all the lies you can't hide
: sob kwie 04, 2026 11:09 am
Ludzie być może byli tak ś l e p i.
Patrzył na twarz Margo, zwróconą w jego stronę z iskierkami zadowolenia migoczącymi w głębi spojrzenia. Nawet, gdy usiłowała to powstrzymać, widział głęboko skrywaną w niej satysfakcję - świadomość tego, że wykonała dobrą robotę. Obiektywnie patrząc, udało im się osiągnąć coś wielkiego, doprowadzić do zatrzymania mężczyzny, który przed tym umykał w przeszłości. Ważnego ogniwa w sieci mafijnych powiązań, którego brak stanowił uderzenie wprost w siedzącego u szczytu Sergio Carbone'a.
A jednak to nie było i c h zwycięstwo.
Musiała dostrzegać jego wahanie gdy wkraczali do Mimmo's. Brak napięcia i pozorną swobodę, w której wszedł do miejsca, które powinno być mu nieznane, a w którym czuł się jak w d o m u. Musiała słyszeć wszystko to, co mówił do niej Luca Bianchi, widzieć jego spojrzenie, uparcie utkwione w Maddenie, jakby już go z n a ł.
Margo nie była ślepa. Była najbardziej bystrą osobą na ich komisariacie, z którą kiedykolwiek pracował. Własnoręcznie rozgryzła to, czego nie potrafili rozwiązać inni.
Ale na jej oczach tkwiły dwie klapki. Widział je, gdy patrzyła na niego, sprawdzając, czy u niego również jest wszystko w porządku. Widział m i ł o ś ć, nieznośnie przysłaniającą jej prawdziwy obraz tego, jakim człowiekiem był naprawdę.
- Na pewno? - mruknął, nieusatysfakcjonowany, gdy w jej mimice dostrzegł drobny grymas. Wspomnienie jej ciała uderzającego o ścianę zmieniało jego krew w żyłach w lód, bez względu na spadający z nieba, zimny deszcz.
Bianchi potrzebował n a u c z k i. Mógł być wdzięczny mu za to, że nie wykrzyczał jego prawdziwej tożsamości wszystkim funkcjonariuszom wokół, ale wiedział, że nie było to związane z żadnego rodzaju sympatią. Madden wciąż był pożyteczny dla Carbone'a. Mógł zerwać się ze smyczy, ale Ventresca znajdowała sposoby by z powrotem zapiąć ją na ludziach, którzy postanowili się zbuntować. Przekupiony glina w wydziale zabójstw był wart znacznie więcej niż satysfakcja z wydania go tym, którzy natychmiast wsadzą go do więzienia i pozbawią przydatności.
A jednak w jej głosie usłyszał wahanie. Drgnął na dźwięk swojego imienia, na ton, który implikował c o ś więcej. Szpony zacisnęły się na jego sercu, powietrze ugrzęzło w płucach na jedno jego uderzenie, w którym spodziewał się, że kobieta wreszcie d o s t r z e ż e.
Ale chwila minęła, przerwana nieznośnym odgłosem dzwonka. Zerknął na jego wyświetlacz, rozpoznając numer jeszcze zanim jego wzrok padł na nazwisko tkwiące ponad nim. Własnoręcznie wybierał go niejednokrotnie, nigdy w sprawach służbowych, zawsze w sprawach Mimmo's.
- Pozwól mi się zająć Collinsem - poprosił, walcząc z potrzebą sięgnięcia do niej ręką, starcia ciężkich kropel deszczu z jej policzka, ogarnięcia mokrych włosów za ucho. W tej chwili, która miała być podniosła, czuł, jak przepaść między nimi powoli zaczyna się pojawiać - jak skorupa ziemska pęka tam, gdzie tkwiły ich stopy i każdy, najmniejszy ruch może ją bezpowrotnie zniszczyć. - Zajmij się kapitanem. To na jego dywaniku wylądujemy gdy wrócimy na komisariat. Collins szuka tylko wentylu dla swojego wkurwienia.
Musiał dotrzeć do niego pierwszy. Musiał przekonać go, że to nie była ich operacja, że tylko jedna osoba była za to wszystko odpowiedzialna.
On.
margo mercer
Patrzył na twarz Margo, zwróconą w jego stronę z iskierkami zadowolenia migoczącymi w głębi spojrzenia. Nawet, gdy usiłowała to powstrzymać, widział głęboko skrywaną w niej satysfakcję - świadomość tego, że wykonała dobrą robotę. Obiektywnie patrząc, udało im się osiągnąć coś wielkiego, doprowadzić do zatrzymania mężczyzny, który przed tym umykał w przeszłości. Ważnego ogniwa w sieci mafijnych powiązań, którego brak stanowił uderzenie wprost w siedzącego u szczytu Sergio Carbone'a.
A jednak to nie było i c h zwycięstwo.
Musiała dostrzegać jego wahanie gdy wkraczali do Mimmo's. Brak napięcia i pozorną swobodę, w której wszedł do miejsca, które powinno być mu nieznane, a w którym czuł się jak w d o m u. Musiała słyszeć wszystko to, co mówił do niej Luca Bianchi, widzieć jego spojrzenie, uparcie utkwione w Maddenie, jakby już go z n a ł.
Margo nie była ślepa. Była najbardziej bystrą osobą na ich komisariacie, z którą kiedykolwiek pracował. Własnoręcznie rozgryzła to, czego nie potrafili rozwiązać inni.
Ale na jej oczach tkwiły dwie klapki. Widział je, gdy patrzyła na niego, sprawdzając, czy u niego również jest wszystko w porządku. Widział m i ł o ś ć, nieznośnie przysłaniającą jej prawdziwy obraz tego, jakim człowiekiem był naprawdę.
- Na pewno? - mruknął, nieusatysfakcjonowany, gdy w jej mimice dostrzegł drobny grymas. Wspomnienie jej ciała uderzającego o ścianę zmieniało jego krew w żyłach w lód, bez względu na spadający z nieba, zimny deszcz.
Bianchi potrzebował n a u c z k i. Mógł być wdzięczny mu za to, że nie wykrzyczał jego prawdziwej tożsamości wszystkim funkcjonariuszom wokół, ale wiedział, że nie było to związane z żadnego rodzaju sympatią. Madden wciąż był pożyteczny dla Carbone'a. Mógł zerwać się ze smyczy, ale Ventresca znajdowała sposoby by z powrotem zapiąć ją na ludziach, którzy postanowili się zbuntować. Przekupiony glina w wydziale zabójstw był wart znacznie więcej niż satysfakcja z wydania go tym, którzy natychmiast wsadzą go do więzienia i pozbawią przydatności.
A jednak w jej głosie usłyszał wahanie. Drgnął na dźwięk swojego imienia, na ton, który implikował c o ś więcej. Szpony zacisnęły się na jego sercu, powietrze ugrzęzło w płucach na jedno jego uderzenie, w którym spodziewał się, że kobieta wreszcie d o s t r z e ż e.
Ale chwila minęła, przerwana nieznośnym odgłosem dzwonka. Zerknął na jego wyświetlacz, rozpoznając numer jeszcze zanim jego wzrok padł na nazwisko tkwiące ponad nim. Własnoręcznie wybierał go niejednokrotnie, nigdy w sprawach służbowych, zawsze w sprawach Mimmo's.
- Pozwól mi się zająć Collinsem - poprosił, walcząc z potrzebą sięgnięcia do niej ręką, starcia ciężkich kropel deszczu z jej policzka, ogarnięcia mokrych włosów za ucho. W tej chwili, która miała być podniosła, czuł, jak przepaść między nimi powoli zaczyna się pojawiać - jak skorupa ziemska pęka tam, gdzie tkwiły ich stopy i każdy, najmniejszy ruch może ją bezpowrotnie zniszczyć. - Zajmij się kapitanem. To na jego dywaniku wylądujemy gdy wrócimy na komisariat. Collins szuka tylko wentylu dla swojego wkurwienia.
Musiał dotrzeć do niego pierwszy. Musiał przekonać go, że to nie była ich operacja, że tylko jedna osoba była za to wszystko odpowiedzialna.
On.
margo mercer