well... here we are
: ndz mar 22, 2026 9:11 am
Nie powiedział wprost, że nawet w te wykrzyczane przez nią słowa trudno było mu w tym momencie uwierzyć, ale prawdopodobnie i tak dało się to bez większego problemu wyczytać z dość sceptycznego spojrzenia. Jeszcze do niedawna faktycznie nie miał żadnego powodu, by to zakwestionować albo jakkolwiek wątpić, że miałaby go kochać. W końcu to była jedna z tych pewnych kwestii pomiędzy nimi – tak samo jak to, że on kochał ją. Niezależnie od wszelkich kłótni, nieporozumień i różnic, jakie ich dzieliły. Tyle, że coś najwyraźniej zmieniło się za bardzo, być może nieodwracalnie.
Nie było już nawet sensu dyskutować z tym, czy byłby w stanie dać jej to, czego oczekiwała. W tym momencie i tak nie byłaby to dyskusja, która mogłaby doprowadzić do jakkolwiek satysfakcjonujących wniosków, czy chociażby jakichś ustaleń. Nie w tej sytuacji, nie pod wpływem emocji, wśród których nie sposób byłoby doszukać się tych pozytywnych.
– A później był przy tobie za każdym razem, kiedy coś się działo? – prychnął krótko, przypominając jej własne słowa. – Faktycznie, Ivy, zajebiście ci poszło. Musiałaś być bardzo przekonująca.
Jakie znaczenie miało to, co powiedziała tamtemu w tej konkretnej sytuacji – jeśli w ogóle naprawdę to zrobiła… – skoro już ostatnim razem dała do zrozumienia, że to nie był jednorazowy incydent? Raz już uwierzył w to, że mógłby coś źle zrozumieć lub dopowiedzieć sobie za wiele. A później całkiem szybko musiał dojść do wniosku, jak bardzo naiwne było to z jego strony.
Niemal autentycznie rozbawionym parsknięciem zareagował na jej deklarację, że chciała rozmawiać. Jeszcze wchodząc do mieszkania jej siostry faktycznie był w stanie w to uwierzyć, pewnie nawet podzielał jej chęć – w przeciwnym wypadku nie byłoby go przecież tutaj. Jeden jej wybuch wystarczył jednak, by uznać, że coś podobnego było po prostu niemożliwe i nie miało najmniejszych szans się udać. Być może z góry skazując na niepowodzenie wszystkie kolejne próby.
Może więc zawczasu lepiej byłoby odpuścić sobie również je…?
– Nie tylko na teraz – któreś z nich musiało to wreszcie powiedzieć na głos. Równie dobrze mógł to więc być on, chwilę przed tym jak wyszedł z mieszkania, by wrócić do tego znajdującego się piętro niżej.
/ zt
Ivy Harrison
Nie było już nawet sensu dyskutować z tym, czy byłby w stanie dać jej to, czego oczekiwała. W tym momencie i tak nie byłaby to dyskusja, która mogłaby doprowadzić do jakkolwiek satysfakcjonujących wniosków, czy chociażby jakichś ustaleń. Nie w tej sytuacji, nie pod wpływem emocji, wśród których nie sposób byłoby doszukać się tych pozytywnych.
– A później był przy tobie za każdym razem, kiedy coś się działo? – prychnął krótko, przypominając jej własne słowa. – Faktycznie, Ivy, zajebiście ci poszło. Musiałaś być bardzo przekonująca.
Jakie znaczenie miało to, co powiedziała tamtemu w tej konkretnej sytuacji – jeśli w ogóle naprawdę to zrobiła… – skoro już ostatnim razem dała do zrozumienia, że to nie był jednorazowy incydent? Raz już uwierzył w to, że mógłby coś źle zrozumieć lub dopowiedzieć sobie za wiele. A później całkiem szybko musiał dojść do wniosku, jak bardzo naiwne było to z jego strony.
Niemal autentycznie rozbawionym parsknięciem zareagował na jej deklarację, że chciała rozmawiać. Jeszcze wchodząc do mieszkania jej siostry faktycznie był w stanie w to uwierzyć, pewnie nawet podzielał jej chęć – w przeciwnym wypadku nie byłoby go przecież tutaj. Jeden jej wybuch wystarczył jednak, by uznać, że coś podobnego było po prostu niemożliwe i nie miało najmniejszych szans się udać. Być może z góry skazując na niepowodzenie wszystkie kolejne próby.
Może więc zawczasu lepiej byłoby odpuścić sobie również je…?
– Nie tylko na teraz – któreś z nich musiało to wreszcie powiedzieć na głos. Równie dobrze mógł to więc być on, chwilę przed tym jak wyszedł z mieszkania, by wrócić do tego znajdującego się piętro niżej.
/ zt
Ivy Harrison