-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rozsądek pewnie faktycznie mógłby podpowiadać właśnie takie rozwiązanie.
O ile miało się w zwyczaju słuchać właśnie rozsądku…
Dłuższą chwilę spędził po prostu na kanapie, bez większego celu wpatrując się w sufit i starając się przyswoić fakt, że Ivy znajdowała się przez cały ten czas znacznie bliżej niż z początku zakładał. Przelotnie przeszło mu też przez myśl, ile razy jej siostra musiała wobec tego słyszeć najróżniejsze ich kłótnie. Chociaż to chyba nie miało w tej chwili większego znaczenia – w przeciwieństwie do tego, czy naprawdę miał zamiar pofatygować się na górę. Albo przynajmniej odpisać na ostatnią wiadomość…
Mógł się domyślić jak potoczy się ta rozmowa, jeśli emocje – jak zwykle – wezmą górę. Z drugiej strony… w końcu byli dorośli. A więc nawet jeśli zamierzaliby zakończyć to, co pomiędzy nimi było, to pewnie wypadałoby to zrobić wprost zamiast pozostawiać cokolwiek domysłom. Bez rozmowy raczej nie mogłoby się więc obejść, niezależnie od tego, jak bardzo nieprzyjemna miałaby się okazać.
Zanim miałby zmienić zdanie, podniósł się z miejsca, gotów faktycznie przejść się piętro wyżej. Choć może nie na tyle, by po drodze nie zajrzeć jeszcze do kuchni i nie zgarnąć z blatu paczki papierosów. Mogły się przydać. Po krótkim namyśle – butelka wina też, może nawet jeszcze bardziej. Nawet jeśli bardziej kusiło nie tyle niesienie jej ze sobą na górę, a raczej otwarcie jej od razu. Jeszcze lepiej – zajęcie się właśnie nią i odpuszczenie sobie jakiejkolwiek rozmowy, zabaw w dorosłość i wyjaśniania sobie czegokolwiek.
Ale nie taki był przecież zamiar.
Droga na wyższe piętro była dostatecznie krótka, by uznać, że minęła rozczarowująco szybko. Choć przy samych drzwiach, już w zasadzie unosząc do nich rękę, na moment jeszcze się zawahał – nie miał przecież pojęcia, czy jej siostra była w domu. I – co pewnie ważniejsze – czy faktycznie powinna być świadkiem tej ich rozmowy. Skoro jednak już tu przyszedł…
Nie przeciągając tego dłużej, zapukał. Przy okazji odsuwając od siebie myśl, że właściwie dalej jeszcze mógłby sobie odpuścić – najlepiej zanim drzwi miałyby się otworzyć.
Pierwszą – oby nie ostatnią – pozytywną kwestią mogło być przynajmniej to, że po ich drugiej stronie nie stała siostra Ivy. Moment na poznawanie jej rodziny można było uznać za co najmniej kiepski. Zresztą, w tym temacie i tak miał już za sobą niekoniecznie najlepszy start. Kolejne wpadki można było sobie więc póki co odpuścić.
– Faktycznie chcesz porozmawiać? – nie miał pojęcia, co mogłoby być najlepszą kwestią w tej sytuacji. Upewnienie się więc, że rzeczywiście pomysł rozmowy miał być tym dobrym, zdawało się opcją bezpiecznie neutralną. I w razie czego wciąż jeszcze mógł po prostu wrócić piętro niżej, gdyby miało okazać się, że mimo wszystko moment wcale nie był najlepszy.
Jakby jakikolwiek miał być.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Poprzednia rozmowa z Dante zwyczajnie ją przerosła. Tylko czego innego miała się spodziewać? Opowiedziała mu o błędzie, którego nie powinna popełniać. Pocałunek z innym mężczyzną. Właściwie to pocałunki i noc na sianie oraz poczucie bezpieczeństwa, którego nie mogła w żaden sposób mu odmówić. To wiele zmieniało, ale Ivy wypowiedziała to wszystko, by móc walczyć o własny związek. Nie była w stanie żyć w kłamstwie, oszukiwać Levassuer'a, że wszystko jest w porządku. Czasem warto stawić czoła własnym problem i odciąć się od nich raz a skutecznie.
Tak zrobiła, by później najbliższe kilka dni przepłakać. Nie była w stanie znieść cierpienia, które zaserwowała najbliższej osobie. Dante cokolwiek by nie zrobił, nie zasłużył na traktowanie w ten sposób. Mogła odsunąć Charliego, nie wchodzić w tę relację, bo teraz siedziała z wyrzutami sumienia, które niszczyły coraz bardziej jej głowę. Próba dogadania się z nim przez SMS'y w ogóle w niczym nie pomogła. Wręcz utrudniała, bo czuła łzy spływające po jej policzkach. Sama na siebie przeklinała, bo zdawała sobie sprawę, że kolejna rozmowa mogła skończyć się jeszcze gorszym stanem ich dwójki. Bała się tego, a jednak napisała, gdzie mieszka June.
Nawet nie wiedziała, ile czasu minęło, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. W najgorszych możliwych, okresowych dresach zdecydowanie za mocno spranych, we włosach w totalnym nieładzie i z czerwonymi od łez oczami otworzyła mu drzwi. Przebywanie samej jej nie służyło, June była w pracy, a ona została pozostawiona sama ze sobą i własnymi myślami. Nie była w stanie ich udźwignąć, bo wychodziło, że była najgorszą suką na całym świecie.
— Tak — wydukała z siebie, bojąc się na niego spojrzeć. Nie chciała widzieć osądu oraz rozczarowania w jego oczach. Cofnęła się na kilka kroków, by mógł swobodnie wejść do środka — nie spodziewałam się, że przyjdziesz — stwierdziła cicho, idąc do środka mieszkania. Usiadła na kanapie, która stała się jej centrum życia. Tu płakała, była pocieszana, a najgorsze było to, że miała totalny mętlik w głowie i nie wiedziała, czego chce od życia.
— Ja... — zaczęła urywanym głosem, unosząc finalnie wzrok na Dantego — nie wiem, od czego powinnam zacząć — nawet nie wiedziała, co chciał usłyszeć, albo w jakim kierunku poprowadzić rozmowę. Po kilku dni płaczu spowodowanymi wyrzutami sumienia nie miała już siły na nic.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Albo może raczej tym bardziej, kiedy mógł ją zobaczyć. Bo przecież nie sposób byłoby nie zwrócić uwagi na zaczerwienione oczy, potargane włosy… wszystko, co w naturalnym odruchu powinno budzić chęć objęcia jej – tak po prostu, bez roztrząsania tego, w jaki sposób potoczyła się ich rozmowa ostatnio i bez angażowania się w jakiekolwiek kolejne. Zresztą, w pewien sposób rzeczywiście budziło. Jednocześnie też budząc jednak niemal natychmiastowy protest tej części podświadomości, która wcale nie zamierzała tak zwyczajnie wyrzucać z pamięci usłyszanych ostatnim razem słów.
Stąd może jeszcze to chwilowe zawahanie przed przekroczeniem progu, nawet kiedy Ivy cofnęła się nieco od drzwi. Wciąż jednak pewnie zbyt krótkie, żeby w ogóle zwracać na nie większą uwagę.
– Chyba nie tylko ty – nie było chyba żadnego powodu, by jakkolwiek ukrywać, że własne przyjście na górę tak samo mógł uznać za dość niespodziewane. Przecież całkiem możliwe było, że gdyby przed wyjściem dał sobie jeszcze więcej czasu do namysłu, zdążyłby całkiem skutecznie odwieść od tego samego siebie. – Myślałem, że jesteś… gdzieś indziej.
Tego też pewnie nie było sensu zachowywać dla siebie. Zwłaszcza, że w jakiś sposób to stwierdzenie mogło wyjaśniać, jak jeszcze do niedawna prezentowała się sytuacja z jego perspektywy. Bez dodawania mimo wszystko, czy zaskoczyła go pod tym względem pozytywnie, czy raczej wręcz przeciwnie – choćby przez to, że tego chyba wciąż jednoznacznie nie byłby w stanie określić.
– Najlepiej od kieliszków – atmosfera i tak była zdecydowanie zbyt ciężka i duszna, by mogli próbować w niej rozmawiać o czymkolwiek. Zniesione z góry wino tym bardziej zdawało się być całkiem trafionym rekwizytem. – Twoja siostra chyba powinna mieć jakieś w kuchni…?
Nie czekając na odpowiedź, za to ledwie zdążywszy usiąść na kanapie, praktycznie od razu podniósł się z niej, by rzeczywiście przejść do wspomnianej kuchni w poszukiwaniu kieliszków. Ewentualnie szklanek. Lub czegokolwiek, co miałoby przydać się nie tyle podczas rozlewania odstawionego na stolik wina, ale chyba bardziej zajęcia się czymś. Nawet jeśli miałoby to być pobieżne przeglądanie szafek w cudzej kuchni.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Rozumiem — mruknęła cicho pod nosem. Wpierw widząc go, ucieszyła się. Naprawdę całą sobą była wręcz zadowolona z tego, co widziała, ale wraz z każdym kolejnym zdaniem obawiała się coraz bardziej rozmowy, która ich czekała. Wiele gorzkich słów mogło paść w trakcie jej trwania. Kolejne wypowiadane słowa sprawiły, że cała się wyprostowała. Nic nie wiedział o jej relacji z Charlim, o niczym nie zdawał sobie sprawy. Powiedziała jedynie o pocałunku, a przez ten czas kiedy trawiła ich ostatnie spotkanie, nie napisała do niego, licząc na słowa pocieszenia. Próbowała się otrząsnąć po wszystkim u siostry, bo nie uważała się za jedyną winną całej sytuacji — a gdzie miałabym być? Mam tu siostrę, brata oraz osoby, które mogą być dla mnie bliskie i mnie wspierać, kiedy tego potrzebuję — nie potrzebowała żadnego faceta. Tylko dobrego słowa wraz z ramieniem bliskich osób, by móc się wypłakać. Miała ogromne wyrzuty sumienia, chociaż gorsza dla niej wydawała się być panująca cisza oraz nieobecność Dante przy niej. Cokolwiek miałoby się stać, nie potrzebowała oparcia... obcego mężczyzny, wzbudzającego w niej poczucie bezpieczeństwa. Tylko ludzi których znała od dawna, kochający ją bezgranicznie niezależnie od tego, co działo się dookoła. Dla niej sprawa była absolutnie łatwa, prosta. Trafiła do miejsca, w którym mogła szukać bezgranicznego oparcia.
— Nie mogę pić — powiedziała Ivy spokojnym tonem, zawieszając wzrok na Dante — za cztery godziny idę na dyżur — mimo gorzkich łez, nieprzespanych nocy, musiała trafić na dyżur. Tylko wtedy była gotowa, żeby zostać rezydentką drugiego roku. To wymagało od niej wielu poświęceń. Musiała dorosnąć, stać się odpowiedzialną osobą, a przede wszystkim zmienić nawyki, do których się przyzwyczaiła. Choć chciałaby móc chwycić za alkohol, to nie było sensowne rozwiązanie. Potrzebowała zająć się samą sobą, zadbać o siebie. Wystarczająco szpital dawał jej w kość, by spotykało ją to też w innych miejscach — kieliszki są w górnej szafce przy lodówce — niejedno wino spożyła już od siostry, odkąd Dante zniknął. Musiała oczyścić własną głowę, dlatego poznała ustawienie naczyń w mieszkaniu June.
— Mam obowiązki Dante — mruknęła, czekając, aż sam sobie rozleje wino. Choć mógł pić z butelki, nie przeszkadzałoby jej to. Bardziej martwiły ją własne myśli, które zmierzały w jasno określona stronę — boję się tego, co spotka mnie w szpitalu i że ktoś znowu mógłby umrzeć... — od ostatniej resuscytacji miała czyste serce. Nikt nie odszedł do krainy zmarłych, ale dalej to był jej największy lęk. Ostatni raz był jej traumą na całe życie. Twarz dziecka na zawsze w niej pozostanie.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Jasne – i chociaż w pierwszej chwili chciał dodać do tego coś jeszcze, co najpewniej całkowicie odebrałoby tej zdawkowej odpowiedzi wydźwięk zwykłego przytaknięcia, ostatecznie sobie odpuścił. Mógłby pewnie pokusić się o bardziej precyzyjną odpowiedź na jej pytanie. Tak samo jak mógłby napomknąć coś na temat osób, które ją wspierały. Tyle, że… nie przyszedł tu przecież z zamiarem wszczynania kłótni – a przynajmniej nie już od progu, bo w ciągu dalszej rozmowy może i wciąż nie było to w planach, nadal jednak wydawało się być całkiem prawdopodobnym scenariuszem. I to pewnie niezależnie od tego, jak bardzo mieliby starać się, by tym razem miało się to potoczyć inaczej…
Alkohol był więc w tym wypadku opcją dość ryzykowną – mogąc albo nieco rozluźnić atmosferę i pomóc im porozmawiać bez większych emocji, albo… wręcz przeciwnie. Jakkolwiek jednak nie miałby zadziałać w tym przypadku, wciąż wydawał się być całkiem nie najgorszym pomysłem. Przynajmniej do czasu, gdy Ivy nie oznajmiła, że za kilka godzin miała zacząć dyżur…
Zatrzymał się przy otwartej kuchennej szafce, przyglądając się ustawionym w niej kieliszkom nieco dłużej niż miałaby wymagać tego całkiem prosta decyzja czy powinien w takim razie sięgnąć po jeden z nich, czy jednak uznać, że mogli przeprowadzić tę rozmowę na trzeźwo. Ostatecznie zamknął drzwiczki, zostawiając szkło na miejscu. Tym samym nie miał już chyba żadnego pretekstu, by dalej przeciągać pobyt w kuchni, pozostało mu więc tylko wrócić na kanapę.
– Na pewno nie wolisz wziąć wolnego…? – przyjrzał się jej uważnie, choć i bez tego można było bez większego problemu dojść do wniosku, że zdecydowanie nie wyglądała jak ktoś, kto miałby w tym momencie bez problemu znieść wykańczający dyżur. Tym bardziej, gdyby jej obawy rzeczywiście miały się potwierdzić… – Obowiązki mogą poczekać, a ty… powinnaś raczej odpocząć.
Przez chwilę nawet bardziej niż na wejściu, miał ochotę po prostu przytulić ją i może nawet zapewnić, że nic podobnego się nie wydarzy – nawet jeśli takiej pewności nie mogło mieć żadne z nich. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jej nie najlepszy stan, który na pewno w żadnym razie nie mógłby ułatwić jej zachowania skupienia w pracy.
– Porozmawiać też możemy w jakimś lepszym momencie – dodał, mimo wszystko zostając na swoim miejscu. Odłożenie rozmowy na lepszą okazję zdawało się mieć nawet nieco sensu. Zwłaszcza, gdyby mimo wszystko Ivy chciała upierać się, że musiała iść na dyżur. W końcu… dość mało prawdopodobne wydawało się, by ta rozmowa miała jej w tym jakkolwiek pomóc – już pewnie nawet niezależnie od jej przebiegu.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Na pewno nie wolisz wziąć wolnego? Oczywiście, że wolała. Tylko jej życie, a przede wszystkim praca nie polegała na prostych wyborach. Mogła być rezydentką pierwszego roku, niedługo miała zacząć drugi. Cały czas była przesuwana wśród różnych prowadzących, a całkiem szczerze nic nie ułatwiało jej zadania. Zwłaszcza teraz do jej głowy wpadły wspomnienia, kiedy całkowicie nie przeszkadzał mu stan, w jakim się znajdowała. Nie raz, nie dwa z szesnastogodzinnego dyżuru wracała wycieńczona. Miała podkrążone oczy, bladą cerę, a każdy włos wyginał się w inną stronę. Nie była w stanie zatrzymać melanżu. Zakładała zatyczki do uszu, próbując zabarykadować się w sypialni. Pamiętała każdą chwilę, w trakcie której jej organizm miał dosyć.
Wykończenie to było jej drugie imię. Wejście w rytm pracy, adrenalina, która dostarczała, wystarczyło, by funkcjonowała na pełnych obrotach. Tylko przez to pytanie zdała sobie sprawę, jak bardzo różnili się między sobą. Nie bez powodu znalazła wsparcie w ramionach innego. Wiedziała, że nie powinna, że dotykało to całego jej serca, przeszywając je doszczętnie. To brzmiało irracjonalnie, ale potrzebowała w drugiej osobie oparcia, a nie niepotrzebnego balastu, spuszczającego jej na samo dno. Niszczyło ją to doszczętnie. Może dobrze... że jednak powiedziała mu o wszystkim?
— Nie mogę — mruknęła, wpatrując się w prosto w jego oczy. Wolałaby zostać, pójść do baru, zniknąć na parę dni, nie zastanawiając się, co stanie się później. Levasseur miał proste życie. Czasami nie wiedziała, gdzie przebywał, co tak właściwie robił, tylko to nie było już jej. Była odpowiedzialną rezydentką, a nawet rozłożona psychicznie nie mogła zawieść zespołu. Wykonywanie prostych procedur medycznych wchodziło jej w krew, obserwowanie operacji. Kiedyś miała zamiar zostać chirurgiem, prawdziwym z krwi i kości — jezu, ty naprawdę mnie nie rozumiesz, prawda? — aż parsknęła śmiechem. Ile razy chciała brać wolne? Ile razy potrzebowała momentu by ochłonąć? Albo ile razy chciała się zwierzyć? Gdzie był wtedy Dante? No właśnie, nikt nie wiedział — tygodniowo muszę wyrabiać sześćdziesiąt godzin, jak nie przyszłam dwa dni temu, to kiedy mam to zrobić? — wręcz na niego fuknęła, czując, jak opanowuje ją złość — wiesz, ile ludzi czeka na moje miejsce? — wielu. Studenci medycyny wręcz bili się o miejsce na chirurgii. Nie mogła podpaść, musiała mieć idealną kartotekę, a już jej nie posiadała przez niego — zastanawiałeś się kiedyś przed tym, kiedy rozpoczynałeś imprezowanie po moim dyżurze? — nie była w stanie zatrzymać samej siebie. Była złośliwa, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nabrała głębokiego oddechu, próbując uporządkować własne myśli.
— Nie — mruknęła stanowczym tonem — porozmawiajmy teraz — stwierdziła, marszcząc delikatnie własne brwi. Coś musieli między sobą rozjaśnić, albo spowodować, że świat doszczętnie zniknie. Nie mogli brać jeńców, a przez te słowa troski zdała sobie sprawę z jednego. Mieszkała z osobą nierozumiejącą jej stylu życia.
— Tylko nie jestem pewna, czy zniesiesz prawdę — stwierdziła, patrząc mu prosto w oczy. Czekała na jego reakcję, bo sama zdążyła już mocno wybuchnąć.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– No tak, przez chwilę zapomniałem, że to przecież nie powinno mnie w ogóle obchodzić – i tak przecież od dłuższego czasu usiłowała dość uparcie trwać przy tym, że nie interesował się nią, jej problemami i że w ogóle nie powinien w żaden sposób się o nią martwić. Tylko on do tej pory pozostawał przy tym równie uparty i przejmował się mimo wszystko. Trudno jednak byłoby o lepszy moment, w którym miałby dojść do wniosku, że… najwyraźniej powinien już przestać. – Tylko po co w takim razie mówisz o tym akurat mi?
Znów widocznie wracali do tych jej wcześniejszych słów, które całkiem skutecznie potrafiły zagnieździć się w pamięci, narzucając tym samym kontekst każdym kolejnym. I tego widocznie powinien się trzymać, zamiast naiwnie chwytać się zdań napisanych przez nią w wiadomościach, skoro te najwyraźniej znalazły się tam albo z przypadku, albo z przyzwyczajenia. Albo po raz kolejny pozostawały kwestią jego błędnej interpretacji.
– Na pewno lepiej niż twoje udawanie, że miałoby cię to obchodzić – prychnął, ponownie podnosząc się z kanapy. Zarówno po to, żeby jakkolwiek ruszyć się i ułatwić sobie zbieranie krążących po głowie myśli, jak i po to, żeby mieć nieco bliżej do wyjścia. Przecież i tak nie mieli zbyt wiele czasu, całkiem niedługo Ivy powinna zbierać się do pracy.
– Więc śmiało, Ivy. Co to za prawda? – nie podniósł wprawdzie głosu jakoś znacząco, ale nie zamierzał też kryć irytacji. Nie było sensu powstrzymywać się od przykrych słów, skoro ona również nie miała zamiaru tego robić. – Taka, że to wszystko i tak nie ma żadnego sensu? Nic odkrywczego, można było się domyślić. I pewnie wystarczyło, żebyś smsem potwierdziła, że nie mamy o czym rozmawiać, skoro miałoby to dotyczyć nas.
Naprawdę nie podejrzewał, by mogła mieć mu do powiedzenia cokolwiek innego. A jeśli nawet… dość silnie zdążyła uderzyć w niego krótka myśl, że nawet nie był już pewny, czy faktycznie miałoby to jeszcze dla niego jakąś większą wartość. Mimo wszystko zamierzał dać jej jeszcze tę chwilę, by mogła w jakiś sposób odpowiedzieć. Ostatecznie… jeśli faktycznie mieli to skończyć, być może warto było zrobić to raz a porządnie. By przynajmniej nie musieli skazywać się na kolejne rozmowy przez jakieś niedopowiedzenia podczas tej.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— No właśnie w chuj powinno Cię to obchodzić — mruknęła blondynka, czując, jak mocno naciska jej na odcisk. Spodziewała się po nim więcej. Pewnej nici zrozumienia, dopingowania, a praca stała się kością niezgody, od której nie mogli uciec. Dla niej sprawa wydawała się coraz bardziej przegrana. Dlaczego nie potrafił jej zrozumieć? Potrzebowała mocnego ramienia, w którym mogłaby schować się przed całym światem. Jak dotąd to właśnie Dante był dla niej takim ramieniem. Kimś komu mogła zaufać, ale im więcej czasu spędzała w szpitalu, im bardziej widziała dramat ludzkiego życia, tym bardziej miała dosyć.
— Po co? — nawet to zmęczone prychnięcie wydawało się być w pełni nasycone jadem — serio pytasz? — spytała, zakładając rękę na rękę z uniesionymi do góry brwiami. Chciała, by ją rozumiał. Kiedy jest zmęczona, miał się nią opiekować. Nie mogła być jedyną dorosłą w związku, nie mogła cały czas być odpowiedzialna, a w głowie jedynie tłumaczyć sobie zachowań bruneta. Zwyczajnie nie mogła, zwłaszcza teraz kiedy była całkowicie wypruta emocjonalnie.
— Mnie obchodzisz — warknęła Ivy, patrząc wprost na brązowe tęczówki Levasseur'a — po co miałabym do Ciebie wracać przy szpitalnym łóżku, gdybym Cię nie kochała? — wróciła po windzie, próbowała pokazać mu, że naprawdę jej zależy. Tylko życie w kłamstwie i okłamywanie go nie wchodziło w grę. Wbrew pozorom naprawdę go kochała. Oddałaby wszystko byle móc poczuć odrobinę więcej zrozumienia.
— Prawda jest taka, że w ogóle Cię nie obchodzę — syknęła, zaraz zasłaniając twarz. Czuła, jak do jej oczu napływają łzy, a nie chciała mu ich pokazywać — nie wiesz, jaka jestem, ani co mam w sercu — wypowiedziała drżącym głosem spod dłoni. Musiała się zebrać, by powiedzieć o wszystkim, co leżało jej na sercu — nawet się nie spytałeś, czy nie jestem teraz na dyżurze. Szesnaście godzin w dobie to całkiem spora liczba, prawda? — przejechała dłońmi po zaszklonych oczach — nawet nie chodzi o Charliego, chodzi o Ciebie — pierwszy raz wypowiedziała jego imię, ale sam fakt zbliżenia się do kogoś innego wynikał ze zupełnie innego faktu — całkowicie wyczerpana wracam, a tu impreza, próbuje z Tobą rozmawiać, a jest kłótnia — wieczne kłótnie, wieczne nieporozumienia. Chociaż wracając do domu, chciała móc odpocząć — jeśli nawet bym się starała, to nie dam rady wrócić do wcześniejszego trybu życia — wiecznych imprez, codziennej dawki adrenaliny wymieszanej z dopaminą. Zwyczajnie nie była w stanie już funkcjonować w ten konkretny sposób. Niekiedy wracała całkowicie wyczerpana fizycznie, a w domu musiała toczyć kolejne wojny.
— A ty... — głos jej zadrżał, nie lubiła etykietować, ale musiała — nie chcesz dorosnąć, by móc mnie wspierać, jak wracam — by móc stać z nią w ramię w ramię, by mogła spełnić swoje marzenie o zostaniu lekarzem, żeby mogła ratować innych ludzi. Tego potrzebowała od partnera.
— Kiedy zaczyna robić się trudno, to uciekasz — a ja Cię mimo wszystko kocham, dodała we własnych myślach.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– No właśnie, po co? Mogłaś nie marnować czasu i odpuścić sobie już wtedy – wyjątkowo trudno byłoby mu w tym momencie uwierzyć, że je powrót miałby naprawdę wynikać z tego, że podobno go kochała. Znacznie bardziej prawdopodobne wydawały się powody, które z tą miłością miały niewiele wspólnego, nawet jeśli mogłoby się wydawać, że było wręcz przeciwnie. Z litości…? Kompletnie bezzasadnego poczucia winy? Albo dla zagłuszenia tylko odrobinę mniej bezzasadnych wyrzutów sumienia? To mógłby uznać za bardziej przekonujące. I jednocześnie budzące jeszcze większą złość – tak na nią, jak i na samego siebie przez to, że mógł wtedy uwierzyć, że cokolwiek między nimi mogłoby być jeszcze dobrze.
– Przecież ty nawet nie chcesz, żeby cokolwiek z tego mnie obchodziło. I w porządku, skoro mamy uznać, że wszystko jest moją winą, to niech ci będzie. Wszystko, kurwa, jedno – bo faktycznie nie sposób byłoby nie odnieść wrażenia, że od pewnego czasu naprawdę nie chciała, żeby okazywał jej jakąkolwiek troskę. Za każdym razem i tak robił to przecież niezgodnie z jej oczekiwaniami. I… chyba rzeczywiście dotarli już do punktu, w którym mógłby uznać, że naprawdę nie miał już ani siły, ani ochoty przekonywać jej, że mogłoby być inaczej. Zwłaszcza, że z całą pewnością nie miał najmniejszej ochoty przekonywać jej, że mógłby być dla niej lepszym wsparciem od kogokolwiek innego. Może zresztą rzeczywiście nie mógł – a skoro tak… tym bardziej przeciąganie tego wszystkiego nie miało kompletnie żadnego sensu. I z całą pewnością nie służyłoby ani jej, ani jemu.
– Na szczęście nikt nie wymaga od ciebie wracania do czegokolwiek. Do tego, żebyś dłużej męczyła się ze mną – tym bardziej nie. Szkoda tylko, że wcześniej nie potrafiłaś skończyć związku, który i tak nie dawał ci przecież niczego dobrego – i chyba to właśnie było w tym wszystkim najgorsze. Nie wierzyła w to, że miałoby mu na niej jakkolwiek zależeć. Nie widziała w nim żadnego wsparcia – zamiast tego wszystko jej przecież utrudniał. A jednak nie zdecydowała się na to, żeby skończyć to wcześniej. Najlepiej zanim miałaby zacząć dopatrywać się w kimś innym tego wszystkiego, czego brakowało jej w nim. Bo w końcu… mógł popełniać błędy w ich relacji, pewnie nawet całkiem liczne. Ale mimo to chyba i tak zasługiwał na to minimum przyzwoitości z jej strony…
– Po prostu powiedz wreszcie wprost, że nie chcesz tego dalej ciągnąć. Bez udawania, że faktycznie mamy jeszcze o czym rozmawiać – tyle wystarczyłoby przecież, żeby mogli zakończyć zarówno tę rozmowę, jak i wszystko inne. Tym razem przynajmniej z całkiem jasną sytuacją, bez mniej lub bardziej trafnych domysłów i interpretacji. Obydwoje mogliby wrócić po tym do swoich dwóch odrębnych rzeczywistości, nie musząc dłużej poświęcać czasu i energii na bezowocne próby łączenia ich ze sobą.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— BO CIĘ KOCHAM, IDIOTO — krzyknęła mu niemalże prosto w twarz, ściskając mocno własne pięści. Spędziła z nim sporo czasu, a choć serce uciekało w stronę bezpieczeństwa Charliego, to próbowała walczyć. Nie odezwałaby się, gdyby sądziła, że ich ostatnie spotkanie zakończyło ich związek. Nie próbowałaby rozmawiać, bo w sercu miała dwójkę mężczyzn, ale to o jednego z nich chciała w tym momencie walczyć.
— Jak nie chcę? — spytała, unosząc do góry obie ze swoich brwi. Wyjścia do ludzi niezakończone kłótnią wydawały się dla niej luksusem, na który nie było ich nawzajem stać — czy ty się słyszysz? Oczywiście, że bym chciała, żebyś mnie przywitał po dyżurze, zrobił mi kolację, poszedł ze mną na randkę — naprawdę chciała tego wszystkiego — TAK CHCĘ TEGO — tupnęła nogą, czując rozgoryczenie. Cieszyła się ich ostatnią wspólną randką, nawet jeśli nie skończyła się ona w idealny sposób, a sama Ivy była naćpana przepotężnie, to chciała móc go trzymać za rękę — ale ty nie jesteś w stanie mi tego dać — i chyba to właśnie to niej dotarło w tym momencie. Dante był wolnym człowiekiem, nie dało sie go zatrzymać w jednym miejscu zbyt długo. Wpadał na irracjonalne pomysły, powodując wokół siebie wszechogarniający chaos. Kiedyś kochała ten chaos. Tylko obowiązki sprawiły, że nie miała już na niego siły.
— Ja nie potrafiłam? — zaśmiała się tak gorzko, że nie uwierzyła w samą siebie — po pocałunku dałam mu kosza, ale Ciebie w ogóle to nie obchodziło. Nie chciałeś słyszeć nic innego, powiedziałam, że mam chłopaka — wycedziła przez własne usta. To była półprawda. Później spotkali się przy pożarze, ona dała mu ciastka, a... reszta sama wyszła. Jednak mogła mu o niczym nie mówić, nie widzieć szanse na zobaczenie ich razem — gdybyś przy mnie był, a nie znikał, tak jak chciałeś tamtego wieczoru, to by się to nie zdarzyło — nie kryła własnego rozgoryczenia. Ona nie mogła zmienić wszystkiego, co kierowało ją w życiu. Za to on mógł, zdecydowanie był w stanie to zrobić — tu nie chodzi oto czyja to wina — rozłożyła dłonie, marszcząc delikatnie własne brwi — ona leży zawsze po obu stronach — oboje zawinili. Cokolwiek mieliby powiedzieć, oboje byli winni całej sytuacji. Ivy chciała wyjść na czysto, rozmawiać z Dante, dojść do źródła ich problemów, ale chyba... nie są w stanie ze sobą rozmawiać.
— Chciałam rozmawiać — stwierdziła Ivy, ważąc każde wypowiadane słowo — przestań zarzucać mi własne wyobrażenia na temat świata — ona faktycznie chciała rozmawiać, chciała móc pracować nad związkiem, ale widziała jego nastawienie. Nabrała głębokiego oddechy wprost do płuc — ale na teraz to koniec... — nie dojdą do porozumienia. Czuła to podskórnie, wpatrując się w Dante. On nie wierzył w jej intencje, a ona miała mu za dużo na złe. Wciąż gorące w nich emocje w ogóle nie pomagały, nawet jeśli jej serce rozdzierało się na miliony kawałeczków.