwo odpowiadał za własne, nieporadnie krocząc dzień za dniem przez życie - c u d z e? Byłby tylko zwiastunem wiszącej w powietrzu katastrofy, bo czy nie niszczył wszystkiego na swej drodze?


Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nadir.
Na-dir (i jak-dalej...?)
Tylko Nadir.
Imię powtórzone w głowie kilkukrotnie nie płowiało pod promieniem pytania, nie mętniało również przez ciszę, czy emocjonalny dystans, jaki wciąż ich dzielił. Osadzało się w przestrzeni z gładką łagodnością, tchnięte naporem milesowej uwagi, gdy chwilę później bezrefleksyjnie powiódł wzrokiem za cofniętą dłonią mężczyzny. Teraźniejszość kurczyła się przy tym nieuchronnie do wąskich w czasie sekund między jednym, a drugim oddechem. Także między dotknięciem dłoni nieznajomego, a jej brakiem, gdy znajome jego zmysłom ciepło cudzej skóry, w splocie nieufności, uciekło spod końców palców Milesa, ustępując miejsca zimnej pustce powietrza, w której wciąż tliło się niedopowiedzenie. Pewna niewiadoma dzisiejszego spotkania, owiana nienatrętnym, ale wyczuwalnym napięciem. Lepkim, zagęszczonym w dźwięku podeszwy buta, szorującego lekko o podłoże, gdy chłopak przysuwał obuwie wolno pod ścianę.
A ono – na swój sposób – szeptało swoją własną spowiedź.
Zostawiało na podłodze ślad nadirowej obecności, ale także dzieliło się zwątpieniem dnia, gdy w – jak się milesowi wydawało – ostrożności, jego dzisiejszy gość pozostawiał namacalną cząstkę siebie pod ścianą.
Między skoncentrowanym światłem, natężonym w wąskim gardle korytarza, a cieniem padającym od mebli, obuwie wiązało więc pamięć kroków z pasywnością dzisiejszego przystanku.
Mam z Tobą jeden problem... — Wyznanie, wypowiedziane nad wyraz spokojnie, ścięło się nad nimi w kloszu niedopowiedzenia, gdy ruszył dalej, przechodząc obok biurka i wchodząc w głąb mieszkania. Tym samym nie dzielił z Nadirem wątpliwości – przestał zastanawiać się nad tym, czy decyzje, jakie podjęli, są słuszne – przyjął ich wzajemną, nieoczywistą relację za coś normalnego w tej przestrzeni. Za kolejny cień, czy kolejne rozproszenie światła za szkłem apartamentu.
Gdybyś nie był taki młody, stwierdziłbym, że musiałeś ukraść mi miejsce w kolejce po wzrost — dokończył wypowiedzianą wcześniej myśl w lekkim, rozbawionym tonie, zerkając na gościa przez ramię z dystansu.
Palce dłoni opadły w tym czasie na kolejny z włączników świateł tuż za korytarzem wejściowym, odkrywając niemal całą, rozległą przestrzeń salono-kuchni, zebranej w jednym prostokącie przestrzeni przy szklanej ścianie. Niewiele, poza łazienką i sypialniami, pozostawało cudzej wyobraźni, gdy wychodziło się za winkiel korytarza.
Miles zatrzymał się przy blacie barku, opierając na nim luźno prawą dłoń, by móc odwrócić się w kierunku wejścia, zostając przy tym w bliskości z meblem. Chłód powierzchni grubego marmuru przeszedł przez skórę, nie dotarł jednak do jego twarzy, gdy ignorując ten fakt, skupił się na odpowiedzi. Pytanie Nadira wciąż wisiało między nimi, oczekując dotknięcia zaczętej przez niego kwestii.
Zostaw sobie odpowiedź na potem. Może wcale nie jestem takim złym towarzystwem i będzie można uznać Twoje dzisiejsze decyzje za udane — krótka pauza miała dać chłopakowi czas na dojście do salonu. Sam w tym czasie zerknął za fotele, w kierunku wyjścia na niewielkich rozmiarów balkon, który mógł pomieścić komfortowo zaledwie jedną do dwóch osób. — Jeśli nie będziemy mieć o czym rozmawiać, przynajmniej wypalisz papierosa, Nadir. — dodał, rozkoszując się obcym brzmieniem na języku. Było coś egzotycznego w sposobie, w jaki głoski imienia nieznajomego układały się na podniebieniu.
To z perskiego? Czy z arabskiego?
Echo dźwięku błąkało się mu w głowie, a gałąź nadirowej krwi – jego domu, jego pochodzenia – prawie pulsowała mu pod skórą niejasnością. Niewiedza kuła go w obszarze, który domagał się wyjaśnienia lub dopowiedzenia.
Niewiedza – przede wszystkim – była jednak czymś, co trudno mu się znosiło.
Zanim jednak uzyskał oczekiwaną odpowiedź, westchnął cicho, w ukrywanych dotąd emocjach pozwalając, by chociaż samo zmęczenie wyszło na filar rozmowy. I tak rzucało się mu cieniem na twarz, czego po tak długim dyżurze nie potrafił ukryć. Zagrzany przez rozmowę, ciepło w pomieszczeniu i świadomość cudzej obecności, rozebrał się przy tym z kolejnej, wierzchniej warstwy ubrania (swetra), pozostając w przesiąkniętej szpitalem białej koszuli.
Detergenty, wżarte w tkanki materiału, uderzyły Milesa w nozdrza, gdy złożył sweter na jednym ze stołków i rozluźnił krawat, opierając się tyłem o bok barku, by móc przyjrzeć się mężczyźnie. Jego rysom, jego twarzy. Jego gestom, jego aurze.
Chodząca melancholia lub zroszony fatalizm, tak by go określił.
Uśmiechnął się lekko na kolejne z pytań.
— Bez przerwy — powinien odpowiedzieć.
Odpowiedzialność wżerała się w każdy jeden neuron jego świadomości, w każdą jedną cząstkę ciała, szczególnie dotycząc dłoni, skupionych na rzetelnej pracy. Odpowiedzialność była więc jego fatum, ale była też mobilizacją, dzięki której rok za rokiem Miles był w stanie wzrastać.
Ludzie częściej dostrzegają w tym „sprawczość”, niż „przytłoczenie” — celowo uniknął odpowiedzi, odpychając się od barku, by najpierw wyciągnąć dla siebie wodę z lodówki, a następnie ruszyć w kierunku balkonowych drzwi.
Jeszcze częściej mówią po prostu: „Chirurg? Musisz sporo zarabiać”.
Zaśmiał się, sugerując tym żartobliwość wypowiedzi. Ręka chwyciła za klamkę drzwi. Skrzydło balkonu uchyliło się zachęcająco pod naciskiem jego palców.
Więcej jednak się nie odezwał.
Drugi raz już go nie zaprosił na palenie, po części oddając Nadirowi pałeczkę w kwestii tego gdzie i w jaki sposób chce
to
zrobić
.

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mam z Tobą jeden problem... Zawiedzenie musnęło przez chwilę jego ciało niczym otrzeźwiający umysł podmuch wiatru. Oczywiście z góry założył, iż następne słowa będą miały negatywny w stosunku do niego wydźwięk. Mimo to usta drgnęły w dość krzywym uśmiechu, gdy skonfrontowany z rzeczywistością spoglądał za Milesem. Dwie rzeczy w tej wypowiedzi w półtrzeźwym umyśle Nadira wydały się jednakże zaskakujące. Dopiero teraz pojawił się pierwszy szczegół, który go uwierał w osobie rozmówcy? I dlaczego wyłącznie jeden przyszedł mu na myśl? Sam Al Khansa byłby w stanie podpowiedzieć mu o wiele więcej własnych defektów, ale popadanie w niełaskę w jego oczach wolał zachować na później... ...choćby chwilę później? Podążając za nim w głąb mieszkania, przeskakiwał śpiesznie z jednego punktu do drugiego. Czując się przy tym, jak ktoś, kto bezwstydnie przywłaszcza sobie czyjąś prywatność. Gdyby tylko przyjrzałby się o parę oddechów dłużej kuchennemu blatu, dostrzegłby może pozostawione po pośpiesznym poranku naczynia. Niedopitą kawę w ulubionym kubku albo zapomnianą herbatę w filiżance otrzymanej w nietrafionym urodzinowym prezencie. Szczegóły należące wyłącznie do n i e g o; poranną rutynę pozostawioną tu przed oczami Al Khansy.
Gdy mężczyzna dokończył wcześniej zaczętą myśl, ciało Nadira rozluźniło się z trzymającego go wcześniej niezrozumiałego napięcia. Życie nauczyło go ciągłej gotowości na niespodziewane uszczypliwości, więc blady uśmiech na ustach Egipcjanina mógłby ujść - pomimo tego odrętwiałego stanu duszy - za oznakę prawdziwego rozbawienia.
- To źle? Może faktycznie zaprosiłeś do siebie jakiegoś przestępcę... ale nie wiem, czy akurat to chciałbym od innych rozkradać - Z zamyśleniem wzruszył powoli ramionami, rozważając wszelkie możliwości rabunku. Nigdy właściwie nie przykładał większej uwagi do własnego wzrostu, poza uwagami trenera, które jednak dość prędko bledły w jego pamięci. Zawsze był wysoki jak na swój wiek; wpierw dość wychudzony w niekiedy za luźnych ubraniach, dopiero potem nabierając atletycznego kształtu.
- Nadir? - Dopytał ostrożnie, wyrwany z własnych rozmyślań. Jedynie ta opcja pasowała do zadanego mu pytania. Rzadko kiedy ktoś zastanawiał się nad etymologią jego imienia, a tym bardziej podając samemu różne opcje wychodzące poza ogólne coś wschodniego. - نادر... wywodzi się arabskiego słowa oznaczającego coś rzadkiego, ale pochodzę z Egiptu... głównie, więc to raczej dość zwyczajny wybór. Jako dziecko opuściłem z rodziną Aleksandrię... - Nie pytał o to! Dalsza myśl urwała się w połowie dźwięku, kiedy zrozumiał, jak łatwo poddał się wodom własnej opowieści. Wplątał wolną dłoń w ciemne kosmyki z tyłu swojej głowy, starając się ukryć to c o ś na granicy zakłopotania, które właśnie wkradało się do jego myśli.
Przeszedł obok praktycznie szklanej ściany, na moment przystając przy Milesie z zawahaniem czającym się w mięśniach, następnie przeciskając się tuż przy nim w przejściu na tyle wolno, by przechwycić w nozdrza zapach perfum... oraz wymieszanego z nimi echa minionego dnia? Nie potrafił ująć w myślach jednego spójnego obrazu; czy tak pachniało szpitalne życie? Czy tylko on? Wszelkie rozważania zostały z niego brutalnie wręcz wywiane, gdy ciało powitały chłodne objęcia wieczornego powietrza. Wciągnął je zachłannie do płuc, delektując się malującym się przed nim nowym widokiem. Wysoko; jedna wolna dłoń od papierosa zacisnęła się na balustradzie balkonu, a wzrok powędrował z niezdrową ekscytacją w dół budynku.
Kiedy Miles dołączył do niego, przeniósł powoli spojrzenie z panoramy miasta wprost na mężczyznę. Przyglądał się jego twarzy we względnej - bo szum Toronto współgrał z gwarem w jego umyśle - ciszy, prawie zapominając, że mogło to wprowadzić rozmówcę w zakłopotanie.
- Nie pytałem o innych ludzi. - Powrócił do tematu, lekko nieusatysfakcjonowany otrzymaną odpowiedzią. Słowami Miles zdawał się mu balansować nad bezpieczeństwem, a Nadir najwyraźniej próbował go z tego teraz wyrwać. Nie obchodziły go powielane przez innych myśli, bo sam zapewne o lekarzach też jakieś posiadał; mniej lub bardziej stereotypowe. - Jestem ciekaw, co ty czujesz... i myślisz.

Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stanąwszy przy barku nie był już wyłącznie Milesem Howardem – był też westchnieniem ulgi po znalezieniu stabilnego punktu oparcia i deklaratywnym spokojem, który bił po oczach, gdy tylko spoglądało się na niego. Przede wszystkim jednak pozostawał żywym filarem mieszkania, bo pod pewnym względem przypominał właśnie to: coś twardego, trudno zbywalnego, charakterystycznego bardziej dla trwałości kolumny, niż człowieka.
Coś niezaprzeczalnie stałego kryło się bowiem w jego pozie.
(i tylko on znał jej pęknięcia)
Pozie stoickiej, wyciszonej w niewymuszonej niczym elegancji, gdy wspierał luźno łokieć o marmur blatu, lub kiedy przyglądał się przybyłemu gościowi z pewnego dystansu i z uprzejmą rezerwą. Z zewnętrzną równowagą, której nie odbierało mu nawet zmęczenie.
Nie był zachłanny, ale dociekliwy.
Nie nachalny, a uważny.
I to wystarczyło, by dostrzegł też w przebitkach własnego skupienia także Jego. Nadira. W pełnej jego okazałości i z każdym mikro-gestem, jaki tylko nadsyłany był mu z dzisiejszego ich spotkania. Co za tym idzie, Miles chłonął z powietrza cudzą ciekawość, widział jak chłopak przemieszcza się po kwadratach apartamentu ze wzrokiem błąkającym się po ścianach i meblach.
Było tu... czysto. Za czysto?
Nie umiem gotować. Rano chwytam za kawę ze Starbucksa, a posiłki jadam w szpitalnej stołówce.
Ściągnął w płuca niewinny oddech niemego pytania, które nigdy nie padło, a na jakie i tak zdawał się odpowiadać w bezwiednej potrzebie zareagowania na oględziny gościa.
Czy właśnie stwierdził, że jego mieszkanie może być n u d n e?
A może dostrzegł sterylny porządek?

Musiał temu zapobiec.
Istniała jeszcze druga opcja – może nie chodziło o ewentualne, czające się w przedsionku głowy pytania ze strony Nadira. Może to sam charakter Howarda pchał go do odpowiedzi na to, co wcale nie wymagało żadnych wyjaśnień.
Perfekcjonizm narzucał mu ramy konkretnych zachowań i sprawiał, że Miles wymagał od siebie więcej: czuł prywatny obowiązek usprawiedliwienia ciszy, porządku i miałkości mieszkania, którego cechy wydawały się siedzieć w dyscyplinie zwięzłości. Wiedział, że to było coś, co wcale nie musiało być przez innych rozumiane. W jego własnym interesie – być może – leżało więc natychmiastowe wyjaśnienie tej kwestii.
A co chciałbyś rozkraść... gdybyś mógł bez konsekwencji? — podchwycił ostatnie słowa chłopaka, by przekuć je w ciąg hipotetycznego pytania. W międzyczasie pozwolił, by kwestia wzrostu Nadira zeszła na dalszy tor uwagi, w cień rozmowy, do którego być może mieli już nie wrócić. Koniec końców stwierdził tylko fakt i temat ten uważał za domknięty.
Tym bardziej, że myśli Milesa już błąkały się w innej odnodze emocji, uznając gest wplecenia palców między kosmyki włosów za uroczy, bijący normalnością. Ciepło tego wrażenia osiadło nawet na chwilę w nim, na dnie żołądka, rozgrzewając nieco trzewia niegroźnym, krótkotrwałym poczuciem sympatii. Nie znali się jednak na tyle, by mógł ten stan uznać za stałą ich relacji.
Tymczasem pozwolił im trwać i rozwijać się swoim tempem. Przepuścił Nadira w drzwiach, cofając nieznacznie, ledwie zauważalnie bark w tył, by ten mógł swobodnie przecisnąć się na balkon. Sam natomiast stanął na kafelkach ciasnego tarasiku chwilę później, wyciągając tytoń w bletce i zapalniczkę.
Co było po Aleksandrii?
Dopytanie o dalszy ciąg historii nie było wymuszone. Stanowiło jasną deklarację otwartości, gdy nie tylko skierował wzrok w jego kierunku, śmiało wytrzymując ostrzał cudzego spojrzenia, ale również oparł się przedramionami o balustradę, podtrzymując mu towarzystwo w paleniu. Zdążył jeszcze wetknąć miękki filtr między usta i nachylić się nieco do przodu, w przygotowaniu do rozżażenia końcówki papierosa, nim głos Nadira dosięgnął jego świadomości.
Nie pytałem o innych ludzi brzmiało krótko, ściągało jednak salwę konsekwencji, gdy pytanie o przytłoczenie wróciło do niego jak bumerang. Tym razem potrzebował chwili na zebranie myśli. Zanim udzielił odpowiedzi, ciche kliknięcie zapalniczki zginęło w miejskim szumie, w zamian pozostawiając go z widocznym płomyczkiem ognia. Pociągnął za filtr papierosa wolno, pozwalając by po drugiej stronie tytoń przyjął na siebie cały gorąc i rozżarzył się skutecznie.
Zapalniczkę podał dalej, do Nadira.
Nie wiem, czy „przytłoczenie” to dobre słowo... — wyznał w końcu, objawiając tym samym przedziwną potrzebę bycia szczerym wobec nieznajomego, jakby splamiony kłamstwem pas wypowiedzi, mógł tę znajomość skreślić. Skoro już zaczęli od ciężkich pytań i ciężkich insynuacji (o śmierci), równie dobrze mogli skończyć na równie ciężkich, bo odkrywających ich, odpowiedziach — Odpowiedzialność mnie nie przytłacza, ale... dotyka.
Pierwsza większa chmura dymu opuściła jego płuca, gdy prostował się, opierając wolną od papierosa dłoń na balustradzie. Obrócił ciało w kierunku rozmówcy, wyrażając tym samym, że jeszcze nie skończył na tych kilku słowach.
Kiedyś miałem problem z opuszczeniem „warty”. Każdą zmianę na stażu i rezydenturze kończyłem śpiąc w dyżurce... — zaczął enigmatycznie — Dzisiaj wybieram papierosa i powrót do domu. Nieznośnie długi, gorący prysznic...
Glos zatrzymał się na moment, jakby w zastanowieniu, czy na pewno udzielił mu wyczerpującej odpowiedzi. Chwilę później powrócił do pozycji przodem do balustrady.
Nic nie działa bardziej oczyszczająco na dotyk, niż prysznic — powtórzenie wzmianki o prysznicu nie było przypadkowe. Przyjemność z tego dobra cywilizacyjnego miała wyjątkową moc i to ten sposób na przygaszenie odpowiedzialności Miles stawiał ponad wszystkimi innymi.
Chyba, że znasz coś lepszego na pozbycie się niechcianej myśli, czy emocji?

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”